Wpisy z tagiem: rekordy

wtorek, 10 stycznia 2012

Złota Piłka, Ballon d'or, Leo Messi

Kapitanowie i trenerzy reprezentacji narodowych oraz dziennikarze znów wybrali na najlepszego futbolistę Leo Messiego - przyznając mu gigantyczną przewagę nad konkurentami - ale ja już składałem mu wielokrotnie hołody i felietonowo (tutaj), i blogowo (tutaj), więc dziś chcę rzucić tylko kilka zestawień, które dobrze ilustrują tezę innego barcelońskiego wirtuoza Xaviego Hernandeza, że argentyński magik wyczaruje jeszcze mnóstwo rekordów.

Najpierw przeklejam to, o czym wspominałem wczoraj na Facebooku. Otóż Michel Platini zdobył swoją trzecią Złotą Piłkę jako 30-latek. Marco van Basten jako 28-latek. Johan Cruyff jako 27-latek. LEO MESSI JAKO 24-LATEK (do wręczonej w poniedziałek nagrody przyporządkowuję kalendarzowy rok 2011).

Proponuję również laureatów tego plebiscytu klasyfikację wszech czasów medalową, zliczając ich wszystkie miejsca na podium: 1) MESSI - 3 ZŁOTA, 1 SREBRO, 1 BRĄZ; 2) Platini - 3 złota, 2 brązy; 3) Johan Cruyff - 3 złota, 1 brąz; 4) Marco van Basten - 3 złota; 5) Franz Beckenbauer - 2 złota, 2 srebra, 1 brąz; 6) Ronaldo (oryginalny, brazylijski) - 2 złota, 1 srebro, 1 brąz; 7) Alfredo di Stefano, Kevin Keegan, Karl-Heinz Rummenigge - 2 złota; 10) Cristiano Ronaldo - 1 złoto, 3 srebra.

Liczba „medali”? Po PIĘĆ ZDOBYLI MESSI, Beckenbauer, Platini, po cztery Cristiano Ronaldo, Ronaldo, Cruyff, Zinedine Zidane, Luis Suarez, Raymond Kopa.

Tytuły króla strzelców Puchary Europy/Ligi Mistrzów? 4 - Gerd Mueller; 3 – MESSI, Ruud van Nistelrooy, Ferenc Puskas, Eusebio, Jean-Pierre Papin; 2 - di Stefano, Raul, Andrij Szewczenko, Torbjoen Nilsson, Romario.

Strzelecka klasyfikacja wszech czasów w Pucharze Europy? 71 goli - Raul (35 lat); 56 - van Nistelrooy (36 lat); 51 - Thierry Henry (35 lat); 49 - di Stefano (koniec kariery); 48 - Szewczenko (36 lat); 47 - Eusebio (koniec kariery); 46 – Filippo Inzaghi (39 lat); 43 - MESSI (25 lat); 42 – Alessandro del Piero (38 lat).

Snajperska klasyfikacja wszech czasów Pucharu Europy wśród piłkarzy poniżej 30. roku życia? 43 gole - MESSI (25 lat); 32 - Cristiano Ronaldo (27 lat); 25 - Wayne Rooney (27 lat); 25 - Kaka (niespełna 30 lat); 22 - Karim Benzema (25 lat); 15 - Robin van Persie (29 lat).

Najlepsi strzelcy ligi hiszpańskiej wśród aktywnych graczy: 228 goli - Raul (35 lat, wyemigrował); 163 – David Villa (31 lat); 162 – Samuel Eto’o (31 lat, wyemigrował); 141 - Raul Tamudo (35 lat); 136 – MESSI (25 lat); 88 – Frederic Kanoute (35 lat). W klasyfikacji generalnej prowadzi legendarny Telmo Zarra, który zdobył 252 bramki. W obecnym wieku Messiego miał ich „zaledwie” 94, czyli aż 42 mniej niż do dziś uzbierał Argentyńczyk...

Można jeszcze dodać, że na półmetku - lub wręcz przed półmetkiem - kariery Messi ma trzy triumfy w Lidze Mistrzów, a ogólnie - 18 klubowych trofeów. Skazą na jego dorobku pozostaje reprezentacja Argentyny, z którą na najbliższe mistrzostwa świata pojedzie mniej więcej w tym wieku, w którym złoto zdobywał jego wielki poprzednik Diego Maradona. Czy Messi jego wyczyn powtórzy? Na razie szanse wydają się nikłe, ale gdyby mu się powiodło, napisałby jedną z najbardziej epickich fabuł mundialowych. Wziąłby tytuł na Maracanie - dla nas mitycznym stadionie, a dla Brazylijczyków świątyni...

środa, 28 grudnia 2011

Immortality, Alex Ferguson, David Beckham, Ryan Giggs

70. urodziny Aleksa Fergusona, które w sobotę będziemy celebrować zamiast tradycyjnego Sylwestra, zbiegły się z głośnymi doniesieniami o kontraktowych propozycjach dla dwóch jego wychowanków. David Beckham ma zarabiać w Paris Saint Germain blisko 10 mln euro rocznie, co nie uczyni go najwyżej opłacanym współczesnym piłkarzem, ale pozwoli mu utrzymać pozycję bezdyskusyjnie najwyżej opłacanego oldboja. Pozycję wicelidera w tej nieoficjalnej konkurencji utrzyma prawdopodobnie Ryan Giggs, który dotąd pobierał niespełna połowę podanej kwoty, a niebawem również podpisze nową umowę z Manchesterem United.

Beckham znów zdyskontuje swoją moc marketingową, ale rynkową wartość zawdzięcza nie tylko jej - to jeden z piłkarzy ocenianych często niesprawiedliwie, bowiem jego reklamowa wszechobecność przysłaniała niekłamaną wartość sportową, zademonstrowaną nie tylko w MU i Realu Madryt, ale też podczas krótkiego wypadu do Milanu oraz w zakończonym właśnie, zwycięskim sezonie ligi amerykańskiej w Los Angeles Galaxy. Giggsa na murawie zatrzymają natomiast niekwestionowane kompetencje piłkarskie, dzięki którym bije kolejne rekordy długowieczności.

Niewykluczone, że jesienią 2012 roku obaj zaczną ścigać się jako kandydaci na rekordzistów w Lidze Mistrzów. Beckham rozpocznie sezon po 37., a Giggs tuż przed 39. urodzinami, więc jedynego godnego konkurenta w kontynentalnej czołówce znajdą w Javierze Zanettim, obecnie 38-letnim (i wynagradzanym w Interze nędznymi trzema milionami za rok).

Gdyby zresztą obaj bohaterowie z Old Trafford dociągnęli na murawie do czterdziestki, staliby się naturalnymi następcami innych członków tamtej manchesterskiej drużyny, który najpierw zdobywali pierwszy w erze Aleksa Fergusona Puchar Europy, a potem ani myśleli kończyć karierę. Przecież Peter Schmeichel między słupkami Manchesteru City stał jeszcze jako niespełna 40-latek. Jego zmiennik - Raimond van der Gouw - skończył 44 lata, zanim rozegrał swój ostatni ligowy mecz, w którym w dodatku zdobył bramkę (dla holenderskiego AGOVV Apeldoorn). Teddy Sheringham gola w Premier League strzelił niedługo przed 41. urodzinami, a w drugoligowym Colchester grał także po 42. urodzinach. Dopiero tuż przed czterdziestką z boiska zszedł obrońca Ronny Johnsen, który Norwegię reprezentował  - w zwycięskim meczu z Argentyną - jeszcze jako 38-latek. W tym samym wieku w Premier League utrzymywali się jeszcze Dwight Yorke (potrafił w dodatku zostać bohaterem meczu z Arsenalem) czy Dennis Irwin. Tak, nieśmiertelny, wiecznie nienasycony futbolem Alex Ferguson wychował całą zgraję nieśmiertelnych, wiecznie nienasyconych futbolem graczy.

Jeśli bowiem Beckhama, uśmiercanego jako piłkarz od wielu sezonów, ciągnie do Paryża, to nie ciągnie go tylko do podboju kolejnej - po Los Angeles i Mediolanie - mekki celebrytów, lecz także poważnego sportu. Choć szerokiej publice łatwiej pamiętać stawiane mu przez roznamiętnionych Azjatów kuriozalne pomniki (od buddyjskiego w Bangkoku po czekoladowy w Tokio), niż wyrazy uznania w plebiscycie FIFA na najlepszego gracza globu (w 1999 r. przegrał tylko z Rivaldo, a w 2001 r. tylko - minimalnie - z Luisem Figo), to pozostaje on atletą wybitnym. Być może najlepiej dośrodkowującym piłkarzem w epoce nowożytnej; wyzbytym egoizmu stachanowcem, na murawie unikającym efekciarstwa, skłonnym do rzetelnej dłubaniny w defensywie; perfekcjonistą lubianym w każdej szatni; megagwiazdorem, który w swoim celebryckim statusie nigdy nie widział powodu, by zaniedbywać obowiązki profesjonalnego sportowca.

W przyszłym roku Beckham prawdopodobnie przyćmi wielu uczestników igrzysk w Londynie, gdy jako reprezentant Anglii notoryczną frustrację mundialową spróbuje choć częściowo wynagrodzić rodakom satysfakcją z medalu olimpijskiego. A potem z boiska nie zejdzie, jak sądzę, jeszcze długo. Fizycznie wytrzyma, bo się idealnie prowadził. Mentalnie wytrzyma, bo lubi grać. Być może zresztą poczuje - powiedzą mu? - iż nie ma alternatywy. Jest zbyt prostolinijny, nieciekawy jako mówca i pozbawiony charyzmy, żeby przedłużyć futbolowy żywot w roli trenera, działacza czy eksperta. Wrażenie wywołuje tylko w milczeniu - na boisku, podczas sesji fotograficznej, uśmiechając się do tłumu.

Dlatego już dziś powinniśmy się spodziewać, że po kolejne rekordy długowieczności ruszy cały manchesterski tercet. Ferguson nie ustąpi, dopóki nie przeciwstawi się kolejnemu po Chelsea klubowi utuczonemu na wschodnim kapitale (sławni „hałaśliwi sąsiedzi” z City), a jeśli zdoła zdobyć kolejny Puchar Europy, stanie się najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach (trzy trofea, dwie porażki w finale). Beckham już obiecywał, że planuje kopać co najmniej do czterdziestki. Giggs spróbuje wyśrubować własny rekord jako najstarszy strzelec gola w Lidze Mistrzów (kiedy we wrześniu wkładał go Benfice, miał 37 lat i 289 dni). A może także zostać najstarszym uczestnikiem finału?

Na razie jest nim Edwin van der Sar (40 lat, 211 dni). Oczywiście były bramkarz Manchesteru United.

wtorek, 08 listopada 2011

Trener Robert Maaskant został wylany z Wisły Kraków. Wystarczyło kilka kryzysowych tygodni, a mistrzostwo Polski (zdobyte pomimo totalnej kadrowej rewolucji), seria pięciu zwycięstw w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i awans do Ligi Europejskiej straciły znaczenie. Właściciel klubu uczy się bycia właścicielem od blisko 15 lat, ale nauczył się niewiele. Wczoraj rękami prezesa usunął człowieka, który na uznanie już zasłużył, i to nie tylko w Polsce, a ostatnie niepowodzenia wcale nie unieważniły szans na obronę krajowego tytułu. Do naturalnych rywali - Legii, Lecha, Polonii - dystansu nie stracił wcale, a rozpędzony Śląsk nie zademonstrował niczego, co dawałoby pewność, że nie skończy jak ubiegłosezonowa Jagiellonia, czyli po ładnej jesieni nie zbrzydnie wiosną. Nie zbrzydnie radykalnie - na ześliznięcie się z podium.

Słowem, nadzieja na nadwiślański tytuł jest nadal żywa. Nadzieja na kolejny zamach na Ligę Mistrzów też.

Dziś wylany został jeszcze Tomasz Kafarski - on pracował w ekstraklasie najdłużej, spędził w Lechii Gdańsk 2 lata i 7 miesięcy.

Jak chcemy wytknąć właścicielowi/prezesowi samobójczą porywczość, rutynowo przywołujemy kazus Aleksa Fergusona, który pomimo wielu kiepskich sezonów utrzymał stanowisko i później z Manchesteru United ulepił, chyba się zgodzimy, całkiem niezłą drużynę.

A przecież nie tylko najmocniejsza na kontynencie liga angielska cierpliwsza w kwestii trenerskiej jest niż polska.

Najdłużej pracujący w Niemczech (znaczy w najwyższej lidze, o innych w tej notce nie piszę) Thomas Schaaf utrzymuje posadę w Werderze Brema 13 lat i 6 miesięcy.

Najdłużej pracujący na Ukrainie Witalij Kwarciany trwa w Wołyniu Łuck 10 lat i 10 miesięcy.

Najdłużej pracujący w Rosji Kurban Berdyjew rządzi w Rubiniu Kazań 10 lat i 3 miesiące.

W Szwecji Nanne Bergstrand trenuje Kalmar 9 lat i 10 miesięcy.

We Francji Christian Gourcuff trenuje Lorient 9 lat i 5 miesięcy.

W Austrii Franz Lederer trenuje Mattersburg 7 lat.

W Hiszpanii Manolo Preciado pracuje w Gijon 6 lat i 3 miesiące.

W Turcji, krainie prezesów wybitnie porywczych, Abdullah Avci też trenuje Istanbul BB 6 lat i 3 miesiące.

W Belgii Jan Ceulemans trenuje Westerlo 4 lata i 4 miesiące.

W Grecji - też zaludnianej przez prezesów impulsywnych - Nikos Karagergiou trenuje Ergotelis 4 lata i 4 miesiące.

W Rumunii Cristian Poustai trenuje Gaz Metan Medias 4 lata i 4 miesiące.

W Czechach Frantisek Komnacky trenuje Jablonec 4 lata i 1 miesiąc.

W Szkocji Derek McInnes trenuje St Johnstone 4 lata.

Na Cyprze Ivan Jovanović trenuje doskonale zapamiętany w Wiśle APOEL Nikozja 3 lata i 10 miesięcy.

W Izraelu Elisha Levy trenuje Maccabi Hajfę 3 lata i 7 miesięcy.

W Holandii Ruud Brood trenuje RKC Waalwijk 3 lata i 4 miesiące.

W Portugalii Carlos Brito trenuje Rio Ave 2 i 10 miesięcy.

W Danii Troels Bech trenuje Silkeborg IF 2 lata i 10 miesięcy.

Nasz rekordzista Waldemar Fornalik wytrzymuje w Ruchu Chorzów zaledwie 2 lata i 6 miesięcy. W bardzo szeroko pojętej europejskiej czołówce znalazłem tylko jedną ligę, w której najdłużej utrzymujący posadę trener utrzymuje ją ciut krócej - Serie A, gdzie Attilio Tesser rozpoczął pracę w Novarze dwa miesiące później niż Fornalik. Ale nawet sami pogrążeni w kryzysie Włosi wiedzą, że ich obyczajów rozsądniej nie przejmować.

Wiecie, jak długo pracuje - średnio - w swoim aktualnym klubie zatrudniony dziś w naszej lidze trener? Od niespełna 9 miesięcy.

poniedziałek, 07 listopada 2011

Salvador Dali

Znów się przekonaliśmy, że potrafi zwrócić na siebie uwagę także wtedy, gdy akurat nie wbije gola. W ubiegłotygodniowym meczu Ligi Mistrzów z Olympiakosem Pireus Robert Lewandowski przez pełne 90 minut odwalał morderczą fizyczną robotę, chętnie wchodząc w zwarcia z rywalami, prześladując ich, gdy usiłowali wyprowadzać piłkę, prowokując do fauli, przez które aż trzej zobaczyli żółtą kartkę.

To był rasowy, nowoczesny napastnik, jakiego dotkliwie brakowało nam na Euro 2008. Niekoniecznie rozstrzeliwujący rywali hat-trickiem, lecz zdolny osłonić kopniętą doń piłkę i nie stracić jej, zanim partnerzy nie dobiegną i nie pomogą rozwinąć natarcia. Rywale muszą złamać przepisy, inaczej go nie powstrzymają. Kiedy wyczytałem we wtorek, że piłkarz Borussii Dortmund stoczył aż 28 indywidualnych pojedynków - najwięcej w bieżącej edycji LM - tylko utwierdziłem w przeświadczeniu, że tamtego wieczoru jego klasa była nawet wyraźniej dostrzegalna niż w meczach ozdabianych bramkami. Lewandowski stale się rozwija i nabiera pewności siebie, wszechstronnieje, prze do uczestniczenia w grze na sporej powierzchni. Nawet jak nie widać go w podstawowych pomeczowych statystykach, to robi wrażenie manewrami boiskowymi.

W sobotę znów zajął się wykonywaniem podstawowych obowiązków snajperskich. Wykonuje je tak sumiennie, że stał się najskuteczniejszym Polakiem w Bundeslidze wśród wszystkich, którzy rozegrali tam przynajmniej 20 meczów. Poniższą tabelkę pożyczam - i trochę modyfikuję - z magazynu „Kicker” (uzupełniała tam obszerny tekst o Lewandowskim pt. „Miłość od drugiego wejrzenia”):

Robert Lewandowski        45 meczów        16 goli        średnia 0,36

Jan Furtok                           188                      60                             0,32

Ebi Smolarek                         81                      25                              0,31

Andrzej Juskowiak               184                      56                              0,30

Cezary Tobolik                      42                       12                              0,29

Janusz Turowski                  105                      28                              0,27

Mirosław Okoński                 62                       15                              0,24

Artur Wichniarek                 215                      49                              0,23

Włodzimierz Smolarek         63                        13                              0,21

Marek Leśniak                     213                       42                             0,20

On od początku kariery, o czym już zresztą blogowałem, w oszałamiającym tempie przeskakuje kolejne bariery. Zdobył bramkę debiucie w Zniczu Pruszków, w debiucie w Lechu Poznań, w debiucie ligowym, w debiucie w europejskich pucharach, w debiucie reprezentacyjnym. Tylko Włodzimierz Lubański był młodszy, gdy strzelał gola w swoim pierwszym meczu dla Polski.

Lubański był też młodszy, gdy zostawał najskuteczniejszym graczem ligi. Ale po nim, przez następne 40 lat z okładem, tylko Andrzej Juskowiak zapracował na tytuł króla strzelców wcześniej niż Lewandowski.

Napastnik Borussii pnie się też w rankingach reprezentacyjnych. W minionych dwóch dekadach tylko trzej Polacy nastrzelali dla kraju więcej:

Ebi Smolarek                           20 goli    (47 meczów)

Maciej Żurawski                       17           (72)

Jacek Krzynówek                     15           (96)

Robert Lewandowski          13           (38)

Andrzej Juskowiak                   13           (39)

Tyle że bohater dortmundzki urodził się zaledwie 23 lata i 2 miesiące temu, a karierę w reprezentacji rozpoczął dopiero przed chwilą.

W historycznej tabeli jej najskuteczniejszych piłkarzy wspiął się na 17. miejsce i niewykluczone, że już w przyszłym roku wedrze się do czołowej dziesiątki. On w ogóle z każdym miesiącem staje się coraz poważniejszym kandydatem na reprezentacyjnego rekordzistę lub wręcz multirekordzistę - takiego naszego Miroslava Klose. W przyszłym tygodniu dobije np. do czterdziestu występów dla Polski. Zbadałem, ile w jego wieku mieli ich ci, którzy tworzą dziś czołową dziesiątkę w klasyfikacji wszech czasów:

Robert Lewandowski                 38

Włodzimierz Lubański                    36

Władysław Żmuda                         36

Zbigniew Boniek                             33

Antoni Szymanowski                      25

Kazimierz Deyna                            18

Tomasz Wałdoch                           18

Jacek Bąk                                      12

Grzegorz Lato                                 6

Jacek Krzynówek                            1

Michał Żewłakow                            1

Nie trzeba nadzwyczajnych mocy arytmetycznych, by porachować, że jeśli Lewandowski nawet ciut zwolni, to rekord Michała Żewłakowa - 102 występy dla kraju - pobije prawdopodobnie przed trzydziestką...

sobota, 05 listopada 2011

Uwierzylibyśmy trenerom piłkarskim, że siedzą na najbardziej chybotliwych stołkach świata, gdyby nie istniał Alex Ferguson. Imperium w Manchesterze zaczął budować ćwierć wieku temu, 6 listopada 1986 roku. Nie tylko przetrwał. Urósł ponad klub, przecież największy na świecie.

Jego najsłynniejszą metodę wychowawczą - a zarazem obrosłą legendami tajemnicę szatni, którą chciałby zobaczyć na własne oczy każdy fan na planecie - nazywają „suszarką”. Szkocki trener przykleja swoją twarz do twarzy ruganego piłkarza, by wyryczeć delikwentowi całą wściekłość z bliska, dopiero gdy obaj stykają się nosami. - Jak z tobą kończy, wszystkie włosy masz za głową - opowiadał przed laty walijski napastnik Mark Hughes. Ale zaszczyt bycia pierwszą ofiarą „suszarki” należy nie do gracza, lecz kierowcy klubowego autobusu - Ferguson napadł na niego, zanim przepracował w klubie 48 godzin.

Blisko 70-letni dziś trener (okrągłe urodziny będzie obchodził w Sylwestra) ostro pogrywał w szatni i ostro pogrywał poza szatnią. Gdy w 1986 roku przejął Manchester United, postanowił wzniecić totalną rewolucję - rozprawić się z pijackimi obyczajami rozpowszechnionymi w całej lidze angielskiej. Nieuleczalnych moczymordów usuwał z klubu, innych reformował. Piłkarzy nadzorował osobiście, nachodząc ich w domach. Potrafił zapukać do drzwi Ryana Giggsa, jeśli podejrzewał, że jego wychowanek schodzi na złą drogę. I zdarzyło się pewnego wieczoru, że za progiem zobaczył grupkę młodych obu płci, otwartą puszkę piwa oraz na wpół roznegliżowanego piłkarza - wtedy już zjawiskowego lewoskrzydłowego - prasującego koszulę. Towarzystwo szykowało się do wieczornego wypadu. Niezaproszony gość wyrzucił wszystkich z wyjątkiem młodocianego gospodarza, którego czekała właśnie słynna ponad granicami „suszarka”.

Nigdy nie dowiemy się, czy gdyby tamta impreza się udała, Giggs zostałby potem najczęściej dekorowanym brytyjskim futbolistą, rozegrał w MU blisko 900 meczów, tej jesieni strzelił gola jako najstarszy - miał 37 lat i 289 dni - uczestnik Ligi Mistrzów w całej jej historii i w ogóle bił wszelkie rekordy długowieczności. Wiemy tylko, że Ferguson zastał klub w zgliszczach - na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli - i wzniósł na nich imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Globalnie popularne (ze szczególnym uwzględnieniem Dalekiego Wschodu), o wartości szacowanej przez „Forbesa” na 1,86 mld dolarów, trofea kolekcjonujące uporczywie, sezon w sezon. W ćwierć wieku United uzbierali ich 37 - od krajowych po najcenniejsze międzynarodowo. W angielskich tabelach wszech czasów zdetronizowali najbardziej nielubiany Liverpool, w kontynentalnej Lidze Mistrzów regularnie doskakują do finału lub półfinału. Odkąd w 1999 roku ich trener dostał dochrapał się tytułu szlacheckiego, prasa pisze o nim po prostu SAF, czyli sir Alex Ferguson.

Jeśli sprowadzić futbol do prostej buchalterii tytułów, będzie Szkot zaledwie jednym z wielkich. Na największego wyrasta, gdy uświadomimy sobie, że od doprowadzenia przezeń prowincjonalnego szkockiego Aberdeen do największych sukcesów w historii (Puchar Zdobywców Pucharów) do teraz - czasów wspaniałych triumfów Manchesteru - minęło 28 lat. Dziś poprowadzi drużynę „Czerwonych Diabłów” po raz 1409. Żaden inny trener nie utrzymał się na szczycie tak długo. Szkot wytrwał tam kilka piłkarskich epok, wychodził nietknięty z najcięższych opresji, zdumiewał umiejętnością adaptacji do zmieniających się warunków, taktyczną elastycznością, świadomością swoich ograniczeń, nieskończoną chęcią uczenia się. Zupełnie jakby czas - chyba największy wróg trenerów, żaden nie wygrywa z jego upływem - dla niego nie istniał. Nikt już nie pamięta, że w 1990 roku na Old Trafford kibice wywieszali transparent: „Trzy lata wymówek i wciąż gówno z tego wynika. Żegnamy, Fergie”. Nikt nie pamięta, że w 1995 roku w telefonicznej sondzie przeprowadzonej przez „Manchester Evening News” 53 proc. przepytanych żądało jego odejścia. Nikt wreszcie nie pamięta, że ostatecznie skończony wydawał się ledwie sześć lat temu, gdy MU zajął w Lidze Mistrzów ostatnie miejsce w słabej grupie - z Villarrealem, Benficą, Lille.

Chwile zniechęcenia miewał. W 2001 roku niepotrzebnie ogłosił w trakcie sezonu, że po jego zakończeniu odejdzie na emeryturę, i drużyna mu się rozlazła. Zawsze się jednak podnosił i wracał, choć futbol zmieniał się dynamiczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Sam Ferguson opowiada o inwazji nauki, która zrewolucjonizowała medycynę sportową i dietę, pozwoliła zapobiegać urazom, umożliwiła zindywidualizowanie treningu i nakłonienie organizmu gracza do krańcowego wysiłku, a zarazem sprawiła, że organizm potrafi znieść nieznaną wcześniej intensywność pojedynczych meczów i całego sezonu. Ale przede wszystkim zmusiła go, by został wiecznym studentem. Zawzięcie pracującym studentem. - Dzisiaj byłoby niemożliwe działać tak jak w 1986 roku. Rozrosło się to wszystko do wielkiej bestii, nikt nie zdołałby zajmować się wszystkim osobiście. Kluczowe stało się delegowanie zadań. Poza piłkarzami jest jeszcze około 40 osób, które składają mi raporty - mówił Szkot w zeszłym roku. Do niewiedzy umie się przyznać publicznie, kiedyś opowiedział, że potrzebuje asystenta Carlosa Queiroza, bo sam jest „dinozaurem” w sprawach przygotowania fizycznego. I zachwycał się niezwykłymi dla niego wynalazkami współpracownika, który sprowadził do klubu pięciu fizjoterapeutów, dietetyka, trenera fitness, a nawet ortoptystę (według słownika optycznego to spec „wad widzenia obuocznego”).

Ale podstawowe zasady, na których Ferguson ufundował potęgę, nie drgnęły. Najważniejsza brzmi: żaden piłkarz, choćby najgenialniejszy, nie jest większy niż klub, w każdym chcę widzieć żołnierza gotowego umrzeć na murawie i bezwyjątkowo podporządkowanego mojemu przywództwu. Przepędzał Szkot najjaśniejsze gwiazdy, na czele z futbolowym celebrytą nad celebrytami Davidem Beckhamem, który przed ucieczką do Realu Madryt dostał w twarz - lekarze założyli mu szwy - kopniętym przez trenera butem. Za te gwałtowne rozstania i w ogóle łatwość pozbywania się gigantów, czasami poprzedzonego wręcz podsycaniem ledwie tlącego się konfliktu, często go krytykowano. Kpiono, że wina Beckhama, stuprocentowego profesjonalisty, polegała głównie na tym, iż ożenił się z piosenkarką o głośnym nazwisku.

Bywa SAF wobec podwładnych surowy i nieprzejednany, ale w ich starciach ze światem zewnętrznym jest też bezwarunkowo lojalny. Rio Ferdinand mówi, że czują się bezpiecznie i ufają szefowi w stu procentach, bo zawsze staje w ich obronie. A Giggs uzupełnia: „Kocha w tej robocie wszystko. Kocha oglądać swoich piłkarzy, kocha patrzeć, jak się rozwijają. Jest niewiarygodnie pracowity i zaangażowany. Kiedy po wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów wracamy do domów o czwartej nad ranem, możemy być pewni, że na trening o ósmej przyjdzie pierwszy, a wyjdzie z klubu jako ostatni”. (Według „Timesa” przyjeżdża codziennie o 7.15. A do publicysty „Daily Telegraph” Henry’ego Wintera dzwonił w sprawie przedmowy do książki jeszcze wcześniej;-)).

Ferguson dobiera ludzi nadających na ściśle określonych falach - trochę zakapiorowatych, bardzo zadziornych i nieustępliwych, do ostatniej kropli potu walecznych, wzajemnie się dla siebie poświęcających. Lubi piłkarzy w typie krwawego obrońcy Nemanji Vidicia i wychowanego w złej dzielnicy napastnika Wayne’a Rooneya, czyli utalentowanych łobuzów urodzonych do morderczej fizycznej pracy. Wynajduje charyzmatycznych liderów inspirujących kolegów do szukania granic swoim możliwości, jak Steve Bruce, który ból uważał za wymówkę mięczaków i pchał się na boisko z poważnymi kontuzjami, albo Roy Keane - niezapomniany kiler ze środka pola, który swego czasu skrytykował „zjadaczy kanapek z krewetkami”, czyli widzów z lóż biznesowych niezdolnych do hałaśliwego wspierania drużyny, gdy ta jest w kryzysie i na murawie cierpi.

Tłumu wirtuozów na Old Trafford nie uświadczysz. Ba, nie znajdziesz innego zespołu ze ścisłej europejskiej czołówki, który do tego stopnia wirtuozami by gardził. Opowiada Patrice Evra, lewy obrońca: „To klub robotników, musisz szanować tę kulturę i pracować ciężko. Nikt nie będzie ci gratulował po każdym zwycięstwie. Trener powie co najwyżej: dobra robota, synu. Pewnego dnia prowadziliśmy do przerwy 2:0, a on wszedł do szatni i zrobił nam suszarkę. Wrzeszczał, że powinniśmy strzelić pięć goli, że ludzie płacą, by nas oglądać, a my ich nie szanujemy”.

Zasady Ferguson wyniósł z domu. Dorastał w robotniczej dzielnicy Glasgow, od zawsze uczył się, jak ważne jest dla lokalnej społeczności poczucie więzi i etos wzajemnego pomagania sobie. W młodości pracował w stoczni, działał tam w związkach zawodowych, potem został gorącym zwolennikiem i jednym z najhojniejszych prywatnych darczyńców laburzystów. W poglądach utwierdziły go okoliczności śmierci matki, która zmarła kilka tygodni po objęciu przez niego posady w Manchesterze. Wstrząsnęły nim okropne warunki w szpitalu - przeciążeni obowiązkami lekarze i pielęgniarki nie mieli czasu dla pacjentów, którzy „odchodzili pozbawieni godności”. Gdy kilka lat później usłyszał od dziennikarza, że haruje tyle ile liderka torysów Margaret Thatcher, wściekł się i zażądał, by nigdy nie porównywano go „do tej kobiety”. A obecnemu liderowi konserwatystów Davidowi Cameronowi zarzucał, że nie rozumie zwykłych ludzi, bo wychowywał się w elitarnej szkole Eaton i studiował w Oksfordzie.

Laburzystów wspiera nie tylko finansowo. Byłemu premierowi Tony’emu Blairowi doradzał w trakcie kampanii wyborczej, nakłaniając go do zmiany retoryki na mniej agresywną i codziennego korzystania z usług masażysty. Przyjaźni się z jego spin doktorem Alistairem Campbellem, z następcą Blaira Gordonem Brownem wymienia się książkami - opowieściami o mechanizmach władzy i wybitnych przywódcach, które wzbogacają jego warsztat trenerski. Twierdzi, że o sztuce budowania drużyny najwięcej dowiedział się z biografii Lincolna, Kennedy’ego i innych prezydentów USA, bowiem powodzenie w jego fachu zależy - podobnie jak powodzenie politycznych liderów - od umiejętności godzenia ze sobą trudnych osobowości, poskramiania wybujałych ego i budowania relacji między graczami.

Trener MU posiadł ją jak nikt inny, dlatego w szatni może trzymać znacznie więcej klasowych wyczynowców niż konkurencja, niezdolna do uwięzienia znakomitości na ławce rezerwowych. To mistrz zarządzania bogatymi zasobami ludzkimi, ale czasami też mistrz utrzymywania piłkarzy w fałszywej nadziei, wmawiania im, jak niesłychanie są potrzebni, sugerowania, że wciąż zachowują szansę, by stać się najważniejszymi (przypadek naszego Tomasza Kuszczaka, który długo łudził się, że wskoczy między słupki na stałe, bo co jakiś czas był tam wpuszczany). Gdyby Ferguson nie potrafił lawirować między głowami spragnionych gry podwładnych, miałby szatnię permanentnie zaczadzoną urażonymi ambicjami. A ponieważ lawiruje z fenomenalnym wyczuciem, dysponuje najszerszą kadrą w Europie, dzięki czemu nawet w czasach zarazy - gdy szatnię dziesiątkują kontuzje - nie lamentuje, że nie ma kogo wystawić na mecz. To działa także w drugą stronę - trener daje mniej znaczącym podwładnym przyjemne przeświadczenie, że pełnią istotne funkcje, a zarazem utrzymuje znaczniejsze postaci w stanie permanentnego zagrożenia - tam prawie nikt nie wie, czy wystąpi w następnym meczu. Jeszcze raz Patrice Evra: „Dla niego jest normą, że zagrałeś dobrze. Chcesz mieć pewność, że wystąpisz za kilka dni, musisz zagrać wybitnie”.

W traktowaniu piłkarzy Ferguson też ewoluował i choć np. nadal nie przepada za celebrytami, toleruje u nich więcej. Nie chodzi już też sam po domach - gdy włoski nastolatek Federico Macheda, rozochocony kilkoma debiutanckimi golami, zaczął odwiedzać kasyna, to trener jakoś dotarł do stojących przed nimi bramkarzy i ci wiedzieli, że mają gołowąsa nie wpuszczać. Jak bardzo Szkot się zmienił - czy „suszarką” częstuje piłkarzy rzadziej, czy dryl w drużynie generalnie zelżał - ustalić trudno. Trzeba by konfrontacji kilku pokoleń zawodników, którzy donieśliby, jak w szatni było, a jak jest. Wielu ludzi angielskiej piłki znających realia z Old Trafford upiera się jednak, że Szkot złagodniał, bo zmieniły się czasy - gwiazdorzy podpisują kontrakty obfitsze niż kiedykolwiek, już jako nastolatkowie zamieszkują w pałacach, przyzwyczaili się do uwielbienia całej planety, a po transferze do najlepszych klubów przeważnie sami dbają o siebie. Zachowują się profesjonalnie, przestrzegają diety, nie chcą stracić tego, co mają. I cały czas oddalają się od trenera mentalnie - na początku kariery był niemal ich rówieśnikiem, teraz osiągnął wiek dziadka, który z plikami na iPoda z podwładnymi się raczej nie wymieni. - Styl na suszarkę przestał działać. Poznałem Fergusona 20 lat temu i widzę, że teraz jest inny. Przyjacielski w stosunku do graczy - mówi były trener Chelsea Avram Grant.

Co najbardziej zdumiewające, Szkot dopiero teraz przeżywa najznakomitszy okres w swojej ociekającej złotem karierze. Ba, zbiera tytuły w tempie niespotykanym na Wyspach od przeszło ćwierć wieku, choć konkurenci - wsparci gargantuiczną fortuną Romana Abramowicza (londyńska Chelsea) i jeszcze wyższą górą emirackich petrodolarów (Manchester City) - potężnieją z każdym sezonem. Najgorsza dla nich wiadomość brzmi: sir Alex nie wyhamowuje, z pasją kształci następne pokolenie (często wystawia młodszą drużynę niż najsławniejszy wychowawca Arsene Wenger), wciąż zaraża ich pulsującą energią i uwodzi aurą władcy absolutnego, chce wyławiać zdolnych chłopców ze wszystkich kontynentów (jeśli pozwolą przepisy, bo „Barcelona właśnie ściągnęła Chińczyka i Japończyka”). Przygotowuje strategię na następną dekadę? Dwie? Z jego aktualnej seniorskiej kadry można by złożyć jedenastkę: De Gea (21 lat) - Rafael (21), Smalling (22), Jones (19), Fabio (21) - Anderson (23), Cleverley (22) - Nani (25), Rooney (26), Wellbeck (21) - Hernandez (23). A na ławce posadzić Evansa (23), Younga (26) czy Valencię (26). Ci ludzie mają przed sobą całą wieczność gry na najwyższym poziomie!

Im dłużej ich szef wytrwa, tym bardziej oddali od Manchesteru przerażającą perspektywę szukania następcy - kiedy Ferguson odejdzie, wywoła trzęsienie Old Trafford z krańca skali Richtera. Wystarczy przypomnieć sobie, że przed dziesięcioma laty, gdy Szkot planował emeryturę, szefowie klubu chcieli oddać piłkarzy w ręce Svena-Gorana Erikssona. Trenera, który ostatnio znajdował posadę dosłownie wszędzie - Manchester City, reprezentacja Meksyku, Notts County, Wybrzeże Kości Słoniowej, Leicester - ale żadnej nie utrzymał dłużej niż rok.

Na razie Fergusona zdejmuje pewnie zgroza na samą myśl, że wtedy rodzina omal go nie przekabaciła, by rzucił futbol i został regularnym dziadkiem, takim, co to z ławki rozczula się widokiem ćwierkających ptaszków, a nie zarządza zgrają gagatków o temperamencie Rooneya. Dziennikarze wciąż go nagabują, czy nie ma już dość całodobowego funkcjonowania na najwyższych obrotach, a on albo rzuca, by nie zadawali kretyńskich pytań, albo spokojnie tłumaczy, że dekady ciężkiej harówy nie uprawniają nikogo do tego, by założyć kapcie i odpoczywać. Tak zrobił jego ojciec, który odszedł na emeryturę jako 65-latek. Po roku bezczynności zmarł. Również dlatego Ferguson, choć do rychłej emerytury się nie przymierza, już ją zaplanował: będzie więcej podróżował, czytał więcej książek historycznych, uczył się języków i gry na fortepianie. Ale to odległa przyszłość. Na razie rozmyśla o następnym ćwierćwieczu w Manchesterze.

poniedziałek, 10 października 2011

O wciąż niewyjaśnionych, nadnaturalnych zdolnościach do uprawiania futbolu - i w ogóle gier drużynowych - ludów skupionych za komuny pod flagą Jugosławii wspominałem już wielokrotnie. Zawsze z nadzieją, że ktoś pomoże mi ich zagadkę rozwikłać, zawsze dysponując dobrym pretekstem, dostarczanym przez pokonujących kolejne bariery piłkarzy z tamtych okolic.

Dwumilionowa Słowenia została w zeszłym roku najmniejszym pod względem ludności państwem, którego reprezentacja dwukrotnie uczestniczyła w mundialu, choć nie ma ani silnej ligi, ani skłonności do masowej naturalizacji cudzoziemskiej siły roboczej, ani wydajnego systemu szkolenia - o czym dowiedzieliśmy się od naocznych świadków. Teraz rekord mogą ustanowić piłkarze z 600-tysięcznej Czarnogóry, drużyny istniejącej zaledwie cztery lata. Gdyby awansowali na mistrzostwa Europy, ich wyczyn byłby chyba osiągnięciem nie do poprawienia - spośród uczestników kontynentalnych eliminacji mniej ludzi mieszka tylko w Luksemburgu, Liechtensteinie, San Marino i Andorrze oraz na Malcie, Islandii i Wyspach Owczych. Co najmniej do baraży o Euro 2012 dostaną się zresztą prawdopodobnie aż cztery reprezentacje pojugosławiańskie - poza Czarnogórą także Bośnia, Chorwacja i Serbia. A przecież ich kadrowicze, jeśli nie są akurat dziećmi uchodźców wojennych, biegali często za piłką w okolicach o tyle infrastrukturalnie ubogich, że ciężko zbombardowanych.

Dziś znów natknąłem się na zaskakujące dane. W wyimku z raportu o futbolowych migracjach sporządzonych przez przywoływany już na moim blogu CIES Football Observatory znalazłem czołówkę listy największych eksporterów graczy w 2010 roku, która wygląda tak: 1) Brazylia 283 piłkarzy; 2) Argentyna 215; 3) SERBIA 150; 4) Urugwaj 96; 5) Francja i Hiszpania po 77; 7) Kolumbia 71; 8) CHORWACJA i Portugalia 57; 10) Holandia i Słowacja po 51; 12) Anglia 50; 13) MACEDONIA 49; 14) Czechy 44; 15) Paragwaj 43; 16) BOŚNIA 39.

Na liście nie ma Słowenii ani Czarnogóry (dane są niepełne, całego raportu nie kupiłem), więc załóżmy, że oba te państewka nie wyeksportowały w 2010 r. nikogo. Nawet bowiem przy takim założeniu możemy powyższe zestawienie zmodyfikować - na chwilę tylko, roboczo grzebiąc w historii i geografii politycznej - na takie: 1) JUGOSŁAWIA 295 piłkarzy; 2) Brazylia 283; 3) Argentyna 215 etc.

A jeszcze wystarcza im zasobów na mistrzostwo Europy w siatkówce (Serbia), wicemistrzostwo Europy w piłce ręcznej (Chorwacja), półfinał mistrzostw Europy w koszykówce (przed chwilą Macedonia, poprzednio Słowenia), mistrzostwo Europy i brązowy medal w piłce wodnej (odpowiednio Chorwacja oraz Serbia)...

19:02, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
środa, 10 sierpnia 2011

To będzie najbardziej szokujący transfer we współczesnym futbolu. Różne dziwa już widzieliśmy - w wąziutkiej elicie najlepiej zarabiających piłkarzy świata jest Argentyńczyk Dario Conca, któremu chińskie Guangzhou Evergrande (!) płaci 10,4 mln dolarów rocznie; złoty medalista mundialu Luis Felipe Scolari za niewiele lżejszy szmal zgodził się panować w lidze uzbeckiej jako trener Bunyodkoru Taszkient; zdobywca Złotej Piłki Fabio Cannavaro kończył karierę na rozpalonych trawach katarskich. Tyle że Dario Conca nie kopie najlepiej na planecie. Tyle że Scolari poniósł przed eskapadą do Azji bolesną klęskę w Chelsea. Tyle że Cannavaro dospacerowywał w Katarze do emerytury jako 36-latek.

Samuel Eto’o to przypadek zupełnie innego kalibru. Jest w kwiecie wieku i świetnej formie, nie tylko ja uważam go za drapieżnika wśród grających obecnie napastników najbardziej niebezpiecznego, gdyby wyjechał np. do ligi angielskiej, bez wątpienia nastrzelałby tam kilkadziesiąt goli w sezonie, tak jak strzelał je na boiskach hiszpańskich i włoskich. A jednak zaakceptował propozycję Anży Machaczkała. Klubu, który stał się niedawno niewyobrażalnie bogaty (właściciel Sulejman Kerimow dysponuje majątkiem zbliżonym do majątku Silvio Berlusconiego), ale sportowo odstaje na razie nawet od europejskiej klasy średniej. Eto’o udaje się na dobrowolne wygnanie za gigantyczną pensję - 20 mln euro rocznie, teraz porozumieć się muszą tylko kluby. I prawdopodobnie im się uda, Inter Mediolan zaakceptuje oferowane przez dagestańskich parweniuszy 30 mln.

Anży sprowadziło już Brazylijczyków Roberto Carlosa, Jucileia i Diego Tardellego, z PSV Eindhoven wyjęło węgierskiego pomocnika Balázsa Dzsudzsáka, od Chelsea odkupiło Jurija Żyrkowa, Milanowi próbowało podebrać Gennaro Gattuso, teraz zabiega o Elano z Santosu. Na Eto’o wyda - sumując koszt trzyletniego kontraktu, podatki i zapłatę dla Włochów - około 110 mln euro. Jeśli wziąć pod uwagę aktualną pozycję tego klubu w futbolowej hierarchii - w zeszłym sezonie jako beniaminek ligi rosyjskiej zajęło 11. miejsce, trzy punkty nad strefą spadkową - zbroi się on w tempie kosmicznym, znacznie szybszym niż inni szczęśliwcy, którym znienacka spadła z nieba fortuna - od Chelsea i Manchesteru City przez Paris Saint Germain po Malagę. I jest osobliwością pod wieloma względami. Ze względów bezpieczeństwa (czytaj: zagrożenie terrorystyczne) piłkarze trenują w Moskwie, a do położonej nad Morzem Kaspijskim Machaczkały latają tylko, by rozgrywać mecze u siebie, na niewielkim, 16-tysięcznym stadionie. Czyli nigdzie. Zwłaszcza z perspektywy najlepszego napastnika na świecie.

czwartek, 07 lipca 2011

Zanim rozplują się na dzielną Jagiellonię prymitywni, karmiący się cudzym pechem obśmiewacze, chciałbym stanąć w obronie białostoczan i wyprowadzić tzw. uderzenie wyprzedzające.

Otóż piłkarze, którzy przed chwilą przegrali z Irtyszem Pawłodar, wcale nie odpadli z europejskich pucharów z reprezentantem najniżej sklasyfikowanej ligi w historii polskich występów międzynarodowych. Kazachstan zajmuje dziś w rankingu UEFA całkiem niezłe, 42. miejsce, tymczasem Estonia, gdy jej mistrz Levadia Tallin wyeliminowała przed dwoma laty z Champions League mistrza Polski, leżała o jedną pozycję niżej.

Co więcej, rekord obciachu nie należy też do obitej wówczas Wisły Kraków. W 2003 roku Polonię Warszawa wyrzucił z nieistniejącego już Pucharu Intertoto Toboł Kostanaj - również wywodzący się z Kazachstanu, który wówczas kwiczał na 50. miejscu w rankingu.

Nie chcę wmawiać, że wynik Jagiellonii to postęp. Ale znam patologiczną skłonność do egzaltacji i przesady współczesnych mediów, więc wiem, że zaraz się roztrąbią, że ponieśliśmy klęskę, jakiej nie było, znów osunęliśmy się bliżej dna i w ogóle sodoma z gomorą.

Do przytomniejszych fanów naszej piłki nożnej apeluję - spokojnie, to tylko tradycyjna wpadka.

czwartek, 23 czerwca 2011

O trenerze wyjętym z żebra Jose Mourinho blogowałem kilka tygodni temu, przedwczoraj musiałem napisać do „Gazety” o jego przenosinach do londyńskiej Chelsea. Czasownik „musiałem” chętnie bym pogrubił, bo zaintrygowany czekałem, aż Andre Villas Boas wypełni złożoną fanom obietnicę, odłoży wyprawę w wielki świat co najmniej o sezon i spróbuje z Porto podbić Ligę Mistrzów. Niestety, czas w futbolu płynie coraz szybciej i czołowe korporacje przejmują najzdolniejszych coraz prędzej. Mourinho zdążył jeszcze poszaleć w Champions League, jego młodszemu następcy wystarczyło triumfować w rozgrywkach niższej rangi, by dostać posadę na szczytach. Szkoda, Porto pod dotychczasowym trenerem klubową elitę by ożywiło, tę drużynę by się pasjami oglądało, a tak będzie uczestnikiem LM jednym z wielu - w najgorszym dlań scenariuszu zostanie zdemontowane kolejnymi transferami, tym razem już piłkarzy.

W ucieczce Villasa Boasa nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie 15 mln euro wpisane - i wypłacone przez Romana Abramowicza - w klauzulę wykupu. Kwota horrendalna, w trenerskich kontraktach niespotykana. I niewykluczone, że przełomowa, że kolejny transferowy rekord świata, który właśnie padł, długo się nie utrzyma.

Ustalaliśmy już na blogu, że Portugalczycy mają łby do piłkarskiego biznesu. Teraz innowatorem - wizjonerem? - okazał się prezes Jorge Pinto da Costa, który rok temu postanowił zabezpieczyć umowę utalentowanego trenerskiego żółtodzioba klauzulą godną raczej wielokrotnie sprawdzonego wirtuoza w tym fachu. W posunięciu szefa Porto nie widzielibyśmy jednak nadzwyczajnej przebiegłości, gdyby nie głęboka irracjonalność reguł rządzących piłkarskim rynkiem transferowym. Nikt nigdy nie sprawdził np., czy klasowy napastnik mocniej wpływa na wynik niż klasowy bramkarz, ale przedstawiciele pierwszego gatunku są wielokrotnie drożsi od przedstawicieli drugiego gatunku. Z trenerami sprawa jest wręcz oczywista - wpływają na wynik mocniej niż pojedynczy piłkarz. Gdy Real rzucił rekordowe 94 mln euro za Cristiano Ronaldo, sportowe osiągi drużyny niemal nie drgnęły. Gdy wziął Mourinho, madryccy piłkarze wystrzelili na pułap półfinału Ligi Mistrzów (niewidziany tam od ośmiu lat) i triumfu w Copa del Rey (niewidzianego tam od 18 lat). A jednak do wyrwania Interowi wybitnego szkoleniowca wystarczyło drobne 10 mln odszkodowania.

Zanim rynkowe zwyczaje zaburzył Villas Boas, przełomu dokonał właśnie Mourinho. W sezonie 2009/2010 zarabiał aż 11 mln euro, czyli najwięcej w całej Serie A (0,5 mln mniej miał wicelider rankingu, napastnik Samuel Eto’o), a nigdy wcześniej w żadnej rozpoznawalnej lidze nie zdarzyło się, by najwyższej pensji nie pobierał piłkarz. W ogóle trenerów prezesi docenili dopiero przed chwilą, wcześniej szatniami pełnymi milionerów często rządzili, wybaczcie mój francuski, gołodupcy. Co również przypomina, jak bardzo osobną przestrzenią biznesową jest futbol - ostatecznie w miażdżącej większości firm szef wyciąga więcej niż podwładni, nawet jeśli zlecone przez niego zadania wykonują perfekcyjnie.

Czy kazus Villasa Boasa da do myślenia klubowym prezesom? Czy to normalne - nawet pomimo marketingowej siły Cristiano Ronaldo - że za wrogie przejęcie czołowego madryckiego gracza trzeba by zapłacić Realowi miliard euro, a Mourinho można podebrać za darmo? Czy ten układ czyni rozsądnym zapisane w kontrakcie prawo madryckiego klubu, by swego trenera w każdej chwili i bez żadnej rekompensaty zwolnić?

czwartek, 19 maja 2011

Portugalczycy uczynili wczorajszy finał europejskiego pucharu swoją wewnętrzną sprawą , co dotąd udawało się wyłącznie kwartetowi potęg - angielskiej Premier League, hiszpańskiej Primera Division, niemieckiej Bundeslidze oraz włoskiej Serie A. A przecież w półfinale poza Porto i Bragą mieli jeszcze Benfikę Lizbona. Sensacja? Niepowtarzalny splot okoliczności? Ja bym skonstatował, że raczej ładne podsumowanie wszystkiego, co ludzie z tego niewielkiego, 10-milionowego, przygniecionego gospodarczą zapaścią kraiku z kąta kontynentu wyprawiają w futbolu od początku naszego stulecia.

Podziwiała przez ten czas Portugalia aż dwóch piłkarzy wybieranych w plebiscycie FIFA najlepszymi na świecie - Luisa Figo oraz Cristiano Ronaldo. Więcej graczy roku miała tylko Brazylia (Ronaldo, Ronaldinho, Kaka), inne państwa musiały zadowolić się jednym (Francuz Zidane, Włoch Cannavaro, Argentyńczyk Messi).

Wyeksportowała też Portugalia najgłośniejsze nazwisko trenerskie - Jose Mourinho, który przez ten czas jako jedyny obok Włocha Ancelottiego dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów. A teraz bohaterem sezonu został Andre Villas Boas, zgodnie obwoływany supergwiazdą jutra.

To z Portugalii pochodzi najpotężniejszy transferowy pośrednik - Jorge Mendes w grudniu odebrał nagrodę dla najlepszego na świecie agenta w roku 2010, tutaj szerzej go przedstawiałem.

Klubowi przedstawiciele iberyjskiego maleństwa trzykrotnie zdobywali w tym stuleciu europejskie trofeum - Porto wygrało Puchar UEFA, Ligę Mistrzów i Ligę Europejską. Więcej pucharów uzbierali tylko Hiszpanie! (A przecież do finału Pucharu UEFA dotoczył się przed kilku laty także Sporting Lizbona).

Portugalia zorganizowała też - samodzielnie! - mistrzostwa Europy. Jej piłkarze wzięli na niej srebro, a niedługo potem dobrnęli do półfinału mundialu.

A na eksporcie piłkarzy Portugalia umie wspaniale zarabiać. Zwłaszcza na obrońcach regularnie się obławia, w tuzinie najdroższych w trzecim milenium upchnęła aż sześciu - Ricardo Carvalho (oddanego kiedyś do Chelsea za 30 mln euro), Pepe (30 mln), Davida Luiza (25 mln), Bruno Alvesa (22 mln), Jose Bosingwę (21 mln) i Paulo Ferreirę (20 mln).

Od kilku dekad to w Holandii potoczne przeświadczenie kazało widzieć niewielką nację, która ma szczególny dryg do futbolu i mimo ograniczonych zasobów - ludzkich oraz finansowych - notorycznie wdziera się między tradycyjne potęgi, do ścisłych czołówek rozmaitych turniejów, rankingów, plebiscytów. Wypada ją wreszcie w kibicowskich głowach zdetronizować. I małą królową piłki ogłosić mniej liczebną od poprzedniczki Portugalię.

Tagi: rekordy
10:26, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
Archiwum
Tagi