Wpisy z tagiem: film

piątek, 15 stycznia 2016

Nienawistna ósemka, Quentin Tarantino, Samel L. Jackson

„Nienawistna ósemka” to prawdopodobnie jedyny film w historii, w którym absolutnie wszystkie, co do jednej, pojawiające się na ekranie postaci... Oczywiście nie mogę tego zdania dokończyć, popsułbym zabawę, z pełną beztroską donoszę natomiast, że jeszcze żaden reżyser nie potraktował kobiecej twarzy z takim okrucieństwem, z jakim Quentin Tarantino traktuje – przez bite trzy godziny, od pierwszych do ostatnich scen – twarz Jennifer Jason Leigh.

Nie tylko dlatego z każdym kolejnym filmem Tarantino coraz bardziej się wstydzę, że gapię się na te wytwory kinofila psychopaty z cielęcym zachwytem oraz rozparskany, i to gapię się wielokrotnie, do upadłego, aż do stoczenia się na skraj obrzydzenia do samego siebie, ilekroć wlezą mi pod oczy wojenne bękarty albo rezerwuarowe psy, to nie odpuszczam już do ostatniego kadru, potem trzeba tylko szybko wbiec pod prysznic. Są to widowiska fantastycznie opowiedziane, szalone i perwersyjne, ale często również sadystyczne i fenomenalnie pozbawione przesłania (choć ambitni krytycy stają na uszach, by znaleźć je w „Hateful Eight”), dlatego co pewien czas rozmarzam się, że oto zaapelowałem publicznie, by ich nie oglądać, a ludzie mnie posłuchali, ba, zdołałem przekonać całą ludzkość, nastąpił globalny bojkot, po raz pierwszy przedstawiciele wszystkich ras i światopoglądów zdołali osiągnąć w jakiejś sprawie kompromis, Tarantino nie oglądał już nikt, urządzano za to publiczne palenie nośników z jego dziełami.

I w ten sposób reżyser „Nienawistnej ósemki” przestaje kręcić, nikt już mu nie chce dać złamanego centa, nikt nie pozwala mu się zbliżyć do kamery – łajdak zostaje nieodwołalnie zakneblowany, może nawet ktoś odstrzelił mu jaja, cywilizacja wreszcie zrobiła postęp.

Choć ja naturalnie bojkot bym zbojkotował i Tarantino nadal bym oglądał, i to oglądał wielokrotnie, do upadłego, aż do stoczenia się na skraj obrzydzenia do samego siebie, ilekroć odpaliłbym wojenne bękarty albo rezerwuarowe psy, nie odpuściłbym już do ostatniego kadru.

Przepraszam za spontaniczne nablogowanie od czapy, dla siebie to zrobiłem natychmiast po seansie, traktujcie ten wybryk jak wpis terapeutyczny.

Tagi: film
20:23, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
środa, 11 listopada 2015

Cristiano Ronaldo, film

Zabrakło mi we wchodzącym także na polskie ekrany filmie „dokumentalnym” deklaracji, że supergwiazdor Realu Madryt jest źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna. Poza tym było w nim wszystko.

Wszystko, czyli sam Cristiano Ronaldo, który chętnie mówi o sobie w trzeciej osobie i którego otaczają ludzie rekwizyty pełniący funkcje o tyle arcyważne, że dzięki nim życie idola jest idealnie umeblowane.

O reprezentującym biznesowe interesy piłkarza Jorge Mendesie dowiadujemy się, że to „Cristiano Ronaldo wśród agentów”. O przegranej na ostatnim mundialu reprezentacji Portugalii – że Cristiano Ronaldo czułby się w niej bardziej komfortowo, gdyby miała „jeszcze dwóch-trzech Cristiano Ronaldo”. O niewyraźnym występie na MŚ samego Cristiano Ronaldo, zmagającego się wówczas z urazem – że „żaden inny piłkarz na świecie nie zagrałby tam w jego stanie”, że Cristiano Ronaldo „ryzykował dla kraju karierę”. Kiedy Cristiano Ronaldo przedstawia nam matkę, w istocie nie opowiada o niej samej, lecz o jej stosunku do Cristiano Ronaldo: „Ona żyje moim życiem, żyje moją radością, żyje moim smutkiem”. Syna Cristiano Ronaldo spłodził, ponieważ „zawsze chciał mieć następcę” – na imię dał mu Cristiano junior, a rola matki, której nie poznajemy, ograniczyła się do donoszenia ciąży, Cristiano Ronaldo autorytatywnie wyjaśnia widzom, że junior drugiego rodzica nie potrzebuje i że w przyszłości zrozumie, dlaczego tata postąpił tak, jak postąpił. Jeśli zresztą wierzyć twórcom filmu, to wbrew krążącym po mediach dowodom zdjęciowym w życiu Cristiano Ronaldo kobiet nie ma wcale, na ekranie żadna nie pojawia się ani na chwilę.

Brata Hugo przedstawia Cristiano Ronaldo jako „swoją prawą rękę”, ale poświęca mu jedynie epizodzik, dzięki któremu wiemy, że brat jest, podobnie jak nieżyjący ojciec, alkoholikiem i ma zadanie sprawować opiekę nad Muzeum Cristiano Ronaldo, otwartym w ubiegłym roku w rodzinnym Funchal. Na wnikliwsze zgłębianie braterskich relacji nie ma czasu, potrzebujemy go na uważne oględziny towarzyszących Cristiano Ronaldo gadżetów – żywych i martwych, od niejakiego Ricardo Refuge, czyli „osobistego menedżera” Cristiano Ronaldo, po pieszczone przez kamerę zbliżeniami Ferrari, Porsche i inne Rolls Royce’y. Gdy Cristiano junior wraca ze szkoły, Cristiano senior pyta: „Zgadniesz, którego samochodu taty brakuje w garażu?” Wszystko na ekranie ma być wzniosłe, wystylizowane, wypolerowane. Cristiano Ronaldo rzuca wyłącznie maksymami, pod którymi mógłby podpisać się Paulo Coelho („liczy się tylko tu i teraz”), a kiedy Cristiano Ronaldo wchodzi pod prysznic, to podziwiamy jego wchodzenie w zwolnionym tempie.

Aż następuje swoista kulminacja, jedna z kilku w filmie – oto Cristiano Ronaldo przytula po treningu kobietę, która wbiegła na murawę, by go dotknąć, a ta spłakana powtarza potem reporterom: „On już wie, że istnieję. On wie, że istnieję”. Doprawdy, tamta patetyczno-hagiograficzna fabuła o FIFA, którą sfinansowała FIFA, wygląda przy dziele o Cristiano Ronaldo jak Jezusek z bożonarodzeniowej szopki przy Jezusie ze Świebodzina. Jedynie tytuł wydaje się ciut nieadekwatny. Zamiast „Ronaldo. The Movie”, sensowniej brzmiałoby prostsze „The Ronaldo”.

Portugalski nadpiłkarz jawi się nam tu jako człowiek fenomenalnie pozbawiony dystansu do siebie, acz świadomy tryskającej zeń próżności, którą uważa za niezbędny skutek uboczny wielkiego sukcesu. Jest swoistym anty-Zlatanem Ibrahimoviciem, bo kiedy Zlatan mówi reporterowi „Rozmawiasz z Bogiem”, to przynajmniej wiadomo, że robi sobie jaja, igra ze swoim wizerunkiem superbohatera, jego chełpliwe bon moty przypominają dowcipy o Chucku Norrisie. Cristiano Ronaldo jest superbohaterem na serio, a ponieważ swoją ekranową biografię „autoryzował”, to mamy pewność, że twórcy filmu – skądinąd uznani dokumentaliści – wcale nie próbowali go ośmieszyć, przeciwnie, oglądamy Cristiano Ronaldo takim, jakim chciałby widzieć siebie Cristiano Ronaldo. Cristiano Ronaldo, który nie musi odpowiadać na żadne niewygodne pytanie.

I dostajemy półtoragodzinny materiał dowodowy dla wszystkich oskarżających go o patologiczny narcyzm i podejrzewających, że niekoniecznie przedkłada interes drużyny nad własny, że w swojej głowie uprawia sport indywidualny. W tym nużącym klipie dla tabloidowej widowni kochającej podglądać, jak żyją milionerzy, wątek futbolowy jest bowiem poznawczo wartościowy – otóż właściwie nie widzimy, by Cristiano Ronaldo był częścią jakiejkolwiek drużyny (po boisku biega sam), natomiast wielokrotnie słyszymy, że cel nad celami stanowi dla niego Złota Piłka. Nie zdobywana wspólnie Liga Mistrzów, lecz odbierana indywidualnie Złota Piłka. Tytułów wygranych z Realem Madryt nie wspomina, o przyjmowaniu nagrody dla gracza roku na świecie opowiada jako „jednym z najpiękniejszych momentów w życiu”. Nie zwierza się, ile wysiłku kosztuje wygrywanie najcenniejszego trofeum w klubowym futbolu, lecz ile kosztuje go rozstrzygnięcie plebiscytu: „Pocisz się wtedy bardziej niż zwykle, ten dzień jest bardziej niż inne wymagający i psychicznie, i fizycznie”.

Archiwum
Tagi