Wpisy z tagiem: Andrea Anastasi

środa, 25 września 2013

Andrea Anastasi, siatkówka, reprezentacja Polski, mistrzostwa Europy, mundial 2014

Trzech pokazowo przerżniętych turniejów z rzędu nie przetrwałby selekcjoner żadnej reprezentacji z medalowymi ambicjami. Ale znaleźć następcę Andrei Anastasiego jest wyjątkowo trudno.

Kapitan rywali Todor Aleksiew niepowodzenie Polaków, którzy w barażu o ćwierćfinał przegrali wygrany mecz z Bułgarią, tłumaczył przerwą po drugim secie. Według niego wybiła ich z uderzenia, uniemożliwiła to, o czym wspominał mistrz olimpijski z Montrealu Ryszard Bosek - "zamiast nadepnąć na rurkę z tlenem, pozwolili Bułgarom oddychać". To jedyna dłuższa przerwa, w siatkówce wręcz nienaturalna, bo obie drużyny schodzą do szatni.

Akurat Polacy do wyrwy w grze jednak przywykli. Japończycy wymyślili ją, by w telewizyjnej transmisji upchnąć więcej reklam, a my przejęliśmy, gdy obłędną popularność zyskała Liga Światowa. I nasza reprezentacja od dawna po drugim secie znika w szatni na sześć minut. Hipoteza Aleksiewa brzmi wątpliwie, w każdym razie nie zdołamy jej zweryfikować, ale posiada nośność symboliczną. Przerwę zrodziły wymogi komercyjne, a nam coraz częściej powinno przemykać przez głowę, że rozbuchane organizacyjno-marketingowe opakowanie siatkówki okrywa stosunkowo wątłą zawartość merytoryczną.

Owszem, ta dyscyplina wykonała niekwestionowany sportowy postęp, zwłaszcza jeśli wspomnieć ponure lata 90. Czy jednak ostatnio dorównuje on rozmachem rozwojowi widowiskowo-finansowej nadbudowy? Czy jedyny kraj na kontynencie, w którym nie brakuje jej niczego, nie powinien zrewidować perspektyw i oczekiwać, że reprezentacja będzie kolekcjonowała medale bez wytchnienia?

Że jeśli turniej nie wyjdzie, to na miarę sąsiedztwa pod podium, a nie miejsc 9-12? Anastasi rozpoczął pracę z naszą kadrą właśnie tak, jakby zamierzał wynieść ją na wyższy poziom. Od ery sukcesów incydentalnych przeprowadzić do ery masowego wygrywania. Wziął brąz LŚ, brąz ME, srebro Pucharu Świata, złoto LŚ. Imponujące, czterech medalowych imprez z rzędu nie przeżyli nawet bohaterowie Wagnera.

Być może dlatego włoski selekcjoner dostał od szefów PZPS najwięcej szans. Trwał na stanowisku mimo marnych wyników, symptomów utraty kontroli nad drużyną, postępującej niechęci konsultowania się z kimkolwiek poza samym sobą. Ci, którzy mieli dostęp do wyników badań fizjologicznych przeprowadzonych przed igrzyskami, mówią, że jasno z nich wynikało, iż siatkarze polecieli na londyński turniej przetrenowani. Trenerzy i działacze odpowiedzialni za kwestie sportowe opowiadają też, że wraz z upływem czasu Anastasi coraz rzadziej cokolwiek wyjaśniał, zbywając pytania przypomnieniem, że jako jedyny trener zdobył medale ME z trzema różnymi reprezentacjami. I wykrzykiwanymi zapewnieniami, że nad wszystkim panuje.

Fakty temu przeczyły. Zwłaszcza te najnowsze. Grzegorz Bociek, który wspaniale zbijał w barażu Bułgarów, spadł mu z nieba - wczoraj nie mieścił się w bardzo szerokiej, 22-osobowej kadrze, dziś miał prowadzić ofensywę w meczu o życie. Niewiele bardziej doświadczony Fabian Drzyzga nie mógł wypolerować wystaw do kolegów, bo zastygł wśród rezerwowych, czyniąc coraz częściej drętwiejącego w krytycznych chwilach Łukasza Żygadłę najbardziej samotnym rozgrywającym świata. W ogóle cała drużyna wyglądała na rozchwianą, po raz pierwszy ujrzeliśmy w reprezentacji kaleczącego seriami odbiór serwisu Michała Winiarskiego.

Mecz z Bułgarami wypadł wręcz znakomicie, jeśli pomyśleć, że w przededniu zdawało się nierealne, że Polacy w ogóle zdołają wznieść się na szczytowy poziom gry. Niestety, kto wznosi się raz w roku, musi liczyć się z ryzykiem, że i tak nie da rady.

Kiedy działacze podejmowali decyzje o rozstaniach z poprzednimi zagranicznymi trenerami, były wątpliwości. Raúl Lozano skłócił się ze środowiskiem (z winy obu stron) i współpraca stawała się nie do zniesienia, ale na pożegnalny turniej - olimpijski, milimetry dzieliły Polaków od pierwszego od 28 lat półfinału - przygotował drużynę dobrze. Daniel Castellani podpisał klęskę na mundialu w 2010 roku, ale posadę stracił zaskakująco szybko - to była jego pierwsza wpadka, odebrano mu prawo do jakiegokolwiek błędu. Anastasi właściwie nie pozostawił zwierzchnikom alternatywy.

Przerżnął trzy kolejne turnieje. W szokującym stylu. Na igrzyskach Polacy ulegli nawet Australii. Ligę Światową skończyli na 11. miejscu, najniższym od 1998 roku. Na mistrzostwach Europy jedyne zwycięstwa odnieśli - po nielekkich przeprawach - nad Turcją i Słowacją. To seria ciosów, jakiej nasza siatkówka pod obcymi selekcjonerami nie przyjęła. Zaufanie zawodników do szefa poważnie naruszyła już klapa londyńska, potem ochłodzenie w jego relacjach z działaczami zaczęło przechodzić w zlodowacenie. I zwolenników nierozwiązywania wygasającego po przyszłorocznym mundialu kontraktu nie ma.

Co dalej? Włoska szkoła trzyma się mocno, jej absolwenci nadal projektują współczesną siatkówkę. Na trwającym turnieju Italię reprezentują czterej selekcjonerzy - Anastasi, Camillo Placi od Bułgarów, Emanuele Zanini od Turków oraz kierujący rodakami Mauro Berruto. A jeśli zajrzymy głębiej, to u Rosjan, Finów, Holendrów i Słoweńców odkryjemy importowanych z Półwyspu Apenińskiego drugich trenerów. Czyli połowa finalistów ME czerpie z włoskiego know-how.

Co nie oznacza, że i nasza reprezentacja utrzyma kierunek. Po głowach działaczy krążą najrozmaitsze opcje - od Kanadyjczyka Glenna Hoaga, zasłużonego w Lidze Mistrzów z klubami o ograniczonym potencjale, po kandydatury ze wschodu (mistrz olimpijski z Londynu Władimir Alekno). Sytuacja jest skomplikowana. Na rynku płytko, a cały świat zdaje sobie sprawę, iż organizujący za rok mundial Polacy znaleźli się w potrzebie, co podnosi żądania finansowe. Dlatego całkiem wykluczyć nie wolno nawet pozostawienia Anastasiego, który po wypadzie do Włoch w przyszłym tygodniu ma przekonywać do siebie w PZPS (on sam nie uważa, by musiał przekonywać). Gdyby ocalał, to nie dlatego, że jego przełożeni chcą, lecz dlatego, że muszą. Trenerski węzeł gordyjski, tyle że byle tasakiem go nie rozetniemy.

Szefowie siatkówki tym razem zarzucają myślenie o dłuższej perspektywie, jak przy zatrudnianiu Lozano, Castellaniego i Anastasiego. Przeciwnie, niebezpiecznie bliski cel trzeba osiągnąć za wszelką cenę i wszelkimi dostępnymi siłami, być może po ponownym zaciągnięciu do reprezentacji notorycznie niesubordynowanego atakującego Mariusza Wlazłego oraz pomnikowego rozgrywającego Pawła Zagumnego, z obecnym selekcjonerem żyjących źle lub średnio. Niezbędna jest totalna mobilizacja, entuzjastyczna współpraca wszystkich ze wszystkimi, sterylnie czyste powietrze w szatni. Klęska na mundialu w Polsce byłaby klęską śmiertelnie bolesną, więc już dziś wiadomo, że siatkarze zderzą się na nim z jednym ze swoich najgroźniejszych rywali - potworną presją.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Każdy selekcjoner reprezentacji – Lozano, Castellani, Anastasi, wszyscy bezdyskusyjnie kompetentni – wpada w identyczne tarapaty. Problem tkwi w nim czy w tych, którymi zarządza? Leżący za płatną ścianą felieton z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

piątek, 12 lipca 2013

Nie obronią zdobytego w minionym roku tytułu, bo nie doskoczyli nawet do turnieju finałowego. Bułgarzy rozsmarowali ich w Warnie do zera, wynik sobotniego rewanżu nie ma znaczenia.

Cały czas grali byle jak, ale formę naprawdę beznadziejną przyszykowali na decydujące starcia. W poprzednich meczach docenialiśmy, że dzielnie walczyli z własną słabością - zresztą uderzającą w oczy - i albo ostatecznie zwyciężali, albo przynajmniej przedłużali mecz do tie-breaka. Tym razem nie wykazywali żadnych znaków życia.

I to w meczu z takim rywalem! Akurat tym, który kładł się przed Polakami jak żaden z szeroko pojętej czołówki!

Latami przyzwyczajaliśmy się, że Bułgarów nasi siatkarze biją zawsze i wszędzie. Że wystarczy ich trochę przycisnąć, by całkiem złamać. Tradycję rywale przerwali dopiero na ubiegłorocznych igrzyskach. A dziś zachowywali się, jakby zamierzali wprowadzić zupełnie nową. To oni wytrzymali presję i utrzymywali regularność, choć formą też nie oszałamiali, chwilami zamiast Ligi Światowej oglądaliśmy Ligę Świetlicową.

Najpierw, jeszcze przed wyjściem na boisko, padł Michał Winiarski. Uszkodził mięsień łydki, Polacy stracili najwszechstronniejszego gracza. Czy to jednak wystarcza za usprawiedliwienie drużyny, która cierpiała nie tyle z powodu marnej gry jednostek, ile totalnego, grupowego rozregulowania? Zdarzył się wczoraj taki incydent, z perspektywy całego występu w LŚ 2013 niemal symboliczny - Łukasz Żygadło usiłował wystawić źle odebraną po serwisie piłkę, ale wtarabanił się mu się pod nogi Zbigniew Bartman. W chwili, w której siatkarski elementarz nakazuje wszystkim zawodnikom rozpierzchnąć się w cztery strony świata, byle dać przestrzeń rozgrywającemu. I punkt został Bułgarom podarowany. Katastrofa. Dzięki niej rywale prawdopodobnie nie muszą nawet dziś wygrać, żeby przeskoczyć USA i awansować na turniej w Mar del Plata (dołączą tam do Argentyny, Brazylii, Włoch, Rosji i Kanady).

Trener Andrea Anastasi musiał być skrajnie zdesperowany, bowiem w ostatnim secie przypomniał sobie o istnieniu Fabiana Drzyzgi, rezerwowego rozgrywającego, który w tej edycji LŚ dotknął piłki ledwie kilka razy. Nie pomogło, zresztą było już bardzo późno, konająca drużyna wydawała ostatnie tchnienie.

I selekcjoner podpisał swoim nazwiskiem drugi z rzędu turniej - po olimpijskim w Londynie - sromotnie przegrany.

Zaczął się od czterech porażek. Wcześniej zdarzyło się to Polakom w tych rozgrywkach raz. W roku 1999, kiedy wychodzili z wieków ciemnych i dopiero zapoznawali się z LŚ. Wtedy mogliśmy przypuszczać, że Anastasi przedobrzył w trakcie przygotowań, szczyt formy przygotowując na lipiec - to w sporcie norma, że drużyny z ambicjami eliminacyjne gierki chcą odbębnić, by wystrzelić z pełną mocą wtedy, kiedy trzeba awansować lub wręcz zadać ciosy warte podium. A Polacy bronili trofeum. Niestety, najbardziej dołujący popis dali na finiszu.

I tym bardziej niepokojący, że nadciąga czas kulminacyjny dla XXI-wiecznego rozkwitu polskiej siatkówki. Jesienią zorganizujemy (wspólnie z Danią) mistrzostwa Europy, w przyszłym roku - mistrzostwa świata. Tam zwyczajnie wypada porywać się na medale. A zanosi się na wściekłą awanturę pod siatką.

Anastasi tym się dotychczas różnił od poprzednich zagranicznych selekcjonerów - Raula Lozano i Daniela Castellaniego - że po dwóch latach pracy wciąż utrzymywał znakomite relacje z szefami PZPS, po igrzyskach usłyszał krytykę tak delikatną, jakby został wyświęcony na nietykalnego. Teraz zwierzchnicy zażądają wyjaśnień. I mogą zmierzyć się z poważnym dylematem - jeśli nie będą mieli pewności, czy siatkarze, u włoskiego selekcjonera skazani na treningową mordęgę, wciąż mu ufają. Bez tego znosić tortur na zajęciach się nie da. A naprawiać trzeba dużo, aż za dużo.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Bezprecedensowa seria wpadek w Lidze Światowej byłaby łatwiejsza do zniesienia, gdyby nie rządził nimi nałogowy kolekcjoner sukcesów Andrea Anastasi. Jeśli on przegrywa, sprawa robi się poważna.

Owszem, Polakom zdarzyło się już rozpocząć otwierające sezon rozgrywki od czterech porażek. Raz. Działo się to jednak w starożytności, w roku 1999, kiedy wychodzili z wieków dla naszej siatkówki ciemnych, nieśmiało skradali się do bardzo szeroko pojętej czołówki, frajdę dawały nam pojedyncze urywane sety. A oberwali wtedy czterokrotnie od broniącej srebra Rosji.

Teraz wystartowali jako triumfatorzy poprzedniej edycji. Faworyci, ćwiczeni przez włoskiego selekcjonera od dwóch lat, z niemal nietkniętą kadrą. Jeśli spojrzeć, co się dzieje u konkurencji – poszarpanej gwałtownymi ruchami personalnymi, czasem wręcz szerokimi wymianami pokoleń – pracują w błogim spokoju i stabilizacji. A ulegli nie tylko Brazylii, lecz także radykalnie odmłodzonej Francji, której medale się nie śnią. I marne to pocieszenie, że opierali się jej polscy siatkarze aż po tie-breaki, skoro wcześniej Amerykanie i Bułgarzy bili trójkolorowych we wszystkich meczach. Trzeba brać już pod uwagę najbardziej brutalny scenariusz: Polacy zostaną drugimi w historii LŚ obrońcami tytułu, którzy nie doskoczą nawet do turnieju finałowego.

Czyżby Anastasi pomylił się, redukując liczbę sparingów do ledwie dwóch gierek z Serbią? Przesadził z obciążeniami treningowymi, dlatego jego ludzie tak wolno odzyskują – choć chyba odzyskują – wigor? A może reprezentację na pułapie medalowym rzeczywiście utrzymywał niemal samotnie Bartosz Kurek, przed nieudaną wyprawą do ligi rosyjskiej zbijający spod sufitu?

Odpowiedzi „tak” na dwa pierwsze pytania brzmiałyby o tyle uspokajająco, że od Anastasiego, imponująco doświadczonego multimedalisty, możemy oczekiwać refleksji i wyciągnięcia trafnych wniosków na przyszłość.

Twierdząca odpowiedź na trzecie pytanie brzmiałaby już bardzo niepokojąco, bo nakazywałaby zrewidować optymistyczny, dość powszechny pogląd o potencjale naszej siatkówki. W reprezentacyjnej rezerwie trzymamy skrzydłowych kieszonkowych (191 cm Michała Kubiaka, 189 cm Michała Ruciaka i 195 cm Jakuba Jarosza to gabaryty w ścisłej czołówce rzadkie, a razem wzięte wręcz niespotykane), z ataku też nie strzela klasyczny bombardier (przysposabiany z innej pozycji Zbigniew Bartman), więc Łukasz Żygadło musiałby się nieźle nakombinować, by uczynić ich grę komfortową. A przecież tam, gdzie wytrwał w klubie dłużej (Trento), i tam, gdzie porozgrywa w przyszłym sezonie (Zenit Kazań), piłka fruwała lub będzie fruwała na drugie piętro, do wielkoludów. Zupełnie inny wymiar siatkówki.

Co więcej, nieobecność weterana Pawła Zagumnego (w poprzedniej LŚ regularnie wyręczał Żygadłę w chwilach kryzysu) oraz osadzenie w rezerwie młodego Fabiana Drzyzgi – bezlitośnie konsekwentne, tylko on nie dotknął boiska – pozbawia Polaków alternatywy. Możliwości wyrazistej zmiany na pozycji organizującego grę, która np. w piątek pomogła sensacyjnie zwyciężyć Francuzom. Oby włoski trener nie wpędzał samego siebie w pułapkę...

W każdym razie dotkliwą serię porażek podpisanych przez poprzednich selekcjonerów, Daniela Castellaniego i Raúla Lozano, przyjąć ze spokojem byłoby łatwiej. Oni otwarcie hierarchizowali turnieje, wpadki podczas pomniejszych mogli wytłumaczyć celem dalekosiężnym, donioślejszym – w tym sezonie byłyby nim mistrzostwa Europy. Anastasi działa inaczej. To zawodowiec uzależniony od wygrywania, zainspirował naszych siatkarzy do bezprecedensowego parcia na medal – brali kolejno brąz LŚ, brąz ME, srebro Pucharu Świata, złoto LŚ. Nawet w majowym, tym rozegranym w podstawowym składzie sparingu z Serbią mową ciała – czy raczej: wrzaskiem ciała – dawał do zrozumienia, że porażki nie zniesie.

Jeśli zatem siatkarze przegrywają pod jego dowództwem, to tylko dlatego, że mu zwyczajnie nie wyszło. Znów mu nie wyszło – poprzedni sezon zwieńczyła bolesna klapa olimpijska. Teraz po wspomnianym majowym zwycięstwie nad Serbami obejrzał przegrany rewanż, a potem serial niepowodzeń rozciągnął się na pięć odcinków. Tak długiego jego zagraniczni poprzednicy nie oglądali. Tak długiego kibice reprezentacji Polski nie oglądali od 2002 roku.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Andrea Anastasi, Krzysztof Ignaczak, Andrea Gardini. Londyn 2012. Fot. Kuba Atys

Żeby lepiej pojąć, co dzieje się w obecnej reprezentacji Polski siatkarzy - np. pojąć pogodną zgodę Pawła Zagumnego na rolę rezerwowego - trzeba cofnąć się do jesieni 1999 roku, podczas której Andrea Anastasi rządził kadrą swojego kraju.

Trwały mistrzostwa Europy, Włosi przymierzali się do finału z Rosją. I właśnie wtedy, w kulminacyjnym momencie, selekcjoner wpadł na brawurowy pomysł, by osadzić w rezerwie Andreę Gardiniego - swego aktualnego asystenta w polskiej kadrze (na zdjęciu Kuby Atysa w tle), wówczas gracza pomnikowego, który trzykrotnie zdobywał złoto mundialu, był jednym z symboli tzw. „generazione di fenomeni”, z 418 reprezentacyjnymi występami we włoskiej klasyfikacji wszech czasów ustępuje jedynie Andrei Gianiemu. Rosjan miał blokować Luigi Mastrangelo, żółtodziób zaproszony do drużyny narodowej ledwie kilka miesięcy wcześniej. Boisko przyznało Anastasiemu rację, Włosi wyskakali tytuł, a trener zapytany o ryzykowny wybór personalny odparł: „To Gardini okazał się wielki. Przez styl, w jaki zaakceptował moją decyzję”.

Tamten epizod ilustruje wiele cech czyniących Anastasiego szefem wyjątkowym. Po pierwsze, silnie zarysowana własna wizja - Włoch nie uznaje w szatni świętych krów, chętnie wywraca hierarchie, konstruuje drużynę wybitnie autorską. Po drugie, odwaga i bezkompromisowość. Po trzecie, pamięć o godności siatkarzy - nasz selekcjoner chętnie składa im hołdy i dba, by przede wszystkim im przypisywano sukcesy. Po czwarte, respekt podwładnych - jego przykre decyzje szanują nawet giganci mający powody, by czuć się jak żywe posągi.

Akceptują, bo wierzą w jego kompetencje. Wierzą, że kieruje się wyłącznie interesem całej grupy. A przede wszystkim pod jego przywództwem zwyciężają. Tylko przy spełnieniu tych warunków trener może sobie pozwolić na oryginalne personalne manewry - burzące zastaną hierarchię - i nie ryzykować zatrucia szatni.

Anastasi warunki spełnia, więc także w reprezentacji Polski objął władzę absolutną. Jego poprzednicy zmagali się z mniej lub bardziej poważnymi kłopotami wewnętrznymi, z szatni co rusz wyciekały doniesienia o zajadłych wojnach, umiarkowanych konfliktach lub niewielkich, lecz dokuczliwych sporach. Pod aktualnym przywództwem nie wycieka nic. Cisza.

A przecież włoski selekcjoner wykonuje ruchy radykalniejsze niż poprzednicy, teoretycznie skazujące na co najmniej niesnaski. Takie, o których wielu bałoby się pomyśleć. Zepchnięcie w cień Zagumnego - od dekady powszechnie uznawanego króla rozgrywających, w drużynie zawsze pierwszoplanowego, o silnych skłonnościach przywódczych - to najbardziej ekstremalna decyzja selekcjonera reprezentacji polskich siatkarzy od wielu lat. Jeszcze przed chwilą trudno było sobie wyobrazić i to, że zostaje podjęta, i to, że 35-letni siatkarz - wybierany na najlepszego wystawiającego MŚ 2006, LŚ 2007, IO 2008 oraz ME 2009 - ją zniesie.

Znosi bez słowa sprzeciwu. Cierpliwie czeka, aż dostanie szansę.

Sytuacja jest klarowna, nawet kibice wiedzą, że drużyną steruje Łukasz Żygadło, by mógł nią sterować Anastasi. Sam był rozgrywającym i kiedy zszedł z boiska, nie zrzekł się pełnej kontroli nad tym, co dzieje się na boisku. Chce odpowiadać za całą inżynierię taktyczną, zatem potrzebuje pod siatką zawodnika precyzyjnie wykonującego rozkazy, zdolnego wyrzec się własnej inicjatywy. Żygadło odnajduje się w tej roli idealnie, Zagumny to wielki improwizator - pragnienie szukania niebanalnych, autorskich rozwiązań jest silniejsze od niego.

Tymczasem polska kadra w najnowszym wydaniu to, jak pisałem wyżej, projekt, owszem, wybitnie autorski, lecz w każdym szczególe podpisany przez Anastasiego. Włoch odsunął Zagumnego; przywrócił reprezentacji Żygadłę, który rozstawał się z kolegami w bardzo złej atmosferze; wymyślił całkiem nowego atakującego (być może znacząco wpływając na karierę Zbigniewa Bartmana); ani myślał negocjować z primadonną Mariuszem Wlazłym; pasował na kapitana Marcina Możdżonka, na co chyba nikt inny by nie wpadł. Wdał się w intensywną kadrową żonglerkę, ale w jej trakcie zwyciężał, na każdej imprezie zaprowadzając swoich ludzi na podium. Jest władcą absolutnym, a zarazem światłym i sprawiedliwym. Poza boiskiem zostawia podwładnym sporo wolności - w biografii „Il Nano diventato gigante” opowiada, że sam w trakcie kariery zawodniczej nie spotkał trenera wystarczająco elastycznego, by dać drużynie pełną swobodę między treningami i meczami, a ponieważ uważa ją za niezbędną dla odreagowywania stresu, sam postanowił działać inaczej. - Nie chcę, by moi siatkarze przeżywali to, co przeżywałem ja - tłumaczy. - Planuję zajęcia, ale nie kontroluję szczegółowo ich diety, nie sprawdzam, jak się relaksują. Wierzę w automotywację i sądzę, że zbyt rygorystyczne ograniczenia przynoszą skutek odwrotny od oczekiwanego.

Jeszcze raz: Anastasi chce możliwie najpełniej panować nad przebiegiem gry i przygotowań do niej, żąda pedantycznego podążania za taktycznymi instrukcjami, ale nie organizuje zawodnikom całego życia, a na końcu nigdy nie zapomina, by oddać im cześć. Rafael Pascual - legenda hiszpańskiej siatkówki, namówiony przez Włocha do powrotu do reprezentacji jako 37-latek - wspominał, jak szef zademonstrował jemu i innym kadrowiczom, czego od weterana oczekuje: „Czułem się trochę poza grupą, aż pewnego dnia Andrea wykonał gest, którego nigdy nie zapomnę. Trwała rozgrzewka, gdy pozwoliłem sobie na krytykę jednego z młodszych kolegów. Trener przerwał zajęcia, wskazał na mnie i powiedział: Ja tutaj rządzę i mam największe doświadczenie, ale kiedy zaczyna mówić Rafa, korzystam z okazji, zatrzymuję się i uważnie słucham, co ma do przekazania”.

sobota, 28 lipca 2012

Londyn 2012, Polska, siatkarze

Nasi siatkarze, którzy znów na stałe wtargnęli do światowej czołówki, doskoczyli ostatnio do podium wszelkich możliwych imprez poza najwyższym, bo najbardziej prestiżowym. Na igrzyskach nie wznieśli się ponad ćwierćfinał - w 2004 roku do boiska przydusiła ich Brazylia, budująca powoli reputację drużyny wszech czasów; 2008 roku zatrzymał ich Andrea Anastasi.

Prowadził wtedy rodaków. Ostro posiniaczonych. Podstarzałych, schorowanych, cudem przywracanych przez masażystów do życia na kolejne mecze. Gdyby w siatkówce istniały remisy, tamten ćwierćfinał musiałaby rozstrzygać dogrywka, ale w istocie Włosi odnieśli wówczas wspaniałe zwycięstwo. Oni walczyli z piętrzącymi się przeciwnościami losu, to Polacy - wówczas aktualni wicemistrzowie świata - uchodzili za faworytów.

Od tamtej pory hierarchią na szczytach potargało. Czołówka, wcześniej ściśnięta do wąziutkiej elity, znacząco się rozrosła. Boska Brazylia sprzeciętniała, nabrała ludzkich skaz i, choć nadal się liczy, przegrywa już jak każdy. Wreszcie Polacy - przestali nieśmiało między najlepszych zaglądać, stali się powszechnie szanowaną potęgą.

I weszli w rolę w naszym sporcie drużynowym absolutnie niezwyczajną. Polacy sami siebie uważają za faworytów, Polacy o otwarcie się do pewności siebie przyznają, Polaków obawiają się rywale („trzeba ich unikać w ćwierćfinale”, przestrzega rosyjska prasa), za wiarą w Polaków nie stoją odosobnione medalowe podskoki, lecz długotrwałe utrzymywanie się na medalowych pułapach.

Nowa era nastała wraz z przybyciem selekcjonera Anastasiego - nałogowego wygrywacza, który przy poprzednikach, przecież też znakomitych, wygląda chwilami jak procesor wyższej generacji.

Z Raulem Lozano reprezentacja na medal rozkwitła nad siatką raz (srebro mundialu), by w następnym sezonie zwiędnąć do druzgocącej klęski (11. miejsce na mistrzostwach Europy). Z Danielem Castellanim też po medal rozkwitła raz (złoto ME), by też zwiędnąć do druzgocącej klęski (13. miejsce mistrzostw świata). Z Anastasim nigdy nawet nie przywiędła. Sukcesy jej nie ciążą, przeciwnie, zapowiadają następne sukcesy. W coraz ładniejszych kolorach. Najpierw był brąz Ligi Światowej (jeszcze podparty przywilejem gospodarzy, czyli doborem „właściwych” przeciwników), potem brąz ME, srebro Pucharu Świata, wreszcie złoto LŚ. Pod rządami Włocha nasi wpychają się na podium wszędzie, gdzie zagrają.

Imponujący wzlot zawdzięczamy oczywiście postępowi całej polskiej siatkówki. Liga nieustannie potężnieje i zmusza do krańcowego wysiłku w każdej serii gier, w nowych rocznikach rozbłyskują nowe talenty, kolejni selekcjonerzy czerpią z bogatszej puli (spośród wicemistrzów świata AD 2006 w kadrze ostali się już tylko obaj rozgrywający i Michał Winiarski). Nie sposób jednak zignorować kompetencji i osobowości Anastasiego, dla którego permanentne wygrywanie to środowisko naturalne.

Jako gracz klubowy zdobywał europejskie puchary. Jako gracz reprezentacji zdobywał MŚ i ME. Jako selekcjoner Włochów, którym został jeszcze przed czterdziestką, brał medale igrzysk, ME i LŚ (w sumie osiem krążków). Hiszpanów zaprowadził na szczyt mistrzostw kontynentu, wywołując sensację na miarę pamiętnego futbolowego złota Greków w 2004. Wreszcie wszedł w głowy polskie. I już ozdobił je czterema medalami. Jeszcze jeden, a zrówna się z mitycznym Hubertem Wagnerem, ojcem chrzestnym pięciu popisów na miarę podium.

Anastasi zerwał z pobłażliwym traktowaniem imprez pomniejszych, by magazynować energię na ważniejsze - strategią stosowaną przez poprzedników, sam jej zresztą sprzyjałem, sądząc, że nikt nie zniesie ekstremalnego wyskakiwania nad siatkę przez okrągły rok. Włoch chce zwyciężać zawsze. Do zwyciężania przywykł, swoimi przyzwyczajeniami zaraża podwładnych, porażka to jego śmiertelny wróg. Oczekuje, że siatkarze wygrają nawet wtedy, gdy zaaplikuje im ciężki trening i po ćwiczeniach na siłowni czują się jakby mieli łydki obwieszone workami cementu. Banalne błędy, gapiostwo czy odstępstwo od taktycznych zaleceń złoszczą go także podczas sparingów, bo w jego wizji na boisku wolno przebywać wyłącznie w stanie totalnego skupienia. I nie wolno hamletyzować w rozstrzygających chwilach, lecz ciąć z serwisu, by rozpruć przeciwnika, zanim rozpocznie akcję zaczepną.

W bieżącym roku Polacy oddali ledwie dwa z 21 meczów - Finlandii niedługo po wielogodzinnej podróży do Toronto oraz Brazylii w jej hali. Niedawny Memoriał Wagnera zakończyli z setowym stosunkiem 9-1, wcześniejszy turniej finałowy LŚ rozpoczęli od przegrywania na inaugurację 1-2 z „Canarinhos”, by następnie wygrać 11 partii z rzędu - właśnie z Brazylią, z Kubą, Bułgarią oraz USA. Poszli za mentalnością szefa i od zwyciężania się uzależnili. Nikt inny w świecie nie wziął medali z czterech ostatnich imprez, nikt inny nie poleciał do Londynu po równie imponującej passie - ich ostatnie sety składają się na bilans 23-1!

Turniej olimpijski ma oczywiście zupełnie inny wymiar, tam wszyscy skaczą wyżej, zbijają mocniej, bronią zajadlej niż zazwyczaj. Runda grupowa to zaledwie rozgrzewka, po której nastąpi nagła kumulacja emocji i stawki - wystarczy dzień lekkiego załamania w ćwierćfinale czy półfinale, by zapomnieć o złocie. Nasi potrzebują wytrwać w nałogu, odstawienie wygrywania na choćby jedno popołudnie czy wieczór grozi bolesnymi, nieodwracalnymi konsekwencjami. Bo paradoks polega na tym, że choć drużyna Anastasiego zwycięża na masową skalę, to drużyny Lozano i Castellaniego mimo wszystko odniosły sukcesy triumfy okazalsze - wicemistrzostwo świata i mistrzostwo Europy.

Dopiero obecna reprezentacja uniosła się jednak na poziom, na którym medale z pośledniejszego kruszcu, np. brązowe, rozczarują. Przypominają się czasy Huberta Wagnera, naszego jedynego trenera wystarczająco bezkompromisowego i bezczelnego, by przed igrzyskami hałaśliwie deklarować, że interesuje go tylko złoto.

poniedziałek, 09 lipca 2012

To był niezwykły dla naszego sportu weekend, mój podsumowujący go felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 04 grudnia 2011

Reprezentacja Polski, Andrea Anastasi, siatkówka, Puchar Świata

Paradoks pierwszy: choć Puchar Świata ma blask szczerego srebra i bezapelacyjnie jest sukcesem siatkarzy imponującym, to nie umiem sobie przypomnieć ani jednego turnieju, na którym Polacy przegrali tyle meczów w równie zawstydzających okolicznościach: z Iranem prowadzili 16:11 w czwartym secie, by go oddać; Brazylię rozwalali w decydujących, wydawało się, chwilach 13:8; Rosję w tie-breaku nokautowali 14:9.

Paradoks drugi: choć porażki poniesione w tychże okolicznościach chwały nie przynoszą, to czy nie wolno nam w świątecznym, pomedalowym nastroju odwrócić perspektywy i zakrzyknąć triumfalnie, że drobiazgi dzieliły naszą drużynę od kompletu (!) zwycięstw w morderczym maratonie 11 gier na dystansie 15 dni? Że bliżej pobicia „Canarinhos” niż w sobotę nie byli Polacy od blisko dekady?

Na podium prestiżowych imprez zaczęli ponownie wskakiwać - po całej wieczności bez odrywania się od ziemi - w 2006 r., ale zdołalibyśmy przedstawić poważne argumenty dla tezy, że właśnie bieżący sezon przebiegał szczególnie wyjątkowo. Trener Andrea Anastasi wyrzeźbił przecież drużynę całkowicie autorską, zaskakującą nie tylko wynikami. To on wyobraził sobie w roli atakującego Zbigniewa Bartman (na co dzień przyjmującego), którego dotąd kojarzyliśmy z boiskowym rozedrganiem z pogranicza ADHD, według wielu fachowców czyniącego go niezdolnym do poważnych międzynarodowych igrzysk. On pasował na kapitana Marcina Możdżonka. Nie zabrał do Japonii uchodzącego za wręcz najlepszego polskiego środkowego Daniela Plińskiego. Ośmielił się odsunąć Piotra Gruszkę, czyli żywy pomnik zbudowany z przeszło 400 meczów w kadrze. Przywrócił reprezentacji usuniętego z niej w zeszłym roku - w dość niesmacznych okolicznościach - Łukasza Żygadłę, a potem jeszcze zareagował z bezceremonialnością heretyka, gdy tego samego Żygadłę wysunął przed nietykalnego dotąd Pawła Zagumnego.

Radykalnymi ruchami uświadomił nam, jak bogatymi zasobami ludzkimi dysponujemy. Na Pucharze Świata żonglował nazwiskami do zatracenia, z pomysłami trafiał, rekordową przyjemność zaoferował kibicom chyba w zwycięskim dreszczowcu z Włochami, kiedy obejrzeliśmy, jak krasnalowaty w standardach siatkarskich Michał Ruciak rewelacyjnie wyręcza słabującego tego dnia kolosa Bartosza Kurka. O przestronności kadry niech zresztą świadczy fakt, że nie ma ani jednego siatkarza, który zdobył wszystkie medale od 2006 roku - mundialu, mistrzostw Europy (dwukrotnie), Ligi Światowej i PŚ.

Gdyby ten ostatni sukces był wyrwany z kontekstu, mielibyśmy prawo zadawać pytanie, czy nie trąci trochę przypadkiem - jeśli siatkarze lecą do Azji w trakcie sezonu klubowego, wyciągnięci znienacka z kieratu ligowego, to turniej musi być mocno improwizowany. Ale drużyny sięgającej podium na trzech imprezach z rzędu takimi podejrzeniami obrażać nie wolno. Wypada raczej typować, że w roku 2012, w którym Polacy unikną mordęgi kwalifikacji olimpijskich, biało-czerwoni błysną wreszcie tam, gdzie w erze nowożytnej siatkówki odpadali dotąd w ćwierćfinałach. Na igrzyskach.

Trener Anastasi zdobyłby w Londynie czwarty medal z naszą reprezentacją. Tyle uzbierał też Wagner. Pościg za legendą trwa.

piątek, 16 września 2011

Od blisko dekady Polacy nie umieją pokonać Włochów na meczu prestiżowej imprezy. Jeśli jutro wreszcie zdołają, w niedzielnym finale mistrzostw Europy będą bronić tytułu. A nasza siatkówka przeżyje rok, jakiego jeszcze nie było.

Przegrywali nasi z Italią w turnieju finałowym Ligi Światowej (2011), na igrzyskach olimpijskich (2008) i mistrzostwach kontynentu (2005, 2007). Żeby wyłowić z pamięci ostatnie istotne zwycięstwo, musimy się cofnąć do argentyńskiego mundialu w 2002 r.

Czyli do zupełnie innej ery w polskiej siatkówce. Ery naznaczonej jeszcze głębokimi kompleksami i onieśmieleniem w zetknięciu ze ścisłą czołówką, spowodowanymi ponurą, pełną klęsk dekadą kończącą poprzednie stulecie. Kiedy po tamtym sensacyjnym triumfie w Santa Fe - Włosi bronili wówczas tytułu! - rozochocony siatkarz Dawid Murek wypalił, że celuje w złoto, zebrał burę od selekcjonera Waldemara Wspaniałego. Bo po co wywierać presję na drużynie, która nigdy niczego nie wygrała?

To już prehistoria, dziś nasi siatkarze ujmują wiarą w siebie. Po ćwierćfinale ze Słowacją rozgrywający Łukasz Żygadło przywoływał słowa Nikoli Grbicia, swojego byłego - wybitnego - klubowego kolegi z Trento, który mawiał, że woli rywali silnych od słabych oraz woli mecze o wielką stawkę od tych o małą stawkę, bo tylko wtedy krańcowo się mobilizuje. Żygadło przyznał też, że Słowacy okazali się niedojrzali i psychicznie chwiejni jak Argentyńczycy pokonani w lipcowym turnieju finałowym LŚ - ugięły się pod nimi kolana, gdy poczuli ciężar walki o medale.

Polacy w starciach ze średniakami, nawet średniakami o sporych aspiracjach, reagują inaczej. Jak faworyci. Nie upadają przygnieceni okresami fatalnej gry, wychodzą z poważnych tarapatów (wygrali seta, w którym Czesi prowadzili 20:14!), szczególną staranność i koncentrację wkładają w najważniejsze akcje. Dlatego

znów są w półfinale.

W półfinale wreszcie obsadzonym mocarzami. Dwie poprzednie edycje ME kończyły się sensacjami o bezprecedensowej skali, a na podium się kotłowało - najpierw złoto zdobyli Hiszpanie, którzy siatkówkę traktują mniej poważnie niż hokej na wrotkach, a do czwartego miejsca doskoczyli dopiero uczący się tej dyscypliny Finowie; potem w finale mierzyli się zdziesiątkowani Polacy z pozbawionymi obu czołowych rozgrywających Francuzami.

Teraz silni odzyskują pion. O medale biją się Rosja, Serbia i Włochy, czyli najbardziej utytułowane reprezentacje kontynentu w minionych kilkunastu latach, oraz broniąca tytułu Polska, czyli potęga wschodząca.

Półfinałowi przeciwnicy biało-czerwonych zajmują pozycję szczególną. Choć utracili imperialną pozycję z lat 90. (wygrywali trzy kolejne mundiale), to pochodzą z kraju w świecie siatkówki nadal centralnego. Tamtejsza liga przypomina trochę Dolinę Krzemową - ściągała do siebie wszystkie wybitne postaci tego sportu, wynalazła technologię czyniącą grę bardziej wyrafinowaną (dzięki analizie taktycznej opartej na danych zbieranych w programie DataVolley), teraz z jej dorobku korzysta cały kontynent. Włosi wyeksportowali lub wyedukowali tylu trenerów, że wystarcza ich dla wielu uczestników kilku ostatnich ME - to właśnie im sensacyjne sukcesy zawdzięczają Hiszpanie i Finowie, to oni stoją za postępami Słowaków; niedawno nie oparli im się nawet mający własne wspaniałe tradycje Rosjanie.

My, Polacy, czerpiemy z ich dorobku od trzech selekcjonerskich kadencji. Z fantastycznym skutkiem. W 2006 r. Raul Lozano dał nam pierwszy medal mundialu od 32 lat. W 2009 r. Daniel Castellani dał nam pierwsze w ogóle złoto ME. Wreszcie w roku bieżącym pierwszy medal w Lidze Światowej dał nam Andrea Anastasi.

Ten ostatni to klasyczny przedstawiciel włoskiej myśli szkoleniowej - błyskotliwy strateg, który intensywnie główkuje, jak w trakcie meczu ukrywać wady swojej drużyny. Bo o jej licznych wadach otwarcie mówi. A zaraz potem dodaje, że „w siatkówkę na szczęście nie trzeba grać perfekcyjnie, by zwyciężać”. Na ME każdego dnia przekonujemy się, że ma rację. W ćwierćfinale Polacy jako jedyni nie oddali seta, choć na Słowację nacierali z nieuzbrojonym atakującym, zbijającym z zawstydzającą 26-procentową skutecznością.

Włosi też nie uprawiają siatkówki bez skazy. Wściekali się, gdy w pierwszej rundzie przegrali z Francuzami pomimo prowadzenia 2:0, i martwili się po ćwierćfinale, że niepotrzebnie trwonią energię - Finlandia urwała im seta.

Nie czują się już wielcy,

ale chcą utraconą wielkość odzyskać. Poprzednie ME wspominają jak koszmar, zajęli na nich miejsce dziesiąte - najniższe po 1975 r.

Oni żyją z resztą świata w symbiozie - dzielą się know-how, w zamian korzystając z dobrych genów. Połowę podstawowej szóstki tworzą potomkowie imigrantów, którzy kiedyś współtworzyli potęgę włoskiej siatkówki. Rozgrywa Dragan Travica - syn znakomitego gracza i trenera Ljubomira, urodzony w należącym jeszcze do Jugosławii Zagrzebiu; do Italii przyleciał, gdy miał 20 dni. Atakuje Michal Łasko - urodzony we Wrocławiu syn Lecha, naszego mistrza olimpijskiego z Montrealu. Przyjmuje Ivan Zaytsev - urodzony we włoskim Spoleto syn legendarnego rozgrywającego Wiaczesława Zajcewa, który wtedy w Montrealu zdobył srebro, bo drużyna ZSRR nie sprostała gigantom trenera Huberta Wagnera.

Cała trójka pielęgnuje związki z ojczyzną rodziców. Travica szlifuje język i zajada się przyrządzanymi przez ciocię chorwackimi przysmakami; Łasko przekonuje, że siatkarzem czuje się włoskim, ale generalnie - Polakiem; Zaytsev twierdzi, że mentalnie uważa się Rosjanina („Ja np. chciałbym się już ożenić, a 22-latkowie z Italii wolą mieszkać z rodzicami”). Ale też wszyscy śpiewają włoski hymn, myślą po włosku, pomimo posiadania dwóch paszportów nie mieli dylematów, dla kogo grać. I stanowią o sile kadry - wraz z kapitanem Cristianem Savanim oraz 36-letnim środkowym Luigim Mastrangelo, ostatnim w niej złotym medaliście ME z 1999 roku, które wygrał pod dowództwem Anastasiego.

Ten ostatni poprowadził do tytułu także Hiszpanów, więc jeśli wypchnie na podium jeszcze Polaków, zostanie pierwszym w historii trenerem, który wziął medale z trzema różnymi reprezentacjami. O złoto będzie niesłychanie ciężko, nawet sam Anastasi powtarza, że na naszym kontynencie nie widzi dla Rosjan żadnej konkurencji. Ale jeśli Polacy znów dostosują poziom do klasy rywala i wzniosą się wyżej niż w meczach poprzednich, o srebrze lub brązie mogą marzyć śmiało.

A nasz włoski selekcjoner może ustanowić, o czym pisałem już w poprzedniej notce, jeszcze jeden rekord - nasz, wewnętrznie polski. Sprawić, że biało-czerwona reprezentacja, wystrojona już w medale w lipcowym finale LŚ, po raz pierwszy w ciągu jednego roku wskoczy na podium aż dwukrotnie.

czwartek, 15 września 2011

W trwających właśnie mistrzostwach Europy najbardziej lubię to, że wreszcie nikt nie znajdzie powodu, by zrzędzić, że nasi siatkarze osiągnęli sukces - bo chyba już mały osiągnęli - dzięki podsunięciu im poprzez działaczowskie krętactwa lichych przeciwników. Powinniśmy raczej przypomnieć sobie, jaką szóstkę zestawilibyśmy z nieobecnych na turnieju - z Zagumnym na rozegraniu, Wlazłym w ataku, Winiarskim i Bartmanem lub Świderskim na przyjęciu, Plińskim oraz ewentualnie Czarnowskim na środku siatki. Jak spoglądam na te nazwiska, to sobie myślę, że wymienieni byliby w starciu drużyną, która właśnie awansowała do półfinału ME, faworytem.

A skoro wykrwawioną reprezentację mimo wszystko stać na walkę o medale na mistrzostwach kontynentu, to znaczy, że potencjał naszej siatkówki - o jej postępach w perspektywie dekady czym blogowałem przed kilkoma dniami - rzeczywiście nadal rośnie.

W imponującym tempie rośnie też dorobek Andrei Anastasiego. On zdobywał już złoto ME z Włochami oraz Hiszpanami i zdaje sobie sprawę, że jeśli wypchnie Polaków na podium, zostanie pierwszym w historii trenerem, który brał medale z trzema różnymi reprezentacjami.

Ale to nie jest jedyny rekord, który ma szansę ustanowić. Przed nim jeszcze rekord nasz, wewnętrznie polski.

W 2006 r. selekcjoner Raul Lozano dał nam pierwszy medal mundialu od 32 lat. W 2009 r. selekcjoner Daniel Castellani dał nam pierwsze w historii złoto ME. W 2011 r. selekcjoner Anastasi dał nam pierwszy medal w Lidze Światowej.

A w weekend Anastasi może jeszcze sprawić, że polska reprezentacja po raz pierwszy w historii na dystansie jednego roku wskoczy na podium aż dwukrotnie.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi