Wpisy z tagiem: mundial 2018

czwartek, 22 marca 2018

MŚ 2018, mundial 2018, reprezentacja Polski, Adam Nawałka

Nawoływania, „byśmy zbojkotowali mundial”, to kolejny wzniosły dowód, że jesteśmy wybitnie skłonni do poświęceń i heroizmu w imię szlachetnych celów, o ile poświęcać się i dokonywać czynów heroicznych będą za nas inni.

Nie wiem, czy ktokolwiek poważny - przynajmniej teoretycznie poważny, czytaj: pełniący funkcję publiczną - obwieścił już, że polscy piłkarze nie powinni lecieć na turniej w Rosji, ale w mediach zwanych społecznościowymi dyskusja trwa w najlepsze, głos zabierają też prasowi publicyści. Wszystko zaczęło się w Wielkiej Brytanii, gdzie otruci zostali - niemal na pewno przez skrytobojców Putina - działający niegdyś na dwie strony szpieg Siergiej Skripal oraz jego córka. Stamtąd zawierucha przyszła, u nas wskazuje się również inne winy kremlowskiego reżimu, od wewnątrzkrajowego łamania praw człowieka po agresję na Ukrainę. Winy ewidentne, gospodarze MŚ w żadnym razie nie spełniają demokratycznych standardów Zachodu, do którego wciąż należymy.

Im bliżej w dyskusji piłki nożnej, tym bardziej słychać głównie kakofonię, mylenie pojęć, gigantyczne pomieszanie z poplątaniem.

Nieporozumieniem jest już sama teza, że mundial mielibyśmy zbojkotować „my”. Nie gramy bowiem „my”, lecz piłkarze reprezentacji Polski, czyli „oni”. Konkretni ludzie - Lewandowski, Szczęsny, Krychowiak, Pazdan, Glik etc. - którzy wedle debatujących nad ich głowami moralistów mieliby zrezygnować z największego wyzwania w swojej karierze zawodowej. Nikt inny nie odwraca się na razie ze wstrętem od dyktatury Putina. Importerzy ściągają rosyjskie towary, sadownicy dorabiają się na eksporcie do Rosji jabłek, dystrybutorzy filmowi wprowadzają na ekrany rosyjskie filmy i w ogóle ściśle z Rosjanami współpracujemy, zresztą w całej Europie - oburzonym Anglikom nie przeszkadza, że kawał ich skolonizowanej stolicy nazywa się już Londongradem, a kumpel Putina zabawia się jako właściciel Chelsea, i generalnie nikt w Unii nie pomyśli, by przed rosyjskimi bonzami zamknąć granice. Na Lazurowym Wybrzeżu skupują już nie tyle rezydencje, ile całe kwartały miast.

Słowem, naprawiać świat mają tylko piłkarze. Rezygnując nie z byle czegoś tam, lecz ze spełnienia największych zawodowych marzeń. Z mundialu, który zresztą z ich perspektywy odbywa się nigdzie - stadiony są eksterytorialne, na czas turnieju przejmuje je FIFA - a oni nie wpływają na wybór gospodarza i nie ma dla nich śladowego znaczenia, gdzie każe im się grać. Boisko wszędzie ma mniej więcej te same, ujęte w regulaminie wymiary.

Dlatego nie zgadzam się z Romanem Imielskim, który apelował, by mistrzostwa bojkotowali tylko politycy, ponieważ bojkot ogłoszony przez reprezentację kraju skrzywdziłby niewinnych kibiców oraz zwykłych Rosjan - również „niewinnych”, bo niepopierających dyktatora Putina. Nie, ewentualne wypisanie Polski uderzyłoby nade wszystko w Lewandowskiego i resztę.

Wiadomo zatem, kto miałby się poświęcać, nie zostało jeszcze tylko wyjaśnione, jak miałaby cała operacja przebiegać w sensie formalnym. Skoro dyskutanci rozważają, czy „decyzja o bojkocie zaszkodziłaby PiS-owi”, to znaczy, że szukają po omacku, tkwiąc mentalnie w poprzednim ustroju. Bojkot nie mógłby przecież zaszkodzić ani PiS-owi, ani żadnej innej partii rządzącej, ponieważ partie nie mają nic do gadania. Paszporty reglamentowało się w PRL-u, dzisiaj każdemu wolno podróżować, gdzie mu się zachce, niektórzy Polacy latają nawet w odwiedziny do Korei Północnej - gdyby więc prezes Polski, premier Polski czy prezydent Polski obwieścił, że mundial bojkotujemy, to nie ma realnej możliwości, by Adama Nawałki do samolotu do Soczi nie wpuścić.

Żaden z politycznych możnowładców nie wymuszał też na FIFA - ani nie proponował - przeniesienia turnieju do innego kraju. Przywódcy państwowi nie mówią oficjalnie, że mundial w Rosji uważają za skandal. Znaczy: idea bojkotu to takie nie wiadomo co. Kto ma operację zacząć, politycy czy szefowie związku piłkarskiego? Kogo i w jakim trybie należy pytać, czy dołączy? Wiadomo jedynie, że dla zwolenników kopnięcia dyktatora w tyłek bojkot piłkarzy byłby protestem idealnym - nie kosztowałby ich nic.

21:32, rafal.stec
Link Komentarze (65) »
czwartek, 04 stycznia 2018

Grzegorz Krychowiak, West Bromwich, Premier League

Miarkujcie się i nie szastajcie zbyt mocnymi słowami, bo wam ich zabraknie, kiedy naprawdę będą niezbędne. Huczy mi we łbie ta popularna ostatnio przestroga, ilekroć pomyślę o Grzegorzu Krychowiaku – znów ewidentnie odrzuconym przez swój klub, znów desperacko poszukującym miejsca, gdzie zdoła porządnie przygotować się do mundialu, znów znajdującym się w przededniu transferu. Co mam bowiem rzec o tarapatach sportowca, o którym ledwie pół roku temu pisałem, że „przeżył w Paris Saint-Germain sportowy upadek, jakiego nie doświadczył za granicą chyba żaden polski piłkarz wysokiej klasy”? Do jakich słów odwołać się dzisiaj, gdy klęskę poniósł również w West Bromwich?

PSG to była przynajmniej słynna marka, o ambicjach sięgających triumfu w Lidze Mistrzów, z szatnią obsadzaną megagwiazdorami pozyskanymi za miliardy. Każdemu może się tam nie powieść, nawet charyzmatycznemu wojownikowi środka pola, który podbijał Ligę Europy z Sevillą. Ale West Brom, mikrusek z angielskiej Premier League, którego Krychowiak swoim przybyciem wręcz zaszczycał?! Klub przyjmujący go z entuzjastyczną wdzięcznością, bijący pokłony przed Panem Piłkarzem Z Wyższych Sfer, co to ma akurat życiowy zakręt i tylko dlatego udało się go na chwilę przechwycić?

Najłatwiej chyba poudawać, że się wiedziało, jak będzie, że stało się nieuniknione. No bo sami zobaczcie, jak traktuje polskich piłkarzy Anglia – i to również teraz, gdy zachodni rynek generalnie ich docenił.

Łukasz Fabiański klęczy ze Swansea na dnie tabeli, każda kolejka przybliża go do degradacji z ligi.

Artur Boruc jako rezerwowy Bournemouth wystaje ledwie punkcik nad strefę spadkową, też grozi mu degradacja.

Jan Bednarek wysiaduje rezerwę... Wróć, jakie „wysiaduje”, jego nawet do fotelu rezerwowego dopuszczają od wielkiego dzwonu, a przecież i on reprezentuje przeciętniaka – Southampton (znów: drużyna marząca o uniknięciu degradacji, 17. w tabeli).

Kamil Grosicki degradacji już doświadczył, w poprzednim sezonie. Z Hull, z którym grozi mu kolejny zjazd, do trzeciej ligi (21. pozycja, żadnej przewagi nad strefą spadkową). Wprawdzie oferował usługi firmom z najwyższej klasy rozgrywkowej, ale firmy nie wykazały zainteresowania.

Bartosz Kapustka w Leicester całkiem zniknął. W lidze angielskiej nigdy nie zadebiutował, musiał uciekać na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga.

Zwróćmy uwagę, że przywołuję wyłącznie nazwiska seniorskiej lub młodzieżowej reprezentacji Polski, uczestników Euro 2016 i Euro 2017. Prawdziwą przyjemność z ligi angielskiej mógł czerpać w ostatnim czasie chyba Marcin Wasilewski, ale nawet on w sensacyjnym sezonie odegrał w Leicester rólkę epizodyczną i nie dochrapał się oficjalnego tytułu mistrzowskiego. Wojciech Szczęsny, zakochany w londyńskim klubie wychowanek Arsenalu? Też się nie nawygrywał i musiał uciekać, choć klasę ma ponadprzeciętną, o czym świadczą popisy w Romie i turyńska szansa na założenie rękawic żywej legendy, Gianluigiego Buffona. Przekleństwo. Polacy w najlepszym razie wyjeżdżają z Anglii z niedosytem.

Mógłbym kopać głębiej w przeszłości, aż po nędzę Grzegorza Rasiaka czy Piotra Świerczewskiego (uciułał w Birmingham 38 minut gry, uziemiony publicznie groził trenerowi „podjęciem odpowiednich kroków”) – i w XXI wieku wyłowiłbym najwyżej jednego człowieka sukcesu, Jerzego Dudka (zresztą jego trener Liverpoolu też ostatecznie skreślił, i to po słynnym tańcu bramkarza w finale Ligi Mistrzów...). Anglia, jeden z ulubionych celów polskiej emigracji zawodowej, dla piłkarzy pozostaje terytorium zakazanym, skażonym, oni z każdym sezonem coraz bardziej tułają się tam jak po krajobrazie nuklearnej apokalipsy – albo wegetują, albo są skazani na wyginięcie. Podrygi Krychowiaka to kolejny etap historii wymierania, a może jej spektakularne apogeum – nasz rodak usiłuje się przecież ewakuować z West Bromwich po 15 meczach bez zwycięstwa, upadku na przedostatnie miejsce w tabeli, z zasługami na granicy błędu statystycznego.

Nie zamierzam udawać, że rozumiem, dlaczego naszym permanentnie nie wychodzi (choć bramkarze mają ładną markę). Zwłaszcza że Premier League należy do najbardziej kosmopolitycznych rozgrywek na planecie. Ale przykra prawidłowość istnieje, dobrze oddaje ją listą strzelców założonej w 1992 roku Premier League uszeregowanych według narodowości. W minionym ćwierćwieczu gola wcisnęło tam tylko dwóch Polaków – Robert Warzycha i Marcin Wasilewski. Więcej snajperów mają m.in. Algieria, Benin, Bośnia, Kanada, Kostaryka, Egipt, Gruzja, Honduras, Węgry, Izrael, Jamajka, Japonia, Mali, Czarnogóra, Paragwaj, Peru, Tunezja oraz Nowa Zelandia (w sumie 62 kraje!), a tylu samo – Barbados, Gabon, Kongo, Gwinea, Antigua i Barbuda (to jedno państwo, nie dwa), Iran, Łotwa, Wenezuela, Zimbabwe etc. Tutaj nie sposób chyba użyć słów zbyt mocnych. Anglia naszych rozdeptuje, poniża, dołuje. Oby Krychowiak wydostał się stamtąd raczej jutro niż pojutrze, bo bez odzyskania go – w pełnym rynsztunku i formie, jako komandosa – na mundialu ani rusz.

piątek, 01 grudnia 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski, mś 2018, losowanie mundialu

Kiedy przemierzałem Japonię dzięki swojemu pierwszemu mundialowi przeżywanemu w roli korespondenta, fascynowało mnie wszystko, w sensie sportowym i pozasportowym, poza jednym wieczorem: w trakcie ćwierćfinału senegalsko-tureckiego konałem. Nie działo się nic, emocji było jak przy kiszeniu ogórków, pewnie bym się roztopił z nudów, gdyby nieopodal – w loży honorowej – nie wyprężały się senegalskie boginie, to było najwyższe stężenie kobiecego piękna, jakie widziałem w życiu. Żony, narzeczone i kochanki piłkarzy? A może po prostu wyselekcjonowane najpiękniejsze dobra naturalne Senegalu, który chciał się pochwalić, że Senegal jest rajem na ziemi?

Nic nie poradzę – to moje pierwsze, zwierzęco odruchowe skojarzenie z reprezentacją kraju, o którym nie bardzo wiecie, gdzie leży. Nuda i zachwyt.

Z Japonią mam to podobnie. Nuda i zachwyt. Kraj chłonąłem rozanielony (podczas kilku wizyt zjeździłem wszystkie główne wyspy, odurzające doświadczenie), ale jej piłkarzom też zdarzyło się sprawić, że wyrywałem sobie włosy. Na innych mistrzostwach świata, w 2010 roku, wspólnie z Paragwajczykami postanowili ukatrupić mnie w 1/8 finału. Przeczołgali mnie przez bezbramkowe 120 minut, aż doczłapali do karnych. Pisałem wówczas do „Gazety”: „Przed takimi meczami mundialowy korespondent doświadczony dwoma turniejami czuje się jak skazaniec. Doskonale wie, jak będzie. W 2002 r. w Osace przeraźliwego gniota spłodzili Turcy z Senegalczykami w ćwierćfinale. W 2006 r. podobnie zagrali Szwajcarzy z Ukraińcami w 1/8 finału. Teraz do księgi mundialowych okropieństw weszli - niespiesznie i z przestraszonymi minami - Japończycy oraz Paragwajczycy. Gniota rodzą zawsze te same okoliczności. Piłkarze, którzy niewiele w życiu wygrali, pochodzący z krajów, których reprezentacje też niewiele wygrały, sprawiają niespodzianki, czasem nawet zyskują uznanie publiki spragnionej doznań estetycznych, aż docierają do etapu, do którego nie zaglądali w najodważniejszych snach. I właśnie wtedy zaczynamy rozumieć, że nie wytrzymają”.

Paradoks polega na tym, że dzisiaj, kiedy nasi piłkarze wylosowali Senegal i Japonię jako rywali w fazie grupowej mistrzostw świata, wpadłem w euforię niebezpiecznie bliską ekstazie. Nie ze względów sportowych – w tym sensie ruszamy w podróż w nieznane, o czym szerzej piszę tutaj, przypuszczając, że o zwycięstwa w Moskwie, Kazaniu i Wołgogradzie będzie potwornie trudno. Nie, rozpaliła mnie perspektywa wyprawy – mentalnej, żeby nabyć wiedzę – do krain tak bardzo odległych i obcych. Bo MŚ, oprócz bycia celem samym w sobie, od zawsze służą mi także za pretekst do podróży w nieznane.

Przyznałem się dzisiaj w tekście o mojej wymarzonej grupie, że przed losowaniem mundialu zawsze kombinuję jak skrajny egoista. Nie interesuje mnie interes drużyny, kibiców ani nawet - błagam o możliwie łagodny wymiar kary - narodu polskiego. Chcę tylko, żeby było interesująco. Albo sportowo, albo niesportowo. W wymarzonej grupie umieściłem nawet Senegal, jednego z trzech uczestników przyszłorocznego turnieju, z którym polscy piłkarze nie grali nigdy, nawet towarzysko.

Pozostałe życzenia się nie spełniły, ale i tak czuję pełną satysfakcję. Japonia? Moi ulubieni kosmici, mam na ich punkcie szmergla, sama frajda sprawdzać, co u nich słychać. Kolumbia? Kopaliśmy się z nimi tylko sparingowo, poza tym wystarczyło wyciągnąć ją w kulce, żeby się dowiedzieć od Radka Nawrota o istnieniu tamaryny białoczubej (te jajcary ze zdjęcia na górze, zaraz się będę zapoznawał, moja dziewczyna już zażądała adopcji jednego egzemplarza!). Czysta poezja, gdybym rządził światem, to bym zarządził, żeby mundial zaczynał się już, ależ jestem napalony na mundial, nie wiedziałem, że pół roku przed mundialem można się aż tak jarać mundialem, tę mundialową grupę wykroili chyba specjalnie dla mnie, co do milimetra pod moją mundialową szajbę, chyba zapominam wstawić w tym zdaniu kropkę, wypisuję te jęki mundialowego oszołoma w trakcie hiciora Napoli – Juve, nie umiem się na nim skupić, bo czekam na mundial, niech mnie zahibernują i wybudzą na mundial, niech ten mundial stanie się już.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

czwartek, 16 listopada 2017

Wreszcie. Mamy już komplet zaproszonych. Po nocnym zwycięstwie nad Nową Zelandią jako ostatni dołączyli do elity Peruwiańczycy, którzy na mundial czekali od 22 czerwca 1982 roku, gdy przyjęli ciosy od drużyny Antoniego Piechniczka. Polacy złoili ich wtedy 5:1. I teraz cały kraj czekał na awans jak na powrót do Edenu, przed rewanżowym barażem prezydent Pedro Pablo Kuczynski ogłosił, że jeśli piłkarze nie zawiodą, to następnym dzień będzie wolnym od pracy. Obligatoryjnym wszędzie – i w sektorze publicznym, i w prywatnym. (Piłkarze nie zawiedli, ale niewykluczone, że pomogły im brudne chwyty).

Rozejrzyjmy się zatem, kto na przyszłoroczne party u Putina wpadnie, a kto nie.

Perspektywa demograficzna. Najważniejsze piłkarskie igrzyska kojarzymy odruchowo z imprezą, w której uczestniczą niemal wszyscy, tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie – to święto wykluczające, a edycja z 2018 roku, m.in. z powodu eliminacyjnej klapy Amerykanów, obecnych zawsze od 31 lat, będzie jeszcze bardziej wykluczająca niż zwykle. Jak zwykle nie zagrają także piłkarze z Chin, Indii oraz Indonezji, czyli czterech krajów o największej populacji, a generalnie swoich rodaków na rosyjskich boiskach nie zobaczy około 5,8 mld mieszkańców Ziemi. Czyli aż 76 proc. ludzkości:

ludność świata, populacja, MŚ 2018

Najmniejszym uczestnikiem – i to w całej historii mundiali – będzie oczywiście Islandia, która w ubiegłym roku została najmniejszym w historii uczestnikiem mistrzostw Europy. 335-tysięczna, mniej liczebna od dotychczasowego rekordzisty Trynidadu i Tobago, którego drużyna reprezentowała przed dekadą nację 1,3 miliona głów. Reprezentowała godnie. Zdołała urwać punkt Szwecji, a dopingowali ją najfajniejsi poznani przeze mnie mundialowi kibice – tłumaczyli, że „w życiu liczy się czysta woda i dobry banan”, pasjami objaśniali, czym się różni Trynidad od Tobago, i w ogóle sprawiali wrażenie skrajnych odmieńców, potwierdzając wszelkie stereotypy o karaibskiej mentalności „sex and beach”.

Teraz oddali rekord i trudno sobie wyobrazić, by w przyszłości ktokolwiek islandzkiego malucha przelicytował. W rankingu państw i terytoriów zależnych sklasyfikowanych według liczby ludności zajmuje 180. miejsce, tuż za nim są Barbados, Polinezja Francuska, Gujana Francuska, Nowa Kaledonia oraz Vanuatu.

Żeby jeszcze silniej szarpnąć za wyobraźnię: więcej mieszkańców od Islandii ma Bydgoszcz.

Islandia, piłka nożna, MŚ 2018

Perspektywa sąsiedzka. Niemcy pozostają przepotężni, od Euro 2016 tylko oni nie przegrali z nikim (16 zwycięstw, 5 remisów, 61-12 w bramkach). Poza tym otaczają nas jednak same patałachy – ani Litwini, ani Białorusini, ani Ukraińcy, ani Czesi, ani Słowacy nie umieli wepchnąć się choćby do baraży. Wprawdzie ci ostatni dzięki korzystniejszemu od Szkotów stosunkowi bramek zakończyli grupę na pozycji wicelidera, ale okazali się wiceliderem z najskromniejszym dorobkiem. W ogóle pomieszkujemy w okolicach futbolowo wyjałowionych, nawet baraży nie dotknęli również tylko ciut bardziej oddaleni Austriacy, Węgrzy, Rumuni, Mołdawianie, Łotysze... Wznieśmy sztandary i kufle bimbru chomikowanego na szczególne okazje! Jesteśmy regionalnym mocarstwem!

Perspektywa morska. A skoro już podglądamy sąsiadów ze środkowej Europy... Zwracam uwagę, że na mistrzostwa awansowały zaledwie dwa z aż 44 zrzeszonych w FIFA państw śródlądowych – Szwajcaria oraz Serbia. Czyżby brak dostępu do plaży upośledzał piłkarsko?

Ok, jaja sobie robię. Tak mi się jakoś pokojarzyło:-)

Perspektywa medalowo-historyczna (1). Do upadłych Holendrów (trzykrotni wicemistrzowie świata) przyzwyczajamy się od kilku sezonów, ich losy nadzwyczaj sugestywnie uzmysławiają, jak nagle skarleć może nawet gigant – na dwóch poprzednich mundialach wykopywali medale, kolejno srebrny i brązowy, by w eliminacjach ME 2016 i MŚ 2018 nie wśliznąć się nawet do baraży.

Teraz wstrząs wywołali jednak przede wszystkim czterokrotni mistrzowie świata Włosi, którzy tej jesieni wyduszali z siebie gola raz na 180 minut, ale użyli do tego aż 27 zawodników. Rzadko wina selekcjonera jest aż tak bezdyskusyjna – reprezentację oddano przeciętniakowi i mentalnemu prowincjuszowi, co tym bardziej paradoksalne, że mowa o krainie bodaj najbogatszej na świecie w wybitną myśl trenerską – w samej Anglii od 2010 r. mistrzostwo zdobyli Antonio Conte, Claudio Ranieri, Roberto Mancini i Carlo Ancelotti, w Lidze Mistrzów szalał ostatnio Massimiliano Allegri, teraz rośnie innowator Maurizio Sarri etc. Długo by wymieniać, zwłaszcza że Giampiero Ventura wygrywał tylko ligę czwartą (z Entelle i Pistoiese), trzecią (z Lecce) i drugą (z Torino), w tym ostatnim klubie znalazł swoje najbardziej prestiżowe miejsce pracy, tylko tam liznął europejskich pucharów. Znaczące: nawet niemiecki selekcjoner Joachim Löw, słysząc o buncie odmawiającego wejścia na boisko De Rossiego, zamiast solidaryzować się z kolegą po fachu, określił reakcję piłkarza jako świadczącą o jego wielkości.

Tymczasem Włosi próbując wyjaśnić przyczyny tragedii, gonią w piętkę. Rozpaczają, że w bieżącym sezonie Serie A kluby w aż 53 proc. polegają na piłkarzach zagranicznych, nie zauważając, że w Bundeslidze proporcja wygląda identycznie. I nie przeszkadza to Niemcom być najbardziej utytułowaną drużyną narodową trwającej dekady. Doprawdy, głębia poklęskowych analiz czasami poraża.

Perspektywa medalowo-historyczna (2). Węgrzy kopią najżałośniej pośród wszystkich, którzy kiedykolwiek zajrzeli do finału MŚ, a przecież oni zabawiali tam aż dwukrotnie, ba, przez ładnych parę lat fruwali na szczycie z zasłużoną sławą rewolucjonistów. Dzisiaj to piłkarskie państwo upadłe. W grupie eliminacyjnej zajęli trzecie miejsce z 14 (!) punktami straty do wicelidera. Przegrywali w ostatnich latach z Andorą, remisowali Wyspami Owczymi, wreszcie w ubiegłym tygodniu oberwali od Luksemburga. I pomyśleć, że trzyma tam władzę akurat były piłkarz i lider wielkiego programu odnowy węgierskiego futbolu! Premier Viktor Orban nadzorował nawet przegłosowywanie ustawy usuwającej ze stanowiska konkretnego człowieka – burmistrza miasteczka, w którym miało powstać centrum szkolenia... Miniony rok naszych bratanków do szabli i szklanki wyglądał tak, jakby szable ostatecznie ustąpiły szklankom:

Węgry, piłka nożna, Viktor Orban

Perspektywa odkrywcy. Na przeciwległym biegunie do Włochów i Holendrów oraz mistrzów Ameryki Południowej Chilijczyków, mistrzów Ameryki Północnej Amerykanów i mistrzów Afryki Kameruńczyków (ich wspólna nieobecność czyni mundial 2018 wręcz bezprecedensowym) umieściłbym nie tyle wspomnianych Islandczyków, którzy mają za sobą piękną przygodę na Euro 2016 oraz lata metodycznego wylewania fundamentów pod sukces, ile innych absolutnych debiutantów – Panamczyków. Stanowiących namacalny dowód, że na MŚ pośpiewać każdy może.

Oni nie weszli w epokę futbolowego oświecenia, im mundial spadł w pewnym sensie z nieba. W ostatniej kolejce kwalifikacji w Ameryce Północnej i Środkowej wyprzedzili reprezentację USA, która przeżywa szokującą zapaść i przegrała nawet z Trynidadem i Tobago. Tymczasem Panamczycy uporali się z Kostaryką (awansowała wcześniej), m.in. dzięki golowi, który w ogóle nie padł, w potwornym zamieszaniu w polu karnym piłkę w bramce dojrzał tylko sędzia liniowy. Wcześniej kopali na miarę swoich możliwości, czyli miernie. Wygrali ledwie dwa z pozostałych dziewięciu meczów, wspomnianym Amerykanom ulegli 0:4, strzelali średnio 0,9 gola na 90 minut. Nikt inny nie awansował z tak wątłą ofensywą.

Perspektywa swojska. Jak Panamczycy mieli słomiany zapał w ataku i zdobywali bramki najrzadziej wśród wszystkich finalistów, tak Polacy stawiali słomiany opór na swoim polu karnym i tracili bramki najczęściej wśród wszystkich finalistów. Przeciętnie 1,4 na mecz, co czyni ich defensywę bardziej dziurawą niż ponad 60 drużyn z całego świata. M.in. dlatego trener Adam Nawałka kombinuje z nowym, bezpieczniejszym systemem gry – powtarza strategię sprzed mistrzostw kontynentu, która przyniosła reprezentacji największy sukces od 1982 roku.

Perspektywa selekcjonerska. Aż pięciu finalistów poprowadzą na rosyjskim turnieju Argentyńczycy: Jorge Sampaoli (Argentyna), Edgardo Bauza (Arabia Saudyjska, przejął posadę już po awansie po Bercie van Marwijku, który zirytował przełożonych, bo wpadał do Rijadu tylko przy okazji meczów), José Pekerman (Kolumbia), Héctor Cúper (Egipt) i Ricardo Gareca (Peru).

Perspektywa weterana. Essam El-Hadary zadebiutuje na mundialu i od razu ustanowi rekord, zostając najstarszym uczestnikiem turnieju w jego dziejach. Co więcej, 44-letni bramkarz nie będzie pełnił funkcji żywej maskotki ani doświadczonego wiarusa od „atmosfery” lub trzymania dyscypliny w szatni, on reprezentacji Egiptu kapitanuje w sensie ścisłym, w eliminacjach wyszedł spomiędzy słupków tylko na ostatnie spotkanie, już po awansie. Karierę planuje zakończyć po MŚ 2022.

Perspektywa faworytów. Niemcy – wiadomo. 100 proc. zwycięstw w eliminacjach, 43-4 w golach. Nawet Hiszpania przed 2010 r. – dotychczasowy nowożytny rekordzista – była od nich łagodniejsza. Jednak nie dość, że skopali rywalom tyłki z właściwym sobie rozmachem, to jeszcze kadrę odmłodzili, wszczepiając do niej całą eskadrę nowych talentów. Zasobami dysponują bezkresnymi, w pełni docenilibyśmy je tylko wtedy, gdyby trzeba było wystawiać do gry zespoły co najmniej czterdziestosobowe. Dotyczy też: Hiszpania, Francja.

Presję ponad wszystkie będą dźwigać na sobie jednak Brazylijczycy, którzy przed czterema laty sprosili resztę świata na mundial, żeby reszta świata z bliska przyjrzała się, jak wygląda królowa futbolu rozniesiona na strzępy. 1:7 w półfinale i 0:3 w meczu o brąz to eksplozja, która już nigdy się nie powtórzy, w każdym razie nie w tym eonie. Odkąd jednak piłkarzy „Canarinhos” przechwycił trener Tite, ci rozbujali się jak na placu zabaw – 12 meczów bez porażki i ledwie jeden gol strzelony przez rywali z akcji (1080 minut!) to bilans przytłaczający, zwłaszcza w okolicznościach przyrody południowoamerykańskich. Kopać umieją tam wszyscy, niewykluczone nawet, że sportowo wszyscy zasługiwaliby na mundial.

Tymczasem zmartwychwstała Brazylia – wystrojona kolorowo, łącząca supergwiazdorów za ćwierć miliarda euro z graczami z chińskiego wygwizdowa – tańczy między nimi jak jej się zachce. I jeszcze onieśmiela symboliką, w końcu zaatakuje napastnikiem o anielsko brzmiącym, obiecującym zbawienie imieniu Gabriel Jesus. Wystarczy do złota? Dzisiaj wiadomo tylko tyle, że brazylijski triumf przyniósłby więcej radości niż jakikolwiek inny. Piłkarzy „Canarinhos” dopingować będzie 209 mln rodaków –  reprezentują wśród finalistów nację najliczniejszą.

losowanie MŚ 2018, koszyki, rozstawienie

08:02, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
niedziela, 08 października 2017

W awansie naszych piłkarzy na drugą z rzędu imprezę mistrzowską szczególnie podoba mi się to, że okolicznościowy felieton mogłem spisać jeszcze przed ostatnim meczem. W trakcie poprawiłem tylko kilka cyferek. Znaczy - kontrolowali sytuację, nie nękały mnie żadne wątpliwości. Tekst do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 07 października 2017

reprezentacja Polski, Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, Łukasz Piszczek, mundial 2018

Podczas meczów reprezentacji wzrok skupiamy naturalnie na Robercie Lewandowskim, najbardziej rzucającym się w oczy soliście w dziejach polskiego futbolu – kiedy zachwycali jego wybitni poprzednicy, od Kazimierza Deyny po Zbigniewa Bońka, otaczał ich tłum innych wybitnych, a on działa jak Guliwer wśród Liliputów, to przy całym szacunku dla pozostałych kadrowiczów gracz wyższej generacji.

Frajdę sprawia też jednak podziwianie współpracy Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, grasującego po prawej flance czteronogiego monstrum, w którym od dawna panuje równouprawnienie w podziale obowiązków i trudno właściwie odróżnić, kto współtworzy linię obronną, a kto – linię pomocy. Obaj angażują się, jakby powiedział selekcjoner, „zarówno w defensywę, jak i ofensywę”, a na diagramach ilustrujących średnią pozycję na boisku stoją obok siebie. Ba, w mundialowych eliminacjach Błaszczykowski, czyli nominalny skrzydłowy, częściej próbuje wślizgu, natomiast Piszczek ma ciut więcej wymiernych zasług w ataku (gol, cztery asysty).

Ich wspólnej akcji zawdzięczamy pomyślny początek meczu w Erywaniu. Zanim Piszczek wyłożył tam piłkę Kamilowi Grosickiemu (przywalił na 1:0), otrzymał błyskawiczne, sprytnie pomyślane prostopadłe podanie od Błaszczykowskiego.

Takich scen oglądamy mnóstwo. Scen uzmysławiających, ile znaczą dla reprezentacji Polski trzej piłkarze, którzy dojrzewali i stawali się wyczynowcami klasy europejskiej w Borussii, pod nadzorem Jürgena Kloppa. W smętnych czasach selekcjonera Waldemara Fornalika zależeliśmy wyłącznie od tego, ile w Dortmundzie wyćwiczyli Lewandowski i Błaszczykowski (on przestał być u niemieckiego trenera atletą ze szkła), zresztą obaj przyłożyli nogę do wszystkich (!) bramek zdobytych na ostatnich turniejach – podczas Euro 2012 oraz Euro 2016 pierwszy wbił dwa gole, drugi strzelił trzy i miał asystę przy trafieniu Arkadiusza Milika. Zdarzało się zresztą, że finalizowali natarcie wspólnie, jak przy objęciu prowadzeniu z Grecją, gdy Błaszczykowski dośrodkowywał na głowę Lewandowskiego.

Nasz napastnik mądrze wybrał przed siedmioma laty klub, ale też poszczęściło mu się, że wpadł w oko Kloppowi. Nasz skrzydłowy całe życie uczciwie harował na sportowy sukces, ale też poszczęściło mu się, że spotkał Kloppa. Naszemu prawemu obrońcy również się poszczęściło, choć Herthę Berlin opuszczał niechętnie (przywiązuje się do miejsc). Właściwie to poszczęściło się każdemu, kto dopinguje reprezentację Polski. Przeanalizowałem wszystkie bramki, jakie zdobyła w minionych dwóch latach w meczach o stawkę, by sprawdzić, przy ilu bezpośrednio zasłużyli się „dortmundczycy”. Efekty są jeszcze bardziej sugestywne, niż przypuszczałem:

6:1 z Armenią – asysta

5:1 z Armenią – gol

4:1 z Armenią – gol, asysta

3:0 z Armenią – gol

2:0 z Armenią – gol

1:0 z Armenią – asysta

3:0 z Kazachstanem – gol

2:0 z Kazachstanem - nic

1:0 z Kazachstanem - nic

3:0 z Rumunią – gol

2:0 z Rumunią – gol

1:0 z Rumunią – gol

2:1 z Czarnogórą – gol

1:0 z Czarnogórą – gol

3:0 z Rumunią – gol

2:0 z Rumunią – gol

1:0 z Rumunią – nic

2:1 z Armenią – gol, asysta

1:0 z Armenią – „asysta” przy samobóju rywali

3:0 z Danią – gol

2:0 z Danią – gol

1:0 z Danią – gol

2:0 z Kazachstanem – gol

1:0 z Kazachstanem – asysta

1:1 z Portugalią – gol

1:1 ze Szwajcarią – gol

1:0 z Ukrainą – gol

1:0 z Irlandią Płn. – asysta

2:1 z Irlandią – gol

1:0 z Irlandią – nic

2:2 ze Szkocją – gol

1:0 ze Szkocją – gol

Słowem, zdarzyły się w tym okresie ledwie dwa mecze, w których trójkąt dortmundzki nie zadziałał. Przegrany 0:4 w Kopenhadze oraz zremisowany 0:0 z Niemcami podczas ubiegłorocznego Euro. Dla wszystkich innych rywali był jak trójkąt bermudzki – kto weń wleciał, ginął.

Nie sądzę, by Jürgen Klopp zdawał sobie z tego sprawę, więc jeśli na niego wpadnę, na pewno mu powiem. Zasłużył, by wiedzieć, że jak Adam Nawałka jest dla naszego futbolu najważniejszym w XXI wieku trenerem polskim, tak on jest najważniejszym dla naszego futbolu trenerem zagranicznym. Aż mnie korci, by krzyknąć, że nasza reprezentacja w obecnym kształcie to ich wspólne osiągnięcie.

czwartek, 07 września 2017

Mundial 2018, Syria, Katar, USA, Chiny

„To były boiska na Manhattanie, grały dzieci, patrzyłem osłupiały. Drużyny koedukacyjne, szczera międzypłciowa współpraca, chłopcy wjeżdżają wślizgami w dziewczyny, dziewczyny podkładają nogi chłopcom i w ogóle pełne równouprawnienie. Gdyby zamieszkała tam Magdalena Środa, musiałaby wyruszyć na poszukiwanie nowego celu w życiu.

Mocniej uderzało po oczach co innego - nikt, ani on, ani ona, nie chciał zabawić się w Maradonę. Nie próbował dryblować do zatracenia, nie nurkował z piłką w sam środek tłumu, nie tracił jej głupio, jak przystało na beztroskiego brzdąca. Wszyscy już w wieku szczenięcym rozumieli, że uprawiają sport zespołowy. Biegali, żeby sobie pomagać i się poświęcać, solowych popisów unikali, piłkę brali po to, by zaraz ją oddać. Mourinho też poczułby się niepotrzebny.

Zapamiętałem, bo tamci młodzi wydali mi się przedwcześnie dojrzali. Każdy normalnie rozwijający się szkrab marzy o tym, by okiwać całą ludzkość, dosunąć do bramki, tuż przed linią bramkową położyć się i popchnąć leżącą na trawie piłkę głową. Nie Amerykanie.

Kiedy podziwiam reprezentację USA na mundialu, stają mi przed oczami ich rodacy, sensacyjni mistrzowie olimpijscy w siatkówce. Też fenomenalnie zjednoczeni, waleczni do omdlenia, skrywający wady za niezłomną niezgodą na porażkę. Ale wspominam też juniorów z Manhattanu, którzy nie tyle nie umieli, ile nie zamierzali dryblować. W ich nawykach widzę echo odruchów dorosłych piłkarzy. Atletów ewidentnie wyrosłych z wysokiej kultury sportowej swojego kraju, wierzących w etos pracy, przedkładających na boisku interes grupy nad interes osobisty, wiedzionych przez instynkt gry do końca, ale pozbawionych indywidualności. Niemal wszyscy Amerykanie w boiskowym stylu bycia wyglądają jak bracia, cała drużyna składa się z egzemplarzy do siebie podobnych. Silnych, twardych i wytrzymałych, a zarazem żadnym gestem niezdradzających ochoty, by się wyróżnić. Armia sklonowanych gladiatorów.

Kraje o bogatych futbolowych tradycjach mają swoje specjalizacje. Na znakomitą markę zapracowali brazylijscy ponaddźwiękowi boczni obrońcy, argentyńscy drobni rozgrywający, holenderscy dryblerzy, portugalscy skrzydłowi, włoscy stoperzy etc. USA wychowuje graczy doskonale przeciętnych, jakby zdjętych z jednej sztancy. Jeśli zapadają w pamięć, to dlatego że schodzą z boiska w zakrwawionych koszulkach. Doceniamy ich wysiłek, nie zachwycamy się kunsztem. Doceniamy wydajność rozwijającego się w USA piłkarskiego przemysłu, nie odnajdujemy w jego wyrobach naturalnego, rzucającego na kolana talentu”.

Podaję powyższe akapity pochyłą czcionką, ponieważ wklejam fragmenty własnego felietonu – zniknął z internetu – który spisałem gdzieś w RPA, w czerwcu 2010 roku, jako korespondent gazety. Piłkarze USA właśnie odpadli z turnieju, choć szeroko zakrojona strategia, wcielana w życie od lat 90., zakładała, że założą wówczas złote medale. Analizowałem więc cechy ich stylu, szukałem przyczyn porażki, dzieliłem się publicystycznie wrażeniami.

Medali żadnego koloru nie założyli Amerykanie do dzisiaj. Ale nie to oddaje skalę niepowodzenia – żeby zdobyć szczyt w tak konkurencyjnej dyscyplinie, trzeba pomyślnego splotu różnych okoliczności, olbrzymią rolę do odegrania ma tu nawet łut szczęścia. Ważniejsze, że ów bogaty kraj, bogaty również w tradycje sportowe, wciąż nie wymyślił siebie piłkarsko. Nie ma przyzwoitej ligi, nie wychowuje gwiazd, nie potrafi rządzić nawet na swoim kontynencie (choć stawka tam mizerna). Reprezentacja USA wygląda ostatnio tak beznadziejnie, że poważnie grozi jej pierwsze od 31 lat przegranie eliminacji mundialu, a trener Bruce Arena nie wstydzi się narzekać, że krzywdę wyrządza im Donald Trump. Ściślej – prezydencka retoryka i polityka antyimigrancka. Piszę o tym więcej tutaj.

Amerykańska klapa uzmysławia, jak potwornie trudno zaprojektować sukces w piłce nożnej, nie wspominając o wzniesieniu trwałej potęgi. Uzmysławia to zresztą cały trwający tydzień, bo w zupełnie innych zakątkach globu klęski ponieśli inni napaleni na podbijanie boisk – Chińczycy, o których obszernie pisałem tutaj, i Katarczycy, których manewry jeszcze obszerniej relacjonuję tutaj. Pierwsi zajęli przedostatnie miejsce w grupie azjatyckich kwalifikacji do MŚ, a drudzy zostali wgnieceni na ostatnie. Owszem, oni zaczęli reformować futbol później, ale... Zrekapitulujmy.

USA, czyli pożądający sukcesu w piłce najpotężniejszy kraj świata, wisi w tabeli pod Panamą, klęka u siebie przed Kostaryką, ledwie ratuje remis w Hondurasie.

Chiny, czyli pożądający sukcesu w piłce drugi najpotężniejszy i najludniejszy kraj świata, leży w tabeli pod Uzbekistanem oraz Syrią – zrujnowaną, od sześciu lat pogrążoną w wojnie domowej.

Katar, czyli pożądające sukcesu w piłce najbogatsze społeczeństwo świata, leży w tabeli jeszcze niżej, wyciera jej dno 7 punkcikami uciułanymi w 10 meczach, a Syria wrzuciła mu właśnie trzy gole.

Ta ostatnia reprezentacja to przypadek szczególny. Jej piłkarze – zwyciężający ku radości rodaków, ale i ku radości zbrodniczego prezydenta Baszara al-Asada – na mecze rozgrywane formalnie u siebie wyjeżdżają za granicę, niekiedy odległą, ostatnio polecieli aż do malezyjskiego Kuala Lumpur. Na ich murawach z oczywistych względów nikt korka nie postawi, ze wstrząsających reportaży z tamtej okolicy mocno zapadł mi w pamięć obrazek dzieci rywalizujących w turnieju taekwondo, które tak przywykły do odgłosów wojny, że właściwie nie słyszą huku eksplodujących bomb. Albo opowiastka o służącym w wojsku arbitrze, który po ostatnim gwizdku w ligowym meczu zawsze chwyta AK-47 i wraca na pole bitwy.

Syryjscy piłkarze żyją jak wszyscy. Z przerwami w dostawie prądu, z brakami wody, w lęku o rodziny, milcząc o reżimie albo go chwaląc. Wciąż jednak pozostają w grze o mundial. Niebawem w barażu zmierzą się z Australią, a jeśli jej podołają, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że bój o awans stoczą z drużyną USA.

17:25, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 05 września 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski 

FIFA planuje zmienić zasady tworzenia rankingu, by drużyny w typie Polski czy Szwajcarii nie wykorzystywały kruczków sztucznie poprawiających ich pozycję.

Rychłe zrewidowanie reguł zapowiedział już rzecznik futbolowych władz, na które naciskają potentaci. Potentaci niezadowoleni, bo nazbyt nisko sklasyfikowani. I mają swoje racje.

Fałszowanie rzeczywistości ma polegać na tym, że twojemu rankingowemu bilansowi znacząco szkodzi rozgrywanie sparingów. Nie – przegrywanie sparingów, lecz samo wychodzenie na boisko. Za zwycięstwo w meczu towarzyskim FIFA przyznaje tylko 40 proc. punktów, które przyznałaby za zwycięstwo z tym samym przeciwnikiem w meczu o stawkę. A ponieważ w klasyfikacji liczy się średnia punktów na spotkanie, a nie suma wszystkich zgromadzonych punktów, to tracą wszyscy, którzy często umawiają się na sparingi.

Przyjrzyjmy się ostatniemu rokowi. Oto piłkarze czwartej w rankingu Szwajcarii zagrali towarzysko raz, podobnie jak piłkarze piątej Polski. Francuzi? Pięć razy. Włosi i Hiszpanie? Cztery razy. I każdej z wymienionych markowych reprezentacji zasadniczo opłaciłoby się rezygnować nawet ze sparingów, które okazywały się zwycięskie. Co gorsza, wielkie firmy organizują gierki głównie między sobą – by przyciągać kibiców szlagierami, sprawdzić się z równymi sobie, więcej zarobić na reklamach – więc z konieczności dzielą się rankingowymi punktami.

Brytyjski „Times” wskazuje właśnie Szwajcarię (podejmowała ostatnio tylko Białoruś) oraz Polskę (tylko Słowenia) jako uprzywilejowanych (choć oczywiście trener Adam Nawałka nie cwaniakuje, lecz w czasie krótkich zgrupowań przedkłada treningi nad próbne gierki). I wcale nie martwi się prestiżem wynikającym z pozycji w comiesięcznie aktualizowanej w globalnej hierarchii, lecz niewielkimi szansami na rozstawienie w losowaniu mundialowych grup. Rozstawienie, który przy obecnym kształcie klasyfikacji, miałyby i Szwajcaria, i Polska.

To najważniejszy konkret, który implikuje ranking FIFA. Decyduje on o rozstawieniach. Walijczycy, pomimo znakomitego występu na Euro 2016, nie znaleźliby się w najwyższym koszyku w losowaniu kwalifikacji mundialu 2018, gdyby nie 17 miesięcy (!) bez ani jednego rozegranego sparingu. Włosi też skarżą się – zwłaszcza po sobotnim 0:3 w Madrycie – że zostali skazani na grupę z Hiszpanią.

Interweniowali oni, awanturowali się u światowych władz Anglicy, byli też inni zirytowani, a wszystkich wsparła UEFA. I FIFA raczej ulegnie presji, choć dopiero po losowaniu grup mundialu 2018. Korzystajcie więc, Robercie Lewandowski i inni, póki wam pozwalają.

niedziela, 03 września 2017

Czy nasi piłkarze są ogłuszeni? Czy trener i kapitan zdołają ich ocucić przed meczem z Kazachstanem? Czy 0:4 w Danii było nieszczęśliwym przypadkiem, który okaże się wyrwanym z kontekstu epizodem, czy logiczną konsekwencją wszystkiego, co się dzieje w polskim futbolu? Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi