Wpisy z tagiem: kamil glik

środa, 10 maja 2017

Jeden z moich ulubionych graczy reprezentacji Polski w półfinale Ligi Mistrzów brutalnie potraktował Gonzalo Higuaína. Nie wiem, czy z pełną świadomością i premedytacją – mógł zatracić się w boju, stracić na moment przytomność umysłu – ale nie ma wątpliwości, że nie walczył o piłkę. To była czysta, nieuzasadniona sportowo agresja. Faul i na czerwoną kartkę, i na wielomeczową dyskwalifikację.

Gdyby Kamil Glik został odesłany do szatni, doznałby tej przykrości w meczu z Juve po raz trzeci w karierze. Dwuznaczność słynnej miłości kibiców Torino do polskiego obrońcy – tam grał przed transferem do AS Monaco – polega na tym, że rozkochał ich sobie dzięki czerwonych kartkom obejrzanym w obu turyńskich derbach sezonu 2012/13 (najpierw również za brutalny faul, w rewanżu za sumę żółtych kartek). Co oczywiście nie było jego jedyną „zasługą”, fanów uwiódł stylem gry ucieleśniającym etos klubu. Tłumaczył Willie Peyote, turyński raper, autor utworu „Glik”, który oprowadzał mnie kiedyś po Turynie: Kamil reprezentuje ducha Torino. Ducha wywodzącego się z lat 60., kiedy największym twardzielem był Giorgio Ferrini. Rywale bali się wchodzić mu w drogę, a dla opisania stylu całej drużyny, który on jej nadał, wymyślono słowo „tremendismo” [w istocie pożyczone z hiszpańskiego – przyp. R.S]. Nas nie obchodzi, czy piłka klei mu się do nogi, my oczekujemy, że włoży w mecz całą swoją pasję, serce, wysiłek. Glik taki jest. Twardy, ale nie brutalny, ostre zagrania wynikają z totalnego zaangażowania, nie ze złego charakteru. Nawet gdy gra źle, gdy ewidentnie mu nie idzie, rzuca się w oczy, że chce. Bardzo chce.

Turyński raper mówi, jak jest, dlatego nigdy nie strzeliłoby mi do głowy, by podejrzewać, że Glik chciał Higuaínowi rozorać mięsień czy rozłupać kolano i uziemić go na kilka miesięcy. Ale też nie wypada udawać, że Polak nie zachował się po chamsku – na miarę czerwonej kartki czerwieńszej niż wszystkie poprzednie zebrane w karierze – tylko dlatego, że jest Polakiem. Zwłaszcza że taki przesycony hipokryzją i moralnością Kalego klimat mamy właśnie w kraju, nie tylko w sporcie. Zwłaszcza że Tomasz Hajto, były piłkarz i telewizyjny komentator będący autorytetem dla kibiców, zdążył już podać na Twitterze:

Tomasz Hajto, Kamil Glik

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy obrońcy Juve „zachowali się identycznie” (choć nie wykluczam, że się zachowali, każdego meczu każdego z nich na dysku pod czaszką nie zakodowałem). Ale to sprawa drugorzędna. Gdyby ktoś podobnie potraktował Roberta Lewandowskiego, nikt rozumny nie będzie wszak usprawiedliwiał agresora przywołaniem niechlubnych wybryków kolegów sfaulowanego Polaka z reprezentacji kraju, np. Glika.

W każdym razie jako kibic naszego obrońcy odetchnąłem z ulgą. I dlatego, że udo/kolano Higuaína ocalało, i dlatego, że nie życzyłbym – nikomu, nie tylko rodakowi – nie musiał radzić sobie z wyrzutami sumienia, którego zapewne gnębiły Axela Witsela po złamaniu nogi Marcinowi Wasilewskiemu.

piątek, 20 marca 2015

„Ależ on się stał piłkarzem!” – wzdycha komentator „La Gazzetta dello Sport”, który uznał Kamila Glika za bohatera – wyboru nie miał żadnego – wczorajszego meczu Torino w Lidze Europejskiej, a ja odniosłem wrażenie, że spisuje myśli wirujące mi po głowie podczas transmisji. Polak strzelił nie tylko zwycięskiego gola, wcześniej strzelił jeszcze nieuznanego z powodu minimalnego spalonego, cały mecz wyglądał na ostro napalonego ofensywnie, po polu karnym krążył jak rekin, a w 90. minucie wyprawił się na skrzydło, by stamtąd – uwaga – dośrodkować. Bardzo groźnie dośrodkować. Tempo, w jakim ten gracz się rozwija, widać gołym okiem. Coraz bardziej odpowiedzialnie broni, coraz precyzyjniej wyprowadza piłkę, coraz silniej wpływa na kolegów, wyrasta na kapitana drużyny w sensie ścisłym charyzmatycznego. A rozgłos przynoszą mu nade wszystko seryjnie wbijane gole.

Gdyby liczyć tylko strzelone w Serie A, pozycję najskuteczniejszego obrońcy sezonu w czołowych ligach europejskich dzieliłby z Naldo, Brazylijczykiem z Wolfsburga – obaj uzbierali ich sześć. Jeśli zsumujemy dorobek ze wszystkich rozgrywek, będzie samotnym liderem. Siódmą bramkę dołożył wczoraj w Lidze Europejskiej, ósmą zdobył w zwycięskim meczu reprezentacji Polski w Gruzji. To dorobek okazalszy niż dorobek najsławniejszych goleadorów wśród obrońców – Sergio Ramosa (6) i Branko Ivanovicia (5). Do gwiazd Realu Madryt i Chelsea naturalnie Glika nie porównujemy, ale stale przybywa powodów, by oczekiwać, że dostanie propozycję od klubu znacznie silniejszego niż Torino, np. włoskiego uczestnika Ligi Mistrzów. I – by coraz śmielej umieszczać go wśród stoperów solidnej klasy europejskiej.

Według analitycznego serwisu Squawka jest trzecim najlepszym obrońcą Serie A w sezonie, ustępuje jedynie Ruganiemu z Empoli i Chielliniemu z Juventusu. Według wyliczeń Whoscored.com – trzecim najdokładniej podającym obrońcą, ustępuje tylko Manolasowi i Yandze-Mbiwie z Romy. A jego bramki wnoszą tym większą wartość, że prawie zawsze rozstrzygają o wynikach, ewentualnie padają w meczach jako pierwsze. Genoi zadał dwa ciosy – na 1:1 oraz 2:1. Milanowi wbił gola na 1:1 (tak zostało). Palermo – na 2:2 (wynik też się nie zmienił). Napoli – zwycięskiego, na 1:0. Zenitowi – też zwycięskiego, na 1:0. A reprezentacji Polski pomógł złamać Gruzję – wbił jej pierwszego, koledzy poprawili wynik dopiero w końcówce. Nawiasem mówiąc, Glik w pewnym sensie ocalił ofensywę Torino po letnim demontażu ataku. Odeszli wówczas obaj czołowi snajperzy drużyny, król strzelców Ciro Immobile oraz Alessio Cerci, którzy kompletnie pogubili się w – odpowiednio – Borussii Dortmund oraz Atlético Madryt i razem wzięci zdobyli w bieżącym sezonie mniej bramek od Polaka.

Fani śpiewają dlań serenady, co rusz czytam, że „nie sposób go nie kochać”, że w uniesieniu wynoszą go na „gladiatora, który nie boi się nikogo i niczego”. Pisałem już, iż środkowego obrońcy o takiej zagranicznej renomie nie nie mieliśmy od czasów Tomasza Wałdocha i Tomasza Hajty, którzy na początku stulecia bronili barw Schalke. Powoli zaczynam przeczuwać, że obu ich przeskoczy i spotężnieje na naszego najlepszego stopera XXI wieku, w końcu na jego pozycji 27-latek ma prawo czuć się ledwie na półmetku kariery. A jeśli dosłuży się transferu, to być może zostanie pierwszym w historii polskim piłkarzem sprzedanym za kwotę ośmiocyfrową.

wtorek, 14 października 2014

Kamil Glik wzdychał swego czasu, że polscy piłkarze zdają sobie sprawę, iż w klubach grają znacznie lepiej niż w reprezentacji, sam zresztą przykre zjawisko ucieleśniał – w Torino niezawodny, pasowany na kapitana i niemal czczony przez kibiców, a w biało-czerwonej koszulce notorycznie popełniający kardynalne błędy, które przesądzały o wynikach. To on ponosił bezpośrednią odpowiedzialność za mnóstwo kluczowych goli straconych w eliminacjach do mundialu, to on dał się przechytrzyć Szkocji – przez co Polacy przegrali sparing 0:1.

Aż przyszła ta niesamowita sobota. I właśnie tego wieczoru, kiedy na nasze pole karne najechali mistrzowie świata, Glik zapanował nad sytuacją na ziemi i w powietrzu. Co szczególnie pocieszające, nie imponował wyłącznie walecznością i skłonnością do zamieniania futbolu w krwawy sport, z czego doskonale go znamy, lecz ze zdumiewającym znawstwem czytał grę. Wiedział, kiedy ruszyć do wbiegającego ze środka pola rywala, a kiedy na niego poczekać, dopadał piłki we właściwym momencie (dziewięć skutecznych wybić), słowem, reagował z wyczuciem, podejmował zazwyczaj mądre decyzje i chronił przedpola tym pewniej, im dłużej trwał mecz. I w razie potrzeby przypominał, że jest przykrym w zwarciu chłopem na schwał – jak wtedy, gdy szturchnął Thomasa Müllera, czyli zawodnika unikającego fizycznych konfrontacji, który najchętniej uprawiałby futbol bezdotykowy.

Wreszcie w skupieniu Glik operował piłką. We włoskiej Serie A od kilkunastu miesięcy utrzymuje się w ścisłej czołówce najprecyzyjniej podających, a w meczu z Niemcami miał celność wyższą (90,5 proc.) nie tylko od biegającego obok Łukasza Szukały (75,9), ale także od niemieckich stoperów Matsa Hummelsa (87,1) oraz Jérôme’a Boatenga (85,7). To był pełną gębą przywódca defensywy, za jakim polska kadra tęskni od lat. Nie pamiętam, by kiedykolwiek wcześniej po YouTubie krążyły zmontowane interwencje obronne piłkarza naszej reprezentacji.

Mistrzowie świata już się o Glika rozbili, dziś Glikowi pozostaje jeszcze udowodnić, że sobota nie była przypadkiem, osobnym splotem okoliczności, który już się nie powtórzy. A im bardziej na boisku przybędzie graczy bez śladowego doświadczenia w grze o wysoką stawkę (Mączyński), tym bardziej bezcenne może okazać się jego opanowanie. Bukmacherzy widzą w Polakach wyraźnych faworytów meczu ze Szkotami, ja widzę rywali równorzędnych, nakazujących mi obawiać się starcia zaciętego, niewykluczone, że rozstrzygniętego pojedynczym epizodem. Piłkarze Adama Nawałki wspaniale wykorzystali w sobotę nadarzającą się okazję, by wywołać sensację, ale nadal nigdy nie zasugerowali, że stać ich na więcej niż bronienie Częstochowy – dlatego nie wiemy, czy sobota nie pozostanie wyrwanym z kontekstu cudem. Autentycznymi objawieniami eliminacji mamy prawo obwołać dziś jedynie Słowację oraz Islandię, czyli drużyny, które nie poprzestały na zatrzymaniu medalistów mundialu (2:1 z Hiszpanią oraz 2:0 z Holandią), one jeszcze powygrywały inne mecze – nie z amatorami! – i przewodzą swoim grupom z kompletem trzech zwycięstw. Polacy przypomnieli na razie tylko o tym, co już dawno odkryli statystycy – że pośród wszystkich gier zespołowych to właśnie piłka nożna oferuje najwięcej wyników przeczących logice.

Archiwum
Tagi