Wpisy z tagiem: mundial 2018

niedziela, 13 listopada 2016

Michał Pazdan, obrońca pancerny

Nasi piłkarze rozegrali ostatni przed zimą mecz o stawkę, więc można już podsumowywać rok w futbolu reprezentacyjnym. I zastanowić się, gdzie w europejskiej hierarchii się znajdują. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.



piątek, 11 listopada 2016

To było panowanie nad sytuacją totalne. Minęło 20 minut z okładem, zanim bramkarz Łukasz Fabiański musiał pierwszy raz zareagować - wyłapać piłkę po dośrodkowaniu, które Rumuni zawdzięczali niesłusznie odgwizdanemu rzutowi rożnemu. A strzał bronił do przerwy tylko jeden, ponieważ jego koledzy działali z lodowatym spokojem profesjonalistów, którzy są świadomi, że grają w piłkę lepiej, i bezlitośnie tę przewagę udowadniają.

Rywale też zresztą znali hierarchię, tamtejsi komentatorzy wzdychali przed meczem, że w Rumunii nikt nie ma złudzeń - nawet kibice oczekują, że gospodarze oddadzą piłkę i będą przez 90 minut modlić się o remis. Takie czasy, że reprezentantowi Polski coraz trudniej wylądować w okolicy, w której nie uznają go za faworyta. Szanują ludzi Adama Nawałki wszędzie.

My też, choć tej jesieni nie tylko dzięki aferze trunkowej kadra narodowa trochę nam znormalniała, spadła z obłoków. Wcześniej była tak regularna i uporządkowana, że wręcz obca, nieprzystająca do potarganych realiów polskiego futbolu, a tu wreszcie wyszło na jaw, że tworzą ją ludzie, którzy miewają słabości i wpadki. Ba, zgłaszaliśmy do nich pretensje po każdym meczu – za punkty zgubione w Kazachstanie, za roztargnienie w starciu z Danią, za beznadziejną długimi okresami mordęgę z Armenią.

Tym razem marudzić zwyczajnie nie wypada. Należy raczej rozkoszować się przewidywalnością Kamila Grosickiego, który jak zwykle, taki ma odruch, wybił się na niepodległość w trybie turbo; twórczą aktywnością rozgrywającego Piotra Zielińskiego; wprost perfekcyjną wszechobecnością Łukasza Piszczka; wreszcie powrotem Michała Pazdana, który przywrócił harmonię w linii obronnej. Popisy indywidualne bardzo dobre i dobre zsumowały najcenniejsze wyjazdowe zwycięstwo w meczu o punkty od zwycięstwa nad Belgią przed 10 laty. I najbardziej efektowne wyjazdowe, biorąc pod uwagę klasę przeciwnika, we wszelkich eliminacjach w XXI wieku. Bo takie wyzwania nawet teraz, w czasach prosperity, sprawiały Polakom olbrzymie kłopoty - w poprzednich eliminacjach na obcych stadionach pokonali tylko Gruzję i Gibraltar.

W Bukareszcie też zdarzały się momenty niepokoju, choćby na początku drugiej połowy, gdy nasi piłkarze ulegli wściekłemu naporowi gospodarzy. Ale też trudno żądać, by Polacy nie zwalniali nigdy - już to, jakich drobiazgów musimy wypatrywać, żeby cokolwiek im wypomnieć, jest komplementem. Przecież Fabiański w istocie ani razu nie wpadł w prawdziwe tarapaty!

W ogóle w tarapaty nasza reprezentacja wpada już właściwie tylko umownie. Prawie już nie pamiętamy, jak to jest, kiedy rywale - w meczach o stawkę, pomijam sparingi - obejmują prowadzenie. Doznawali Polacy tej przykrości ostatnio ponad rok temu w Glasgow (remis ocalili wówczas cudem), a od tamtej pory upłynęło 960 minut gry. Bite 16 godzin walki z Irlandią, Irlandią Północną, Niemcami, Ukrainą, Szwajcarią, Portugalią, Kazachstanem, Danią, Armenią i Rumunią. Porażka nie groziła im przez ten czas nigdy.

Tak, dochowaliśmy się drużyny pod pewnymi względami unikalnej w skali Europy. Święto narodowe zachęca nawet, by ogłosić, że piłkarska reprezentacja to dzisiaj jeden z najładniejszych polskich wyrobów eksportowych.

niedziela, 09 października 2016

Adam Nawałka, trener niewidzialny, mundial 2018

Futbolowa reprezentacja Polski wciąż składa się raczej z zasług i talentów piłkarzy, niż jest dziełem selekcjonera. Również dlatego, że ten ostatni jest najgłębiej zepchniętym na dalszy plan szefem, jakiego zdołalibyśmy wymyślić w naszej epoce. Mój tradycyjny poniedziałkowy felieton do „Gazety Wyborczej” znajdziecie tutaj.

czwartek, 06 października 2016

reprezentacja Polski, mundial 2018

Lapidarna definicja reprezentacji według Adama Nawałki brzmi: drużyna, którą potwornie trudno pokonać, a zarazem drużyna, której z potwornym trudem przychodzi wygrywanie. A teraz koniecznie musi się zmienić.

W sobotni wieczór, gdy nasi piłkarze podejmą Danię, minie okrągły rok od ostatnich chwil, w której to ich rywal - w meczu o stawkę, pomijamy sparingi - był na prowadzeniu. Doznawali tej przykrości w Glasgow, remis ze Szkocją ocalili wówczas cudem. Od tamtej pory upłynęło 690 minut gry. Bite 11 i pół godziny walki z Irlandią, Irlandią Północną, Niemcami, Ukrainą, Szwajcarią, Portugalią oraz Kazachstanem. Porażka nie groziła Polakom nigdy.

Ba, przez całą kadencję Nawałki jego ludzie pozwolili prowadzić przeciwnikowi tylko dwukrotnie - przez 78 minut Niemcom, przez 28 minut wspomnianym Szkotom. I to wyłącznie w eliminacjach, a nie w turnieju finałowym Euro 2016. Bilans doprawdy imponujący, nieosiągalny dla niemal nikogo na kontynencie. Nawet Niemiec, Hiszpanii, nie wspominając o złotej medalistce mistrzostw kontynentu Portugalii.

Równocześnie jednak Polacy nie umieją żadnego rywala porządnie wytarmosić za uszy. Albo wyduszają z siebie minimalne zwycięstwo, albo - ostatnio częściej - sami nie umieją utrzymać prowadzenia. Czasami z braku sił i deficytu przyzwoitych rezerwowych, jak w fazie pucharowej Euro, czasami przez nadmierne samozadowolenie i gapiostwo, jak w Kazachstanie. Dwukrotnie z rzędu zdołali zwyciężyć tylko na początku pracy z Nawałką. A generalnie wygrali połowę z 16 meczów nietowarzyskich.

Taki rytm sprzyja sukcesowi zwłaszcza na turniejach. Tam, gdzie można przepychać się z rundy do rundy po remisach, dzięki powodzeniu w rozstrzygającej serii rzutów karnych. Wybitnie nie sprzyja natomiast w trwających kwalifikacjach do mundialu, w którym straty punktowe - jeśli celuje się w pozycję lidera grupy - należy ograniczyć do minimum.

Wbrew pozorom Polakom, zwłaszcza wobec remisowej wpadki w Kazachstanie, nie wystarczy zatem utrzymanie swojego normalnego tempa, oni muszą wreszcie przyspieszyć. Wreszcie wygrać dwa razy z rzędu.

To misja tym bardziej wymagająca, że mecze z Danią i Armenią oddzielają ledwie dwa wolne dni. Takie nastały czasy - potężne kluby przekładają weekendowe mecze w kraju na piątek, żeby solidnie wypocząć przed Ligą Mistrzów we wtorek, a mecze mających mniejszą siłę przebicia reprezentacji narodowych upycha się w możliwie najkrótszym wycinku czasu. Co nie służy nikomu zmuszonemu polegać na wąskiej grupie piłkarzy. Jak Nawałka. Przynajmniej Nawałka dotychczasowy, zwlekający z przeprowadzaniem zmian do końca świata.

Czy teraz strategię zmodyfikuje, nie wiadomo. Bartosz Kapustka, czyli skrzydłowy z pogranicza podstawowego składu i pierwszego rezerwowego, powinien rwać się do gry o stawkę, a zarazem być gotowym fizycznie - choć wciąż nie zadebiutował w lidze angielskiej, to biega w drugiej drużynie Leicester. Ale już Karol Linetty, który poleciał wycieńczony na Euro, znów może nie mieć szczęścia do reprezentacji - w Sampdorii zasuwał bez wytchnienia i nie opuszczał ani minuty sezonu aż do minionego weekendu, gdy po raz pierwszy wyglądał na zmęczonego. Akurat teraz, w przededniu dwumeczu eliminacji MŚ... Gospodarowania siłami napastników też trudno oczekiwać, bo Robert Lewandowski i Arkadiusz Milik zachowują miażdżącą przewagę nad Łukaszem Teodorczykiem i Kamilem Wilczkiem. Zarówno w umiejętnościach, jak i w zgraniu z drużyną.

Czeka nas zatem weekend piekielnie intensywny, w którym doniosłe znaczenie może mieć każdy detal. Każde kopnięcie, każdy zryw do sprintu, każda minuta regeneracji. Nawet nisko ceniona Armenia, którą Polacy zaatakują dopiero we wtorek, znosiła we wrześniu duńskie oblężenie dzielnie, pozwalając sobie wepchnąć ledwie jednego gola.

niedziela, 04 września 2016

To najbardziej przykra niespodzianka podczas całej kadencji Adama Nawałki. Na inaugurację eliminacji do mundialu polscy piłkarze zaledwie zremisowali w Kazachstanie, z teoretycznie najsłabszym rywalem w grupie.

 „Chcemy potwierdzić, że należymy do ósemki najlepszych drużyn świata” - ogłosił w ubiegłym tygodniu trener Adam Nawałka. „Na młodzieżowych mistrzostwach Europy chcemy zdobyć złoto” - wypalił nazajutrz jego podwładny Karol Linetty, który gra już z seniorami, ale jako urodzony w 1994 roku może wystąpić na przyszłorocznym turnieju. Oto reprezentacja Polski w najnowszym wydaniu. Ludzi świadomych, że uchodzą za faworytów, i ludzi czujących się faworytami. Pamiętających, że na Euro 2016 nie przegrali z nikim, a w ćwierćfinale z późniejszymi złotymi medalistami Portugalczykami odpadli dopiero po rzutach karnych.

I tak właśnie wyglądali przez inauguracyjne pół godziny z okładem w Astanie - jak wyczynowcy wykonujący zadanie mocno przedwstępne, przyzwyczajeni do rywalizacji o taką stawkę, że prawdziwe wyzwania czekają ich dopiero po awansie na turniej finałowy. Rozpoczęli niespiesznie, długo przesuwając piłkę na własnej połowie, ale kiedy wreszcie wyrwali do poważniejszego natarcia, to od razu przeprowadzili je perfekcyjnie. Łukasz Piszczek, Robert Lewandowski i Kuba Błaszczykowski, czyli dawny tercet dortmundzki, wymienili błyskawiczne podania na prawym skrzydle, a po znakomitym dośrodkowaniu tego ostatniego pierwszy cios zadał Kazachstanowi Bartosz Kapustka. Pełne skupienie w rozstrzygającej chwili. A kiedy Polacy ruszyli ponownie, tym razem przeciwległą flanką, to gospodarzy ocalił tylko brak precyzji Arkadiusza Milika, który trafił w poprzeczkę.

Wtedy Kazachowie grali jeszcze beznadziejnie. Najpierw wydawało się, że ich plan sprowadza się do ostrych fauli na wspomnianym Miliku, jednak prędko zorientowaliśmy się, że oni generalnie postanowili Polaków skopać. I sprowokować ich, by pojedynek na umiejętności piłkarskie zmienić w rwaną szamotaninę.

Plan się nie powiódł. I nawet gdy Kazachowie zaczęli szumieć przed przerwą, to mieliśmy powody przypuszczać, że to kłopoty przejściowe, może nawet pozorne - Lewandowski chwilę wcześniej podwyższył z karnego na 2:0, milimetry dzieliły też od powodzenia Milika (tym razem uderzył w słupek), więc Polacy mogli poczuć, że sytuację kontrolują totalnie. W drugiej połowie sytuacja się jednak pogorszyła, bo goście po traconych golach zwyczajnie wpadli w panikę. Oni, w deklaracjach absolutnie gotowi do udźwignięcia roli faworytów. Wierzyliśmy im, w końcu w Astanie Nawałka podstawową jedenastkę złożył wyłącznie z piłkarzy zatrudnionych w czołowych ligach europejskich.

Nie tak miały przebiegać eliminacje. Nie oczekiwaliśmy, że dostarczą nam nadmiernych wzruszeń, lecz będą spokojnym ciułaniem punktów. Polacy pozostaną drużyną sumienną i nieroztargnioną, a podczas spokojnej podróży do mundialu spróbują jeszcze wzbogacić swoją grę. I wzbogacić kadrę, żeby podczas MŚ Nawałka nie musiał już, jak podczas Euro 2016, zwlekać z wprowadzaniem rezerwowych do setnej minuty gry. Tymczasem Bartosz Salamon, który w ostatniej chwili musiał zastąpić na środku obrony kontuzjowanego Michała Pazdana, ewidentnie odstawał dzisiaj od drużyny. Był stremowany i pasywny. A Piotr Zieliński, który po koszmarnym występie na Euro 2016 nasłuchał się samych komplementów od zachwyconych jego techniką Włochów, znów sprawiał wrażenie niezbyt zainteresowanego rolą rozgrywającego.

To był mecz, który sprowadza na ziemię. Eliminacje nie będą usłane różami, eliminacje będą mordęgą bez łatwych wieczorów. Owszem, Polacy mają prawo narzekać na pecha (dwa razy bili w słupek, raz w poprzeczkę) i tolerującego brutalność gospodarzy sędziego. Ale też polecieli na boisko rywala, który punkty odbierał dotąd tylko Łotwom i Wyspom Owczym.

Można powiedzieć, że nastał właśnie pierwszy za kadencji Nawałki moment naprawdę kryzysowy.

Archiwum
Tagi