Wpisy z tagiem: mundial 2018

niedziela, 08 października 2017

W awansie naszych piłkarzy na drugą z rzędu imprezę mistrzowską szczególnie podoba mi się to, że okolicznościowy felieton mogłem spisać jeszcze przed ostatnim meczem. W trakcie poprawiłem tylko kilka cyferek. Znaczy - kontrolowali sytuację, nie nękały mnie żadne wątpliwości. Tekst do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 07 października 2017

reprezentacja Polski, Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, Łukasz Piszczek, mundial 2018

Podczas meczów reprezentacji wzrok skupiamy naturalnie na Robercie Lewandowskim, najbardziej rzucającym się w oczy soliście w dziejach polskiego futbolu – kiedy zachwycali jego wybitni poprzednicy, od Kazimierza Deyny po Zbigniewa Bońka, otaczał ich tłum innych wybitnych, a on działa jak Guliwer wśród Liliputów, to przy całym szacunku dla pozostałych kadrowiczów gracz wyższej generacji.

Frajdę sprawia też jednak podziwianie współpracy Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, grasującego po prawej flance czteronogiego monstrum, w którym od dawna panuje równouprawnienie w podziale obowiązków i trudno właściwie odróżnić, kto współtworzy linię obronną, a kto – linię pomocy. Obaj angażują się, jakby powiedział selekcjoner, „zarówno w defensywę, jak i ofensywę”, a na diagramach ilustrujących średnią pozycję na boisku stoją obok siebie. Ba, w mundialowych eliminacjach Błaszczykowski, czyli nominalny skrzydłowy, częściej próbuje wślizgu, natomiast Piszczek ma ciut więcej wymiernych zasług w ataku (gol, cztery asysty).

Ich wspólnej akcji zawdzięczamy pomyślny początek meczu w Erywaniu. Zanim Piszczek wyłożył tam piłkę Kamilowi Grosickiemu (przywalił na 1:0), otrzymał błyskawiczne, sprytnie pomyślane prostopadłe podanie od Błaszczykowskiego.

Takich scen oglądamy mnóstwo. Scen uzmysławiających, ile znaczą dla reprezentacji Polski trzej piłkarze, którzy dojrzewali i stawali się wyczynowcami klasy europejskiej w Borussii, pod nadzorem Jürgena Kloppa. W smętnych czasach selekcjonera Waldemara Fornalika zależeliśmy wyłącznie od tego, ile w Dortmundzie wyćwiczyli Lewandowski i Błaszczykowski (on przestał być u niemieckiego trenera atletą ze szkła), zresztą obaj przyłożyli nogę do wszystkich (!) bramek zdobytych na ostatnich turniejach – podczas Euro 2012 oraz Euro 2016 pierwszy wbił dwa gole, drugi strzelił trzy i miał asystę przy trafieniu Arkadiusza Milika. Zdarzało się zresztą, że finalizowali natarcie wspólnie, jak przy objęciu prowadzeniu z Grecją, gdy Błaszczykowski dośrodkowywał na głowę Lewandowskiego.

Nasz napastnik mądrze wybrał przed siedmioma laty klub, ale też poszczęściło mu się, że wpadł w oko Kloppowi. Nasz skrzydłowy całe życie uczciwie harował na sportowy sukces, ale też poszczęściło mu się, że spotkał Kloppa. Naszemu prawemu obrońcy również się poszczęściło, choć Herthę Berlin opuszczał niechętnie (przywiązuje się do miejsc). Właściwie to poszczęściło się każdemu, kto dopinguje reprezentację Polski. Przeanalizowałem wszystkie bramki, jakie zdobyła w minionych dwóch latach w meczach o stawkę, by sprawdzić, przy ilu bezpośrednio zasłużyli się „dortmundczycy”. Efekty są jeszcze bardziej sugestywne, niż przypuszczałem:

6:1 z Armenią – asysta

5:1 z Armenią – gol

4:1 z Armenią – gol, asysta

3:0 z Armenią – gol

2:0 z Armenią – gol

1:0 z Armenią – asysta

3:0 z Kazachstanem – gol

2:0 z Kazachstanem - nic

1:0 z Kazachstanem - nic

3:0 z Rumunią – gol

2:0 z Rumunią – gol

1:0 z Rumunią – gol

2:1 z Czarnogórą – gol

1:0 z Czarnogórą – gol

3:0 z Rumunią – gol

2:0 z Rumunią – gol

1:0 z Rumunią – nic

2:1 z Armenią – gol, asysta

1:0 z Armenią – „asysta” przy samobóju rywali

3:0 z Danią – gol

2:0 z Danią – gol

1:0 z Danią – gol

2:0 z Kazachstanem – gol

1:0 z Kazachstanem – asysta

1:1 z Portugalią – gol

1:1 ze Szwajcarią – gol

1:0 z Ukrainą – gol

1:0 z Irlandią Płn. – asysta

2:1 z Irlandią – gol

1:0 z Irlandią – nic

2:2 ze Szkocją – gol

1:0 ze Szkocją – gol

Słowem, zdarzyły się w tym okresie ledwie dwa mecze, w których trójkąt dortmundzki nie zadziałał. Przegrany 0:4 w Kopenhadze oraz zremisowany 0:0 z Niemcami podczas ubiegłorocznego Euro. Dla wszystkich innych rywali był jak trójkąt bermudzki – kto weń wleciał, ginął.

Nie sądzę, by Jürgen Klopp zdawał sobie z tego sprawę, więc jeśli na niego wpadnę, na pewno mu powiem. Zasłużył, by wiedzieć, że jak Adam Nawałka jest dla naszego futbolu najważniejszym w XXI wieku trenerem polskim, tak on jest najważniejszym dla naszego futbolu trenerem zagranicznym. Aż mnie korci, by krzyknąć, że nasza reprezentacja w obecnym kształcie to ich wspólne osiągnięcie.

czwartek, 07 września 2017

Mundial 2018, Syria, Katar, USA, Chiny

„To były boiska na Manhattanie, grały dzieci, patrzyłem osłupiały. Drużyny koedukacyjne, szczera międzypłciowa współpraca, chłopcy wjeżdżają wślizgami w dziewczyny, dziewczyny podkładają nogi chłopcom i w ogóle pełne równouprawnienie. Gdyby zamieszkała tam Magdalena Środa, musiałaby wyruszyć na poszukiwanie nowego celu w życiu.

Mocniej uderzało po oczach co innego - nikt, ani on, ani ona, nie chciał zabawić się w Maradonę. Nie próbował dryblować do zatracenia, nie nurkował z piłką w sam środek tłumu, nie tracił jej głupio, jak przystało na beztroskiego brzdąca. Wszyscy już w wieku szczenięcym rozumieli, że uprawiają sport zespołowy. Biegali, żeby sobie pomagać i się poświęcać, solowych popisów unikali, piłkę brali po to, by zaraz ją oddać. Mourinho też poczułby się niepotrzebny.

Zapamiętałem, bo tamci młodzi wydali mi się przedwcześnie dojrzali. Każdy normalnie rozwijający się szkrab marzy o tym, by okiwać całą ludzkość, dosunąć do bramki, tuż przed linią bramkową położyć się i popchnąć leżącą na trawie piłkę głową. Nie Amerykanie.

Kiedy podziwiam reprezentację USA na mundialu, stają mi przed oczami ich rodacy, sensacyjni mistrzowie olimpijscy w siatkówce. Też fenomenalnie zjednoczeni, waleczni do omdlenia, skrywający wady za niezłomną niezgodą na porażkę. Ale wspominam też juniorów z Manhattanu, którzy nie tyle nie umieli, ile nie zamierzali dryblować. W ich nawykach widzę echo odruchów dorosłych piłkarzy. Atletów ewidentnie wyrosłych z wysokiej kultury sportowej swojego kraju, wierzących w etos pracy, przedkładających na boisku interes grupy nad interes osobisty, wiedzionych przez instynkt gry do końca, ale pozbawionych indywidualności. Niemal wszyscy Amerykanie w boiskowym stylu bycia wyglądają jak bracia, cała drużyna składa się z egzemplarzy do siebie podobnych. Silnych, twardych i wytrzymałych, a zarazem żadnym gestem niezdradzających ochoty, by się wyróżnić. Armia sklonowanych gladiatorów.

Kraje o bogatych futbolowych tradycjach mają swoje specjalizacje. Na znakomitą markę zapracowali brazylijscy ponaddźwiękowi boczni obrońcy, argentyńscy drobni rozgrywający, holenderscy dryblerzy, portugalscy skrzydłowi, włoscy stoperzy etc. USA wychowuje graczy doskonale przeciętnych, jakby zdjętych z jednej sztancy. Jeśli zapadają w pamięć, to dlatego że schodzą z boiska w zakrwawionych koszulkach. Doceniamy ich wysiłek, nie zachwycamy się kunsztem. Doceniamy wydajność rozwijającego się w USA piłkarskiego przemysłu, nie odnajdujemy w jego wyrobach naturalnego, rzucającego na kolana talentu”.

Podaję powyższe akapity pochyłą czcionką, ponieważ wklejam fragmenty własnego felietonu – zniknął z internetu – który spisałem gdzieś w RPA, w czerwcu 2010 roku, jako korespondent gazety. Piłkarze USA właśnie odpadli z turnieju, choć szeroko zakrojona strategia, wcielana w życie od lat 90., zakładała, że założą wówczas złote medale. Analizowałem więc cechy ich stylu, szukałem przyczyn porażki, dzieliłem się publicystycznie wrażeniami.

Medali żadnego koloru nie założyli Amerykanie do dzisiaj. Ale nie to oddaje skalę niepowodzenia – żeby zdobyć szczyt w tak konkurencyjnej dyscyplinie, trzeba pomyślnego splotu różnych okoliczności, olbrzymią rolę do odegrania ma tu nawet łut szczęścia. Ważniejsze, że ów bogaty kraj, bogaty również w tradycje sportowe, wciąż nie wymyślił siebie piłkarsko. Nie ma przyzwoitej ligi, nie wychowuje gwiazd, nie potrafi rządzić nawet na swoim kontynencie (choć stawka tam mizerna). Reprezentacja USA wygląda ostatnio tak beznadziejnie, że poważnie grozi jej pierwsze od 31 lat przegranie eliminacji mundialu, a trener Bruce Arena nie wstydzi się narzekać, że krzywdę wyrządza im Donald Trump. Ściślej – prezydencka retoryka i polityka antyimigrancka. Piszę o tym więcej tutaj.

Amerykańska klapa uzmysławia, jak potwornie trudno zaprojektować sukces w piłce nożnej, nie wspominając o wzniesieniu trwałej potęgi. Uzmysławia to zresztą cały trwający tydzień, bo w zupełnie innych zakątkach globu klęski ponieśli inni napaleni na podbijanie boisk – Chińczycy, o których obszernie pisałem tutaj, i Katarczycy, których manewry jeszcze obszerniej relacjonuję tutaj. Pierwsi zajęli przedostatnie miejsce w grupie azjatyckich kwalifikacji do MŚ, a drudzy zostali wgnieceni na ostatnie. Owszem, oni zaczęli reformować futbol później, ale... Zrekapitulujmy.

USA, czyli pożądający sukcesu w piłce najpotężniejszy kraj świata, wisi w tabeli pod Panamą, klęka u siebie przed Kostaryką, ledwie ratuje remis w Hondurasie.

Chiny, czyli pożądający sukcesu w piłce drugi najpotężniejszy i najludniejszy kraj świata, leży w tabeli pod Uzbekistanem oraz Syrią – zrujnowaną, od sześciu lat pogrążoną w wojnie domowej.

Katar, czyli pożądające sukcesu w piłce najbogatsze społeczeństwo świata, leży w tabeli jeszcze niżej, wyciera jej dno 7 punkcikami uciułanymi w 10 meczach, a Syria wrzuciła mu właśnie trzy gole.

Ta ostatnia reprezentacja to przypadek szczególny. Jej piłkarze – zwyciężający ku radości rodaków, ale i ku radości zbrodniczego prezydenta Baszara al-Asada – na mecze rozgrywane formalnie u siebie wyjeżdżają za granicę, niekiedy odległą, ostatnio polecieli aż do malezyjskiego Kuala Lumpur. Na ich murawach z oczywistych względów nikt korka nie postawi, ze wstrząsających reportaży z tamtej okolicy mocno zapadł mi w pamięć obrazek dzieci rywalizujących w turnieju taekwondo, które tak przywykły do odgłosów wojny, że właściwie nie słyszą huku eksplodujących bomb. Albo opowiastka o służącym w wojsku arbitrze, który po ostatnim gwizdku w ligowym meczu zawsze chwyta AK-47 i wraca na pole bitwy.

Syryjscy piłkarze żyją jak wszyscy. Z przerwami w dostawie prądu, z brakami wody, w lęku o rodziny, milcząc o reżimie albo go chwaląc. Wciąż jednak pozostają w grze o mundial. Niebawem w barażu zmierzą się z Australią, a jeśli jej podołają, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że bój o awans stoczą z drużyną USA.

17:25, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 05 września 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski 

FIFA planuje zmienić zasady tworzenia rankingu, by drużyny w typie Polski czy Szwajcarii nie wykorzystywały kruczków sztucznie poprawiających ich pozycję.

Rychłe zrewidowanie reguł zapowiedział już rzecznik futbolowych władz, na które naciskają potentaci. Potentaci niezadowoleni, bo nazbyt nisko sklasyfikowani. I mają swoje racje.

Fałszowanie rzeczywistości ma polegać na tym, że twojemu rankingowemu bilansowi znacząco szkodzi rozgrywanie sparingów. Nie – przegrywanie sparingów, lecz samo wychodzenie na boisko. Za zwycięstwo w meczu towarzyskim FIFA przyznaje tylko 40 proc. punktów, które przyznałaby za zwycięstwo z tym samym przeciwnikiem w meczu o stawkę. A ponieważ w klasyfikacji liczy się średnia punktów na spotkanie, a nie suma wszystkich zgromadzonych punktów, to tracą wszyscy, którzy często umawiają się na sparingi.

Przyjrzyjmy się ostatniemu rokowi. Oto piłkarze czwartej w rankingu Szwajcarii zagrali towarzysko raz, podobnie jak piłkarze piątej Polski. Francuzi? Pięć razy. Włosi i Hiszpanie? Cztery razy. I każdej z wymienionych markowych reprezentacji zasadniczo opłaciłoby się rezygnować nawet ze sparingów, które okazywały się zwycięskie. Co gorsza, wielkie firmy organizują gierki głównie między sobą – by przyciągać kibiców szlagierami, sprawdzić się z równymi sobie, więcej zarobić na reklamach – więc z konieczności dzielą się rankingowymi punktami.

Brytyjski „Times” wskazuje właśnie Szwajcarię (podejmowała ostatnio tylko Białoruś) oraz Polskę (tylko Słowenia) jako uprzywilejowanych (choć oczywiście trener Adam Nawałka nie cwaniakuje, lecz w czasie krótkich zgrupowań przedkłada treningi nad próbne gierki). I wcale nie martwi się prestiżem wynikającym z pozycji w comiesięcznie aktualizowanej w globalnej hierarchii, lecz niewielkimi szansami na rozstawienie w losowaniu mundialowych grup. Rozstawienie, który przy obecnym kształcie klasyfikacji, miałyby i Szwajcaria, i Polska.

To najważniejszy konkret, który implikuje ranking FIFA. Decyduje on o rozstawieniach. Walijczycy, pomimo znakomitego występu na Euro 2016, nie znaleźliby się w najwyższym koszyku w losowaniu kwalifikacji mundialu 2018, gdyby nie 17 miesięcy (!) bez ani jednego rozegranego sparingu. Włosi też skarżą się – zwłaszcza po sobotnim 0:3 w Madrycie – że zostali skazani na grupę z Hiszpanią.

Interweniowali oni, awanturowali się u światowych władz Anglicy, byli też inni zirytowani, a wszystkich wsparła UEFA. I FIFA raczej ulegnie presji, choć dopiero po losowaniu grup mundialu 2018. Korzystajcie więc, Robercie Lewandowski i inni, póki wam pozwalają.

niedziela, 03 września 2017

Czy nasi piłkarze są ogłuszeni? Czy trener i kapitan zdołają ich ocucić przed meczem z Kazachstanem? Czy 0:4 w Danii było nieszczęśliwym przypadkiem, który okaże się wyrwanym z kontekstu epizodem, czy logiczną konsekwencją wszystkiego, co się dzieje w polskim futbolu? Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 11 czerwca 2017

Wielu uważa, że selekcjoner reprezentacji Polski to to typ zachowawczy, lękający się zmian, prawie wycofany. Ja uważam inaczej. O czym świadczą m.in. rezerwowi Łukasz Fabiański, Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

sobota, 10 czerwca 2017

Byliście trochę rozczarowani, że Polacy nie zasypali Rumunii workiem goli już w inauguracyjnym kwadransie? Że nie fruwali jak natchnieni i długo dobierali się do rywala, zamiast czym prędzej zafundować wam paradę atrakcji?

Wybaczcie im, oni tworzą reprezentację kraju, z którego piłkarzom przez całe dekady wpajano, że są stworzeni do kontrataku. I przez dekady nigdy nie zetknęliśmy się - także my, kibice - ze zjawiskiem z sobotniego wieczoru: oto nawiedza nas rywal z zasłużoną renomą solidnego europejskiego średniaka, by zasłaniać bramkę pięcioma obrońcami, otoczyć pole karnego gęstymi zasiekami, przetrwać i może jakimś cudem samemu wymodlić pojedynczą udaną akcję.

Tak zachowywali się Rumuni. Z ich planu gry ewidentnie wynikało, że wizytę na Stadionie Narodowym traktują jak wyprawę na Santiago Bernabéu, Camp Nou czy do innej - język futbolu jest przepojony patosem - katedry piłki nożnej.

Istnieją w Europie obiekty, na które kibice przychodzą zazwyczaj nie tyle dla emocji – napięcie wywołuje niepewność o wynik meczu – ile dla czystego relaksu, delektowania się widowiskiem z gwarantowanym pomyślnym zakończeniem. Bo sprzyjają drużynom zbyt mocnym, niemal nietykalnym zwłaszcza na własnym boisku. Wygraną masz właściwie w cenie biletu.

Do przywołanych kolosów upodabnia się Narodowy. Obiekt nie klubu, lecz reprezentacji kraju, która rozgrywa w Warszawie wszystkie najważniejsze mecze. I od startu eliminacji Euro 2016 zabawia się tu na całego. 2:0 z Niemcami, 2:2 ze Szkocją, 4:0 z Gruzją, 8:1 z Gibraltarem, 2:1 z Irlandią, 4:2 z Islandią (jedyny towarzyski), 3:2 z Danią, 2:1 z Armenią, 3:1 z Rumunią. Zwycięska seria przybrudzona tylko jednym remisem, z oszałamiającą średnią 3,33 gola na mecz.

Oszałamiającą dla nas, przytłaczającą i onieśmielającą dla przyjezdnych. Do utraty bramki Rumuni każdym wykonanym na boisku gestem okazywali Polakom respekt. Albo nawet strach. Obawiali się zwłaszcza Roberta Lewandowskiego, który powoli przejmuje Narodowy na własność. Rządzi tam jak na podwórku, hasa pod ulubionym trzepakiem, grający przeciw niemu kumple potrafią go co najwyżej kopnąć w kostkę. W ostatnich siedmiu rozegranych tu meczach strzelił 15 goli.

Tym razem dawał początkowo występ dość bezbarwny, cała drużyna też. Jego szturchali, drapali i szarpali, wszystkich Polaków trzymali w gęstym ścisku. Im dłużej jednak trwał mecz, tym częściej paliło się na rumuńskim polu karnym. A groźnie podawał nie tylko Piotr Zieliński, od lat lansowany na nowego Deynę, ale również Krzysztof Mączyński, bodaj najładniej ilustrujący doskonałą pracę Adama Nawałki - średniak z tzw. ekstraklasy tak perfekcyjnie wmontowany w reprezentację, że w sobotę, zanim uziemiła go kontuzja, szukał w sobie wewnętrznego Toniego Kroosa.

Wiem, przesadzam, zresztą Polak gra inaczej. W trakcie pisania ujrzałem w wyobraźni piłkarza Realu Madrytu, bo rozum mąci mi zbitka „Narodowy jako Santiago Bernabeu”. Zbyt często chadzam na stadion, na którym kibic nie czuje stresu, lecz spokojnie czeka, aż rozpocznie się goleada. Satysfakcja gwarantowana.

Aha, ze wstępnych szacunków wynika, że w rankingu FIFA reprezentacja Polski wkrótce wystrzeli na siódme miejsce. Na Narodowym strach będzie miał jeszcze większe oczy.

niedziela, 13 listopada 2016

Michał Pazdan, obrońca pancerny

Nasi piłkarze rozegrali ostatni przed zimą mecz o stawkę, więc można już podsumowywać rok w futbolu reprezentacyjnym. I zastanowić się, gdzie w europejskiej hierarchii się znajdują. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.



piątek, 11 listopada 2016

To było panowanie nad sytuacją totalne. Minęło 20 minut z okładem, zanim bramkarz Łukasz Fabiański musiał pierwszy raz zareagować - wyłapać piłkę po dośrodkowaniu, które Rumuni zawdzięczali niesłusznie odgwizdanemu rzutowi rożnemu. A strzał bronił do przerwy tylko jeden, ponieważ jego koledzy działali z lodowatym spokojem profesjonalistów, którzy są świadomi, że grają w piłkę lepiej, i bezlitośnie tę przewagę udowadniają.

Rywale też zresztą znali hierarchię, tamtejsi komentatorzy wzdychali przed meczem, że w Rumunii nikt nie ma złudzeń - nawet kibice oczekują, że gospodarze oddadzą piłkę i będą przez 90 minut modlić się o remis. Takie czasy, że reprezentantowi Polski coraz trudniej wylądować w okolicy, w której nie uznają go za faworyta. Szanują ludzi Adama Nawałki wszędzie.

My też, choć tej jesieni nie tylko dzięki aferze trunkowej kadra narodowa trochę nam znormalniała, spadła z obłoków. Wcześniej była tak regularna i uporządkowana, że wręcz obca, nieprzystająca do potarganych realiów polskiego futbolu, a tu wreszcie wyszło na jaw, że tworzą ją ludzie, którzy miewają słabości i wpadki. Ba, zgłaszaliśmy do nich pretensje po każdym meczu – za punkty zgubione w Kazachstanie, za roztargnienie w starciu z Danią, za beznadziejną długimi okresami mordęgę z Armenią.

Tym razem marudzić zwyczajnie nie wypada. Należy raczej rozkoszować się przewidywalnością Kamila Grosickiego, który jak zwykle, taki ma odruch, wybił się na niepodległość w trybie turbo; twórczą aktywnością rozgrywającego Piotra Zielińskiego; wprost perfekcyjną wszechobecnością Łukasza Piszczka; wreszcie powrotem Michała Pazdana, który przywrócił harmonię w linii obronnej. Popisy indywidualne bardzo dobre i dobre zsumowały najcenniejsze wyjazdowe zwycięstwo w meczu o punkty od zwycięstwa nad Belgią przed 10 laty. I najbardziej efektowne wyjazdowe, biorąc pod uwagę klasę przeciwnika, we wszelkich eliminacjach w XXI wieku. Bo takie wyzwania nawet teraz, w czasach prosperity, sprawiały Polakom olbrzymie kłopoty - w poprzednich eliminacjach na obcych stadionach pokonali tylko Gruzję i Gibraltar.

W Bukareszcie też zdarzały się momenty niepokoju, choćby na początku drugiej połowy, gdy nasi piłkarze ulegli wściekłemu naporowi gospodarzy. Ale też trudno żądać, by Polacy nie zwalniali nigdy - już to, jakich drobiazgów musimy wypatrywać, żeby cokolwiek im wypomnieć, jest komplementem. Przecież Fabiański w istocie ani razu nie wpadł w prawdziwe tarapaty!

W ogóle w tarapaty nasza reprezentacja wpada już właściwie tylko umownie. Prawie już nie pamiętamy, jak to jest, kiedy rywale - w meczach o stawkę, pomijam sparingi - obejmują prowadzenie. Doznawali Polacy tej przykrości ostatnio ponad rok temu w Glasgow (remis ocalili wówczas cudem), a od tamtej pory upłynęło 960 minut gry. Bite 16 godzin walki z Irlandią, Irlandią Północną, Niemcami, Ukrainą, Szwajcarią, Portugalią, Kazachstanem, Danią, Armenią i Rumunią. Porażka nie groziła im przez ten czas nigdy.

Tak, dochowaliśmy się drużyny pod pewnymi względami unikalnej w skali Europy. Święto narodowe zachęca nawet, by ogłosić, że piłkarska reprezentacja to dzisiaj jeden z najładniejszych polskich wyrobów eksportowych.

niedziela, 09 października 2016

Adam Nawałka, trener niewidzialny, mundial 2018

Futbolowa reprezentacja Polski wciąż składa się raczej z zasług i talentów piłkarzy, niż jest dziełem selekcjonera. Również dlatego, że ten ostatni jest najgłębiej zepchniętym na dalszy plan szefem, jakiego zdołalibyśmy wymyślić w naszej epoce. Mój tradycyjny poniedziałkowy felieton do „Gazety Wyborczej” znajdziecie tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi