Wpisy z tagiem: borussia dortmund
sobota, 28 stycznia 2012
Były kiedyś boiska Bundesligi najbardziej nam przyjazne wśród zagranicznych, właściwie od dzieciństwa śledziłem dokonania wyróżniających się tam rodaków, dopiero na początku bieżącego stulecia stopniowo traciliśmy w niemieckim futbolu wpływy, aż przed kilkoma laty kompletnie zniknęliśmy - zdarzały się weekendy, w których na murawę wybiegał pojedynczy Krzynówek czy inny Błaszczykowski, nierzadko dopiero po przerwie, wyskakując z rezerwy. Wydawało się, że nieuchronnie nadciąga bundeskolejka bez jednego choćby Polaka w grze. Trend odwrócili Lewandowski z Piszczkiem. Półtora sezonu temu. To oni stworzyli - wraz z Błaszczykowskim - polskojęzyczny tercet, jakiego Bundesliga nie widziała nigdy. Owszem, bywało, że nasi się w jakimś klubie tłoczyli, u schyłku lat 90. Wolfsburg zatrudniał przecież naraz Juskowiaka, Nowaka i Krygera, a później jeszcze Wałdoch z Hajto tworzyli czołową parę obrońców w Schalke. Nasi dortmundczycy przebili wszystkich - zdobyli mistrzostwo, z powodzeniem mkną ku obronie tytułu, w tym sezonie strzelili 42 procent ligowych goli Borussii i w ogóle odgrywają role znaczące. A niewykluczone, że Lewandowski - autentyczna gwiazda rozgrywek - da jeszcze klubowi pokaźny zysk finansowy, bo jeśli odejdzie, to będzie prawdopodobnie kosztował wyraźnie więcej niż Nuri Sahin, wyeksportowany do Realu Madryt za drobne 10 mln euro. Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by polski piłkarz odzyskał za zachodnią granicą markę. Ba, nastała moda na Polaków. Moda, czyli fenomen silnie wpływający na uczestników rynku nie tylko transferowego, w dodatku często prowokujący do zachowań nieracjonalnych. Od stycznia zeszłego roku Bundesliga sprawiła sobie pięciu kolejnych naszych graczy. FC Koeln wzięło Sławomira Peszkę, Hannover - Artura Sobiecha (rocznik 1990), Wolfsburg - Mateusza Klicha (1990), Kaiserslautern - Jakuba Świerczoka (1992) oraz Ariela Borysiuka (1991). Import trwa - nawet się nasila - choć Sobiech i Klich niemieckimi murawami nie zawładnęli. Choć tamtejsze kluby świetnie szkolą młodzież i lubią promować wychowanków, a cała liga stale wspina się w kontynentalnej hierarchii. Sprzedany dziś przez Legię Borysiuk to przypadek nie tylko wśród wymienionych osobny, pod pewnymi względami szczególniejszy nawet od kazusu Lewandowskiego. Jeszcze przed 17. urodzinami zaczął regularnie pełnić wymagającą szczególnej odpowiedzialności funkcję defensywnego pomocnika. Pisałem już, że nie przypominam sobie, by we współczesnym futbolu równie wcześnie wtargnął na tę pozycję - w klubie z mistrzowskimi aspiracjami - ktoś poza Ceskiem Fabregasem, wypchniętym kiedyś w Arsenalu na zastępcę kontuzjowanego Patricka Vieiry. Strzelił Borysiuk gola jako drugi najmłodszy (po Włodzimierzu Lubańskim) piłkarz w historii ekstraklasy, a dla Legii zdążył rozegrać 132 mecze (15 w europejskich pucharach). Dwudziestolatek! Szkoda, że Legia oddała go tak tanio. Aż się chce krzyknąć, że 2 mln euro to cena skandaliczna. PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.
środa, 18 stycznia 2012
Sławne firmy przyjęły już długi korowód polskich bramkarzy, role główne, drugoplanowe i epizodyczne odgrywali nasi w FC Porto, Liverpoolu, Manchesterze United, Arsenalu, Realu Madryt i Celtiku Glasgow, ale gole dla prawdziwego giganta strzelał dotąd jeden napastnik - obwołany w Juventusie Turyn „Pięknością nocy” Zbigniew Boniek. Logo Panathinaikosu Ateny, w którym zasłużyli się Józef Wandzik (na swoim polu karnym) i Krzysztof Warzycha (na wrogich polach karnych), oddziałuje na wyobraźnię jednak trochę słabiej, nawet jeśli to temu klubowi zawdzięczamy jedyną polską bramkę w półfinale Ligi Mistrzów. Teraz w pościg za największymi poprzednikami ma szansę rzucić się Robert Lewandowski, którego nazwisko niejednokrotnie umieszczałem tutaj obok nazwiska Bońka - wysławiając go jako najzdolniejszego polskiego snajpera od ćwierćwiecza. Zwerbować chce go Bayern Monachium, czyli klub legenda, kolos międzynarodowy, z dorobkiem nawet okazalszym niż juventusowy. Te rewelacje przyniósł brukowiec, ale to brukowiec blisko związany z bawarczykami i w sprawach z nimi związanymi akurat świetnie zorientowany. Jego informacje potwierdziliśmy zresztą dziś - znaczy „Gazeta” - w dwóch źródłach. Tak, Bayern jest bardzo zainteresowany. Tak, wstępnie już Lewandowskiego sondowała. Tak, Borussia też już z monachijczykami rozmawiała. Oczywiście zaprzeczać trzeba. Przysięgać, że piłkarz jest absolutnie nie na sprzedaż - też. I dlatego, że to normalna taktyka negocjacyjna, i dlatego, że ujawnienie prawdy zatruło by stosunki Polaka z kibicami - w Dortmundzie imponująco licznymi - a przecież przed letnim transferem warto jeszcze nazbierać trochę punktów dzięki jego golom. Gdyby Lewandowski przeniósł się do Monachium, znów wykonałby skok w nadprzestrzeń. Takim była podróż z prowincjonalnego Znicza Pruszków do wielkomiejskiego Lecha Poznań. I podróż z ówczesnego mistrza Polski do przyszłego mistrza Niemiec. Teraz tabela sugeruje, że Polak zmieniłby jednego potentata Bundesligi na innego. Pozory. Podnoszący się po zapaści grożącej upadkiem dortmundczycy mogli, ale nie musieli. Monachijczycy muszą. Zawsze mierzą w tytuł, każde wicemistrzostwo jest dla nich porażką. W Anglii, Hiszpanii, Francji czy Włoszech tłucze się między sobą kilka historycznych potęg, w Niemczech Bayern konkurencji właściwie nie ma. Złoto wziął 22-krotnie. Następne w klasyfikacji wszech czasów FC Nuernberg - dziś tułające się przy strefie spadkowej - zaledwie 9-krotnie. Jeszcze wyraźniej dominują finansowo. W ostatnich dziesięciu latach tylko ich było stać na transfery warte więcej niż 20 mln euro - tyle wyłożyli za Roya Makaaya, Manuel Neuer kosztował ich 22 mln, Arjen Robben - 24 mln, Franck Ribery - 25 mln, Mario Gomez - 30 mln. Ile luksusu, tyle gry pod presją. W Monachium przygniatającą. Jak tam flinta w napadzie nie wypali, nad tym, kto ją trzymał, znęca się cały kraj. Dotychczasowym wyzwaniom Lewandowski sprostał w niespotykanym u polskich piłkarzy ofensywnych stylu. W Zniczu, Lechu i Borussii utrzymuje mniej więcej tę samą siłę ognia. Utrzymuje zabójczą skuteczność, a zarazem wnosi ze sobą na murawę rosnącą w oczach pewność siebie, ignoruje niepowodzenia, wszechstronnieje. To jego uniwersalność może przyciągać Bayern - Polak umiałby biegać za plecami snajpera wyborowego Gomeza, byłby w stanie wyręczyć Niemca na środku ataku, intensywnie angażowałby się w grę. Jeśli popełnia mnóstwo fauli, to dlatego, że nie odpuszcza także w defensywie, obrońcom wypowiada wycieńczającą fizyczną wojnę, umie twardo osłaniać piłkę, by dać czas pędzącym do ataku partnerom. Porównywałem bohatera Borussii do Bońka, bowiem ustanawia rekord za rekordem i zanosi się, że nadal będzie ustanawiał. Został najmłodszym królem strzelców naszej ekstraklasy od czasów Juskowiaka; zdobywa bramki w debiutach; jako snajper jest najwydajniejszy wśród wszystkich Polaków, którzy grali w Bundeslidze; błyskawicznie poprawia statystyki w reprezentacji kraju i jeśli utrzyma tempo, też wejdzie na szczyt rankingów wszech czasów. Boniek wyleciał do wielkiej firmy jako 26-latek. Lewandowski może pójść w jego ślady jako 24-latek. Jeśli pójdzie, prawdopodobnie zostanie pierwszym polskim bohaterem transferu ośmiocyfrowego. Tagi:
Bayern Monachium
borussia dortmund
bundesliga
reprezentacja polski
Robert Lewandowski
transfery
21:35, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
środa, 14 grudnia 2011
Rozmyślałem nad alternatywną superdrużyną roku 2011 - w zeszłym roku ulepiłem ją z ludzi, którzy moim zdaniem zdolni byliby przeciwstawić się Barcelonie, teraz rozciągnąłem formułę na zdolnych przeciwstawić się Barcelonie oraz Realowi Madryt. Powodowała mną desperacja. Hiszpańscy giganci zdominowali futbol, więc wybierając jedenastkę najlepszych klasyczną, musiałbym tasować znów tymi samymi nazwiskami. Nuda. Odrzuciłem zatem nazwiska katalońskie i madryckie, a potem przytkało mnie przy dumaniu o prawej obronie. Naturalnej kandydatury z lat minionych - Maicona - nie mogłem brać pod uwagę wcale, odkąd bowiem Inter Mediolan został porzucony przez Jose Mourinho, Brazylijczykowi wyraźnie mniej się chce, a ostatnio głównie się leczył. Wykluczyłem też Philippa Lahma, bo on zasuwa w Bayernie na flance lewej. I tak oto podczas myślowego spaceru od nazwiska do nazwiska dotarło do mnie, że całkiem poważnym pretendentem do plebiscytowych nominacji stał się Łukasz Piszczek. Nie twierdzę, że był najlepszym po Danim Alvesie i Sergio Ramosie (też ostatnio przesuniętym do centrum defensywy) prawym obrońcą roku 2011, ale zarazem nie mam wątpliwości, iż nie wygląda na obce ciało ustawiony obok tercetu Gregory van der Wiel (Ajax Amsterdam), Maxi Pereira (FC Porto, urugwajski złoty medalista Copa America) i Branislav Ivanović (Chelsea). By zresztą upewnić się, czy perspektywy nie wykrzywia mi mimowolny polonocentryzm, zajrzałem do rankingu „Kickera”. Okazało się, że niemiecki magazyn uważał Polaka za najlepszego prawego obrońcę Bundesligi w sezonie poprzednim i uważa go za najlepszego w sezonie bieżącym. Oczywiście Piszczek przyciąga uwagę głównie w ofensywie (2 gole i 9 asyst w 48 ligowych meczach Borussii, mnóstwo kluczowych podań, precyzyjne dośrodkowania, odwaga w grze jeden na jeden, stałe zaangażowanie w ataki drużyny etc), w obronie wygląda już przeciętniej, ale to przywara drugorzędna i zjawisko dość powszechne, dotykające wielu wysoko cenionych graczy z tej pozycji. W tym stuleciu tylko jednego polskiego piłkarza brali pod uwagę autorzy zestawień klasyfikujących czołowych piłkarzy w Europie - Artura Boruca, wyeksponowanego kiedyś na podium przez „La Gazzettę dello Sport”. Piszczek raczej mu nie dorówna, ale wśród rodaków pozostaje przypadkiem wybitnie niezwyczajnym. Choć jaśniej świecą u nas gwiazdy Lewandowskiego czy Szczęsnego, to właśnie on w kontynentalnej hierarchii wspiął się najwyżej. Młodzieniec z Arsenalu w czołowej dziesiątce bramkarzy w Europie się na razie nie mieści, snajper Borussii wśród napastników nie mieści się nawet w czołowej dwudziestce. Piszczek do ścisłej czołówki prawych obrońców dobiegł - nawet gdybyśmy za lepszych uznali wszystkich wyżej wymienionych (Alves, Ramos, Lahm, van der Wiel, Pereira, Ivanović) i jeszcze dołożyli do nich - rzucam na szybko, z pamięci - Micaha Richardsa (choć trener Mancini wzdycha, że zbyt często zapomina zabrać na mecz rozum), Valona Behramiego (choć będziemy musieli go cofnąć z pomocy) albo Kyle’a Walkera (choć dopiero zaczął się popisywać). Może to właśnie Łukasz Piszczek zasługuje na tytuł polskiego piłkarza roku 2011?
piątek, 25 listopada 2011
Grają w różnych miastach, ale mecze między nimi można nazywać derbami bez konieczności sztucznego rozciągania tego pojęcia, oryginalnie zarezerwowanego dla bitew lokalnych, na każdą gorętszą rywalizację futbolową, tak jak rozciągnięto je na rywalizację Barcelony z Realem Madryt czy Interu Mediolan z Juventusem Turyn. Tutaj rzeczywiście ścierają się sąsiedzi - kibice z Gelsenkirchen będą potrzebowali jutro ledwie półgodzinnej jazdy podmiejską kolejką, by dotrzeć na stadion w Dortmundzie i obejrzeć tzw. „Revierderby”. Zagłębie Ruhry to niemiecki odpowiednik naszej konurbacji śląskiej, więc Borussię i Schalke chciałoby się odruchowo porównać do Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów. Też są w regionie najpotężniejsze i bardzo zasłużone historycznie, też wywołują największe emocje. Tyle że kluby śląskie popadły w ruinę - nie wznoszą pięknych stadionów (choć cała Polska wznosi), ich piłkarzy ogląda niewielu kibiców, po 1989 roku ani razu nie zdobyły mistrzostwa kraju, od kilkunastu lat zdarza się im co najwyżej doskoczyć - z rzadka - na najniższy stopień podium. O ich współczesnych popisach w europejskich pucharach lepiej nie wspominać. Śląska potęga w futbolu to przeszłość. Zamierzchła. Potęga Borussii i Schalke to teraźniejszość i przyszłość. Dortmundzcy piłkarze grają przy najwyższej po Barcelonie i Realu frekwencji w Europie, wszystkie cztery tytuły mistrzów Bundesligi wzięli po 1994 roku, u schyłku XX wieku triumfowali też w Champions League, a teraz, po wydobyciu się z zapaści grożącej bankructwem, do niej wrócili. Schalke przyjmuje kibiców na cudzie stadionowej architektury (z rozsuwanym dachem i fantastycznym muzeum), ostatnio niemal nie spada z ligowego podium (cztery wicemistrzostwa w ostatniej dekadzie), wiosną zdobyło krajowy puchar i wyrzuciło z Ligi Mistrzów broniący tytułu Inter Mediolan, by odpaść dopiero w półfinale. Fani regionalnych potentatów tak się nie znoszą, że nie potrzebują meczu, by uczucia publicznie i hałaśliwie manifestować. Przed trzema laty dortmundczycy urządzili fiestę z okazji jubileuszu - minęło właśnie pół wieku, odkąd rywale po raz ostatni zostali mistrzami Niemiec. Ekstazę przeżyli też rok wcześniej - Schalke miało szansę na tytuł, lecz po trzech miesiącach spędzonych na pozycji lidera straciło ją w przedostatniej kolejce, przegrywając na stadionie Borussii. Wyobraźcie sobie, co grało wówczas w dortmundzkich duszach, skoro ten klub wypuszcza ostatnio koszulki upamiętniające każdy derbowy sukces. Najbardziej niezwykle działo się jednak w 1997 roku. Schalke przegrywało w Dortmundzie (Borussia była aktualnym triumfatorem Ligi Mistrzów) do ostatnich sekund. Remis dał gościom gol bramkarza Jensa Lehmanna (do obejrzenia tutaj), który zresztą niedługo potem swoje barwy, mówiąc językiem kibicowskim, zdradził. W Gelsenkirchen przeżył 10 lat, by po nieudanym epizodzie w Milanie założyć bluzę Borussii. Takie historie, jak wiadomo, derbową rywalizację, z definicji zajadłą, jeszcze wzmagają. A im bardziej ją wzmagają, tym większą szansę najważniejsze mecze sezonu dają piłkarzom, by pozostać w kibicowskich sercach na zawsze. W tym wypadku także naszym piłkarzom. Robert Lewandowski powinien te przesiąknięte adrenaliną wieczory lubić, w końcu zeszłej jesieni swojego inauguracyjnego gola w Bundeslidze wbił właśnie Schalke (a wszedł tylko na kwadrans). Czy uda mu się ponownie? Pytam, bo dostałem od Eurosportu (Eurosport2 będzie jutro mecz transmitował, o 15.30) dortmundzką piłkę z autografami wszystkich piłkarzy Borussii (sfotografował ją dla mnie Kuba Atys, żebyście uwierzyli, że ją mam;-)), którą oddam temu, kto najcelniej odpowie na derbowe pytania. Skoro dajecie radę przewidywac odległą przyszłość w konkursie na Jasnowidza roku, to z poniższym problemu być nie powinno: 1) Jaki będzie jutro wynik? 2) Ile goli strzeli Lewandowski? 3) Ile asyst będzie miał Lewandowski? 4) Ile rzutów karnych wypracuje Lewandowski? 5) Ile goli strzeli Łukasz Piszczek? 6) Ile asyst będzie miał Piszczek? 7) Ile goli strzeli Kuba Błaszczykowski? 8) Ile asyst będzie miał Błaszczykowski? 9) Czy Błaszczykowski zagra dłużej niż pół godziny? 10) Ile żółtych kartek dostaną Polacy? Potrzebujących piłki proszę o odpowiadanie na forum. A po meczu - powrót na blog, samodzielne podliczenie trafnych odpowiedzi (za każdą jeden przyznaję punkt) i podanie wyniku. Zwycięzcy wyślę piłkę. W razie remisu na szczycie urządzimy dogrywkę przy następnych meczu Borussii.
sobota, 29 października 2011
Do publicystycznej paplaniny o nowym aspekcie komercjalizacji futbolu - jej wpływie na język prezesów i trenerów - skłoniła mnie reakcja szefa Borussii Dortmund na niepowodzenia w Lidze Mistrzów. I napisałem. Przeczytacie po kliknięciu tutaj.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||