Wpisy z tagiem: rekordy

sobota, 28 stycznia 2012

Bundesliga, Ariel Borysiuk, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Były kiedyś boiska Bundesligi najbardziej nam przyjazne wśród zagranicznych, właściwie od dzieciństwa śledziłem dokonania wyróżniających się tam rodaków, dopiero na początku bieżącego stulecia stopniowo traciliśmy w niemieckim futbolu wpływy, aż przed kilkoma laty kompletnie zniknęliśmy - zdarzały się weekendy, w których na murawę wybiegał pojedynczy Krzynówek czy inny Błaszczykowski, nierzadko dopiero po przerwie, wyskakując z rezerwy. Wydawało się, że nieuchronnie nadciąga bundeskolejka bez jednego choćby Polaka w grze.

Trend odwrócili Lewandowski z Piszczkiem. Półtora sezonu temu. To oni stworzyli - wraz z Błaszczykowskim - polskojęzyczny tercet, jakiego Bundesliga nie widziała nigdy. Owszem, bywało, że nasi się w jakimś klubie tłoczyli, u schyłku lat 90. Wolfsburg zatrudniał przecież naraz Juskowiaka, Nowaka i Krygera, a później jeszcze Wałdoch z Hajto tworzyli czołową parę obrońców w Schalke. Nasi dortmundczycy przebili wszystkich - zdobyli mistrzostwo, z powodzeniem mkną ku obronie tytułu, w tym sezonie strzelili 42 procent ligowych goli Borussii i w ogóle odgrywają role znaczące. A niewykluczone, że Lewandowski - autentyczna gwiazda rozgrywek - da jeszcze klubowi pokaźny zysk finansowy, bo jeśli odejdzie, to będzie prawdopodobnie kosztował wyraźnie więcej niż Nuri Sahin, wyeksportowany do Realu Madryt za drobne 10 mln euro.

Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by polski piłkarz odzyskał za zachodnią granicą markę. Ba, nastała moda na Polaków. Moda, czyli fenomen silnie wpływający na uczestników rynku nie tylko transferowego, w dodatku często prowokujący do zachowań nieracjonalnych.

Od stycznia zeszłego roku Bundesliga sprawiła sobie pięciu kolejnych naszych graczy. FC Koeln wzięło Sławomira Peszkę, Hannover - Artura Sobiecha (rocznik 1990), Wolfsburg - Mateusza Klicha (1990), Kaiserslautern - Jakuba Świerczoka (1992) oraz Ariela Borysiuka (1991). Import trwa - nawet się nasila - choć Sobiech i Klich niemieckimi murawami nie zawładnęli. Choć tamtejsze kluby świetnie szkolą młodzież i lubią promować wychowanków, a cała liga stale wspina się w kontynentalnej hierarchii.

Sprzedany dziś przez Legię Borysiuk to przypadek nie tylko wśród wymienionych osobny, pod pewnymi względami szczególniejszy nawet od kazusu Lewandowskiego. Jeszcze przed 17. urodzinami zaczął regularnie pełnić wymagającą szczególnej odpowiedzialności funkcję defensywnego pomocnika. Pisałem już, że nie przypominam sobie, by we współczesnym futbolu równie wcześnie wtargnął na tę pozycję - w klubie z mistrzowskimi aspiracjami - ktoś poza Ceskiem Fabregasem, wypchniętym kiedyś w Arsenalu na zastępcę kontuzjowanego Patricka Vieiry. Strzelił Borysiuk gola jako drugi najmłodszy (po Włodzimierzu Lubańskim) piłkarz w historii ekstraklasy, a dla Legii zdążył rozegrać 132 mecze (15 w europejskich pucharach). Dwudziestolatek!

Szkoda, że Legia oddała go tak tanio. Aż się chce krzyknąć, że 2 mln euro to cena skandaliczna.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

czwartek, 19 stycznia 2012

Gran Derbi, Real Madryt, Barcelona, Jose Mourinho

José Mourinho i jego Real znów polegli z Barceloną. 1:2. W kiepskim stylu, na swoim stadionie, co redukuje szanse na odwet w rewanżu do iluzorycznych. Do półfinału Copa del Rey raczej nie awansują.

To najdłuższa futbolowa wojna nowoczesnej Europy - Barca kontra drużyny, którym szefuje portugalski trener. Gdyby armia katalońskich mikrusów nie istniała, miałby już zapewne w dorobku trzy Puchary Europy - a może wręcz cztery, bo wyeliminowała jego Chelsea także wiosną 2006 roku, kiedy zmierzała po swój pierwszy współczesny triumf. Gdyby Barca nie istniała, miałby też Mourinho mistrzostwo zdobyte w czwartym kraju (do dwóch wziętych w Portugalii, dwóch w Anglii i dwóch we Włoszech dołożyłby jedno w Hiszpanii). I w zawrotnym tempie mknąłby po tytuł trenera wszech czasów. Gdyby tylko Barca nie istniała...

Mourinho i tak nawygrywał sporo. Wystarczyła mu dekada, żeby uzbierać 18 trofeów, i wciąż jest blisko pobicia rekordów Boba Paisleya (trzykrotny zdobywca Pucharu Europy) oraz Ernsta Happela (był mistrzem czterech krajów - Holandii, Belgii, Niemiec i Austrii). Na jego fenomenalny bilans składają się niezwykłe passy, np. dziewięć lat bez ligowej porażki na własnym stadionie, a także rozmach, z jakim dzisiejszy Real nokautuje wszystkich krajowych i zagranicznych przeciwników. Wszystkich poza Barceloną.

W Mediolanie założył gang, który ją wykończył. Tamten zwycięski dwumecz Interu z Katalończykami w półfinale Ligi Mistrzów to chyba największe pojedyncze arcydzieło Mourinho.

W Madrycie zastał więcej pieniędzy i znakomitszych piłkarzy - wśród nich Cristiano Ronaldo, jedynego zdolnego rzucić wyzwanie Leo Messiemu - ale na widok Barcelony maleje, staje się mocny tylko w gębie, taktycznie bezradny. Zwyciężył w ledwie jednej, stosunkowo mało prestiżowej bitwie (dopiero po dogrywce, w poprzednim finale Pucharu Hiszpanii), w wojnie ponosi druzgocącą klęskę. Czy to nie niezwykły paradoks, że akurat w erze trenera takiego formatu Katalończycy zostali pierwszą w historii drużyną, która na madryckim Santiago Bernabeu nie przegrała siedmiu kolejnych meczów?

Mourinho nad strategią intensywnie myśli. Na każdy z dziewięciu meczów wystawiał inną jedenastkę. Tak podwładnych nakręcał, że wbiegali na murawę z żądzą mordu. Próbował i otwartej walki, i wojen podjazdowych. Wszystko na próżno. Okres, w którym wydawało się, że Real powoli znajduje sposób na Barcelonę, minął. Ostatnio wydaje się raczej, że nie umie się do niej choćby zbliżyć. Ba, trudno wyobrazić sobie transfery, które by to umożliwiły. Tutaj trzeba raczej wynalezienia systemu gry będącego odpowiedzią na katalońską perfekcję. Skoro nawet Manchester United był w zetknięciu z nią - w obu finałach LM - bezbronny...

Madryckim graczom nie pomogło nawet to, że dzięki wpadkom bramkarzy Valdesa i Pinto prowadzili zarówno w grudniowym meczu ligowym, jak i środowym meczu pucharowym. To wymarzony scenariusz zwłaszcza dla Mourinho, który rywalom kontrolującym piłkę lubi odpowiadać kontrolą nad przestrzenią. Lubi, ale w starciach z Katalończykami nie umie. Gdyby goście zdołali w środę zachować we wrogim polu karnym ciut więcej precyzji, znów mogliby Real zbić do nieprzytomności.

Gospodarze tym razem wymęczyli wynik nie tak zawstydzający jak słynne już 0:5 sprzed półtora roku, lecz wrażenie zostawili fatalne. Zapamiętamy ich prymitywny plan gry, po przejęciu piłki polegający na odruchowym przerzuceniu jej pod nogi Ronaldo, zapamiętamy tępą brutalność i tanie aktorstwo Pepe, który nadepnął na dłoń Messiemu, ale sam zwijał się z bólu po mocniejszych podmuchach wiatru.

Uciekaniem się do brudnych chwytów „Królewscy” zdradzają szlachetną przeszłość klubu. Już nie niwelują dystansu do głównych rywali, lecz go tracą. Coraz trudniej uwierzyć, że jeszcze wierzą. Raczej czują, iż trofeów będą dopadać, jeśli Katalończyków wyminą. Porażki w El Clásico jeszcze potęgują ich nadnaturalną koncentrację i pasję do gry w innych meczach ligowych, bo wiedzą, że Barcelona niekiedy gubi punkty. W Lidze Mistrzów też może się zdarzyć, że z kimś przegra. Batalie z Madrytem wyzwalają w niej zbyt dużą determinację.

Piłkarze Guardioli pewnie również woleliby, żeby nie istniał Mourinho. Wówczas ich zeszłoroczny sukces w Pucharze Europy byłby prawdopodobnie trzecim z rzędu - dokonaliby wyczynu niewidzianego od połowy lat 70. i uciszyli nieufnych, którzy odmawiają im tytułu największej drużyny w historii.

To działa w obie strony - Mourinho z powodu Barcy nie może (na razie?) zostać klubowym trenerem wszech czasów, Barca z powodu Mourinho nie zdołała (jeszcze?) zostać klubową drużyną wszech czasów.

W środę stało się chyba jasne, kto jest bliżej celu.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

wtorek, 10 stycznia 2012

Złota Piłka, Ballon d'or, Leo Messi

Kapitanowie i trenerzy reprezentacji narodowych oraz dziennikarze znów wybrali na najlepszego futbolistę Leo Messiego - przyznając mu gigantyczną przewagę nad konkurentami - ale ja już składałem mu wielokrotnie hołody i felietonowo (tutaj), i blogowo (tutaj), więc dziś chcę rzucić tylko kilka zestawień, które dobrze ilustrują tezę innego barcelońskiego wirtuoza Xaviego Hernandeza, że argentyński magik wyczaruje jeszcze mnóstwo rekordów.

Najpierw przeklejam to, o czym wspominałem wczoraj na Facebooku. Otóż Michel Platini zdobył swoją trzecią Złotą Piłkę jako 30-latek. Marco van Basten jako 28-latek. Johan Cruyff jako 27-latek. LEO MESSI JAKO 24-LATEK (do wręczonej w poniedziałek nagrody przyporządkowuję kalendarzowy rok 2011).

Proponuję również laureatów tego plebiscytu klasyfikację wszech czasów medalową, zliczając ich wszystkie miejsca na podium: 1) MESSI - 3 ZŁOTA, 1 SREBRO, 1 BRĄZ; 2) Platini - 3 złota, 2 brązy; 3) Johan Cruyff - 3 złota, 1 brąz; 4) Marco van Basten - 3 złota; 5) Franz Beckenbauer - 2 złota, 2 srebra, 1 brąz; 6) Ronaldo (oryginalny, brazylijski) - 2 złota, 1 srebro, 1 brąz; 7) Alfredo di Stefano, Kevin Keegan, Karl-Heinz Rummenigge - 2 złota; 10) Cristiano Ronaldo - 1 złoto, 3 srebra.

Liczba „medali”? Po PIĘĆ ZDOBYLI MESSI, Beckenbauer, Platini, po cztery Cristiano Ronaldo, Ronaldo, Cruyff, Zinedine Zidane, Luis Suarez, Raymond Kopa.

Tytuły króla strzelców Puchary Europy/Ligi Mistrzów? 4 - Gerd Mueller; 3 – MESSI, Ruud van Nistelrooy, Ferenc Puskas, Eusebio, Jean-Pierre Papin; 2 - di Stefano, Raul, Andrij Szewczenko, Torbjoen Nilsson, Romario.

Strzelecka klasyfikacja wszech czasów w Pucharze Europy? 71 goli - Raul (35 lat); 56 - van Nistelrooy (36 lat); 51 - Thierry Henry (35 lat); 49 - di Stefano (koniec kariery); 48 - Szewczenko (36 lat); 47 - Eusebio (koniec kariery); 46 – Filippo Inzaghi (39 lat); 43 - MESSI (25 lat); 42 – Alessandro del Piero (38 lat).

Snajperska klasyfikacja wszech czasów Pucharu Europy wśród piłkarzy poniżej 30. roku życia? 43 gole - MESSI (25 lat); 32 - Cristiano Ronaldo (27 lat); 25 - Wayne Rooney (27 lat); 25 - Kaka (niespełna 30 lat); 22 - Karim Benzema (25 lat); 15 - Robin van Persie (29 lat).

Najlepsi strzelcy ligi hiszpańskiej wśród aktywnych graczy: 228 goli - Raul (35 lat, wyemigrował); 163 – David Villa (31 lat); 162 – Samuel Eto’o (31 lat, wyemigrował); 141 - Raul Tamudo (35 lat); 136 – MESSI (25 lat); 88 – Frederic Kanoute (35 lat). W klasyfikacji generalnej prowadzi legendarny Telmo Zarra, który zdobył 252 bramki. W obecnym wieku Messiego miał ich „zaledwie” 94, czyli aż 42 mniej niż do dziś uzbierał Argentyńczyk...

Można jeszcze dodać, że na półmetku - lub wręcz przed półmetkiem - kariery Messi ma trzy triumfy w Lidze Mistrzów, a ogólnie - 18 klubowych trofeów. Skazą na jego dorobku pozostaje reprezentacja Argentyny, z którą na najbliższe mistrzostwa świata pojedzie mniej więcej w tym wieku, w którym złoto zdobywał jego wielki poprzednik Diego Maradona. Czy Messi jego wyczyn powtórzy? Na razie szanse wydają się nikłe, ale gdyby mu się powiodło, napisałby jedną z najbardziej epickich fabuł mundialowych. Wziąłby tytuł na Maracanie - dla nas mitycznym stadionie, a dla Brazylijczyków świątyni...

środa, 28 grudnia 2011

Immortality, Alex Ferguson, David Beckham, Ryan Giggs

70. urodziny Aleksa Fergusona, które w sobotę będziemy celebrować zamiast tradycyjnego Sylwestra, zbiegły się z głośnymi doniesieniami o kontraktowych propozycjach dla dwóch jego wychowanków. David Beckham ma zarabiać w Paris Saint Germain blisko 10 mln euro rocznie, co nie uczyni go najwyżej opłacanym współczesnym piłkarzem, ale pozwoli mu utrzymać pozycję bezdyskusyjnie najwyżej opłacanego oldboja. Pozycję wicelidera w tej nieoficjalnej konkurencji utrzyma prawdopodobnie Ryan Giggs, który dotąd pobierał niespełna połowę podanej kwoty, a niebawem również podpisze nową umowę z Manchesterem United.

Beckham znów zdyskontuje swoją moc marketingową, ale rynkową wartość zawdzięcza nie tylko jej - to jeden z piłkarzy ocenianych często niesprawiedliwie, bowiem jego reklamowa wszechobecność przysłaniała niekłamaną wartość sportową, zademonstrowaną nie tylko w MU i Realu Madryt, ale też podczas krótkiego wypadu do Milanu oraz w zakończonym właśnie, zwycięskim sezonie ligi amerykańskiej w Los Angeles Galaxy. Giggsa na murawie zatrzymają natomiast niekwestionowane kompetencje piłkarskie, dzięki którym bije kolejne rekordy długowieczności.

Niewykluczone, że jesienią 2012 roku obaj zaczną ścigać się jako kandydaci na rekordzistów w Lidze Mistrzów. Beckham rozpocznie sezon po 37., a Giggs tuż przed 39. urodzinami, więc jedynego godnego konkurenta w kontynentalnej czołówce znajdą w Javierze Zanettim, obecnie 38-letnim (i wynagradzanym w Interze nędznymi trzema milionami za rok).

Gdyby zresztą obaj bohaterowie z Old Trafford dociągnęli na murawie do czterdziestki, staliby się naturalnymi następcami innych członków tamtej manchesterskiej drużyny, który najpierw zdobywali pierwszy w erze Aleksa Fergusona Puchar Europy, a potem ani myśleli kończyć karierę. Przecież Peter Schmeichel między słupkami Manchesteru City stał jeszcze jako niespełna 40-latek. Jego zmiennik - Raimond van der Gouw - skończył 44 lata, zanim rozegrał swój ostatni ligowy mecz, w którym w dodatku zdobył bramkę (dla holenderskiego AGOVV Apeldoorn). Teddy Sheringham gola w Premier League strzelił niedługo przed 41. urodzinami, a w drugoligowym Colchester grał także po 42. urodzinach. Dopiero tuż przed czterdziestką z boiska zszedł obrońca Ronny Johnsen, który Norwegię reprezentował  - w zwycięskim meczu z Argentyną - jeszcze jako 38-latek. W tym samym wieku w Premier League utrzymywali się jeszcze Dwight Yorke (potrafił w dodatku zostać bohaterem meczu z Arsenalem) czy Dennis Irwin. Tak, nieśmiertelny, wiecznie nienasycony futbolem Alex Ferguson wychował całą zgraję nieśmiertelnych, wiecznie nienasyconych futbolem graczy.

Jeśli bowiem Beckhama, uśmiercanego jako piłkarz od wielu sezonów, ciągnie do Paryża, to nie ciągnie go tylko do podboju kolejnej - po Los Angeles i Mediolanie - mekki celebrytów, lecz także poważnego sportu. Choć szerokiej publice łatwiej pamiętać stawiane mu przez roznamiętnionych Azjatów kuriozalne pomniki (od buddyjskiego w Bangkoku po czekoladowy w Tokio), niż wyrazy uznania w plebiscycie FIFA na najlepszego gracza globu (w 1999 r. przegrał tylko z Rivaldo, a w 2001 r. tylko - minimalnie - z Luisem Figo), to pozostaje on atletą wybitnym. Być może najlepiej dośrodkowującym piłkarzem w epoce nowożytnej; wyzbytym egoizmu stachanowcem, na murawie unikającym efekciarstwa, skłonnym do rzetelnej dłubaniny w defensywie; perfekcjonistą lubianym w każdej szatni; megagwiazdorem, który w swoim celebryckim statusie nigdy nie widział powodu, by zaniedbywać obowiązki profesjonalnego sportowca.

W przyszłym roku Beckham prawdopodobnie przyćmi wielu uczestników igrzysk w Londynie, gdy jako reprezentant Anglii notoryczną frustrację mundialową spróbuje choć częściowo wynagrodzić rodakom satysfakcją z medalu olimpijskiego. A potem z boiska nie zejdzie, jak sądzę, jeszcze długo. Fizycznie wytrzyma, bo się idealnie prowadził. Mentalnie wytrzyma, bo lubi grać. Być może zresztą poczuje - powiedzą mu? - iż nie ma alternatywy. Jest zbyt prostolinijny, nieciekawy jako mówca i pozbawiony charyzmy, żeby przedłużyć futbolowy żywot w roli trenera, działacza czy eksperta. Wrażenie wywołuje tylko w milczeniu - na boisku, podczas sesji fotograficznej, uśmiechając się do tłumu.

Dlatego już dziś powinniśmy się spodziewać, że po kolejne rekordy długowieczności ruszy cały manchesterski tercet. Ferguson nie ustąpi, dopóki nie przeciwstawi się kolejnemu po Chelsea klubowi utuczonemu na wschodnim kapitale (sławni „hałaśliwi sąsiedzi” z City), a jeśli zdoła zdobyć kolejny Puchar Europy, stanie się najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach (trzy trofea, dwie porażki w finale). Beckham już obiecywał, że planuje kopać co najmniej do czterdziestki. Giggs spróbuje wyśrubować własny rekord jako najstarszy strzelec gola w Lidze Mistrzów (kiedy we wrześniu wkładał go Benfice, miał 37 lat i 289 dni). A może także zostać najstarszym uczestnikiem finału?

Na razie jest nim Edwin van der Sar (40 lat, 211 dni). Oczywiście były bramkarz Manchesteru United.

wtorek, 08 listopada 2011

Trener Robert Maaskant został wylany z Wisły Kraków. Wystarczyło kilka kryzysowych tygodni, a mistrzostwo Polski (zdobyte pomimo totalnej kadrowej rewolucji), seria pięciu zwycięstw w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i awans do Ligi Europejskiej straciły znaczenie. Właściciel klubu uczy się bycia właścicielem od blisko 15 lat, ale nauczył się niewiele. Wczoraj rękami prezesa usunął człowieka, który na uznanie już zasłużył, i to nie tylko w Polsce, a ostatnie niepowodzenia wcale nie unieważniły szans na obronę krajowego tytułu. Do naturalnych rywali - Legii, Lecha, Polonii - dystansu nie stracił wcale, a rozpędzony Śląsk nie zademonstrował niczego, co dawałoby pewność, że nie skończy jak ubiegłosezonowa Jagiellonia, czyli po ładnej jesieni nie zbrzydnie wiosną. Nie zbrzydnie radykalnie - na ześliznięcie się z podium.

Słowem, nadzieja na nadwiślański tytuł jest nadal żywa. Nadzieja na kolejny zamach na Ligę Mistrzów też.

Dziś wylany został jeszcze Tomasz Kafarski - on pracował w ekstraklasie najdłużej, spędził w Lechii Gdańsk 2 lata i 7 miesięcy.

Jak chcemy wytknąć właścicielowi/prezesowi samobójczą porywczość, rutynowo przywołujemy kazus Aleksa Fergusona, który pomimo wielu kiepskich sezonów utrzymał stanowisko i później z Manchesteru United ulepił, chyba się zgodzimy, całkiem niezłą drużynę.

A przecież nie tylko najmocniejsza na kontynencie liga angielska cierpliwsza w kwestii trenerskiej jest niż polska.

Najdłużej pracujący w Niemczech (znaczy w najwyższej lidze, o innych w tej notce nie piszę) Thomas Schaaf utrzymuje posadę w Werderze Brema 13 lat i 6 miesięcy.

Najdłużej pracujący na Ukrainie Witalij Kwarciany trwa w Wołyniu Łuck 10 lat i 10 miesięcy.

Najdłużej pracujący w Rosji Kurban Berdyjew rządzi w Rubiniu Kazań 10 lat i 3 miesiące.

W Szwecji Nanne Bergstrand trenuje Kalmar 9 lat i 10 miesięcy.

We Francji Christian Gourcuff trenuje Lorient 9 lat i 5 miesięcy.

W Austrii Franz Lederer trenuje Mattersburg 7 lat.

W Hiszpanii Manolo Preciado pracuje w Gijon 6 lat i 3 miesiące.

W Turcji, krainie prezesów wybitnie porywczych, Abdullah Avci też trenuje Istanbul BB 6 lat i 3 miesiące.

W Belgii Jan Ceulemans trenuje Westerlo 4 lata i 4 miesiące.

W Grecji - też zaludnianej przez prezesów impulsywnych - Nikos Karagergiou trenuje Ergotelis 4 lata i 4 miesiące.

W Rumunii Cristian Poustai trenuje Gaz Metan Medias 4 lata i 4 miesiące.

W Czechach Frantisek Komnacky trenuje Jablonec 4 lata i 1 miesiąc.

W Szkocji Derek McInnes trenuje St Johnstone 4 lata.

Na Cyprze Ivan Jovanović trenuje doskonale zapamiętany w Wiśle APOEL Nikozja 3 lata i 10 miesięcy.

W Izraelu Elisha Levy trenuje Maccabi Hajfę 3 lata i 7 miesięcy.

W Holandii Ruud Brood trenuje RKC Waalwijk 3 lata i 4 miesiące.

W Portugalii Carlos Brito trenuje Rio Ave 2 i 10 miesięcy.

W Danii Troels Bech trenuje Silkeborg IF 2 lata i 10 miesięcy.

Nasz rekordzista Waldemar Fornalik wytrzymuje w Ruchu Chorzów zaledwie 2 lata i 6 miesięcy. W bardzo szeroko pojętej europejskiej czołówce znalazłem tylko jedną ligę, w której najdłużej utrzymujący posadę trener utrzymuje ją ciut krócej - Serie A, gdzie Attilio Tesser rozpoczął pracę w Novarze dwa miesiące później niż Fornalik. Ale nawet sami pogrążeni w kryzysie Włosi wiedzą, że ich obyczajów rozsądniej nie przejmować.

Wiecie, jak długo pracuje - średnio - w swoim aktualnym klubie zatrudniony dziś w naszej lidze trener? Od niespełna 9 miesięcy.

 
1 , 2 , 3
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29