Wpisy z tagiem: Silvio Berlusconi

sobota, 19 listopada 2011

Silvio Berlusconi

Największy sukces Silvio Berlusconi - wykopany z funkcji premiera Włoch, rozważający powrót do prezesury w mediolańskim klubie - odniósł nie w polityce ani biznesie, lecz w sporcie. Był wizjonerem, który wymyślił nowoczesny futbol.

Choć w 1986 roku kierował całym imperium przedsiębiorstw, w przejętym Milanie osobiście nadzorował najdrobniejsze detale. Odcięty od świata ośrodek treningowy Milanello to jego autorski projekt - decydował o wystroju wnętrz, urządzał salę bilardową, dobierał kwiaty do ogrodów, nie zapomniał o nawilżaczach powietrza w pokojach piłkarzy. Zajmował się wszystkim, by gwiazdy boiska nie musiały zajmować się niczym. Im - oraz ich żonom - 24 godziny na dobę usługuje grupa „asystentów”, którzy rezerwują restauracyjne stoliki, oddają do pralni garderobę, robią za szoferów, załatwiają zakupy. Spełnią każdą zachciankę, byle gracze Milanu skupili się wyłącznie na futbolu.

Skupili się i zwyciężali. Berlusconi zastał AC Milan w otchłannym kryzysie, a zostawił - gdy jako premier formalnie ustępował z funkcji prezesa - w oszałamiającym luksusie. Odkąd go kupił, piłkarze pięciokrotnie zdobywali najcenniejszy tytuł - Puchar Europy. Częściej niż Barcelona, Real Madryt, Manchester United. Częściej niż jakakolwiek drużyna.

Wygrali też gablotę innych trofeów, czyniąc Berlusconiego najskuteczniejszym menedżerem klubu piłkarskiego na planecie. A klub z San Siro w dniu właścicielskiej zmiany nie rządził nawet w Mediolanie. Królował tam sąsiedni Inter.

Milan zstępuje z nieba

Wszyscy natychmiast poczuli, że nadchodzi nowa era. 80 tys. fanów wyczekujących prezentacji drużyny usłyszało dźwięki wagnerowskiej „Walkirii”, a zaraz potem zobaczyło nadlatujące wojskowe helikoptery. Jak w „Czasie apokalipsy”, tylko bez bombardowania napalmem. Ze śmigłowców wysiedli piłkarze, trenerzy, na końcu Berlusconi. Medialny magnat powtarzał, że futbol jak telewizja jest sztuką uwodzenia - kibiców, dziennikarzy, sponsorów. I biznesem o globalnym potencjale rażenia.

Fanom zaoferował porywający show za niespotykane w piłce pieniądze. Bił transferowe rekordy świata - na Ruuda Gullita wydał odpowiednik dzisiejszych 12 mln euro, na Jean-Pierre'a Papina 15 mln, na Gianluigiego Lentiniego 19 mln. Watykańskich komentatorów prowokował rozrzutnością do ostrej krytyki na łamach L'Osservatore Romano", konkurencję zdusił tak przytłaczającą finansową przewagą, że następców znalazł dopiero w Romanie Abramowiczu i naftowych bonzach znad Zatoki Perskiej, inwestujących w kluby od niedawna. A zarazem wpadał na pomysły nieoczywiste, brawurowe. Orkiestrę wirtuozów oddał w ręce Arrigo Sacchiego - byłego sprzedawcę butów, nie mającego za sobą kariery zawodniczej, wśród trenerów niemal żółtodzioba, który odwdzięczył się stworzeniem drużyny typowanej na najwspanialszą w dziejach futbolu. W 1990 r. obroniła Puchar Europy, co od tamtej pory nie udało się nikomu. Zachwycała futbolem ocenianym jako perfekcyjny - opartym na pełnej synchronizacji ruchów drużyny i agresywnym pressingu, niezniszczalnym w defensywie, maksymalnie wykorzystującym wirtuozerię atakujących.

Kariera na szczycie Sacchiego, obwoływanego największym trenerskim rewolucjonistą od czasów Rinusa Michelsa, trwała krótko, jego następca Fabio Capello należy do ścisłej światowej czołówki po dziś dzień. On też wiele zawdzięcza Berlusconiemu, który przed powierzeniem mu drużyny seniorów latami wysyłał go na menedżerskie szkolenia (komunikacja interpersonalna, zarządzanie ludźmi, team-building, kontrolowanie stresu, ocena ryzyka, negocjacje, księgowość etc), aż mianował generalnym zarządcą skupiającej drużyny siatkarską, hokejową, rugby i baseballową grupy Polisportiva Mediolanum”. Capello zajmował się tam o wszystkim, od akceptowania budżetów i umów sponsorskich po marketing i politykę personalną. W futbol wszedł z wszechstronnym doświadczeniem biznesowym i minimalnym trenerskim, by po trzech lat znokautować w finale Barcelonę (4:0) i wygrać Ligę Mistrzów.

Z dziennikarzami Milan się zaprzyjaźnił. Inne kluby widziały w nich wrogów, on gwarantował im regularny kontakt z piłkarzami, których równocześnie szkolił na wytrawnych specjalistów od PR. Mieli szczerzyć zęby od ucha do ucha; mówić chętnie, lecz niekontrowersyjnie; zadbać, by konflikty pozostawały sekretem szatni, wzruszać familijną atmosferą w Milanello. Do mediolańskich barmanów Berlusconi apelował, by nigdy nie podali jego piłkarzom alkoholu. Opowiadał, że wyciągnięcie z długów klubu było „aktem miłości”, i wspominał, jak w dzieciństwie ojciec przemycał go bez biletu na stadion. Uwodził. Uwodził najprostszymi metodami, jak w swoich telewizjach, zatłoczonych cycatymi, na wpół albo całkiem roznegliżowanymi kobietami, i faszerujących widza najprymitywniejszą rozrywką.

Sponsorów przyciągnął wszechstronną ofensywą biznesową. Po sprzedaniu bezprecedensowej liczby sezonowych karnetów 60-tysięczną bazę danych osobowych wykorzystał do celów marketingowych. Sklep z klubowymi pamiątkami - nikt jeszcze wtedy nie zarabiał na nich fortuny - wcisnął między wystawne butiki Armaniego i Versace. Zatrudnił psychologa, który urządził pracownikom pranie mózgów - rewolucjonizował ich myślenie o zarabianiu na piłce, zarażał korporacyjną mentalnością. Najzdolniejszych przećwiczył na stażach we wszystkich możliwych częściach swoich firm, by poszerzyć ich horyzonty. Wysyłał graczy na promocyjne eskapady po Azji - dziś podbijają tak nowe rynki wszystkie potęgi, wtedy był prekursorem. Stworzył pierwszą globalną markę w futbolu. - Milan to drużyna, ale i produkt na sprzedaż - wyjaśniał. Genialne pokolenia graczy dostawały efektowne metki - Puchary Europy zdobywali Immortali (Nieśmiertelni), Invincibili (Niepokonani) i Meravigliosi (Cudowni).

Berlusconi wprowadził futbol w nowoczesność. Chciał obalać wszelkie granice, walczył z limitami na zatrudnianie obcokrajowców. Skutecznie. Zwerbował słynny holenderski tercet: van Basten, Gullit, Rijkaard, potem Milan zdobył mistrzostwo Włoch z legią cudzoziemską powiększoną o Francuza Papina, Chorwata Bobana i Czarnogórca Savicevicia, aż kluby, wcześniej tylko ozdabiane pojedynczymi zagranicznymi gwiazdami, przeobraziły się w kosmopolityczne mozaiki, w których z importu pochodzą czasem wszystkie elementy. Przed Unią Europejską granice zniosła Liga Mistrzów.

Za jej utworzeniem - te ekskluzywne, agresywne marketingowo rozgrywki zastąpiły poczciwy, przyjmujący nawet prowincjuszy Puchar Europy - też intensywnie lobbował Berlusconi. Triumfów międzynarodowych pożądał tak bardzo, że czasem otwarcie deklarował pogardliwy stosunek do ligi włoskiej. Protestującym fanom tłumaczył, że Milan jest uniwersalny jak papież, należy do całego świata. I do dziś Berlusconi nie ustaje w wysiłkach, by komercjalizację i elitaryzację futbolu wystrzelić na jeszcze wyższy poziom - zorganizować ponadnarodową Superligę, zapraszać do niej stałe grono najbogatszych. To on zainicjował spotkania piłkarskich krezusów, które przerodziły się w skupiającą finansową elitę elit G-14, dziś coraz śmielej rzucającą wyzwanie UEFA i mającą większy wpływ na ewolucję rozgrywek pucharowych niż zwykłemu kibicowi się zdaje.

Jako pierwszy uznał też, że znakomitość można posadzić w rezerwie. Żądał dwóch klasowych graczy na każdą pozycję, by trener dysponował dwoma odrębnymi, równie mocnymi jedenastkami - jedną wysyłaną do walki w europejskich pucharach, drugą rzucaną do boju w Serie A. Znów - dziś szeroka kadra to w czołowych klubach norma, wtedy Berlusconi zdumiewał jako wyznaczający trendy innowator.

Tajemniczy bunkier

W 2002 r. otworzył laboratorium MilanLab, które przesunęło emerytalny wiek piłkarza daleko poza trzydziestkę. Pierwszy trening sezonu poprzedza wnikliwa kontrola u dentysty, kinezjologa (bada ruch mięśni), podologa (stopy), testy na alergię, elastyczność stawów kolanowych. Potem co dwa tygodnie: test na odporność psychiczną, błędnika, ruchu gałki ocznej (czas reakcji, wyczucie przestrzeni, rozpoznawanie kolorów), reakcja mięśnia na stymulację nerwową. I co cztery tygodnie: testy na zwinność, skoczność, mięśnie brzucha, podnoszenie ciężarów, podciąganie na drążku, 12- oraz 30-metrowy sprint.

Dokładniej bada się chyba tylko kosmonautów. MilanLab prześwietla każde włókno mięśniowe i ścięgno, psychikę, analizuje przebyte urazy, informuje, co jeść i jak ćwiczyć, by redukować ryzyko kontuzji i spadku formy. Piłkarze noszą elektroniczne klucze zawierające całą prawdę o ich organizmach. Na siłowni wkładają je do urządzeń, po zajęciach do komputera. Mięsień rozbłyskujący na ekranie na zielono informuje, że jego właściciel spełnił wszystkie wytyczne. Potem klucz trafia do podziemnego bunkra - z czytnikiem linii papilarnych w drzwiach, które otwierają się przed ledwie kilkoma osobami. Davidowi Beckhamowi wystarczyło spędzić tam kilka miesięcy, by publicznie zachwycać się, że ilość tkanki tłuszczowej w organizmie zmniejszył - on, przez całą karierę uczciwie harujący, stuprocentowy zawodowiec - z 13,7 do 8,5 procent. A inni importowani przez Milan cudzoziemcy zwierzali się, że nigdzie indziej nie zetknęli się z poziomem opieki medycznej sięgającej precyzyjnych zaleceń, ile plasterków szynki mają sobie nałożyć na śniadaniową kanapkę.

MilanLab powstał, kiedy klub wydał 20 mln euro na Fernando Redondo, a ten na pierwszych zajęciach zerwał więzadła w kolanie. Nie grał dwa sezony. Dobrze nie grał już nigdy. Dziś komputer alarmuje trenera, kiedy wzrasta ryzyko kontuzji. I Milan podbił Ligę Mistrzów najstarszą drużyną w historii. Jajogłowi z laboratorium traktują ludzkie ciało jak bolid, który wymaga nieustannego tuningu, by z dnia na dzień i miesiąca na miesiąc poprawiał osiągi. „To idealna kombinacja technologii, IT, cybernetyki i psychologii” - chwali się Milan na swojej stronie internetowej.

Najmniej piłkarze lubią właśnie sesje z psychologiem badającym poziom motywacji, samokontroli, agresji. - Wiem, kiedy kłamią. Mogą zapanować nad wyrazem twarzy, ale nie biomechaniką - mówi lekarz Bruno Demichelis. Wie o graczach więcej niż oni sami. Np. kiedy wysłać ich do tajemniczego „pokoju umysłu”, w którym odzyskują mentalną świeżość. Wnętrze wypełnia ponoć głównie szkło i ekrany, na których wyświetlane są rozluźniające obrazy - mieści osiem osób naraz, piłkarze zachodzą tam na 20-minutowe sesje po każdym treningu.

Tam w trakcie intensywnych kampanii wyborczych relaksuje się też 75-letni Berlusconi. Milanello odwiedza regularnie. Albo żeby się odmładzać albo w dniach kryzysu drużyny wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedyś usadził ją na kanapach w sali kominkowej (sam rozwalił się w białym fotelu), po czym rozkazał największemu gwiazdorowi - tyjącemu miłośnikowi nocnych klubów - wgramolić się na stół i powtarzać stamtąd podawane przez premiera słowa przysięgi. Ronaldinho ślubował kolegom, że „przez cały sezon będzie zachowywał się jak profesjonalista”.

122 mld na czarno

W życie drużyny Berlusconi ingeruje notorycznie. W sprawach taktyki uchodzi za naiwnego dyletanta, ale dzwoni w przerwie meczu do trenera, by doradzić zmiany. Ewentualnie publicznie ogłasza, ilu napastników jako pracodawca życzy sobie na boisku. Co rusz przypomina, kto jest w klubie alfą i omegą. - Pokazali mi gazety: czytam o trenerach Sacchim, Zaccheronim, Ancelottim i ani słowa o Milanie Berlusconiego. A to ja ustalam taktykę, zasady, kupuję piłkarzy - żachnął się po triumfie w Lidze Mistrzów. Kiedy wybitny fachowiec Ancelotti nie wykonywał poleceń taktycznych i osadził w rezerwie ulubieńca premiera - Ronaldinho, stracił posadę.

Gdy Berlusconi uprawia autoreklamę, ignoruje fakty i jest tym samym oskarżanym o łamanie prawa bufonem, którego zna świat polityki. - Powinni nazwać stadion moim imieniem. Wygrałem z Milanem więcej tytułów niż Santiago Bernabeu z Realem Madryt, a on dedykowany mu obiekt ma - mówił, choć to nieprawda. Kłamał też po założeniu partii Forza Italia, przedstawiając się w reklamach jako człowiek, który wyciągnął drużynę z Serie B do Serie A (najwyższa liga). A Gianfrancesco Turano w książce „Tutto il calcio miliardo per miliardo” twierdzi, że w pionierskich latach 80. płacił importowanym bożyszczom kibiców na czarno. Poza włoskim systemem podatkowym miało trafić do nich 122 mld lirów.

Milan był wreszcie jednym z klubów ukaranych w korupcyjnej aferze wszech czasów „Calciopoli”, a kibice musieli znosić szczegóły brudnych zakulisowych realiów, gdy w stenogramach z podsłuchów czytali, jak działacz Leonardo Meoni za pewną - nieuściśloną - usługę oferuje arbitrowi darmowy przeszczep włosów. Na szczęście wykonany nie w MilanLabie, lecz klinice szwajcarskiej.

Prezesi drużyn z południa Włoch już wcześniej żyli w przeświadczeniu, że prezesi z północy spiskują i wykorzystują swoje biznesowo-polityczne wpływy, by nie dzielić się sportową chwałą z biedniejszymi konkurentami, ale Berlusconiemu szefowanie partii niekiedy przeszkadza. Latem musiał zrezygnować z pozyskania Marka Hamsika, bo na wieść o możliwym transferze w zakochanym w słowackim rozgrywającym Neapolu wybuchły niemal zamieszki - tuż przed wyborami samorządowymi, na których wyniki mogły wpłynąć.

Berlusconi działa dla dobra klubu na jeszcze wyższym, międzynarodowym poziomie. Kiedy rosyjscy oligarchowie chcieli kupić AS Romę, przestraszył się, że ich bogactwo zagrozi dominacji klubów z Mediolanu i Turynu (od dziesięciu lat mistrzostwa kraju nie zdobył nikt z innego miasta). Dlatego poprosił wpływowego przyjaciela, by jego rodacy nie naruszali delikatnej układu sił we włoskim futbolu. Władimir Putin się zgodził.

AC Milan logo

*Wpis jest znacznie poszerzoną wersją artykułu do Magazynu Świątecznego w „Gazecie Wyborczej”.

Archiwum
Tagi