Wpisy z tagiem: Andrea Anastasi
niedziela, 04 grudnia 2011
Paradoks pierwszy: choć Puchar Świata ma blask szczerego srebra i bezapelacyjnie jest sukcesem siatkarzy imponującym, to nie umiem sobie przypomnieć ani jednego turnieju, na którym Polacy przegrali tyle meczów w równie zawstydzających okolicznościach: z Iranem prowadzili 16:11 w czwartym secie, by go oddać; Brazylię rozwalali w decydujących, wydawało się, chwilach 13:8; Rosję w tie-breaku nokautowali 14:9. Paradoks drugi: choć porażki poniesione w tychże okolicznościach chwały nie przynoszą, to czy nie wolno nam w świątecznym, pomedalowym nastroju odwrócić perspektywy i zakrzyknąć triumfalnie, że drobiazgi dzieliły naszą drużynę od kompletu (!) zwycięstw w morderczym maratonie 11 gier na dystansie 15 dni? Że bliżej pobicia „Canarinhos” niż w sobotę nie byli Polacy od blisko dekady? Na podium prestiżowych imprez zaczęli ponownie wskakiwać - po całej wieczności bez odrywania się od ziemi - w 2006 r., ale zdołalibyśmy przedstawić poważne argumenty dla tezy, że właśnie bieżący sezon przebiegał szczególnie wyjątkowo. Trener Andrea Anastasi wyrzeźbił przecież drużynę całkowicie autorską, zaskakującą nie tylko wynikami. To on wyobraził sobie w roli atakującego Zbigniewa Bartman (na co dzień przyjmującego), którego dotąd kojarzyliśmy z boiskowym rozedrganiem z pogranicza ADHD, według wielu fachowców czyniącego go niezdolnym do poważnych międzynarodowych igrzysk. On pasował na kapitana Marcina Możdżonka. Nie zabrał do Japonii uchodzącego za wręcz najlepszego polskiego środkowego Daniela Plińskiego. Ośmielił się odsunąć Piotra Gruszkę, czyli żywy pomnik zbudowany z przeszło 400 meczów w kadrze. Przywrócił reprezentacji usuniętego z niej w zeszłym roku - w dość niesmacznych okolicznościach - Łukasza Żygadłę, a potem jeszcze zareagował z bezceremonialnością heretyka, gdy tego samego Żygadłę wysunął przed nietykalnego dotąd Pawła Zagumnego. Radykalnymi ruchami uświadomił nam, jak bogatymi zasobami ludzkimi dysponujemy. Na Pucharze Świata żonglował nazwiskami do zatracenia, z pomysłami trafiał, rekordową przyjemność zaoferował kibicom chyba w zwycięskim dreszczowcu z Włochami, kiedy obejrzeliśmy, jak krasnalowaty w standardach siatkarskich Michał Ruciak rewelacyjnie wyręcza słabującego tego dnia kolosa Bartosza Kurka. O przestronności kadry niech zresztą świadczy fakt, że nie ma ani jednego siatkarza, który zdobył wszystkie medale od 2006 roku - mundialu, mistrzostw Europy (dwukrotnie), Ligi Światowej i PŚ. Gdyby ten ostatni sukces był wyrwany z kontekstu, mielibyśmy prawo zadawać pytanie, czy nie trąci trochę przypadkiem - jeśli siatkarze lecą do Azji w trakcie sezonu klubowego, wyciągnięci znienacka z kieratu ligowego, to turniej musi być mocno improwizowany. Ale drużyny sięgającej podium na trzech imprezach z rzędu takimi podejrzeniami obrażać nie wolno. Wypada raczej typować, że w roku 2012, w którym Polacy unikną mordęgi kwalifikacji olimpijskich, biało-czerwoni błysną wreszcie tam, gdzie w erze nowożytnej siatkówki odpadali dotąd w ćwierćfinałach. Na igrzyskach. Trener Anastasi zdobyłby w Londynie czwarty medal z naszą reprezentacją. Tyle uzbierał też Wagner. Pościg za legendą trwa.
piątek, 16 września 2011
Od blisko dekady Polacy nie umieją pokonać Włochów na meczu prestiżowej imprezy. Jeśli jutro wreszcie zdołają, w niedzielnym finale mistrzostw Europy będą bronić tytułu. A nasza siatkówka przeżyje rok, jakiego jeszcze nie było. Przegrywali nasi z Italią w turnieju finałowym Ligi Światowej (2011), na igrzyskach olimpijskich (2008) i mistrzostwach kontynentu (2005, 2007). Żeby wyłowić z pamięci ostatnie istotne zwycięstwo, musimy się cofnąć do argentyńskiego mundialu w 2002 r. Czyli do zupełnie innej ery w polskiej siatkówce. Ery naznaczonej jeszcze głębokimi kompleksami i onieśmieleniem w zetknięciu ze ścisłą czołówką, spowodowanymi ponurą, pełną klęsk dekadą kończącą poprzednie stulecie. Kiedy po tamtym sensacyjnym triumfie w Santa Fe - Włosi bronili wówczas tytułu! - rozochocony siatkarz Dawid Murek wypalił, że celuje w złoto, zebrał burę od selekcjonera Waldemara Wspaniałego. Bo po co wywierać presję na drużynie, która nigdy niczego nie wygrała? To już prehistoria, dziś nasi siatkarze ujmują wiarą w siebie. Po ćwierćfinale ze Słowacją rozgrywający Łukasz Żygadło przywoływał słowa Nikoli Grbicia, swojego byłego - wybitnego - klubowego kolegi z Trento, który mawiał, że woli rywali silnych od słabych oraz woli mecze o wielką stawkę od tych o małą stawkę, bo tylko wtedy krańcowo się mobilizuje. Żygadło przyznał też, że Słowacy okazali się niedojrzali i psychicznie chwiejni jak Argentyńczycy pokonani w lipcowym turnieju finałowym LŚ - ugięły się pod nimi kolana, gdy poczuli ciężar walki o medale. Polacy w starciach ze średniakami, nawet średniakami o sporych aspiracjach, reagują inaczej. Jak faworyci. Nie upadają przygnieceni okresami fatalnej gry, wychodzą z poważnych tarapatów (wygrali seta, w którym Czesi prowadzili 20:14!), szczególną staranność i koncentrację wkładają w najważniejsze akcje. Dlatego znów są w półfinale. W półfinale wreszcie obsadzonym mocarzami. Dwie poprzednie edycje ME kończyły się sensacjami o bezprecedensowej skali, a na podium się kotłowało - najpierw złoto zdobyli Hiszpanie, którzy siatkówkę traktują mniej poważnie niż hokej na wrotkach, a do czwartego miejsca doskoczyli dopiero uczący się tej dyscypliny Finowie; potem w finale mierzyli się zdziesiątkowani Polacy z pozbawionymi obu czołowych rozgrywających Francuzami. Teraz silni odzyskują pion. O medale biją się Rosja, Serbia i Włochy, czyli najbardziej utytułowane reprezentacje kontynentu w minionych kilkunastu latach, oraz broniąca tytułu Polska, czyli potęga wschodząca. Półfinałowi przeciwnicy biało-czerwonych zajmują pozycję szczególną. Choć utracili imperialną pozycję z lat 90. (wygrywali trzy kolejne mundiale), to pochodzą z kraju w świecie siatkówki nadal centralnego. Tamtejsza liga przypomina trochę Dolinę Krzemową - ściągała do siebie wszystkie wybitne postaci tego sportu, wynalazła technologię czyniącą grę bardziej wyrafinowaną (dzięki analizie taktycznej opartej na danych zbieranych w programie DataVolley), teraz z jej dorobku korzysta cały kontynent. Włosi wyeksportowali lub wyedukowali tylu trenerów, że wystarcza ich dla wielu uczestników kilku ostatnich ME - to właśnie im sensacyjne sukcesy zawdzięczają Hiszpanie i Finowie, to oni stoją za postępami Słowaków; niedawno nie oparli im się nawet mający własne wspaniałe tradycje Rosjanie. My, Polacy, czerpiemy z ich dorobku od trzech selekcjonerskich kadencji. Z fantastycznym skutkiem. W 2006 r. Raul Lozano dał nam pierwszy medal mundialu od 32 lat. W 2009 r. Daniel Castellani dał nam pierwsze w ogóle złoto ME. Wreszcie w roku bieżącym pierwszy medal w Lidze Światowej dał nam Andrea Anastasi. Ten ostatni to klasyczny przedstawiciel włoskiej myśli szkoleniowej - błyskotliwy strateg, który intensywnie główkuje, jak w trakcie meczu ukrywać wady swojej drużyny. Bo o jej licznych wadach otwarcie mówi. A zaraz potem dodaje, że „w siatkówkę na szczęście nie trzeba grać perfekcyjnie, by zwyciężać”. Na ME każdego dnia przekonujemy się, że ma rację. W ćwierćfinale Polacy jako jedyni nie oddali seta, choć na Słowację nacierali z nieuzbrojonym atakującym, zbijającym z zawstydzającą 26-procentową skutecznością. Włosi też nie uprawiają siatkówki bez skazy. Wściekali się, gdy w pierwszej rundzie przegrali z Francuzami pomimo prowadzenia 2:0, i martwili się po ćwierćfinale, że niepotrzebnie trwonią energię - Finlandia urwała im seta. Nie czują się już wielcy, ale chcą utraconą wielkość odzyskać. Poprzednie ME wspominają jak koszmar, zajęli na nich miejsce dziesiąte - najniższe po 1975 r. Oni żyją z resztą świata w symbiozie - dzielą się know-how, w zamian korzystając z dobrych genów. Połowę podstawowej szóstki tworzą potomkowie imigrantów, którzy kiedyś współtworzyli potęgę włoskiej siatkówki. Rozgrywa Dragan Travica - syn znakomitego gracza i trenera Ljubomira, urodzony w należącym jeszcze do Jugosławii Zagrzebiu; do Italii przyleciał, gdy miał 20 dni. Atakuje Michal Łasko - urodzony we Wrocławiu syn Lecha, naszego mistrza olimpijskiego z Montrealu. Przyjmuje Ivan Zaytsev - urodzony we włoskim Spoleto syn legendarnego rozgrywającego Wiaczesława Zajcewa, który wtedy w Montrealu zdobył srebro, bo drużyna ZSRR nie sprostała gigantom trenera Huberta Wagnera. Cała trójka pielęgnuje związki z ojczyzną rodziców. Travica szlifuje język i zajada się przyrządzanymi przez ciocię chorwackimi przysmakami; Łasko przekonuje, że siatkarzem czuje się włoskim, ale generalnie - Polakiem; Zaytsev twierdzi, że mentalnie uważa się Rosjanina („Ja np. chciałbym się już ożenić, a 22-latkowie z Italii wolą mieszkać z rodzicami”). Ale też wszyscy śpiewają włoski hymn, myślą po włosku, pomimo posiadania dwóch paszportów nie mieli dylematów, dla kogo grać. I stanowią o sile kadry - wraz z kapitanem Cristianem Savanim oraz 36-letnim środkowym Luigim Mastrangelo, ostatnim w niej złotym medaliście ME z 1999 roku, które wygrał pod dowództwem Anastasiego. Ten ostatni poprowadził do tytułu także Hiszpanów, więc jeśli wypchnie na podium jeszcze Polaków, zostanie pierwszym w historii trenerem, który wziął medale z trzema różnymi reprezentacjami. O złoto będzie niesłychanie ciężko, nawet sam Anastasi powtarza, że na naszym kontynencie nie widzi dla Rosjan żadnej konkurencji. Ale jeśli Polacy znów dostosują poziom do klasy rywala i wzniosą się wyżej niż w meczach poprzednich, o srebrze lub brązie mogą marzyć śmiało. A nasz włoski selekcjoner może ustanowić, o czym pisałem już w poprzedniej notce, jeszcze jeden rekord - nasz, wewnętrznie polski. Sprawić, że biało-czerwona reprezentacja, wystrojona już w medale w lipcowym finale LŚ, po raz pierwszy w ciągu jednego roku wskoczy na podium aż dwukrotnie.
czwartek, 15 września 2011
W trwających właśnie mistrzostwach Europy najbardziej lubię to, że wreszcie nikt nie znajdzie powodu, by zrzędzić, że nasi siatkarze osiągnęli sukces - bo chyba już mały osiągnęli - dzięki podsunięciu im poprzez działaczowskie krętactwa lichych przeciwników. Powinniśmy raczej przypomnieć sobie, jaką szóstkę zestawilibyśmy z nieobecnych na turnieju - z Zagumnym na rozegraniu, Wlazłym w ataku, Winiarskim i Bartmanem lub Świderskim na przyjęciu, Plińskim oraz ewentualnie Czarnowskim na środku siatki. Jak spoglądam na te nazwiska, to sobie myślę, że wymienieni byliby w starciu drużyną, która właśnie awansowała do półfinału ME, faworytem. A skoro wykrwawioną reprezentację mimo wszystko stać na walkę o medale na mistrzostwach kontynentu, to znaczy, że potencjał naszej siatkówki - o jej postępach w perspektywie dekady czym blogowałem przed kilkoma dniami - rzeczywiście nadal rośnie. W imponującym tempie rośnie też dorobek Andrei Anastasiego. On zdobywał już złoto ME z Włochami oraz Hiszpanami i zdaje sobie sprawę, że jeśli wypchnie Polaków na podium, zostanie pierwszym w historii trenerem, który brał medale z trzema różnymi reprezentacjami. Ale to nie jest jedyny rekord, który ma szansę ustanowić. Przed nim jeszcze rekord nasz, wewnętrznie polski. W 2006 r. selekcjoner Raul Lozano dał nam pierwszy medal mundialu od 32 lat. W 2009 r. selekcjoner Daniel Castellani dał nam pierwsze w historii złoto ME. W 2011 r. selekcjoner Anastasi dał nam pierwszy medal w Lidze Światowej. A w weekend Anastasi może jeszcze sprawić, że polska reprezentacja po raz pierwszy w historii na dystansie jednego roku wskoczy na podium aż dwukrotnie.
poniedziałek, 12 września 2011
Pewnie już wiecie, że dzisiaj znów może się zrobić na siatkarskiej imprezie niesmacznie. To już w tej dyscyplinie staje się normą - „warto” przegrać pojedynczy mecz, by mieć większe szanse na medal. Na ubiegłorocznym mundialu Polacy grali na całego i słono za bezkompromisową postawę zapłacili - być może nie ponieśliby klęski, gdyby tak szybko nie zderzyli się z Brazylią i nie zostali przez nią przybici do boiska. Za kilka godzin może się zdarzyć, że jedynym sposobem na uniknięcie w ćwierćfinale absolutnego faworyta mistrzostw Europy - Rosji - będzie oddanie meczu Słowacji. Trener Andrea Anastasi w rozmowie ze mną nie zdobył się na twardą deklarację, że nie poleci swoim ludziom przegrać. Lawirował, unikał odpowiedzi. Jestem ciekawy opinii czytelników „A jednak się kręci” - czy waszym zdaniem nasi siatkarze powinni celowo przegrać, jeśli dzięki porażce wyminą Rosję w drodze po medal? Wkładam sondaż, ale chciałbym też poczytać uzasadnienia na forum.
sobota, 10 września 2011
Nasi siatkarze wyjechali na mistrzostwa Europy w swojej ulubionej roli - nie są faworytami, mało kto liczy na medal. Ale reprezentacja, która dzisiaj zagra z Niemcami, jest okaleczona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Memoriał Wagnera to turniej towarzyski, ale jego przebieg zazwyczaj zapowiadał, co z naszymi siatkarzami będzie się działo później. Wygrywali go trzykrotnie. W 2006 r., który zakończyli sensacyjnym srebrem mundialu; w 2008 r., w którym centymetry dzieliły ich od półfinału igrzysk w Pekinie; w 2009 r., w którym zdobyli mistrzostwo kontynentu, czyli dokonali wyczynu nieosiągalnego nawet dla legendarnej grupy Huberta Wagnera. Kiedy w memoriale ledwie odrywali się od ziemi, zwiastowało to katastrofę w grze o poważną stawkę. Najsłabsze występy zakończone na najniższym stopniu podium – w 2007 i 2010 r. – poprzedziły najbardziej szokujące klęski minionej dekady – 11. miejsce na ME oraz 13. miejsce na MŚ. Gdyby ta reguła miała się utrzymać, teraz musielibyśmy oczekiwać kolejnego nieszczęścia. W sierpniowym memoriale biało-czerwoni wypadli beznadziejnie. Przegrali wszystkie mecze (z Czechami, Włochami, Rosją), urwali rywalom zaledwie jednego seta. To ich najgorszy bilans w historii turnieju. Niepokoi jednak nie bilans, lecz gra. Przewidywalna, niestabilna, w ofensywie oparta niemal wyłącznie na potężnych ramionach Bartosza Kurka, którego nie tylko polski trener Andrea Anastasi obwołuje kandydatem na najlepszego przyjmującego świata. Nastroje w środowisku są takie, że kadrowicze głośno skarżą się na atmosferę bezprecedensowo podłą i brak wsparcia. Przed dwoma laty reprezentacja też leciała na ME pokiereszowana, a jednak bez gwiazd – Mariusza Wlazłego, Michała Winiarskiego, Sebastiana Świder-skiego – zdobyła tytuł. Ozłociły ją fenomenalne zbicia przeżywającego trzecią już chyba młodość Piotra Gruszki, rozkwit Kurka, inteligencja organizującego grę Pawła Zagumnego, poświęcenie i biegłość w defensywie, szczęśliwy układ grup. Dziś wyrwy w kadrze są znacznie większe. Zmieściło się w niej sześciu debiutantów na ME, znów nie ma Wlazłego, Winiarskiego i Świderskiego, ale też Plińskiego i Zagumnego, bezdyskusyjnie najwybitniejszego polskiego rozgrywającego minionych lat. Z każdą personalną stratą reprezentacja umiała sobie poradzić – właśnie poza nieobecnością tego ostatniego. Nie ma wreszcie Zbigniewa Bartmana, w którego Anastasi mocno inwestował, w trybie alarmowym przestawiając go z przyjęcia na atak. A przecież brakuje także Gruszki. Tamtego Gruszki. 400-krotny reprezentant Polski (jest pod tym względem rekordzistą) na ME pojechał, ale on też z trudem podnosi się po urazie. Jeśli się nie podniesie, Polacy prawdo-podobnie znajdą się w opałach. Choć Kurek wciąż sprawia wrażenie atlety niezniszczalnego i nienasyconego w ofensywie, bez wsparcia ze skrzydeł może nie podołać, a tam pewniaków nie widać. Michał Ruciak to siat-karz rzetelny, lecz z ograniczeniami (ledwie 191 cm wzrostu, potrzebuje precyzyjnie wystawionej piłki), Michał Kubiak spędza w reprezentacji dopiero pierwszy sezon, a młodziutki Mateusz Mika to absolutny żółtodziób na poziomie międzynarodowym i na razie postać drugoplanowa nawet w naszej lidze. Zostaje Jakub Jarosz, który będzie się dzielił funkcją atakującego z Gruszką. Siatkarz również niepewny, po przejściach, w tym roku przebłyski miał tylko w turnieju finałowym Ligi Światowej w Gdańsku, gdzie Po-lakom do historycznego podium pomogła doskoczyć turniejowa drabinka, tradycyjnie wybitnie sprzyjająca gospodarzom. Cztery najwyżej sklasyfikowane drużyny znalazły się tam w innej grupie. Na ME Polacy wpadli do najtrudniejszej grupy pierwszej rundy. Najpierw zmierzą się z Niemcami Raula Lozano, który specjalnie mobilizuje się na mecze z biało-czerwonymi, odkąd we wrogiej atmosferze rozstał się z PZPS. Jego ludzie trenowali ostatnio w Brazylii (przegrali cztery sparingi z „Canarinhos”), a jeśli sam argentyński trener – raczej niechętny do obiecywania złotych gór – przebąkuje, że jego drużynę stać na pierwszy w historii medal, to znaczy, że czuje się bardzo pewnie. Jutro Polacy zagrają z celującymi w medal, prowadzonymi przez trzykrotnego triumfatora Ligi Mistrzów Radostina Stojczewa Bułgara-mi, a w poniedziałek ze Słowakami – najmniej w tym gronie renomowanymi i osłabionymi przez kontuzję rozgrywającego Michała Masnego, ale groźnymi, skoro umieli w tym roku zwyciężyć w Lidze Europejskiej. W turnieju możemy się jednak spodziewać zaskakujących zwrotów, bowiem w systemie rozgrywek jak zwykle nie brakuje psujących rywalizację małych dziwactw lub dużych absurdów. W pierwszej rundzie odpadają tylko ostatnie drużyny każdej grupy, a zwycięzcy grup mogą w ćwierćfinale spotkać się z rywalami, którzy zajęli w nich trzecie miejsca. Czyli np. jest możliwe, że Polska dwukrotnie z rzędu zagra ze Słowacją. Co więcej, niewykluczone, że biało-czerwoni będą mieli powody, aby rozważyć podłożenie się rywalom. Jeśli bo-wiem skończą pierwszą rundą jako wiceliderzy, w ćwierćfinale zderzą się prawdopodobnie z murowanymi faworytami Rosjanami. Bezpieczniej zsunąć się na trzecie miejsce. A z deklaracji Anastasiego wynika, że bez skrupułów poleci oddanie meczu, jeśli uzna je za korzystne. Polscy siat-karze mają zresztą fatalne wspomnienia z grania serio bez względu na okoliczności – gdyby w zeszłym roku na pełnym skandali mundialu nie uparli się wygrać grupy, nie zostaliby w drugiej rundzie znokautowani przez Brazylię. W Europie blady strach wśród rywali wywołuje tylko Rosja. Za nią jest przepaść, a potem spora grupka zespołów bardziej lub mniej śmiało myślących o podium – wśród nich reprezentacje po radykalnych rekonstrukcjach, jak opuszczona przez wspaniałego rozgrywającego Nikolę Grbicia Serbia czy kompletnie przebudowane Włochy. Trwałej hierarchii ustalić nie potrafi nikt, o czym świadczą także prognozy fachowców – nasz Grzegorz Wagner doradza, abyśmy przywykli do porażek, tymczasem fantastyczny serbski bombardier Ivan Miljković umieszcza Polskę na drugiej pozycji wśród faworytów. Chaos pogłębiają wyniki o mistrzostw Europy. Na przedostatnich medale zdobyli Hiszpanie, Rosjanie i Serbowie, na ostatnich – Polacy, Francuzi i Bulgarzy. Na podium nie utrzymał się nikt. Dla nas przyjemnie brzmi konstatacja, że w 2009 r. złoto wzięli biało-czerwoni, a dwa lata wcześniej ich aktualny trener Andrea Anastasi. Dopadł go Hiszpanami, którzy skaczą do piłki dla kraju wyżej od siatkówki ceniącego nawet hokej na wrotkach i sprawił on największą chyba sensację w dziejach turnieju. A skoro udało się z nimi... |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||