Wpisy z tagiem: rekordy

wtorek, 26 kwietnia 2011

Mieli powoli odsuwać się w cień, a dociągnęli swoje drużyny do dzisiejszego półfinału Ligi Mistrzów. Hiszpan z Schalke urodził się w roku 1977, Walijczyk z Manchesteru Utd to rocznik 1973. Ich długowieczność jest tym bardziej imponująca, że najwspanialsze stadiony jęli podbijać jako chłopcy.

W czternaste urodziny, które dziś normalni gimnazjaliści umilają sobie wyciskaniem goli palcami zrośniętymi z Playstation, Giggsa odwiedził w domu całkiem żywy Alex Ferguson z całkiem niewirtualnego Manchesteru Utd. W siedemnaste urodziny piłkarz podpisał profesjonalny kontrakt, by niebawem zadebiutować wśród dorosłych na Old Trafford, zostać mistrzem Anglii i jedną z najczęściej fotografowanych osób w Wielkiej Brytanii. Wszystko działo się na początku lat 90.

W połowie tamtej dekady do szkółki Realu Madryt przeniósł się - po zamknięciu szkółki w sąsiednim Atletico - Raul Gonzalez. Gdy miał 17 lat i 124 dni, zagrał w seniorach największego klubu XX wieku jako najmłodszy piłkarz w historii. Zanim skończył 25 lat, wygrał Champions League trzykrotnie. Teraz w półfinale nie ma nikogo, kto by mu pod tym względem dorównywał.

Jest Raul w rozgrywkach najbardziej utytułowany (wśród nadal uczestniczących w rywalizacji), jest najbardziej doświadczony (w ogóle) - uzbierał już 140 meczów, wicelidera klasyfikacji wszech czasów Giggsa wyprzedza o 16. I obaj weterani - wbrew zasadzie, że w futbolu ci, którzy rozkwitają wcześnie, zazwyczaj wcześnie również więdną - nadal inspirują swoje drużyny do najważniejszych triumfów. Walijczyk zasłużył się asystą przy wszystkich bramkach Manchesteru w ćwierćfinałowym dwumeczu z Chelsea, Hiszpan z Schalke Gelsenkirchen zadawał ciosy i broniącemu tytułu Interowi Mediolan w ćwierćfinale, i Valencii rundę wcześniej.

Jedną z tajemnic wiecznej młodości Giggsa ma być joga. Gdy przed laty leczył kontuzję, klub wynajął dla niego trenerkę od wschodnich ćwiczeń oddechowo-fizycznych, a ta przeżyła wstrząs, odkrywając, że zawodowy - wybitny! - futbolista nie umie schylić się, by bez zginania kolan dotknąć rękami stóp. Dziś bohaterowi Manchesteru giętkości już nie brakuje. Choć długo jogi nie znosił, to pewnego dnia zdał sobie sprawę, jak mu pomaga, i wkrótce się od niej uzależnił. Ostatnio wydał DVD, na którym sam radzi, jak ćwiczyć, by utrzymywać ciało w szczytowej formie.

Raul odnalazł eliksir życia w obłędnej pasji do futbolu. Jego koledzy z boiska twierdzą, że nie interesuje się niczym więcej i że nie folguje sobie absolutnie nigdy, do bezwyjątkowo nienagannego prowadzenia się ma stosunek wręcz nabożny. Przed obecnym sezonem entuzjazmował się, że właśnie zniósł najcięższy obóz przygotowawczy w karierze.

Także dlatego - wobec mnóstwa wyrzeczeń - w ostatnich latach może czuć się pokrzywdzony. Najpierw trenerzy kadry narodowej nie zabrali go na mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata, a Hiszpanie na obu sięgnęli po złoto (pochodzący z nacji futbolowo nierozwiniętej Giggs też pozostał reprezentacyjnie niespełniony), potem napastnika odtrącił Real. Stąd przenosiny do Gelsenkirchen, dla ikony madryckiego klubu - zakładał jego koszulkę w 741 meczach, strzelił 323 gole - bolesna sportowa degradacja. Żywy pomnik wylądował na wygwizdowie. Schalke niby właśnie zdobyło wicemistrzostwo Niemiec, ale na mistrzostwo czeka ponad pół wieku, do Champions League zagląda rzadko, ugina się pod długami grożącymi bankructwem, pozbawioną znanych nazwisk kadrę ozdabia tylko jeden klejnot - Manuel Neuer, bramkarz pożądany w czołowych europejskich firmach. Przy swoim przeciwniku, zmierzającym po mistrzostwo Anglii i według "Forbesa" wartym 1,86 mld dolarów, są jak pchła przy słoniu.

Właściwie nie wiadomo, jakim cudem piłkarze z Gelsenkirchen dotrwali do pierwszego w dziejach klubu półfinału LM. W Bundeslidze ledwie się ruszają, z dziesiątego miejsca bliżej im do spadku niż awansu do europejskich pucharów. A jednak Raul nie pomylił się, gdy uciekając z Madrytu - wiedział, że tam sezon spędzi w rezerwie lub na trybunach - dostrzegł w niemieckim klubie idealne miejsce na śrubowanie snajperskich rekordów w Champions League. W tej edycji strzelił pięć goli, razem ma ich 71, wicelidera klasyfikacji wszech czasów Ruuda van Nistelrooya wyprzedza o 11. Miał udowadniać, że nie jest sportowym trupem, a ostatnio znów stał się - wobec spędzających na boisku setki minut bez gola Fernando Torresa z Chelsea i Davida Villi z Barcelony - czołowym hiszpańskim kanonierem. Bał się rychłej utraty sił witalnych, a zwierza się, że odmłodniał o pięć lat.

Jeden z najpiękniejszych wieczorów w LM przeżył kiedyś na Old Trafford, gdzie przyłożył Manchesterowi dwoma golami. Gdy tam potem wracał, trener Alex Ferguson nazywał go najlepszym piłkarzem świata i apelował, by zatrzymać go na brytyjskiej granicy.

Z jego klubu legend łatwo się nie wypycha. Zwłaszcza legend tak żywych jak Giggs, zbliżający się do 900 występów dla MU. Z wibrującego skrzydłowego wyewoluował w inteligentnego środkowego pomocnika, w trakcie mniej ważnych meczów magazynuje energię na mecze najważniejsze, do niedawna swoim przykładem dawał nadzieję Raulowi, który w Walijczyku znajdował dowód, że dojrzałość piłkarza może być pogodna. - Podziwiam go, dla niego futbol to też całe życie, chcę jego koszulki - mówi.

Obaj walczą czysto - Raul nie dostał czerwonej kartki nigdy, Walijczyk zobaczył jedną. Rekordy, które ustanawiają i nawzajem sobie odbierają, trudno zliczyć. Hiszpan strzela gole w LM przez 14 kolejnych sezonów. Gdyby nie jego wytrwałość, najdłuższa seria - 11-sezonowa - należałaby oczywiście do Giggsa. Messi, Ronaldo i reszta muszą się jeszcze sporo nabiegać, by choćby spróbować rzucić weteranom wyzwanie. A przede wszystkim - sportowej dojrzałości dożyć.

niedziela, 03 kwietnia 2011

Na momencik tylko zaglądam, by sprostować. Wszędzie czytam, że wczoraj Jose Mourinho przegrał u siebie po 150 ligowych meczach bez porażki, więc czuję się zobowiązany zwrócić uwagę, że jego nieprawdopodobna seria była w rzeczywistości jeszcze bardziej nieprawdopodobna.

Otóż po 23 lutego 2002 roku Portugalczyk jako trener kolejno w Porto, Chelsea, Interze Mediolan oraz Realu Madryt na własnym stadionie nie dał się pokonać w żadnym meczu rozgrywek niemiędzynarodowych - z moich wyliczeń wynika, że jeśli doliczyć rozmaite krajowe puchary, bezporażkowa passa ciągnęła się aż przez 183 spotkania. Przez blisko dekadę przegraną na własnych włościach Mourinho musiał znosić tylko czterokrotnie: jako szkoleniowiec Porto z Panathinaikosem (w Pucharze UEFA) oraz Realem Madryt (w Lidze Mistrzów), jako szkoleniowiec Chelsea z Barceloną (w LM) i jako szkoleniowiec Interu znów z Panathinaikosem (w LM).

Gdybym miał wybrać z tego niesłychanego serialu ulubiony odcinek, wyjąłbym bezbramkowy, rozegrany w minionym sezonie we włoskiej Serie A przez piłkarzy Interu wraz z Sampdorią. I wspaniale oddający odwagę, bezkompromisowość oraz nieustępliwość Mourinho: gospodarze już po półgodzinie z okładem stracili obu stoperów, wydalonych z czerwonymi kartkami Samuela oraz Cordobę. Trener wpuścił jednak tylko jednego obrońcę (co więcej, Lucio zastąpił defensywnego pomocnika Muntariego), a jego podkomendni nadal - i do samego końca - nacierali! Genueńczycy, kiedy indziej tworzący drużynę całkiem przytomną, zgłupieli i poddali się presji, mimo dwuosobowej przewagi umieli tylko wytrzymać z remisem... Tym więcej uroku znajduję w ironii sobotniego meczu, w którym nieustraszonego, dającego swoim ludziom poczucie nieśmiertelności nałogowego wygrywacza przechytrzyli pariasi ze spodu ligi hiszpańskiej.

Nawiasem mówiąc, umiecie wskazać jakiegokolwiek innego trenera, który nawyprawiał - współcześnie albo milion lat przed naszą erą - coś na zbliżoną skalę?

PS Gazetowe sprawozdanie z zapowiadanych tutaj derbów Mediolanu pewnie potem wpadnie na Sport.pl, osobno blogował o nich nie będę, oryginalnych refleksji nie mam. Też mi się zdaje, że sprawa tytułu robi się przesądzona, ale przede wszystkim rozmyślam nad inną passą - oto Leonardo karierę z derbami rozpoczął od wyników 0:4, 0:2 (jako trener Milanu), 0:3 (jako trener Interu), a na boisku wyglądało to wszystko jeszcze marniej. I zastanawiam się, czy Brazylijczyk dotrwa przyszłego sezonu. Calcio pewnych grzechów nie wybacza.

poniedziałek, 21 marca 2011

Francesco Totti, futbolista w najszerszym znaczeniu tego przymiotnika monumentalny, otworzył trzecią setkę goli ustrzelonych w Serie A. Rzymski idol ostatnio coraz ciężej przebierał członkami albo awanturował się z byłym już trenerem Romy Claudio Ranierim (który raz poniżył go nawet wpuszczeniem na ostatnie sekundy meczu), sam zacząłem widzieć w nim gracza będącego dla drużyny raczej balastem niż atutem godnym swojego nazwiska. Odkąd jednak władzę w szatni przejął debiutujący jako szkoleniowiec Vincenzo Montella, jeszcze niedawno kompan Tottiego z boiska, pomnik ożył. Tydzień temu przyłożył dwukrotnie w derbach Lazio, w niedzielę dwukrotnie pokonał naszego Boruca.

Uzbierał już Totti 201 ligowych bramek, w snajperskiej klasyfikacji wszech czasów wspiął się na szóste miejsce. W bieżącym sezonie może jeszcze doścignąć Roberto Baggio (205 trafień), w następnym zasadzić się na stojących razem na najniższym stopniu podium Altafiniego oraz Meazzę (po 216 trafień). W końcu w Italii nadciągające 35. urodziny nikogo od przekopywania muraw nie odstraszają.

Kto ma mnóstwo czasu i ochotę, może obejrzeć tutaj wszystkie jego ligowe gole, a tutaj popisowe zagranie, delikatny lob zwany przez Włochów cucchiaio - zagranie uświadamiające, jak kompletnym arsenałem uderzeń dysponuje Totti, gracz wybitnie obunożny, z kowadłem w stopie, przy rzutach wolnych tym bardziej niebezpieczny, im większa odległość dzieli go od bramki. Nic dziwnego, że podpisująca kontrakt na transmisje meczów Romy włoska telewizja zastrzegła sobie przed laty, że jeśli stołeczny gwiazdor zmieni barwy, klub będzie musiał przystać na natychmiastowe renegocjacje warunków umowy. Totti rzeczywiście mógł uciec, i to do Realu Madryt, gdzie pewnie zyskałby sławę globalną. Ale utraciłby nieskończoną miłość połowy rzymian. I część swej legendy - od dziecka chodził na stadion, jako 16-latek zadebiutował na boisku, aż stał się Romy ikoną i kapitanem.

Ja piszę te kilka słów głównie dlatego, że natknąłem się na Twitterze na fantastyczną składankę, którą umieszczam w czubie mojego prywatnego jutiubowego rankingu. Jej autora podziwiam, bo sklelił w całość nie bramki ani nawet asysty Tottiego, ale fenomenalne podania, często skandalicznie marnowane przez kolegów. Włoch dopiero po trzydziestce polubił zresztą bycie środkowym napastnikiem, wcześniej wolał grasować dalej od pola karnego, a największą frajdę sprawiało mu właśnie wyczarowywanie zagrań, po których partnerom pozostawało albo odbębnić formalność, albo spłonąć ze wstydu za niezdolność do jej odbębnienia. Gdyby wielcy sportowcy w proch się nie obracali, lecz zastygali w zabytki, następne pokolenia turystów wgapiałyby się w Tottiego jak w Koloseum.

Naprawdę polecam, w skrótach z kolejek tego nie zobaczycie:

Tagi: rekordy
18:10, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
1 , 2 , 3
 
Archiwum
Tagi