Wpisy z tagiem: Złota Piłka Liga Mistrzów

czwartek, 04 maja 2017

 Cristiano Ronaldo, Real Madryt. Fot. Francisco Seco, AP

W półfinałach Ligi Mistrzów roztańczyli się atleci dojrzali, niekiedy nawet uważani za stetryczałych lub niezdolnych do wielkiej gry o wielką stawkę. Na chwałę Juventusu najlepiej pracowali 34-letni Dani Alves (o piłkarską demencję zbyt szybko posądzony przez Barcelonę), 39-letni Gianluigi Buffon oraz 29-letni Gonzalo Higuaín (strzelił prawie 300 goli w karierze, ale pamiętają mu głównie niestrzelone w finale mundialu, poza tym jest gruby), natomiast bohaterem Realu Madryt został 32-letni Cristiano Ronaldo (fot. Francisco Seco, AP), który ponoć niedołężnieje od wielu miesięcy. No i – to też znana kibicowska śpiewka – znęca się snajpersko jedynie nad słabymi. (Jego rówieśnik Luka Modrić wpływa na grę fundamentalnie, ale działa ciszej).

Stale przybywa i wiedzy o ludzkim organizmie, i wysiłku sztabu specjalistów doglądających ciał piłkarzy, co znacząco wydłuża ich sportowe życie, ale kto chce naprawdę skutecznie spowolnić upływ czasu, potrzebuje jeszcze własnego pomyślunku. Zdolności do ewoluowania. Wymyślania siebie na nowo. Inteligencji rozumianej jako umiejętność słuchania rad odpowiednich ludzi i wsłuchiwania się w swój organizm.

Ronaldo najwyraźniej ma wszystko. Od dawna obserwujemy – i opisujemy – jak ze skrzydła przesuwa się na pole karne, symptomatyczne zresztą, że w końcówce derbów Madrytu środkowego napastnika Karima Benzemę, spełniającego się w pełnieniu na boisku roli służebnej dla portugalskiego supergwiazdora, nie zastąpił środkowy napastnik Álvaro Morata (sam chciałby strzelać), lecz biegający bliżej flanki Lucas Vázquez. I parę chwil później asystował liderowi Realu przy ostatnim golu.

Równie istotne jednak, że Ronaldo poprzestawiał sobie w głowie. Pojął, że mniej może dać więcej. Częściej omija mecze i częściej przystaje na opuszczenie boiska przed ostatnim gwizdkiem, więc zamiast podpierać się nosem w rozstrzygające wieczory, jak zdarzało się minionej wiosny, w najważniejszych chwilach wybija się na swój atletyczny szczyt – to widać, słychać i czuć, w każdym geście emanuje energią. Dawny Ronaldo nigdy nie zrezygnowałby z podróży do La Corunii, gdzie można natłuc wór goli (Real wyjechał z sześcioma). Nie zrezygnowałby zwłaszcza po porażce w El Clásico, szukałby raczej każdej dostępnej okazji, by zaleczyć frustrację. A nowy Ronaldo zostawia bolid w garażu, żeby podrasować go i wypolerować na wyścigi, które ogląda cały świat.

Zarzucanie mu, że bije głównie słabych, zawsze brzmiało absurdalnie. Owszem, znakomici napastnicy zazwyczaj śrubują snajperskie statystyki w meczach z pomniejszymi rywalami (tacy w ogóle istnieją w Hiszpanii?!) – ale śrubują wszyscy znakomici napastnicy, Portugalczyk nie stanowi żadnego wyjątku, to elementarnie logiczne. Nawiasem mówiąc, w pucharowych rundach LM nazbierał już 52 gole i trzyma absolutny rekord, Leo Messi ma ich tylko 37. Przykra dla krytykantów ironia losu polega na tym, że Ronaldo po liftingu zaczyna być skrajnym przeciwieństwem piłkarza, który znika w chwilach stanowiących największe wyzwanie. Zwłaszcza jako goleador.

W bieżącym sezonie strzela rzadziej, prawdopodobnie zakończy go z najniższą średnią bramek na mecz, odkąd w 2009 roku podpisał kontrakt z Realem. Legii Warszawa nie trafił w dwumeczu ani razu. Wstaje jednak właśnie wtedy, gdy patrzy na niego cały świat. Gdy decydują się losy Złotej Piłki.

W ćwierćfinałach i półfinałach Champions League załadował już osiem goli – a półfinały nadal trwają. Załadował je w szlagierach nad szlagierami, z Bayernem oraz Atlético. Derby Madrytu uświetnił hat-trickiem dwukrotnie, jesienią i wiosną. Trzy ciosy zadał również Kashimie Antlers, który wprawdzie nie robi na nikim w Europie wrażenia, ale znów – ocknął się we właściwym momencie, gdy trwała dogrywka w finale klubowych mistrzostw świata. I jeśli utrzyma poziom z prestiżowych wieczorów, to być może i obroni tytuł króla strzelców w LM (zdobywając piąty z rzędu i szósty w ogóle, byłby absolutnym rekordzistą), i zatriumfuje w klasyfikacji asyst. W obu rankingach zajmuje pozycję wicelidera, minimalnie ustępując – odpowiednio – Messiemu oraz Neymarowi.

Można oczywiście wytknąć Ronaldo, że np. nie ugodził ostatnio Barcelony, bo generalnie każdemu piłkarzowi można coś wytknąć, wszystko zależy od stopnia determinacji wytykającego. Dzisiaj brzmiałoby to już jednak jak upierdliwość, która więcej mówi o podważającym wybitność Portugalczyka nienawistniku, niż o klasie Portugalczyka.

Wyścig o tytuł największego futbolisty XXI wieku trwa. Był już moment, w którym wyglądał na rozstrzygnięty, i wydawało się, że Ronaldo pozostanie „zaledwie” zjawiskowym snajperem, że nie zdoła konkurować z wszechstronniej wirtuozerskim Messim – w „meczu” na Złote Piłki przegrywał 1:4, urodził się dwa lata wcześniej od rywala, jego Real nie umiał dorównać Barcelonie. Tymczasem Ronaldo jako kolekcjoner zaszczytów rozszalał się dopiero po trzydziestce. Już ubiegły rok okazał się najbardziej obfitym w karierze – złoto mistrzostw Europy plus triumf w LM – a w obecnym jakże niewiele dzieli go od równie niezwykłego. Ozdobionego zdetronizowaniem Barcelony w lidze hiszpańskiej oraz wyczynem niewidzianym od ćwierć wieku z okładem, czyli obroną najcenniejszego trofeum w Europie.

Tak blisko, a zarazem tak daleko, w wysoce prawdopodobnym finale Champions League madrycki napastnik wraz z całym Realem potrzebują zdobyć twierdzę nietkniętą od 621 minut. Pomyślcie jednak o ewentualnych nagrodach! To rok, w którym Ronaldo może wyjść na podwójny remis – 5:5 w Złotych Piłkach, 4:4 w Pucharach Europy.

Kibicowski świat pozostanie podzielony jak nigdy, zantagonizowane strony wciąż będziemy łączyć tylko my, entuzjaści monumentalnych sportowych opowieści, którzy nikomu nie sprzyjają bardziej, zanadto są bowiem rozemocjonowani samym pojedynkiem. Nie mam nic przeciwko temu, by potrwał on dłużej niż myślałem, a zarazem jara mnie, że Buffon, Alves i reszta turyńskiej ferajny mają zupełnie inną opinię.

Archiwum
Tagi