Wpisy z tagiem: rekordy

wtorek, 11 grudnia 2012

Leo Messi, rekord, Gerd Muller

Prędko wymyślajmy rekordy, które argentyński napastnik FC Barcelony mógłby pobić, żeby mimochodem nie pobił takiego, który przegapiliśmy.

W niedzielny wieczór kula ziemska na moment znieruchomiała, bo argentyński piłkarz strzelał 85. i 86. gola w 2012 roku, czyli poprawił osiągnięcie Gerda Müllera z roku 1972.

Bezwstydnie wyznaję, że zanim nastała era snajperskich szaleństw Leo Messiego, nigdy o rekordzie niemieckiego napastnika nie słyszałem. I zuchwale oskarżam 99,9 proc. czytelników, także maniakalnie obeznanych z futbolem i oceanem zalewających go liczb, że również o tym rekordzie jeszcze przed chwilą nie mieli bladego pojęcia.

Superbohater z Barcelony porusza się po boisku, jakby rywale zostawiali mu nieskończoność wolnej przestrzeni i nieskończoność czasu, więc on frunie na pustą bramkę i wbija gola zawsze, kiedy mu się zachce. A im bardziej czyni to rutynowo - w powtarzalnych okolicznościach, bez porywania się na oszałamiające dryblerskie piruety między nogami setek wrogów - tym bardziej polujemy na czyste statystyki, by opiewać jego kunszt na Twitterach, w internetowych serwisach informacyjnych, telewizjach i gazetach.

Najpierw ścigał się Messi na gole z Cristiano Ronaldo. Kiedy arcyprzeciwnika z Realu Madryt stracił z pola widzenia, zaczął się ścigać z tymi, którzy już z boiska zeszli. Najpierw archeolodzy odkryli, że Argentyńczyk mknie ku wyczynowi Pelego z roku 1958, który uświetnił go 76 golami. Dopadł mitycznego Brazylijczyka w listopadzie, więc globalna publika popchnęła go ku Müllerowi.

Niemieckojęzyczna Wikipedia w sylwetce napastnika do dziś nie wspomina, by ten ustanowił jakikolwiek 85-bramkowy rekord. Michael Cox, popularny w anglojęzycznych mediach analityk taktyczny, też ćwierknął na Twitterze, że jeszcze latem ów „rekord” nie istniał. Dzielenie czasu na lata kalendarzowe nie ma w futbolu sensu (ten sam błąd popełniają organizatorzy plebiscytu „Złota Piłka”), on na boiskach tradycyjnie płynie od sezonu do sezonu. Jeśli wkładamy Messiego w inny wymiar, by przypisać mu jeszcze jeden fenomenalny eksces, to cała operacja odbija tyleż jego geniusz, co naturę współczesności. Cierpiącej na ADHD, pożądającej spektakularności codziennie, a nie od wielkiego dzwonu.

Messi, zjawiskowo wszechstronny wirtuoz, jako piłkarz Müllera już zdystansował. Legendarny „Der Bomber der Nation” był archetypem bezlitosnego bombardiera, który skuteczność zawdzięcza szóstemu zmysłowi - umożliwiającemu mu wpychanie piłki do siatki w najdziwniejszych okolicznościach, choćby i pośladkami. Snajpersko wciąż jednak Argentyńczyk poprzednikowi ustępuje.

Tylko w tytułach króla strzelców Pucharu Europy/Ligi Mistrzów mamy remis - obaj zdobyli po cztery. Müller został jednak również, w przeciwieństwie do konkurenta z innej epoki, najskuteczniejszym graczem mundialu i mistrzostw kontynentu. A najskuteczniejszym graczem Bundesligi był aż siedmiokrotnie, przy zaledwie dwóch snajperskich triumfach Messiego w hiszpańskiej Primera Division. Służył też z rozbrajającą (rywali) wydajnością reprezentacji kraju - w 62 meczach dał jej 68 bramek, tymczasem Argentyńczyk potrzebował 76 występów, by uzbierać bramek 31.

Rozwój wypadków pozwala sądzić, że wszystkie wymienione osiągnięcia barceloński goleador poprawi. Na to trzeba jednak cierpliwie czekać, wszak tytuły króla strzelców Champions League rozdają raz do roku, a wielkie turnieje reprezentacyjne odbywają się co cztery lata. Tak długich martwych okresów medialne rozdygotanie nie zniesie, dlatego wyszukuje wszelkich rekordzistów, których mógłby znokautować Messi, nawet jeśli znalezieni rekordziści nie przypuszczają, że są rekordzistami. Pośpiech jest wysoce wskazany, inaczej może się okazać, że Argentyńczyk pobił rekord dwa albo wręcz trzy miesiące temu, a my go przegapiliśmy. I hałaśliwie nie skonsumowaliśmy. Wiem, jak to działa, sam jestem trybem medialnej maszynerii uzależnionej od relacjonowania zdarzeń ekstremalnych.

Porównywanie globalnych statystyk nowożytnych do starożytnych musi być pełne metodologicznych kontrowersji. Jeśli Müller aż 12 bramek w 1972 roku zdobył w wybitnie towarzyskim pucharze ligi niemieckiej, który zorganizowano wówczas jednorazowo, ze względu na opóźnienie sezonu spowodowane igrzyskami olimpijskimi, to dlaczego Messiemu nie doliczyć pięciu zdobytych w wakacyjnych sparingach z Raja Casablanca, Paris Saint Germain i Dinamem Bukareszt? Jak traktować rzekome 1284 gole Pelego (tysięcznego hucznie świętowano!), skoro setki wbił w niepoważnych gierkach prowincjonalnym brazylijskim drużynkom, które jego Santos okładał po 8:0 albo i 10:0? Albo w pokazowych sparingach, dla których ten klub oblatywał cały świat? Albo w meczach reprezentacji wojskowej? Jako piłkarz Syndykatu Atletów z Sao Paulo?

M.in. z powodu metodologicznego bałaganu (dlaczego dziś zliczamy bramki z towarzyskich gier reprezentacji, a ignorujemy z towarzyskich gier klubowych?) w rankingach wszech czasów liczą się nade wszystko łupy wzięte w najbardziej prestiżowych turniejach klubowych i reprezentacyjnych. Ponieważ jednak czuję ducha nowoczesności, sprawdziłem przed chwilą, że swój najlepszy snajpersko miesiąc w karierze przeżył Messi w marcu bieżącego roku - ozdobił go 13 golami. Dajecie wiarę?! Miesiąc z 13 golami!

Czy ktoś przed nim nastrzelał więcej? Jeśli tak, to wkrótce zapewne usłyszymy, że Argentyńczyk zmierza ku ustanowieniu kolejnego hiperultrarekordu.

Jeśli nie, to znaczy, że daliśmy plamę i wielkie wydarzenie przegapiliśmy.

PS A w ogóle to internety dopisały fajny epilog do mojego wywnętrzniania się;-)

02:15, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 09 grudnia 2012

No już nie będę zwlekał, aż rąbnie gola następnego czy też nieuchronnie jeszcze następnego, ani nie będę się podniecał pięcioma bramkami, którymi wcześniej rozszarpał Deportivo La Coruna niejaki Radamel „El Tigre” Falcao, w ogóle odechciało mi się tę całą siekaninę zliczać. Skoro okazało się, że Leo Messi w środę dla podniesienia dramaturgii symulował ciężkie boleści, skoro właśnie kilkoma półruchami od niechcenia pobił rekord Gerda Müllera, to wreszcie zwierzę się, z kim (i czym) od dawna kojarzy mi się zniewalająca łatwość, z jaką znajduje wokół siebie nieskończoność wolnej przestrzeni i czasu, by wymierzyć kolejnego kopa jak spod lasera. Sorry za nękające mnie od miesięcy skojarzenie (skojarzeń się nie wybiera) i życzę udanej drugiej połowy w Sewilli:



sobota, 24 listopada 2012

Robert Lewandowski

1) Przede wszystkim wejrzyjcie na internetowe wideogalerie i popodziwiajcie, jak przyjął dzisiaj piłkę, zanim wbił zwycięskiego gola. Perła, której snajperskie rankingi ani inne statystyczne piramidy nie uwzględniają.

2) Na rankingi też warto zerknąć. Robert Lewandowski wskoczył dziś na pozycję współlidera wśród najskuteczniejszych piłkarzy Bundesligi. Gdyby ją utrzymał, dokonałby tego jako pierwszy Polak - dotąd najwyżej wdrapał się Jan Furtok, który w 1991 roku został wicekrólem strzelców niemieckich rozgrywek. Królem strzelców w czołowej lidze europejskiej nie został żaden nasz gracz.

3) Kiedy Bundesliga po raz ostatni eksportowała swojego najlepszego snajpera, sprzedawany Edin Dzeko zbliżał się do 25. urodzin. Kosztował 32 mln euro, płacił Manchester City. Lewandowski po zakończeniu bieżącego sezonu też będzie miał 25 lat.

4) Najwyższa średnia goli na mecz w Bundeslidze polskich piłkarzy: Lewandowski 0,49; Furtok 0,36; Smolarek 0,31; Juskowiak 0,30; Tobolik 0,29.

5) Najskuteczniejsi w mocnych futbolowo krajach tej jesieni, sumuję mecze w ligach krajowych i europejskich pucharach: Messi 22 gole w 17 meczach; Ronaldo 17/18; Cavani 14/15; Ibrahimovic 14/16; Falcao 13/12; Lewandowski 13/17; Suarez  12/17; El Shaarawy 12/18; Di Natale 11/16; Van Persie 11/16; Aduriz 10/14; Mandzukic 9/16.

Kilku goleadorów jeszcze Polaka wyprzedza. W listopadzie nawet Messi strzelił jak dotąd jednego mniej.

niedziela, 21 października 2012

Messi rekordzista

W styczniowym meczu Copa del Rey z Osasuną miał nie grać, ówczesny trener Pep Guardiola zamierzał oszczędzać jego siły na ważniejsze wieczory. Wszystko było ustalone, ale niedługo przed gwizdkiem barceloński gwiazdor zadzwonił do szefa i powiedział, że nieróbstwa nie zniesie psychicznie, że aż go skręca z ochoty na pokopanie piłki. Dojechał na stadion, usiadł w rezerwie, po godzinie wtruchtał na murawę. I huknął dwa gole. Od niechcenia, jak zwykle.

Leo Messi nie jest już tamtym wiotkim chłopcem, który musi ostrożnie stąpać, bo każdym bardziej zamaszystym wymachem nogą ryzykuje naderwanie, zwichnięcie albo inne boleści. Klubowi lekarze znaleźli idealną uodparniającą miksturę, idealną dietę czy jakiego tam jeszcze ideału trzeba? Iluminację przeżyli spece od przygotowania fizycznego? Sam piłkarz nauczył się wsłuchiwać we własny organizm i postępować z nim perfekcyjnie? Nie wiemy, w każdym razie Argentyńczyk przepoczwarzył się w wiecznie nienasyconego, niezniszczalnego gladiatora, który choruje, gdy musi zejść z boiska. Dlatego z niego nie schodzi. Wystąpił w 51 z 53 ostatnich meczów ligowych (raz odpoczywał przed finałem Ligi Mistrzów, raz musiał odcierpieć dyskwalifikację za żółte kartki), nie opuszcza nawet mniej istotnych gier europejskich, posłusznie lata na wszystkie mecze reprezentacji kraju, a tam nie zaraża się szalejącym dziś wirusem FIFA - zamiast po międzykontynentalnej podróży ledwie łazić, drybluje z normalną dla siebie werwą i ładuje gola za golem. Jak w sobotę na stadionie Deportivo La Coruña, któremu wbił trzy, choć znów miał odpoczywać, jak wtedy w Pampelunie. Ten facet chyba nigdy nie ma nawet chandry, on właściwie już bramek nie zdobywa, one same wypadają mu z butów.

Owa nadludzka regularność zyskała na znaczeniu, odkąd zrozumieliśmy, że Messi mknie nie tylko po tytuł futbolisty wszech czasów, ale także po tytuł snajpera wszech czasów. Podnosi wydajność i podnosi, a kiedy już nam - osłupiałym - się widzi, że dotknął granicy swych możliwości, przesuwa je poza horyzont. Miał być niepowtarzalnym sezon 2010/2011 (53 bramki w klubie), to Argentyńczyk przyłożył sceptykom rekordowymi w skali całej historii futbolu 73 bramkami w sezonie minionym. Miał być niepowtarzalny miniony, to w bieżącym Argentyńczyk jeszcze dołożył skuteczności. I ta stale rośnie: 2007/2008 – 0,40 gola na mecz; 2008/2009 – 0,75; 2009/2010 – 0,89; 2010/2011 – 0,96; 2011/2012 – 1,22; 2012/2013 – 1,25. Nie widać żadnych powodów, by sądzić, że trend się odwróci, przeciwnie, Messi systematycznie wzbogaca arsenał środków wyrazu. Powoli pięknieje na głównego w świecie wirtuoza od kopnięć z rzutów wolnych, bramkami szczodrze obdarowuje już również kadrę narodową - przed rokiem bieżącym uciułał 19 bramek w 67 meczach, czyli miał taką sobie przeciętną 0,28, w roku bieżącym przeciętna skoczyła do imponującego 1,5. A ponieważ należy, jak ustaliliśmy, do ścisłej czołówki najwięcej grających i zawsze wytrzymuje pełne 90 minut...

Na razie wbijał piłkę do siatki 299 razy (stronniczo i na jego niekorzyść pomijam mecze reprezentacji olimpijskiej, rezerwy Barcelony etc). Przy wyczynach statystycznych rekordzistów to dorobek skromny - Josef Bican nastrzelał goli 805, Romario 772, Pelé 767, Ferenc Puskás 746, Gerd Müller 735 (autorzy rankingu wliczają im wszelkie możliwe rozgrywki). Tyle że Messi skończył ledwie 25 lat, nie zostawił za sobą nawet połowy kariery. Pohipotetyzujmy ostrożnie - niech do trzydziestki zasuwa w dzisiejszym tempie (73 mecze w klubie i kadrze na sezon), niech potem na pięć sezonów gwałtownie zwolni (znaczy 40 meczów na sezon). Wtedy wystarczy mu zachować do końca kariery średnią 0,89 bramki na mecz, by prześcignąć Bicana. A to średnia - przesuńcie wzrok do akapitu wyżej - poniżej jego standardów z dziś, wczoraj i przedwczoraj. Gdyby miał utrzymać aktualne tempo snajperskie, wybiłby się ponad wszystkich łowców goli niedługo po trzydziestce. Duch dziejów mu sprzyja, ogłaszałem niedawno wystrzałową erę futbolu oraz upadek sztuki defensywnej, która rodzi szaleństwa jak sobotnie dziewięciogolowe w La Coruñii.

Oczywiście nieszczęścia chodzą po ludziach, kariery niszczą rywale łamiący kości albo kobiety łamiące serca, w ciężką depresję wpędzić może ulubiony chomik, który zdechnie, albo zwykłe wypalenie zawodowe. Jeśli jednak Argentyńczyk - sprawiający wrażenie humanoida zaprogramowanego wyłącznie na strzelanie goli, niezainteresowanego niczym, czego nie można przesuwać stopą nad trawą - uniknie poważniejszych dramatów, to znacznie bardziej prawdopodobnie wydaje się, że zostanie rekordzistą, niż że nie zostanie. Jeszcze raz: nie mam pojęcia, czy urośnie na gracza wszech czasów, ale nabieram poważnych podejrzeń, że zejdzie z boiska jako snajper wszech czasów.

PS Przypominam, że jeszcze tylko do 23.59 we wtorek możecie wziąć udział w waszym ulubionym konkursie na jasnowidza roku.

czwartek, 20 września 2012

Liga Europejska, a w niej czarna magia

Uwaga, uwaga, fundamentalistycznych racjonalistów kategorycznie odmawiających wiary w dżudżu, jasnowidzenie i inne gusła uprasza się o wyłączenie odbiorników, uroczyście ogłaszam, że napatoczył mi się przed oczy niepokojąco wiarygodny iluzjonista.

Sądzicie, że umie bronić rzuty karne Diego Alves, sławny z tego powodu na trawach hiszpańskich? Sądzicie, że umie je bronić Samir Handanović, popularny na trawach włoskich? To spójrzcie na Jego Nietykalność Matiasa Omara Degrę, 29-letniego argentyńskiego bramkarza AEL-u Limassol, który od roku z niewielkim okładem traktuje strzelających mu z 11 metrów na dwa sposoby, oba okrutne - albo wyciąga rękawice tam, gdzie frunie piłka, albo zmusza ją, żeby pofrunęła poza bramkę. Od tamtej pory do dzisiejszego wieczoru rozmaici śmiałkowie zasadzali się na niego siedmiokrotnie. I wszyscy kończyli tak samo marnie, chyba pole siłowe wytwarza najemnik przeklętych Cypryjczyków czy inną cholerę. Polecam zwrócić uwagę, że Jego Nietykalność Matias Omar Degra nie zawahał się używać czarnej magii również w ostatnich minutach grania, gdy przeciwnik nie miał już szans wrócić do życia:



Zakładam, że już się domyśliliście, dlaczego wrzucam ten wstrząsający film. Otóż parę chwil temu lewy obrońca Borussii Mönchengladbach Oscar Wendt - zimny Szwed, wszystko jak trzeba - też miał czelność zamachnąć się na bramkę chronioną przez Jego Nietykalność. Był mecz Ligi Europejskiej, samobójca wziął zamach w 96. minucie, choć w minutach wcześniejszych naoglądał się mnóstwa heroicznych parad Jego Nietykalności. Oczywiście przywalił w poprzeczkę, Cypryjczycy urwali rywalom cenny punkt.

To już, psiakrew, osiem KOLEJNYCH rzutów karnych, z których Jego Nietykalność wyszedł cały i zdrowy. Między słupkami Limassol nie puścił jeszcze ANI JEDNEGO.

Stara refleksja Diego Maradony - mawiał, że jedenastki marnują tylko ci, którzy odważą się je wykonywać - nabiera nowego wymiaru.

czwartek, 23 sierpnia 2012

AS Monaco

Ośmiocyfrowe ekscesy transferowe spowszedniały, więc 16 milionów euro przelane kilka dni temu za argentyńskiego nastolatka czołówek światowej prasy sportowej nie zdominowało. A przecież padł rekord wszech czasów - na Lucasa Ocamposa wykosztowało się AS Monaco, klub drugoligowy. To na tym pułapie inwestycja absolutnie bez precedensu.

Sfinansował ją Dimitrij Rybołowlew, kolejny wschodni oligarcha w piłce nożnej. Właściciel majątku szacowanego na dziewięć miliardów dolarów dojrzewał biznesowo w warunkach typowych dla rosyjskiej prywatyzacji lat 90. - przygotowywano zamachy na jego życie, rodzinę w trosce o jej bezpieczeństwo wywiózł do Szwajcarii, blisko rok spędził w areszcie, oskarżony (przez gangstera) o morderstwo. Przeżył, stał się najbogatszym człowiekiem w okręgu permskim, nazywanym „królem nawozów”.

Monaco przejął w grudniu, gdy piłkarze leżeli na dnie drugiej ligi francuskiej. Niżej nie spadli, a dziś zajmują pozycję lidera. Rządzi nimi Claudio Ranieri (moda na włoskich trenerów nie słabnie), wybitny specjalista od awansów i w ogóle przygotowywania fundamentów pod wielkie drużyny. Powrót do najwyższej klasy ma być tylko wstępem do rzucenia wyzwania Paris Saint Germain, którego arabscy właściciele przez rok wydali na transfery 257 mln euro.

Nie blogowałbym o kolejnym agresywnym kapitaliście, który jeszcze napędzi i tak już rozszalałą inflację w futbolu, gdyby nie wybrane przez niego miejsce. Książę Albert II panuje w mikroskopijnym powierzchniowo raju dla obrzydliwie bogatych - z najwyższą w świecie, sięgającą 90 lat spodziewaną długością życia, z najniższą stopą bezrobocia (okrągłe zero), z największym odsetkiem milionerów i miliarderów. Nade wszystko jednak w Monaco nie płaci się podatków. Osoby fizyczne nie płacą ich wcale, firmy płacą - drobne - tylko wtedy, jeśli sporą część zysków wypracowują za granicą.

Przywileje nie obejmują Francuzów, ale któż wznosi futbolową potęgę na Francuzach? W podstawowej jedenastce Paris Saint Germain zaraz nie zmieści się ani jeden, trenerzy i dyrektorzy też zostali importowani.

Klub operujący w raju podatkowym może zyskać niezwykłą przewagę nad konkurencją. Zwłaszcza nad konkurencją francuską. Tamtejsze firmy futbolowe od dawna toczą nierówną walkę z Anglikami, Hiszpanami, Niemcami czy Włochami, bowiem przyduszają ich obciążenia fiskalne. Wkrótce być może jeszcze dotkliwsze - jeśli prezydent Francois Hollande przeforsuje obłożenie milionerów 75-procentowym podatkiem, to trzyletnie utrzymanie zarabiającego 14 mln za sezon Zlatana Ibrahimovicia będzie szejków PSG kosztowało, wliczając wszystkie składki, 237 mln euro. A to ledwie jeden gracz...

Wyjąwszy bezgotówkowe transfery młodzieży, po przybyciu Rybołowlewa Monaco zatrudniło: Argentyńczyka, dwóch Greków, dwóch Włochów, Urugwajczyka, Szweda, Kongijczyka, Duńczyka, Chorwata, Niemca, Węgra, Holendra i Marokańczyka. Przypadek, że wyłącznie obcokrajowców?

sobota, 04 sierpnia 2012

Michael Phelps, 18 złotych medali olimpijskich

Wyszedł z basenu na zawsze. Znaczy z olimpijskiego na zawsze, do wody jeszcze pewnie wskoczy. Będzie mógł skończyć z morderczą dietą - w wymachiwanie kończynami wkładał mnóstwo energii, więc pochłaniał 12 tys. kalorii dziennie, już na śniadanie wmuszając w siebie jajecznicę z pięciu jaj, trzy kanapki z sadzonym jajkiem, naleśniki z czekoladą, górę płatków owsianych i tostów. (Menu na pozostałe posiłki opisywał nie będę, bo się udławię).

Wyczyny Amerykanina doceniam, ale bez przesady. Sporządziłem na szybko aktualną klasyfikację medalową XXI-wiecznych igrzysk i widzę, że choć Phelps powygrywał więcej niż reprezentacja Polski (osiem olimpijskich triumfów), to nie umiał wpłynąć nawet do czołowej dziesiątki:

1) Chiny                   98 złota

2) USA                     80 (bez medali Phelpsa)

3) Rosja                   53

4) Wlk. Brytania        40

5) Niemcy                34

6) Australia              32

7) Korea Płd.            31

8) Japonia                27

9) Francja                26

10) Włochy               23

11) Ukraina              18  (10 sreber)

12) Phelps             18  (2 srebra)

13) Holandia             14

wtorek, 27 marca 2012

Superbohaterowie. Diego Maradona, Pele, Leo Messi, Cristiano Ronaldo

„Urodziłem się dla piłki nożnej, tak jak Beethoven urodził się dla muzyki, a Michał Anioł dla malarstwa” - powiedział oficjalnej stronie FIFA jak zwykle skromny Pele. „Chyba zmienili mu lekarstwa. To ja w takim razie jestem Ronem Woodem, Keithem Richardsem i Bono w jednej osobie, bo ucieleśniam pasję w futbolu” - skomentował w weekend jak zwykle subtelny Diego Maradona.

Obaj giganci, którzy rozminęli się w czasie, więc nigdy nie zmierzyli na murawie, agresywnie rywalizują na słowa od lat, usiłując osobiście przyczynić się do rozstrzygnięcia, kto był największym wśród wielkich. Nie rozstrzygnęli, nie rozstrzygną i w ogóle nikt nie rozstrzygnie, bo nie dysponujemy żadnymi narzędziami pozwalających choćby podjąć próbę rozstrzygnięcia. Pele wygrał więcej - aż trzykrotnie złoto mundialu - ale w reprezentacji Brazylii otaczali go wirtuozi, a w europejskim klubie nigdy się nie sprawdził. Maradona wygrał mniej - mundial tylko raz - ale w reprezentacji Argentyny, podobnie zresztą jak w Napoli, tłumu wirtuozów nie miał.

Nie rozstrzygniemy też, kto bardziej zawodzi po zakończeniu kariery. Pele stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, który stara się nigdy nie wywoływać kontrowersji, a Maradona beznadziejnym trenerem i niezrównoważonym awanturnikiem, który kontrowersje wywołuje w odruchu bezwarunkowym.

Debata o najlepszym współcześnie piłkarzu też może okazać się nie do rozstrzygnięcia. A mamy powody zakładać, że jak wiek XX należał do Maradony i Pelego, tak wiek XXI jeszcze przez wiele lat będziemy uważać za erę Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Obaj różnią się diametralnie (naturalny wszechtalent kontra wytrenowany terminator), ale też obaj w różny sposób wywierają na wyniki zbyt wyraźne piętno i wywierają go na zbyt długim dystansie czasu, by porównywać ich do jakiegokolwiek rywala z boiska. To superbohaterowie toczący osobny pojedynek na szczycie. Batman kontra Superman, The Beatles kontra Pink Floyd, Mann kontra Dostojewski, chianti kontra single malt.

Messi wygrał (na razie) więcej, ale przez całą karierę przebywa w idealnym świecie. Tam, gdzie się wychował; otoczony wirtuozami tworzącymi najlepiej zsynchronizowaną i najbardziej wyrafinowaną orkiestrę w futbolu; u dyrygenta, dla którego podstawowym kryterium oceny przydatności innych graczy jest umiejętność współpracy z argentyńskim liderem. A także podporządkowania mu się. Ronaldo wygrał (na razie) mniej, ale szaleje w drużynach „zwyczajnych” (czytaj: przystosowujących styl do aktualnych okoliczności), do których musiał wyemigrować. I niewykluczone, że Argentyńczyk w Barcelonie wytrzyma po ostatni dzień kariery, a Portugalczyk jeszcze co najmniej raz klub zmieni - na Bayern, Milan czy inną firmę o godnej jego nazwiska renomie lub przyjętej do arystokracji za pieniądze szejków.

Jeśli tak, to w jakimś sensie będzie ich dzielić to, co dzieli dziś ich aktualnych trenerów. Niełatwo zmierzyć, czy więcej osiągnął Josep Guardiola, który kataloński zna od kołyski i czerpie z długofalowej filozofii klubu, czy Jose Mourinho, który wciąż podbija nowe światy.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że polemiki między Messim i Ronaldo - a także między ich zwolennikami, że pozwolę sobie pofantazjować - nigdy nie będą przypominać niekończącej się dyskusji między Pelem i Maradoną.

Ten ostatni znów zaapelował, by wreszcie zostawić Messiego w spokoju i przestać dywagować, czy zdystansuje swego wielkiego poprzednika, ale przy okazji dodał, że jedną korzyść z debaty widzi: „Ten kolorowy z FIFA nie lubi, kiedy zbyt wiele się o nas mówi”. Pił oczywiście do Pelego.

sobota, 28 stycznia 2012

Bundesliga, Ariel Borysiuk, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Były kiedyś boiska Bundesligi najbardziej nam przyjazne wśród zagranicznych, właściwie od dzieciństwa śledziłem dokonania wyróżniających się tam rodaków, dopiero na początku bieżącego stulecia stopniowo traciliśmy w niemieckim futbolu wpływy, aż przed kilkoma laty kompletnie zniknęliśmy - zdarzały się weekendy, w których na murawę wybiegał pojedynczy Krzynówek czy inny Błaszczykowski, nierzadko dopiero po przerwie, wyskakując z rezerwy. Wydawało się, że nieuchronnie nadciąga bundeskolejka bez jednego choćby Polaka w grze.

Trend odwrócili Lewandowski z Piszczkiem. Półtora sezonu temu. To oni stworzyli - wraz z Błaszczykowskim - polskojęzyczny tercet, jakiego Bundesliga nie widziała nigdy. Owszem, bywało, że nasi się w jakimś klubie tłoczyli, u schyłku lat 90. Wolfsburg zatrudniał przecież naraz Juskowiaka, Nowaka i Krygera, a później jeszcze Wałdoch z Hajto tworzyli czołową parę obrońców w Schalke. Nasi dortmundczycy przebili wszystkich - zdobyli mistrzostwo, z powodzeniem mkną ku obronie tytułu, w tym sezonie strzelili 42 procent ligowych goli Borussii i w ogóle odgrywają role znaczące. A niewykluczone, że Lewandowski - autentyczna gwiazda rozgrywek - da jeszcze klubowi pokaźny zysk finansowy, bo jeśli odejdzie, to będzie prawdopodobnie kosztował wyraźnie więcej niż Nuri Sahin, wyeksportowany do Realu Madryt za drobne 10 mln euro.

Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by polski piłkarz odzyskał za zachodnią granicą markę. Ba, nastała moda na Polaków. Moda, czyli fenomen silnie wpływający na uczestników rynku nie tylko transferowego, w dodatku często prowokujący do zachowań nieracjonalnych.

Od stycznia zeszłego roku Bundesliga sprawiła sobie pięciu kolejnych naszych graczy. FC Koeln wzięło Sławomira Peszkę, Hannover - Artura Sobiecha (rocznik 1990), Wolfsburg - Mateusza Klicha (1990), Kaiserslautern - Jakuba Świerczoka (1992) oraz Ariela Borysiuka (1991). Import trwa - nawet się nasila - choć Sobiech i Klich niemieckimi murawami nie zawładnęli. Choć tamtejsze kluby świetnie szkolą młodzież i lubią promować wychowanków, a cała liga stale wspina się w kontynentalnej hierarchii.

Sprzedany dziś przez Legię Borysiuk to przypadek nie tylko wśród wymienionych osobny, pod pewnymi względami szczególniejszy nawet od kazusu Lewandowskiego. Jeszcze przed 17. urodzinami zaczął regularnie pełnić wymagającą szczególnej odpowiedzialności funkcję defensywnego pomocnika. Pisałem już, że nie przypominam sobie, by we współczesnym futbolu równie wcześnie wtargnął na tę pozycję - w klubie z mistrzowskimi aspiracjami - ktoś poza Ceskiem Fabregasem, wypchniętym kiedyś w Arsenalu na zastępcę kontuzjowanego Patricka Vieiry. Strzelił Borysiuk gola jako drugi najmłodszy (po Włodzimierzu Lubańskim) piłkarz w historii ekstraklasy, a dla Legii zdążył rozegrać 132 mecze (15 w europejskich pucharach). Dwudziestolatek!

Szkoda, że Legia oddała go tak tanio. Aż się chce krzyknąć, że 2 mln euro to cena skandaliczna.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

czwartek, 19 stycznia 2012

Gran Derbi, Real Madryt, Barcelona, Jose Mourinho

José Mourinho i jego Real znów polegli z Barceloną. 1:2. W kiepskim stylu, na swoim stadionie, co redukuje szanse na odwet w rewanżu do iluzorycznych. Do półfinału Copa del Rey raczej nie awansują.

To najdłuższa futbolowa wojna nowoczesnej Europy - Barca kontra drużyny, którym szefuje portugalski trener. Gdyby armia katalońskich mikrusów nie istniała, miałby już zapewne w dorobku trzy Puchary Europy - a może wręcz cztery, bo wyeliminowała jego Chelsea także wiosną 2006 roku, kiedy zmierzała po swój pierwszy współczesny triumf. Gdyby Barca nie istniała, miałby też Mourinho mistrzostwo zdobyte w czwartym kraju (do dwóch wziętych w Portugalii, dwóch w Anglii i dwóch we Włoszech dołożyłby jedno w Hiszpanii). I w zawrotnym tempie mknąłby po tytuł trenera wszech czasów. Gdyby tylko Barca nie istniała...

Mourinho i tak nawygrywał sporo. Wystarczyła mu dekada, żeby uzbierać 18 trofeów, i wciąż jest blisko pobicia rekordów Boba Paisleya (trzykrotny zdobywca Pucharu Europy) oraz Ernsta Happela (był mistrzem czterech krajów - Holandii, Belgii, Niemiec i Austrii). Na jego fenomenalny bilans składają się niezwykłe passy, np. dziewięć lat bez ligowej porażki na własnym stadionie, a także rozmach, z jakim dzisiejszy Real nokautuje wszystkich krajowych i zagranicznych przeciwników. Wszystkich poza Barceloną.

W Mediolanie założył gang, który ją wykończył. Tamten zwycięski dwumecz Interu z Katalończykami w półfinale Ligi Mistrzów to chyba największe pojedyncze arcydzieło Mourinho.

W Madrycie zastał więcej pieniędzy i znakomitszych piłkarzy - wśród nich Cristiano Ronaldo, jedynego zdolnego rzucić wyzwanie Leo Messiemu - ale na widok Barcelony maleje, staje się mocny tylko w gębie, taktycznie bezradny. Zwyciężył w ledwie jednej, stosunkowo mało prestiżowej bitwie (dopiero po dogrywce, w poprzednim finale Pucharu Hiszpanii), w wojnie ponosi druzgocącą klęskę. Czy to nie niezwykły paradoks, że akurat w erze trenera takiego formatu Katalończycy zostali pierwszą w historii drużyną, która na madryckim Santiago Bernabeu nie przegrała siedmiu kolejnych meczów?

Mourinho nad strategią intensywnie myśli. Na każdy z dziewięciu meczów wystawiał inną jedenastkę. Tak podwładnych nakręcał, że wbiegali na murawę z żądzą mordu. Próbował i otwartej walki, i wojen podjazdowych. Wszystko na próżno. Okres, w którym wydawało się, że Real powoli znajduje sposób na Barcelonę, minął. Ostatnio wydaje się raczej, że nie umie się do niej choćby zbliżyć. Ba, trudno wyobrazić sobie transfery, które by to umożliwiły. Tutaj trzeba raczej wynalezienia systemu gry będącego odpowiedzią na katalońską perfekcję. Skoro nawet Manchester United był w zetknięciu z nią - w obu finałach LM - bezbronny...

Madryckim graczom nie pomogło nawet to, że dzięki wpadkom bramkarzy Valdesa i Pinto prowadzili zarówno w grudniowym meczu ligowym, jak i środowym meczu pucharowym. To wymarzony scenariusz zwłaszcza dla Mourinho, który rywalom kontrolującym piłkę lubi odpowiadać kontrolą nad przestrzenią. Lubi, ale w starciach z Katalończykami nie umie. Gdyby goście zdołali w środę zachować we wrogim polu karnym ciut więcej precyzji, znów mogliby Real zbić do nieprzytomności.

Gospodarze tym razem wymęczyli wynik nie tak zawstydzający jak słynne już 0:5 sprzed półtora roku, lecz wrażenie zostawili fatalne. Zapamiętamy ich prymitywny plan gry, po przejęciu piłki polegający na odruchowym przerzuceniu jej pod nogi Ronaldo, zapamiętamy tępą brutalność i tanie aktorstwo Pepe, który nadepnął na dłoń Messiemu, ale sam zwijał się z bólu po mocniejszych podmuchach wiatru.

Uciekaniem się do brudnych chwytów „Królewscy” zdradzają szlachetną przeszłość klubu. Już nie niwelują dystansu do głównych rywali, lecz go tracą. Coraz trudniej uwierzyć, że jeszcze wierzą. Raczej czują, iż trofeów będą dopadać, jeśli Katalończyków wyminą. Porażki w El Clásico jeszcze potęgują ich nadnaturalną koncentrację i pasję do gry w innych meczach ligowych, bo wiedzą, że Barcelona niekiedy gubi punkty. W Lidze Mistrzów też może się zdarzyć, że z kimś przegra. Batalie z Madrytem wyzwalają w niej zbyt dużą determinację.

Piłkarze Guardioli pewnie również woleliby, żeby nie istniał Mourinho. Wówczas ich zeszłoroczny sukces w Pucharze Europy byłby prawdopodobnie trzecim z rzędu - dokonaliby wyczynu niewidzianego od połowy lat 70. i uciszyli nieufnych, którzy odmawiają im tytułu największej drużyny w historii.

To działa w obie strony - Mourinho z powodu Barcy nie może (na razie?) zostać klubowym trenerem wszech czasów, Barca z powodu Mourinho nie zdołała (jeszcze?) zostać klubową drużyną wszech czasów.

W środę stało się chyba jasne, kto jest bliżej celu.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi