Wpisy z tagiem: Neymar

środa, 25 października 2017

Neymar, PSG

Kiedy patrzę, jak schodzi z boiska w Marsylii – sędzia wlepił mu czerwoną kartkę – odnoszę wrażenie, że słyszę wirujące w jego głowie myśli. „Niech ci będzie, bałwanie, idę sobie, ten śmieszny mecz beze mnie nie ma sensu, żałosne podrygi żałosnego typa z żałosnym gwizdkiem, chcesz sobie wyrobić sławę na moim nazwisku, nic ci to nie da, i tak pozostaniesz zerem”.

Nie mam całkowitej pewności, że dokładnie w te słowa kombinował pan Neymar, ale mam co do tego uzasadnione podejrzenia, pan Neymar jest wszak osobistością nie bardzo ważną, lecz absolutnie najważniejszą. O ile w Barcelonie plątał mu się pod nogami pewien zarozumiały Argentyńczyk – uzurpujący sobie prawo do bycia numerem jeden – o tyle po przenosinach do Paris Saint-Germain właściwa hierarchia i w ogóle harmonia została przywrócona, nawet Wieża Eiffla wygląda na nieco przykurczoną. Ponad wszystkimi góruje pan Neymar, który konsultuje się co najwyżej z panem Neymarem.

Relacjonowałem już tutaj, że panu Neymarowi próbował się stawiać Edinson Cavani, inny gwiazdor, który bez wątpienia również ma o sobie jak najwyższe mniemanie – obaj wyrywali sobie wówczas piłkę, żeby kopnąć ją z rzutu wolnego lub karnego, i na dobrą sprawę wciąż nie wiadomo, jak chryja się skończy, niewykluczone, że rozejm okaże się kruchy. Tak czy owak wokół pana Neymara od tamtej pory nie ucichło nawet na chwilę.

Dowiadywaliśmy się już m.in., że pan Neymar zezłościł się pewnego dnia na trenera Unaia Emery’ego, gdy ten polecił panu Neymarowi trenować w grupie piłkarzy podstawowego składu, czyli ćwiczących lżej – polecił wbrew woli pana Neymara, pan Neymar chciał bowiem ganiać z pełną intensywnością.

Dzisiejsze „Le Parisien” donosi natomiast, że pan Neymar cieszy się w PSG mnóstwem przywilejów wywołujących irytację kolegów z szatni, najwyraźniej nieświadomych, że pan Neymar powinien być traktowany adekwatnie do wielkości pana Neymara, że pan Neymar to nie byle kopacz, że pan Neymar potrzebuje wygód godnych pana Neymara. A zatem: pan Neymar jako jedyny w drużynie ma na boisku totalną swobodę i nie obowiązują go żadne zadania defensywne; pana Neymara nie wolno podczas treningowych gierek powstrzymywać nazbyt agresywnie; pan Neymar dysponuje dwoma masażystami oddelegowanymi do pracy wyłącznie nad ciałem pana Neymara, wszyscy inni piłkarze korzystają ze „wspólnych” fizjoterapuetów; pan Neymar jako jedyny nosi torbę z logiem własnego sponsora, pozostali zawodnicy muszą używać toreb z marką wskazaną przez PSG. Całkiem ładnie to brzmi, choć są i rezerwy, panu Neymarowi mógłby jeszcze gotować osobisty kucharz, panu Neymarowi mógłby podawać do stołu osobisty kelner, pan Neymar mógłby się przebierać w prywatnej garderobie, panu Neymarowi mógłby wiązać sznurówki najlepszy na świecie wiązacz sznurówek, wokół pana Neymara mogliby zamiatać mistrzowie olimpijscy w curlingu, pan Neymar mógłby korzystać z pisuaru z wbudowanymi głośnikami, z których po wszystkim płynęłoby: „Dziękuję, panie Neymarze, to był dla mnie zaszczyt i prawdziwa przyjemność”. Powtarzam: rezerwy są, podrzucam jedynie najbardziej oczywiste rozwiązania.

Piłkarze ponoć się buntują, a mnie donosy z wnętrz PSG niezmiennie fascynują – nie muszę oglądać, jak oni grają, natomiast pasjami potrzebuję wiedzieć, jak ze sobą współżyją, to show chce się podglądać jak pasjonującą telenowelę, to zupełnie inny poziom opowieści o dobrej lub niedobrej atmosferze w szatni, targowisko próżności bardziej złociste niż wszelkie znane mi ekscesy gwiazdorów ekranów i estrad. I aż mnie korci wizja wszechcudownego happy endu: poobrażani na siebie zawodnicy wygrywają Ligę Mistrzów, podkładają sobie nogi w biegu po odbiór trofeum, pan Neymar po wręczeniu mu Złotej Piłki ogłasza, że najbardziej dziękuje panu Neymarowi, pan Neymar mówi o sobie w trzeciej osobie częściej niż Wałęsa, ba, pan Neymar przechodzi w uniesieniu na pluralis maiestatis, pan Neymar ogłasza, że odwieczny spór o to, czy większy był Pele, czy jednak Maradona, został rozstrzygnięty na jego korzyść.

Ale nie zapędzajmy się, na razie największe wrażenie robi statystyka kartek: pan Neymar uzbierał w karierze 8 czerwonych i 138 żółtych, wyraźnie więcej niż niejaki Pepe, znacznie od niego starszy były gracz Realu Madryt z zasłużoną reputacją brutala, którego dorobek kończy się na 6 czerwonych i 114 żółtych. Szokujące, że wciąż nie wszyscy nadążają za geniuszem pana Neymara.

wtorek, 19 września 2017

Paris Saint-Germain, Neymar, PSG, Edinson Cavani

Zapewne już widzieliście uroczą scenkę rodzajową z niedzielnego meczu Paris Saint-Germain z Lyonem. Gospodarze mają wykonać rzut wolny, piłkę chwyta Urugwajczyk Edinson Cavani, wyjmuje mu ją z rąk Brazylijczyk Dani Alves, przekazuje swemu kumplowi i rodakowi Neymarowi.

Kwadrans przed końcem Cavani działa już sprytniej. I z rzutu karnego strzela on, pomimo protestów Neymara. Gola nie ma, znakomicie interweniuje bramkarz rywali.

Nazajutrz „L’Equipe” donosi, że w przerwie tamtego meczu omal nie doszło do rękoczynów. Obu gwiazdorów w ostatniej chwili rozdziela kapitan Thiago Silva.

Dowiadujemy się też, że Neymar przestał obserwować Cavaniego na Instagramie. Brzmi aż nazbyt infantylnie? Media nie powinny zajmować się duperelami? Po pierwsze, kontekst nadaje tej błahostce znaczenie większe niż warte wzmianki w rubryce obyczajowej. Po drugie, przestać dzisiaj kogoś śledzić na portalu społecznościowym to obelga, grubsza nawet niż wywalenie mu w twarz, że ma brzydkiego psa albo głupie dziecko.

Nie zdumiewa mnie ta farsa w najmniejszym stopniu. Nagłe wybuchy niesubordynacji od lat zdarzają się tam notorycznie – zajrzyjcie tutaj – a najnowsza awanturka potwierdza jedynie obserwacje zawarte w felietonie sprzed dwóch miesięcy, w którym przedstawiałem Paris Saint-Germain jako klub w europejskiej czołówce specyficzny, w wyjątkowym stopniu przypominający zimne korpo, które hojnie opłaca wysoko wykwalifikowanych specjalistów, ale niekoniecznie działa perfekcyjnie, ponieważ wysoko wykwalifikowanych specjalistów, napędzanych osobistymi ambicjami, nie spaja czysto ludzka więź. A pionowa struktura istnieje trochę teoretycznie, ponieważ podwładni, nawet jeśli wykonują polecenia, to przełożonych kontestują, nie szanują, kwestionują ich kompetencje. Od tamtej pory zmieniło się tyle, że wskutek wakacyjnych transferów pojawiła się grupa trzymająca władzę, brazylijski klan złożony z Neymara, Daniego Alvesa, Thiago Silvy, Marquinhosa oraz Lucasa Moury. Według katalońskiego „Sportu” ten pierwszy zażądał już nawet od Nassera Al-Khelaifiego, żeby urugwajski przybłęda został sprzedany.

Tymczasem Cavani próbuje bronić dotychczasowej pozycji. On przez kilka lat musiał znosić rolę giermka krzątającego się przy Zlatanie Ibrahimoviciu, ale po wyprowadzce szwedzkiego wirtuoza do Manchesteru United podniósł głowę, wyrósł ponad wszystkich w szatni, zmonopolizował wykonywanie rzutów wolnych i karnych. Z imponującym efektem, w minionym sezonie nastrzelał we wszystkich rozgrywkach 49 goli. Więcej niż Robert Lewandowski w Bayernie czy Cristiano Ronaldo w Realu Madryt.

Trener Unai Emery mówi, że z karnych umieją kopać obaj gwiazdorzy, więc jeśli nie zawrą dżentelmeńskiej umowy, to strzelającego będzie wybierał on. Wskazując raz jednego, raz drugiego. A ja się zastanawiam, czy w ogóle miałby jakikolwiek ruch, gdyby uznał, że w sporze – niekoniecznie akurat tym konkretnym – racji nie ma (ponosi winę, powinien przeprosić etc.) Neymar. Jaśnie Pan Piłkarz Dwieście Dwadzieścia Dwa Miliony Euro Megagwiazdor Neymar. Czy nie dzieje się właśnie tak, że zawodników, których niełatwo osadzić karnie w rezerwie – lub upomnieć inaczej – zastąpili właśnie zawodnicy, którym nie wolno podskoczyć nigdy i pod żadnym pozorem.

Gwiazdorzenie istniało zawsze, ambicjonalne utarczki w drużynach też. Im bardziej abstrakcyjne kwoty wydaje się jednak na transfery, im więcej ich bohaterowie zarabiają i efektowniejsze spływają na nich epitety, tym więcej próżności, tym pojemniejsze ego, tym większa skłonność do utożsamiania się z pępkiem świata. A trener maleje. Nie szef ma wymagać, to ja wymagam od niego, żeby zrobił mi dobrze. Kiedy zwalnia się fachowca z renomowanego klubu, rzadko kwestionuje się jego kompetencje, coraz częściej słychać za to, że stracił autorytet albo kontrolę nad szatnią.

Pozostaje pytanie, czy wojnom jak ta Neymara z Cavanim w ogóle da się zapobiec. Czy współczesny trener piłkarski, także najwybitniejszy, nie potrzebuje przede wszystkim szczęścia, by nie wdepnąć w rozgwieżdżoną szatnię w najgorszym momencie. Bo jeśli szczęścia zabraknie, będzie stracony. Kto wie zresztą, może i my, polscy kibice, poemocjonujemy się kiedyś podobnymi starciami osobowości. Czy np. Lewandowski, też znakomity specjalista od rzutów wolnych i karnych, dogadałby się z Neymarem w ich sprawie? Czy dogadałby się w Realu z napalonym na wszelkie rekordy Ronaldo?

Tagi: Neymar PSG
15:43, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
wtorek, 25 czerwca 2013

Najpierw były narodziny gwiazdy. 21-letni obecnie Brazylijczyk nie zdążył rozegrać świetnego meczu w reprezentacji kraju, a już zaczął odpoczywać na własnym jachcie, wynajmować odrzutowce tylko dla siebie i przeczytał w magazynie SportPro, że jest sportowcem z największym potencjałem marketingowym na planecie. W rankingu, w którym wcześniej triumfowali Usain Bolt oraz LeBron James.

Oni najpierw musieli zostać najlepszymi na świecie, futbol chętnie odwraca kolejność. Często zdarza się, że gracz – zwłaszcza, ale niekoniecznie dorastający na mitycznych murawach południowoamerykańskich – zyskuje sławę lub bogactwo, zanim czegokolwiek dokona. I nigdy nie spełnia oczekiwań. Jak Freddy Adu – to wersja deluxe opowieści – który jeszcze przed mutacją podpisał milionowy kontrakt reklamowy z Nikiem, nakręcił spot z Pelem, i ogłosił, że wkrótce zostanie najlepszy na świecie, a skończył w trzeciorzędnych klubikach. Jak Kerlon – to wersja uboższa, powszechniejsza – który miał zrewolucjonizować sztukę dryblingu (mijał rywali z piłką przyklejoną do głowy, stąd przydomek „Foczka”), a ostatnio błąka się po trzeciej lidze japońskiej.

Neymar – też przekonywany w dzieciństwie o swoim geniuszu, zapraszany do Realu Madryt jako trzynastolatek – znaczył więcej niż gwiazdka z YouTube, bowiem popisywał się w dorosłym futbolu. W 2011 roku zwyciężył z Santosem w południowoamerykańskim odpowiedniku Ligi Mistrzów, czyli Copa Libertadores. To jednak jedyne znaczące w jego dorobku trofeum. W kraju triumfował ledwie w mistrzostwach stanowych, w ostatniej edycji wspomnianego Copa Libertadores rozczarował, w reprezentacji przeciętniał nawet na poziomie olimpijskim, czyli na wpół młodzieżowym – na igrzyskach w Londynie rozpruwał tylko defensywy przeciwników grupowych, białoruską i egipską. W seniorach domniemany geniusz grał jeszcze zwyczajniej. Przyłożył nogę do brazylijskiej beznadziei na mistrzostwach Ameryki Płd. (jeden wygrany z czterech meczów), podczas kwietniowego sparingu z Chile rozjuszeni fani obrali go już za główny cel i wymyślali mu od „pipoqueiro” (slangowe określenie kogoś, kto wiele obiecuje, ale w decydującej chwili okazuje się zbyt słaby, by obietnice spełnić).

Generalnie rywalom wystarczało trochę ściślej kryć, by bożyszcze tłumów uczłowieczyć. A jeśli jeszcze mecz toczył się o niebagatelną stawkę i między postawnymi mężczyznami to chucherkowaty Neymar całkiem niknął. Tylko w lidze brazylijskiej – mimo jej finansowego rozwoju nadal plądrowanej przez europejskie kluby – miał na boisku mnóstwo miejsca i czasu na podejmowanie decyzji, przewrócony zyskiwał rzuty wolne, zdjęty z boiska wymuszał wylanie trenera, który się ośmielił. Obwieszony biżuterią i na połysk wystylizowany, roztańczony w filmikach przebojach internetu („wyciekły z szatni”) i związany umowami z kilkunastoma firmami zaczął wyglądać przede wszystkim na arcydzieło marketingu.

Rzucone zań przez Barcelonę 57 mln euro wydawało się uzasadnione wyłącznie nadziejami biznesowymi, które były dyrektor katalońskiego klubu Esteve Calzada widział właśnie w jego wizerunkowej wszechstronności – charakterem rebelianta przyciąga młodzież, jako przystojniak uwodzi kobiety, zręcznie lansuje się w mediach społecznościowych, angażuje w działalność charytatywną. W roli oferty dla reklamodawców każdy z wielkich, od Messiego przez Cristiano Ronaldo po Rooneya, ma mu pod jakimś względem ustępować. Oni mogą zachwalać prawie wszystko, on wszystko. Dlatego Brazylijczyk ustanowił rekord. Został najdrożej wyeksportowanym z Ameryki Płd. piłkarzem w historii, bo ma być Beckhamem pomnożonym przez Messiego.

I karierę w Europie rozpocznie na największej scenie. Jego poprzednicy, rodacy nagradzani Złotą Piłką, najpierw wdzięczyli się w firmach pomniejszych albo przynajmniej kosztowali niewiele. Ronaldo rozpędzał się w PSV Eindhoven, Rivaldo w Deportivo La Coruna, Ronaldinho w Paris Saint Germain, a pozyskany za garść orzeszków (metafora Silvia Berlusconiego, chodziło o 8,5 mln euro) Kaká nagłą eksplozją sportowej klasy zdumiał wszystkich – w zamiarach był inwestycją w przyszłość Milanu. Neymar ma być teraźniejszością Barcelony. Godnym partnerem Messiego, zdolnym ponownie natchnąć wyzutą z idei Barcelonę.

Na Pucharze Konfederacji wreszcie sugeruje, że podoła wyzwaniu. Japonii przyłożył wolejem z prawej stopy, Meksyk rozbroił wolejem z lewej i asystą poprzedzoną oryginalnym zwodem, Włochów trafił z rzutu wolnego. Pracuje – czy raczej: czaruje – dla kolegów, ale jest zarazem solistą numer jeden, każdy mecz ozdabia zagraniami jakby wyreżyserowanymi do spotów reklamujących turniej. A co dla Canarinhos najważniejsze, czuje się liderem, zachowuje jak lider, wyraźnie dobrze mu w roli domniemanego zbawcy narodu poniżonego dwoma bezmedalowymi mundialami.

Chyba po raz pierwszy Neymar gwiazdorzy na poważnym poziomie międzynarodowym. Kiedy zderzył się z Barceloną w finale klubowych mistrzostw świata, nie umiał odpowiedzieć choćby pojedynczym efektownym gestem na cztery wbijane Santosowi gole. Jeśli w finale Pucharu Konfederacji zderzy się z Hiszpanią, reprezentujący ją piłkarze z Camp Nou będą mieli dodatkową misję – sprawić, by ich nowemu koledze nie zakręciło się w głowie, kiedy spojrzy w lustro.

Archiwum
Tagi