Wpisy z tagiem: borussia dortmund

czwartek, 13 kwietnia 2017

Liga Mistrzów, Borussia Dortmund, zamach

Thomas Tuchel oskarża europejskie władze futbolowe, że jego piłkarze zostali zmuszeni do gry w Lidze Mistrzów ledwie 24 godziny po ataku bombowym na klubowy autokar, w którym ranny został jeden z nich, obrońca Marc Bartra. „Nikt nas o nic nie spytał”, „czuliśmy się bezsilni i potraktowani, jakby ktoś w nas rzucił puszką piwa”, „chcieliśmy mieć więcej czasu na poradzenie sobie z sytuacją, ale go nie dostaliśmy”. Co istotne, trener Borussii Dortmund protestował jeszcze przed meczem z AS Monaco, nie wolno posądzać go o szukanie usprawiedliwień po porażce.

UEFA w oficjalnym oświadczeniu przysięga, że porę rozpoczęcia odwołanego spotkania konsultowała z oboma klubami i od żadnej ze stron nie usłyszała sugestii, jakoby piłkarze którejkolwiek ze stron nie chcieli grać.

Słowo przeciw słowu, ustalenie prawdy będzie być może niemożliwe. Jak zazwyczaj, gdy negocjacji nikt ani oficjalnie nie protokołuje, ani nawet nie podsłuchuje. Trudno posądzać o konfabulowanie piłkarzy, mających oczywiste prawo do bycia nie w nastroju na mecz – Sokratisa Papastathopoulosa („czułem się traktowany jak zwierzę”, „UEFA musi zrozumieć, że jesteśmy ludźmi, mamy w domach dzieci”), Nuriego Sahina („do wejścia na boisko w drugiej połowie w ogóle nie myślałem o futbolu”), Matthiasa Gintera („nikt z nas nie chciał dzisiaj grać”) czy Marcela Schmelzera („bardzo szkoda, że nie wyznaczono innej daty”). Nawet jeśli oni wyrażali żal już po porażce. Niełatwo też uwierzyć w tępe okrucieństwo europejskich oficjeli. I dlatego, że po zamachach przywykliśmy do powszechnych gestów solidarności oraz głębokiego zrozumienia, i dlatego, że zmuszanie zszokowanych sportowców do gry byłoby wizerunkowym samobójstwem. Także ze względów czysto biznesowych z trudem wyobrażam sobie, jak Borussia głośno prosi o dłuższą zwłokę, a władze UEFA rzucają twarde „nie”.

A jeśli – pohipotetyzuję – to dortmundzcy działacze podjęli decyzję niejako w imieniu drużyny? Jeśli zgrzeszyli zaniedbaniem, zbyt lekkomyślnie i prędko, bez długiego sondowania piłkarzy, przystając na 18.45 w środę? UEFA i inne władze sportowe zasadniczo nigdy nie rozmawiają o sprawach organizacyjnych bezpośrednio z zawodnikami, lecz z reprezentującymi ich instytucjami. A szefowie Borussii również zdają sobie sprawę, iż terminarz rozgrywek jest napięty.

Po zamachach często słyszymy mający dodać nam otuchy refren, wedle którego „terroryści nie wygrali”, bo „nie zmienimy naszego stylu życia”, „będziemy wierni swoim wartościom” etc. Pocieszające, acz nie całkiem prawdziwe – zbrodniarze jednak przekształcają rzeczywistość. Wpływają na stanowione prawo, skłaniając nas do ograniczenia wolności dla zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, choćby urojonego; wywołują lęk, zresztą często niewspółmierny do zagrożenia, skoro ryzyko śmierci w wypadku samochodowym czy innych prozaicznych okolicznościach pozostaje wielokrotnie wyższe niż śmierci w ataku bombowym; często wzmagają niechęć lub nienawiść do Bogu ducha winnych obcych, choć ci też są ofiarami, a nie wspólnikami morderców. Terroryści przegrywają co najwyżej wtedy, gdy nie uda im się zabić. Jak w Dortmundzie.

I wówczas – ale również po ataku udanym – życie pomimo żałoby istotnie toczy się dalej. Co w sporcie polega na tym, że kontynuujemy rozgrywki. Albo natychmiast, albo trochę je odwlekając, albo odkładając powrót do walki na następny sezon. Każdy przypadek jest inny, każdy analizujemy osobno. A podjąć decyzję rozsądną, odpowiadającą wszystkim i trafiającą we wszystkie wrażliwości, jest raczej trudno niż łatwo.

Jeśli piłkarze Borussii nie czuli się na siłach, by grać, to nie mamy prawa z nimi dyskutować. Nie nam eksplodowało przy uszach, nie wiemy, co przeżyli. We wtorek wszyscy działali jednak w sytuacji nadzwyczajnej, krytycznej. W świecie piłki nożnej nie istnieją precyzyjne procedury reagowania na zamachy, bo procedury zwykle powstają dopiero wtedy, gdy pojawia się praktyczna potrzeba. Nawet przy maksimum dobrej woli przedstawiciele UEFA, Borussii i Monaco, jeśli starali się postępować pragmatycznie, mieli zatem aż nazbyt dużą szansę na popełnienie błędu. Zwłaszcza że obie drużyny wciąż rywalizują w trzech rozgrywkach. I szefowie obu mogli czuć presję czasu.

Jak istnieje refren o terrorystach, którzy „z nami nie wygrali”, tak istnieje klisza o działaczach sportowych jako typach obowiązkowo bezdusznych, cynicznych, gotowych sprzedać sumienie za jednego dolara więcej. Nie powstała z niczego, więc umiem sobie wyobrazić, że i tu zadziałała inspirowana chciwością bezwzględność (choć podejrzenie obejmuje ludzi i UEFA, i obu klubów). Trudniej mi uwierzyć, że europejskie władze rozkazałyby grać, gdyby prezes Borussii oficjalnie ogłosił, iż rozbita psychicznie drużyna nie jest w stanie wyjść na boisko. Nie ze względu na nieprzebrane pokłady empatii, lecz z dbałości o interes.

W każdym razie terroryści, którzy początkowo wydawali się w Dortmundzie przegrać, coraz bardziej wygrywają. Z każdą kolejną chwilą awantury. Wywołali chaos w Lidze Mistrzów, sprowokowali wojnę domową w europejskiej piłce nożnej, obudzili demony w jaźniach kibiców, którzy albo zarzucają najgorsze intencje UEFA, albo – w skrajnych przypadkach, niepojęte – widzą w piłkarzach Borussii rozhisteryzowanych mięczaków.

środa, 04 lutego 2015

Pierwszy raz uwierzyłem, że Borussia – finalista Ligi Mistrzów sprzed półtora roku, uwodząca mnóstwo neutralnych kibiców z całej Europy – może spaść z Bundesligi. W meczu z Augsburgiem zobaczyłem drużynę kompletnie sflaczałą, już po półgodzinie wysłałem do Michała Szadkowskiego esemesa z wróżbą, że dortmundczycy przegrają 0:1. Przegrali i na coraz bardziej realną wygląda opowieść jak z Archiwum X, we współczesnym futbolu absolutnie bezprecedensowa. Zdarza się, że firma formatu Glasgow Rangers zostaje wykopana do czwartej ligi – ale powodem są finanse. Zdarza się, że firma formatu Juventusu zostaje strącona do drugiej ligi – ale powodem jest korupcja. Kazus Borussii jest unikalny dlatego, że Borussia upada sportowo. Klub od czterech sezonów mistrzowski lub wicemistrzowski niemal z dnia na dzień stoczył się na dno.

Nie mam pojęcia, dlaczego się stoczył. I nie przeczytałem żadnego tekstu satysfakcjonująco wyjaśniającego, dlaczego się stoczył. Napisano sporo akapitów analizujących jej boiskową słabość, ale nigdzie nie wyjaśniono, co tam, do cholery, się właściwie dzieje. Samolot pikuje, choć wciąż prowadzi go świetny pilot Jürgen Klopp. Jakby wpadł w Trójkąt Bermudzki.

Zwalniać trenera czy nie zwalniać? Wiem, pytanie brzmi bluźnierczo, w Dortmundzie kochają Kloppa na zabój, gdyby spuścił drużynę do drugiej Bundesligi, to w ostatnim meczu trybuny będą go żegnać owacją na stojąco, jak kiedyś Briana Clougha – gdy spuszczał do drugiej ligi Nottingham Forest. Wiem, niezwalnianie to fetysz wszystkich fanów brzydzących się brutalnością realiów nowoczesnego futbolu, wręcz wartością samą w sobie. Wiem, nikt w Borussii poważnie o tym nie pomyśli. A może jednak powinien pomyśleć? Jeśli w następnej kolejce przyjdzie porażka z przedostatnim w tabeli Freiburgiem, to władze klubu nadal mają nie reagować?

Zwalniać trenera czy nie zwalniać? Pytanie stawiać trzeba, wszak chyba się zgodzimy, że celem Borussii jest utrzymanie, a nie napawanie się wizerunkiem klubu, którym nie rządzą narwani niewdzięcznicy, lecz ludzie wierzący, że Klopp wygrał tak dużo, że zasłużył na prawo do porażki. Czy to jednak zarazem prawo do poniesienia totalnej klęski? Grożącej kolejnym wieloletnim uwiądem, skoro wiadomo, że piłkarze klasy Hummelsa czy Reusa drugiej ligi nie zdzierżą?

Zwalniać czy nie zwalniać? Gdyby Borussia już spadła, nie miałbym wątpliwości – Klopp musi zostać, niech naprawia to, co zepsuł. Ale Borussia jeszcze nie spadła. Borussia wygląda na razie coraz beznadziejniej i potrzebuje nowej nadziei. I niewykluczone, że Klopp jako postać ucieleśniająca nadzieję sprawdza się coraz słabiej.

Dla jasności: nie mam przekonania, że dortmundczycy powinni zmienić trenera. Zadaję tylko pytania, które powinny migotać w głowie szefów klubu. I to migotać z intensywnością niespotykaną, bo Borussia mierzy się ze zjawiskiem niespotykanym w wielkich klubach. Można prędko tracić szansę na tytuł, można znienacka wypadać z europejskich pucharów, można nawet skarleć do ligowego średniaka. Ale z czuba tabeli runąć na jej dno?! I to w sezonie, w którym śpiewająco zdało się egzamin z fazy grupowej Ligi Mistrzów?!

Dzisiejsza sytuacja Borussia to wielki temat, na pewno zbyt duży, bym był w stanie go publicystycznie udźwignąć. Nie obejmuję zjawiska, po prostu. Umiem tylko wkleić tu sondaż z pytaniem o to, jaką decyzję podjęliby czytelnicy mojego bloga, i poprosić, by pochylili się nad problemem na forum. Jeszcze raz: ja wydarzeń dortmundzkich rozumem nie ogarniam i nie natknąłem się jeszcze na nikogo, kto by ogarniał.




czwartek, 29 stycznia 2015

Borussia Dortmund, Jurgen Klopp, Bundesliga

– W przerwie zimowej czułem się tak, jakbym spędzał wakacje w łóżku pełnym gwoździ – wzdycha trener Jürgen Klopp. Od soboty będzie próbował podnieść Borussię z dna Bundesligi.

To w ostatnich latach chyba najbardziej tajemnicza historia na futbolowych szczytach. Dlaczego porywająca całą Europę drużyna, która zdołała rzucić wyzwanie wszechpotężnemu Bayernowi Monachium i przez cztery sezony z rzędu zdobywała mistrzostwo lub wicemistrzostwo kraju, stoczyła się na przedostatnie miejsce w tabeli?

Analitycy wskazywali przyczynę najbardziej oczywistą – epidemię kontuzji, być może wywołaną stylem gry preferowanym przez Kloppa, który lubi, gdy piłkarze omdlewają po meczu z wycieńczenia. Tylko Pierre-Emerick Aubameyang i Łukasz Piszczek zdołali wytrzymać na boisku przez co najmniej 1100 z 1530 minut jesiennych meczów ligowych. Kierującego obroną Matsa Hummelsa nie było przez połowę rundy; najbardziej wirtuozerski zawodnik ofensywny Marco Reus rozegrał ledwie siedem spotkań; kompletnie rozpadła się linia pomocy, więc trener najintensywniej eksploatował 34-letniego już Sebastiana Kehla. A z ataku zostały zgliszcza po utracie wszechstronnego, zawsze przykuwającego uwagę co najmniej dwóch rywali Roberta Lewandowskiego. Jego następcy Ciro Immobile oraz Adrián Ramos rozczarowują tak bardzo, że trudno się nawet zorientować, kogo wyżej w hierarchii umieszcza trener Klopp.

To wszystko realne kłopoty Borussii, ale najbardziej zdumiewa to, że dortmundczycy, choć słabsi niż w minionych sezonach, wcale nie grali aż tak źle, by leżeć na dnie tabeli wraz z mającym identyczny dorobek Freiburgiem. Tylko Bayern dłużej od nich utrzymywał piłkę; tylko Bayern i Bayer oddały więcej strzałów; tylko Bayern i Bayer pozwalały rzadziej uderzać rywalom; tylko trzy drużyny Bundesligi celniej podawały; tylko pięć drużyn skuteczniej dryblowało. Niemal wszystkie cząstkowe statystyki sugerują, że wicemistrzowie Niemiec „zasługują” na pozycję nie tyle wyższą niż strefa spadkowa, ile bliską czołówki lub wręcz jedną z czołowych. Że ich jesień przypominała niekończący się mecz, w którym mieli przewagę, czasami bezdyskusyjną, lecz nie potrafili jej zatwierdzić golami. Niechlujstwo napastników? A może również monstrualny, rozciągnięty w czasie pech? Przecież w LM Borussia zwyciężała, ba, w sześciu meczach wbiła 14 goli.

Kiedy w kraju gubiła kolejne punkty, wszyscy kręcili w zbaranieniu głowami i powtarzali, że to przejściowe kłopoty, że już za tydzień wszystko wróci do normy. Pozycja trenera, który beznadziejnie przeciętny i zbiedniały klub wyniósł do finału Ligi Mistrzów w 2013 r., też nigdy nie była zagrożona – co zresztą również czyni dortmundzki przypadek absolutnie unikalnym: trudno wyobrazić sobie inną firmę z ambicjami, której szefowie (i kibice!) wytrzymaliby psychicznie tak długi kryzys. W końcu Borussia znów spotężniała, jest 11. pod względem przychodów klubem świata; sezon bez Champions League będzie dla niej klęską. I prawdopodobnie przed większym wyzwaniem niż wiosenna walka o utrzymanie w Bundeslidze – stanie latem. Zagraniczni potentaci łypią pożądliwie na obie największe gwiazdy – Reusa oraz Hummelsa – a to piłkarze o ambicjach ponadlokalnych. Jak ich zatrzymać?

Trener Klopp upiera się, że w pełni kontroluje sytuację. Zimą odzyskał część kontuzjowanych – przede wszystkim Reusa, nie tylko kreatywnego, ale i bardzo precyzyjnie uderzającego, zdolnego wyręczać napastników. Ściągnął też 24-letniego Słoweńca Kevina Kampla, którego uważa za stworzonego do stylu Borussii – to ruchliwy drybler, ze zmysłem do gry kombinacyjnej, w Salzburgu przywykł do wymaganego w Borussii agresywnego pressingu. W zimowych sparingach bardzo obiecująco współpracował z Reusem.

Wyniki sparingów wyglądają przyzwoicie (po 1:0 ze Sionem, Steauą i Utrechtem, 1:1 z Fortuną Düsseldorf, dwa z czterech goli strzelił Jakub Błaszczykowski), ale zwłaszcza ostatni nikogo nie uspokoił. Nawet w meczu z drugoligowcem niepewnie zachowywała się defensywa – gola Borussia straciła, gdy Hummels ze Schmelzerem próbowali łapać napastnika na spalonym, a Piszczek z Papastatopulosem wprost przeciwnie.

W sobotę będzie trudniej, dortmundczycy wyjeżdżają do trzeciego w tabeli Bayeru Leverkusen. Jeśli znów im się nie powiedzie, presja jeszcze wzrośnie. Zacznie się przypominanie, że Bundesliga przeżyła już najbardziej niewyobrażalne katastrofy. Właśnie Bayer tuż po awansie do finału Ligi Mistrzów w 2002 r. utrzymał się w Bundeslidze dopiero w ostatniej kolejce (jemu też Bayern podebrał dwie największe gwiazdy!). A piłkarze z Norymbergi zlecieli z niej w 1968 r., gdy… bronili mistrzostwa kraju.

wtorek, 02 grudnia 2014

Borussia Dortmund, Jurgen Klopp

Dortmundzki klub stał się zjawiskiem, jakiego europejski futbol nie oglądał. Fascynującym i niewytłumaczalnym. W grupie Ligi Mistrzów pręży się na szczycie tabeli, w Bundeslidze leży na jej dnie.

Trenerowi Jürgenowi Kloppowi kibice i znawcy ufają absolutnie, więc długo we wszelkich wpadkach widzieli kłopoty jedynie przejściowe. Zwłaszcza że piłkarze zachowywali się dezorientująco. We wtorek potrafili zdominować Arsenal (13-2 w strzałach), by w sobotę przegrać z przeciętnym Mainz. Rozbijali na wyjazdach Anderlecht (3:0) i Galatasaray (4:0), by po kilku dniach oddawać mecze u siebie HSV i Hannoverowi. Zataczali się od ściany do ściany, a fani wciąż ich fetowali. Z wdzięczności za minione lata, które dały im tyle frajdy – Borussia najpierw rzuciła w kraju wyzwanie finansowemu hegemonowi Bayernowi i dwukrotnie triumfowała w Bundeslidze, a następnie dofrunęła do finału Ligi Mistrzów.

– Kiedy idziesz po linie wiszącej 50 metrów nad ziemią i wszyscy czekają, aż spadniesz, to jest ci trudniej, niż wtedy, gdy czujesz wsparcie. My też potrzebujemy wsparcia. Krzyk nam nie pomoże – mówił obrońca Neven Subotić. I dziękował kibicom. Było tak słodko, że według „Bilda” bezkrytyczny aplauz fanów zaniepokoił szefów klubu, miał bowiem dawać piłkarzom rozprężające poczucie bezpieczeństwa.

Ci ostatni gwizdy wreszcie usłyszeli. W niedzielę, gdy po porażce we Frankfurcie ocknęli się na ostatnim miejscu w tabeli. Poprzednio Borussia stoczyła się tam w 1985 roku.

W zapaść wpędziła ją, jak niemal zawsze w futbolu, kombinacja czynników.

Być może najważniejszy to dortmundzki styl gry. Przybywa powodów, by podejrzewać, że piłkarzy wykańcza. Idee Kloppa są powszechnie znane. Uprawiamy futbolowy heavy metal – tłumnie dopadamy do przeciwnika nie wtedy, gdy ma piłkę, ale wtedy, gdy właśnie ją odzyskał (sławny kontrpressing zamiast pressingu), zrzucamy na niego ścianę dźwięku i zanim ogłuszony się pozbiera, ponawiamy własny atak. Zasuwamy do upadłego, bo nasz trener pragnie widzieć nas umorusanych, półżywych, „niezdolnych do kopnięcia piłki przez następne cztery tygodnie”. W tamtym finale LM dortmundczycy wypruli się z siebie bodaj dwa kwadranse gry fenomenalnej, ale narzucili tempo, którego nie zniósłby nikt. I przegrali. A potem Subotić mówił o pressingu w amoku, wyniszczającym kondycyjnie prześladowaniu rywali na ich połowie.

Dzisiejsza Borussia już nie pulsuje energią. Albo inaczej – pulsuje incydentalnie, w takie święta, jak szlagier z Bayernem, przegrany minimalnie. 11 z 17 ligowych goli straciła w końcowej półgodzinie gry. W Paderborn oddała punkty beniaminkowi, choć do przerwy prowadziła 2:0. Piłkarzy seryjnie rozkładają też kontuzje – zwłaszcza, ci symptomatyczne, tych grających u Kloppa od lat! – co nie pozwala szlifować mechaniki gry w nowym składzie, a także zmusza do zastępowania wyczynowców formatu Matsa Hummelsa popełniającymi gafę za gafą młodzieńcom w typie Matthiasa Gintera.

Postać tego ostatniego, który przyszedł w glorii gwiazdy jutra, przypomina, jak osłabła transferowa intuicja – szczęście też odgrywa tu istotną rolę – dortmundczyków. Czego zresztą należało się spodziewać. Borussia wybierała z takim powodzeniem – choćby trzej Polacy, wzięci za darmo lub półdarmo – że musiała wreszcie zacząć się mylić. Na tym rynku nigdy nie kupuje się gwarancji niczego, a wyższe wydatki paradoksalnie nie zawsze dają wyższą jakość. Czasem płacisz 4 mln za anonimowego w Europie króla strzelców marnej ligi polskiej, który rozbłyskuje na megagwiazdę, a czasem dajesz 20 mln za teoretycznie gotowego do gry na wysokim poziomie króla strzelców renomowanej ligi włoskiej (Ciro Immobile) i masz w nim jednego z najsłabszych piłkarzy.

Stratę Roberta Lewandowskiego Borussia odczuwa dotkliwie. On był nie tyle jej najlepszym snajperem, ile zjawiskowym supersnajperem, często wbijał dwa razy więcej goli wobec niż drugi w drużynie – 36 przy 19 Marco Reusa w sezonie 2012/13 oraz 30 przy 15 Shinjiego Kagawy w sezonie 2011/12. Perfekcyjnie wpisywał się nie tylko w system gry trenera, ale też perfekcyjnie spełniał jego atletyczne oczekiwania – jako typ cyborgowaty wytrzymywał okrągłe 90 minut każdego meczu, obowiązkowo spędzonego na wściekłej szarpaninie z rywalami, a potem nie zgłaszał nawet zadraśnięcia. Dawał dortmundczykom nie mniej niż Luis Suárez dawał Liverpoolowi, klubowi również pogrążonemu w kryzysie po rozstaniu ze swym napastnikiem.

Niewykluczone też, że rywale, zwłaszcza krajowi, trochę się dortmundzkiego stylu „nauczyli”, bowiem Klopp trochę zapomniał, iż każda drużyna – o czym maniacko przypomina Pep Guardiola – musi stale ewoluować. Klopp, który jest w klubie nietykalnym guru, zwierzchnicy nawet nie rozważają rozglądania się za następcą. To też zresztą czyni Borussię przypadkiem unikalnym. Firmy o jej ambicjach wykopałyby trenera, zanim zdążyłby osiąść na dnie tabeli.

W każdym razie wszystkie podane hipotezy, nawet gdyby w komplecie odpowiadały prawdzie, nie wyjaśniają ostatniego miejsca w Bundeslidze. Już spadek z podium w środek tabeli byłby wszak niespodziewany. A klubu, który by seryjnie wygrywał w Lidze Mistrzów, a zarazem leżał na dnie ligi krajowej, świat dotąd nie oglądał.

Losy Borussii zdają się niepojęte, jednak trzeba pamiętać, że jej ostatnie miejsce nie jest „aż tak” ostatnie. W 13 kolejkach zdobyła 11 punktów, podczas gdy w lidze włoskiej najsłabsza Parma uciułała ich ledwie sześć, a Córdoba w lidze hiszpańskiej – siedem. W Bundeslidze też od jesieni 2000 roku nie zdarzyło się, by na tym etapie sezonu zamykała ją drużyna z tak okazałym dorobkiem. No i straty są stosunkowo niewielkie. Od miejsca dającego awans do eliminacji LM dzieli dortmundczyków 10 punktów.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że jeśli go nie uzyskają – a to już cel mało realny – to gwałtownie wyhamuje rozwój klubu, jakże ostatnio dynamiczny. Niemal na pewno ucieknie im kolejny znakomity gracz, najbardziej wartościowy w ofensywie Marco Reus, a wypadnięcie z elity drastycznie obniży zdolność transferową – zredukuje przychody oraz zniechęci piłkarzy pożądających Champions League. Borussia znów będzie musiała kopać głębiej, w murawach mniej obleganych przez wielkie kluby.

Jej kibice są poddawani morderczym wstrząsom. W drugiej połowie lat 90. trener Ottmar Hitzfeld zbudował im drużynę na miarę triumfu w Lidze Mistrzów, w Matthiasie Sammerze mieli zdobywcę Złotej Piłki, potem był jeszcze finał Pucharu UEFA, aż Borussia zadławiła się nieumiarkowanymi wydatkami na transfery, jej akcje na giełdzie straciły 80 proc. wartości, musiała obciąć pensje i sprzedać stadion. Była bliska bankructwa, niemal z sezonu na sezon zsunęła w środek tabeli Bundesligi. A teraz z sezonu na sezon z europejskich szczytów runęła na dno Bundesligi. Klub ekstremalny, tylko dla kibiców o najmocniejszych nerwach.

wtorek, 10 grudnia 2013

Borussia Dortmund, Jurgen Klopp, Liga Mistrzów

Awans dortmundczyków do 1/8 finału Ligi Mistrzów wydawałby się niemal formalnością, gdyby nie pokiereszowana drużyna, która składa się głównie z piłkarzy martwych, rannych oraz mozolnie wracających do gry po długotrwałym leczeniu.

Borussia w pełnym zdrowiu musiałaby być bezdyskusyjnym faworytem. Oto finalista poprzedniej edycji rozgrywek wyrusza do Marsylii – już pogodzonej z losem, opuszczonej przez wylanego w sobotę trenera, leżącej na dnie grupowej tabeli, bez punktów i szans, by wskoczyć przynajmniej na trzecie miejsce i wiosną pocieszać się w Lidze Europejskiej. Skromniejszy bilans miała do dziś tylko Viktoria Pilzno. Skromniejszy, bo przegrywała jeszcze dotkliwiej.

Ale Borussia ledwie żyje. Najpierw obumarła cała defensywa – nie ma środkowych obrońców Hummelsa i Suboticia, nie ma lewego Schmelzera, prawy Piszczek powoli oswaja się z murawą po półrocznej przerwie spowodowanej operacją biodra. A w trakcie sobotniego hitu Bundesligi z Bayerem Leverkusen kibice z przerażeniem patrzyli, jak padają pomocnicy Sahin i Bender – obaj wylądowali w szpitalu, obaj dołączyli do kurującego się całą jesień Gündogana. Cień szansy na grę zachował tylko ten pierwszy.

– Doświadczaliśmy już sytuacji tysiąc razy gorszych – uspokaja dyrektor generalny Hans-Joachim Watzke, który odbudowywał klub z ruiny finansowej. Odkąd jednak Borussia wróciła do europejskiej czołówki, aż tak poraniona nie była nigdy. Od wielkich firm różni ją kadrowe ubóstwo, więc trener Jürgen Klopp sprawdza na treningach, czy wyzwaniu podoła Koray Günter, stoper ledwie 19-letni, z ledwie jednym, kilkuminutowym epizodem w dorosłym futbolu – ściągnięty w trybie alarmowym weteran Manuel Friedrich, zresztą odstający od standardów dortmundzkich, nie jest zgłoszony do Champions League. Rozpadła się cała konstrukcja osłaniająca pole karne Borussii, ostał się tylko atak złożony z Błaszczykowskiego, Mchitarjana, Reusa oraz Lewandowskiego, choć także dwaj ostatni skarżyli się na drobne urazy.

Polaka pobolewała stopa, ale to chyba przede wszystkim dzięki jego końskiemu zdrowiu wycieńczona drużyna jest w stanie jeszcze chodzić. Wolny od kontuzji, nie odpoczywa prawie nigdy, jakby podtrzymywany przez świadomość, że innym napastnikiem – choćby półwartościowym – klub nie dysponuje. Nie dysponuje zwłaszcza napastnikiem o tak szerokich kompetencjach. Lewandowski ostro przykłada się do defensywy, stylem gry teoretycznie wystawia się na szczególne niebezpieczeństwo. W sobotę jak zwykle wdał się w zajadłą szarpaninę z rywalami, aż Emir Spahic brutalnie zaatakował go dwiema uniesionymi nogami i wyleciał z czerwoną kartką.

Im bardziej Borussia cierpi – Bayerowi Leverkusen uległa 0:1, traci do tego wicelidera Bundesligi już sześć punktów – tym bardziej nasz napastnik tyra, zamiast czerpać z gry czystą frajdę. Nic dziwnego, że coraz częściej brakuje mu w polu karnym precyzji i chłodnej głowy. Teraz wystąpi w 58. meczu w tym roku (wliczając obowiązki reprezentacyjne). Więcej nie musiał znosić żaden z największych goleadorów w Europie – tyle samo ma w nogach Edinson Cavani, uchodzący za niezniszczalnego Cristiano Ronaldo zagrał 57 razy, Zlatan Ibrahimovic 56, Robin van Persie – 51, Leo Messi – 49, Radamel Falcao – 48, Wayne Rooney – 47, Sergio Agüero – 46, Luis Suárez – 45. A Polaka wyróżnia jeszcze to, że i w klubie, i w reprezentacji z braku zmiennika właściwie zawsze wytrzymuje do ostatniego gwizdka. Nieźle jak na piłkarza, którego kibice obu drużyn podejrzewali o nielojalność – dla Polski miało mu się „nie chcieć”, z Dortmundu ucieknie po sezonie do Bayernu.

Lewandowski przetrwał, słabsi nie. Nie wiadomo tylko, czy stali się ofiarami wyłącznie wąskiej kadry, czy również ekstremalnej wizji futbolu swego trenera, który żąda, by biegali jak opętani, i lubi, gdy po meczu nie są w stanie się ruszyć. Ze statystyk wynika, że w wieczory Ligi Mistrzów zdarza im się pokonać na boisku taki dystans, jakby mieli w drużynie jednego człowieka więcej niż przeciwnik.

W Marsylii wystarczy dortmundczykom do awansu wynik nie gorszy niż uzyskany przez Napoli (podejmuje Arsenal), niewykluczone, że okaże się nim remis lub wręcz porażka. Zanim Liga Mistrzów zaśnie na zimę, i tak pozostaje im chyba mierzyć w cel minimum – wszystko jedno jak, byle dowlec się do 1/8 finału. Choćby po własnym trupie, przecież to bezlitosny Klopp lubi najbardziej.

wtorek, 17 września 2013

Finalistom poprzedniej Ligi Mistrzów znów nikt nie ufa. I niewykluczone, że nieufni znów srogo się zawiodą.

Niszczącą energią buchnęli w weekend. Rywali z Hamburga roznieśli sześcioma golami, na bramkę gości oddali 32 strzały, w piątej kolejce Bundesligi odnieśli piąte zwycięstwo. To najefektowniejszy start w całej historii klubu. Machina oblężnicza trenera Jürgena Kloppa miała się rozpaść, a na razie rozpadają się wszyscy, których zaatakuje. Na dzisiejszą inaugurację Ligi Mistrzów dortmundzcy piłkarze polecieli do Neapolu w formie, jak się zdaje, rewelacyjnej.

Ile by się jednak nie nawygrywali, reakcją zawsze jest niedowierzanie. I westchnienia, że następnym razem już na pewno się nie uda, że teraz pozostanie im już tylko słabnąć.

Kiedy w 2011 r. po długiej beznadziei finansowej i sportowej odzyskiwali mistrzostwo Bundesligi, nie mieli prawa go obronić – tradycją stało się wszak, że Bayern zrzeka się panowania najwyżej na sezon, potem rozdrażniony rozszarpuje rywali na strzępy.

Kiedy w 2012 r. mistrzostwo jednak obronili – i dołożyli Puchar Niemiec! – monachijscy faworyci wypominali im, że jesienią w LM rozłożyli się na dnie grupy, więc pozostają drużyną prowincjonalną, zdolną podrygiwać wyłącznie w kraju, gdzie im, monachijskim panom, zdarza się niekiedy zagapić.

Aż wiosną 2013 r. dortmundczycy pomknęli do finału Champions League, wywołując sensację o skali niewidzianej w tych rozgrywkach od blisko dekady. Ostatecznie przekonali wątpiących, wtargnęli do ścisłej europejskiej czołówki? W żadnym razie, wystarczy zerknąć na najświeższe notowania bukmacherów. Ci od Williama Hilla wyżej wyceniają możliwości nie tylko broniącego trofeum Bayernu, nie tylko Barcelony i Realu Madryt, nie tylko obu Manchesterów, Chelsea i Juventusu, oni więcej szans na majowy triumf przyznają nawet Paris Saint-Germain.

Powody do zwątpienia w Borussię były. Długo wyławiała z rynku wyłącznie piłkarzy dostępnych za drobne – nawet 4 mln euro z okładem za Roberta Lewandowskiego wyglądały przy jej standardach ekstrawagancko – zatem stale rosło ryzyko, że się wreszcie pomyli, i to grubo. Co sezon traci kluczowe postaci, najpierw był to najlepszy ligowy pomocnik Nuri Sahin, następnie główny procesor ofensywy Shinji Kagawa, wreszcie jeszcze w trakcie minionego sezonu wyszło na jaw, że Bayern podbierze jej Mario Götzego, zdaniem samych Niemców najcudowniejszego dzieciaka ich futbolu. No i dysponowała wąziutką kadrą, pojedyncze urazy mogły zniweczyć jej wysiłek. Takie kluby w elicie już się nie zdarzają.

Dlatego w Borussię wielką nie tylko incydentalnie nikt nie umiał – nie umie? – uwierzyć. Dlatego że różniła się od konkurencji totalnie. Jej trener gimnastykował się, by na szlagierowe wieczory wypuszczać zawsze tych samych ludzi, gdzie indziej trenerzy zniosą niemal dowolną liczbę kontuzji, bo w rezerwie przebierają wśród graczy za kilkadziesiąt milionów. Ba, niekiedy wypadki losowe sprzyjają utrzymaniu w dobrym samopoczuciu tych, którzy tężeli od przymusowej bezczynności.

Dortmundczycy tego lata też wreszcie mieli do wydania cięższy pieniądz, bowiem do przychodów z Ligi Mistrzów dołożyli 43 mln euro wyciągnięte z Götzego. I rzeczywiście, nie dusili grosza, jednak nade wszystko Klopp znów błysnął intuicją w doborze piłkarzy niby wyjętych z kompletnie innych światów, a idealnie – co się okazało – na boisku kompatybilnych. Jak przed dwoma laty zaprosił japońskiego drugoligowca Kagawę i pochodzącego z krainy napastników wyłącznie pokracznych Lewandowskiego, tak teraz pożenił Ormianina z ligi ukraińskiej Henricha Mchitarjana z gabońskim wicekrólem strzelców ligi francuskiej Pierre’em Aubameyangiem. I zupełnie nie widać, by dortmundzcy atakujący musieli się siebie wzajemnie uczyć.

Przeciwnie, sprawiają wrażenie, jakby współdziałali jeszcze sprawniej, na jeszcze wyższym poziomie energetycznym, na wyższej prędkości niż wiosną. Jeśli Aubameyang rozpędza się do 35 km/godz., to znaczy, że atak zyskał napęd rakietowy.

Europa skupiona na podglądaniu awantury o Lewandowskiego chyba przeoczyła, że skazywana na rozbiórkę Borussia nie tyle się nie osłabiła, ile wzmocniła. Właściciel Napoli przed dzisiejszym meczem nazywa ją z respektem „potworem z trzema głowami” i wcale nie przesadza, jego metafora brzmi raczej zbyt skromnie. W dortmundzkim kwartecie ofensywnym każdy – poza wspomnianymi Lewandowskim, Aubameyangiem i Mchitarjanem także Marco Reus – ma albo świetnie ułożoną stopę, albo snajperski instynkt, więc nie obowiązuje tam sztywny podział na strzelających i podających, wystrzału musisz się spodziewać wszędzie, to są przynajmniej cztery ziejące ogniem głowy. A przecież do zdrowia wraca Kuba Błaszczykowski, przecież coraz pazerniejszy na kontrolowanie środka pola jest przygarnięty po nieudanej emigracji Sahin, który w tym sezonie wcale nie schodzi z boiska...

Klopp rozszerzył sobie pole manewru, co może okazać się niezbędne, jeśli jego kariera ma rozwijać się według planu: najpierw nauczyłem się wygrywać Bundesligę, potem awansowałem na pułap Champions League, teraz wypada poszaleć na obu piętrach. Zwłaszcza że losowanie wtrąciło go do chyba najsilniej obsadzonej grupy, z Napoli przejętym przez wybitnego specjalistę od europejskich pucharów Rafę Beniteza oraz Arsenalem natchnionym pozyskaniem Mesuta Özila. Nad konkurentami ma tę istotną przewagę, że u wszystkich faworytów rozgrywek – jeden niemiecki, dwóch hiszpańskich, trzej angielscy – swoje porządki wprowadzają nowi trenerzy. I ów okres przejściowy widać na boisku.

A w Borussii widać mniej więcej to samo, tylko lepiej. Teza być może do obalenia (może obali ją rozpędzone Napoli), ale niekoniecznie – nikt na kontynencie nie zasuwa obecnie w jej tempie.

piątek, 14 czerwca 2013

Na pewno wiemy tylko tyle, że Robert Lewandowski oddałby duszę za transfer do Bayernu. Właśnie do Bayernu. Nie chodzi mu o transfer „z”, ale transfer „do”. Piłkarze, którzy poczują się więksi niż dotychczasowy klub i planują awansować  – sportowo i finansowo – ogłaszają zazwyczaj, że chcą odejść. Nasz napastnik posunął się dalej. Wskazał swój następny adres. I to adres największego wroga. Dał wyraz skrajnej determinacji i absolutnego przekonania, że już dla dortmundzkiego tłumu nie zagra.

Nie mam pojęcia, czy podpisał z monachijczykami jakąś wstępną umowę (to byłoby nielegalne), czy wpływają na jego decyzje kontrakty reklamowe (też już umówione), czy uznał, że wyprawa do Bayernu najbardziej mu się przysłuży ze względów czysto merytorycznych, czyli piłkarskich – bo Bundesligę już zna, nie będzie musiał naprędce uczyć się nowego języka, idzie do triumfatora Ligi Mistrzów typowanego na wieloletniego imperatora, na podbój lig hiszpańskiej czy angielskiej ma jeszcze czas. Bezsporne jest tylko jego parcie na Monachium. Rozplotkowane media wpychają go do Barcelony czy Chelsea, jednak logika nakazuje raczej słuchać telewizji Sky Italia informującej, że polski napastnik odmówił Realowi Madryt, choć Borussia zaakceptowała proponowane 30 mln euro.

Czy powinniśmy natomiast ufać Hansowi-Joachimowi Watzkemu, który publicznie przysiągł, że Borussia na pewno nie odsprzeda Lewandowskiego Bayernowi? Że rozważy oferty zagraniczne, ale uparte trwanie przy marzeniu o Monachium skaże piłkarza na jeszcze jeden sezon w Dortmundzie?

Tutaj już pewności nie ma. Bywa, że im gwałtowniej trenerzy czy działacze zaprzeczają, jakoby w ogóle brali pod uwagę odejście swojego gwiazdora, tym bardziej obnażają swoją bezradność, ewentualnie zajmują pozycję negocjacyjną – minionego lata Arsene Wenger też stanowczo wykluczał wypuszczenie Robina van Persiego do Manchesteru United.

Pewności nie ma, ale jest bardzo wysokie prawdopodobieństwo. Bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że Watzke chce dotrzymać słowa. Deklarację składał w szczególnych okolicznościach – zimna wojna z Bayernem zmieniła się w gorącą, rywale już splądrowali dortmundzką szatnię, w dodatku wypuścili przeciek o wrogim przejęciu Mario Götzego akurat w przededniu półfinału Ligi Mistrzów, jakby zamierzali wywołać chaos w szatni Borussii. Przeprowadzili akcję jawnie dywersyjną. Awantura o Lewandowskiego nie jest już zwykłym biznesem. To sprawa emocji, prestiżu, może wręcz honoru. Napięcie stale rośnie, jeszcze parę chwil, a strony zaczną sobie wygrażać. Aż przypomina się atmosfera, w której Luis Figo przenosił się z Barcelony do Realu – to była inna historia (Portugalczyk nie chciał odchodzić, przechytrzył samego siebie w grze o podwyżkę pensji), ale również wywołała niesłychany skandal. Katalończycy obwołali piłkarza „zdrajcą”, fani madryccy czerpali perwersyjną rozkosz z poniżenia rywali. Kiedy Figo wrócił na Camp Nou w koszulce Realu, powitał go rzucony z trybun świński łeb.

Skoro obie strony się zaparły – Borussia nie puści do Bayernu, Lewandowski nie odejdzie gdzie indziej – to powinniśmy poważnie brać pod uwagę, że Polak będzie musiał wytrzymać w Dortmundzie jeszcze sezon. Monachijscy zarządcy wyrywać się do kupowania nie potrzebują, postawiłbym nawet tezę, że gdyby kierowali się przede wszystkim strategią osłabiania głównego konkurenta, to mieliby powody zakładać, iż dotkliwiej osłabią go, gdy pozwolą piłkarzowi nadal dusić się w dotychczasowym klubie. Po finale Ligi Mistrzów zastanawiałem się, czy dortmundczykom nie opłacałoby się aby zatrzymać napastnika i oddać za rok za darmo. Sytuacja jednak drastycznie się zmieniła, odkąd Lewandowski oficjalnie i publicznie, poprzez swego agenta, zażądał transferu do TEGO klubu, nie pozostawiając śladowych wątpliwości, że mentalnie już się z Borussii wyprowadził. Nie podejrzewam, by skazany na kolejny sezon w jej barwach uprawiał świadomy sabotaż albo „mu się nie chciało”. Zastanawiam się raczej, czy zdoła, wybaczcie komunał, dawać z siebie wszystko, jeśli będzie przychodził na treningi sfrustrowany. Rozczarowany, wiedziony bardziej poczuciem obowiązku niż pasją, może wściekle zniechęcony, że traci sezon. I nadal ogłuszany nieustającymi dywagacjami o swojej przyszłości.

Bayern ma komfort ograniczony – też musi pewnego dnia podjąć decyzję, bo sprzedaż Mario Gomeza wymusza pozyskanie następcy, a np. o Luisa Suareza zabiegają również inni. To wciąż jednak komfort. Lewandowski znalazł się w potrzasku. Chyba odchodzi(ł) z Borussii (wraz ze swoimi doradcami) zbyt hałaśliwie. Nie tyle bez taktu, ile bez intuicji. Zasadne staje się pytanie, czy cały ten zgiełk nie zaszkodzi jego karierze, dotąd rozwijającej się przecież – nie przesadzam, szukam słowa najbardziej odpowiedniego – perfekcyjnie.

poniedziałek, 27 maja 2013

Zanim uciekniemy od bohaterów minionej Ligi Mistrzów, wklejam ostatni pofinałowy felieton z „Gazety”. Przeczytacie go tutaj. Leży za ścianą płaczu.

sobota, 25 maja 2013

Jürgenowi Kloppowi pewnie nawet nie przemknęło przez głowę, że jeszcze tylko jeden mecz dzieli go od wtargnięcia do historii futbolu sąsiadów jako trenera, któremu polscy piłkarze zawdzięczają najwięcej od ćwierćwiecza. I trenera, od którego więcej osiągnęli z polskimi piłkarzami jedynie Kazimierz Górski oraz Antoni Piechniczek, brązowi medaliści mundiali.

Liczba mnoga jest tutaj niezbędna. Najcenniejsze klubowe trofeum nasi już wszak obcałowywali, Zbigniew Boniek i Jerzy Dudek czynili to wręcz w glorii bohaterów finałów. Dopiero jednak Klopp zbudował, oczywiście nieintencjonalnie, najbardziej polską wśród drużyn zagranicznych. I wyniósł ją pod szczyt Ligi Mistrzów – akurat w czasach, jakże przyjemny to paradoks, zejścia naszej piłki na dno. Dno wybrukowane klęską wszech czasów reprezentacji w eliminacjach MŚ w RPA oraz tandetnym popisem na Euro 2012.

Wpływy polskie są poza dyskusją. Robert Lewandowski nie opuścił żadnego meczu Ligi Mistrzów, strzelił w nich 10 goli. Łukasz Piszczek opuścił jeden – ten bez znaczenia z Manchesterem City, po zapewnieniu sobie awansu do 1/8 finału. Kubę Błaszczykowskiego ominęły trzy – ale wiosną, w rozstrzygających rundach, nie zasłużył się tylko dla remisu w Maladze.

Klopp pewnie nie zdaje sobie też sprawy, gdzie właśnie polskich piłkarzy przyprowadził. Niemcy na dźwięk słowa „Wembley” mogą westchnąć, że m.in. wskutek sędziowskiej pomyłki przegrali tutaj finał mundialu (1966), albo wspomnieć, że zdobyli mistrzostwo Europy (1996). My w londyńskim stadionie przeklinamy pomnik przygnębiającej nędzy polskich piłkarzy – odkąd nasi zeszli z murawy po wiadomym zwycięskim remisie, dostają tutaj wyłącznie chłosty lub brutalne chłosty. I to od Anglików, za potęgę uważanych już chyba tylko u nas.

Dortmundczycy mogą przynajmniej częściowo Wembley – nowe, stary obiekt tubylcy zburzyli – odczarować. Borussia to naturalnie firma niemiecka i nigdy nie zastąpi reprezentacji kraju, jednak jej triumf miałby w sobie coś z mitycznego roku 1973. Jak wtedy nikt nie ośmieliłby się przed eliminacjami marzyć o awansie na mundial, tak teraz nikomu przed sezonem nie strzeliło do głowy, że trzej Polacy podejdą do Pucharu Europy. Że Lewandowski wepchnie się w rankingu strzelców między Messiego i Ronaldo. Znów dzieją się rzeczy, których polski kibic by sobie nie wyfantazjował.

Czy drugi polski – przynajmniej częściowo – podbój Wembley jest realny?

Wspominanie sezonów minionych, w których Borussia zdołała dwukrotnie uciec monachijczykom w Bundeslidze, nie ma sensu. Przywoływanie nie tak dawnej serii pięciu kolejnych zwycięstw nad nimi też nie. Tamten Bayern, chwiejny i zdeprawowany przeświadczeniem o swojej wyższości, już nie istnieje. Teraz wynajdywanie w jego drużynie wad wywołuje refleksję, czy aby nie próbujemy zadać gwałtu logice – skoro Bawarczycy rozbebeszyli przed chwilą siedmioma golami obwoływaną drużyną wszech czasów Barcelonę, skoro właśnie ona została ofiarą najbardziej nierównego półfinałowego dwumeczu w historii Pucharu Europy...

A to nie wszystko, to nie jest opowieść o epizodach nie z tej Ziemi, ta przytłaczająca zabawa trwa cały rok. Monachijczycy gnają na złamanie karków ku sezonowi, jakiego nie przeżył nikt. Owszem, trzy główne tytuły – Liga Mistrzów, liga krajowa, puchar kraju (finał jeszcze przed Bayernem) – zdobywały już Ajax Amsterdam, Celtic Glasgow, PSV Eindhoven, Manchester United, FC Barcelona oraz Inter Mediolan. Żadna z tych wspaniałych drużyn nie poprzedzała jednak wznoszenia trofeów porównywalną przewagą nad całą resztą stawki.

Bayern ani razu w tym sezonie nie był na krawędzi, w żadnej chwili nie miał prawa znaleźć najdrobniejszego pretekstu, by poczuć niepokój. W Bundeslidze jego piłkarze wyprzedzili wicemistrzowską Borussię o 25 pkt. W krajowym pucharze jedynego gola stracili w półfinale – odpowiedzieli nań sześcioma. A kiedy w Lidze Mistrzów, zanim zrównali z murawą Barceloną oraz Juventus, przytrafiły im się wpadki – z białoruskim BATE i z znokautowanym tydzień wcześniej Arsenalem – nikt nie miał śladowych wątpliwości, że wyszli do gry przesadnie zrelaksowani.

Wszystko to składa się na historię rodzącego się imperium, które planuje potrwać, i dzisiejszy finał to dla niego zaledwie wstęp do długiej hegemonii. Stąd transfery supertrenera Guardioli, superzdolnego Götzego, być może także superskutecznego Lewandowskiego.

Wystarczy jednak jeden mecz – znów: ledwie jeden mecz, jakżeż doniosły będzie ten londyński wieczór! – by historia powstającego imperium zmieniła się w historię notorycznych przegrywaczy.

Nowożytne dzieje Bayernu sugestywnie przypominają o wszechpotędze stereotypu. Zwiedzeni nieśmiertelnym bon motem Linekera wierzymy w nadrzyrodzoną zdolność niemieckich drużyn do wygrywania niemal zawsze i wszędzie, także wbrew wrogim okolicznościom, tymczasem największy niemiecki klub dramatycznie do legendy nie dorasta.

W roku 2012 monachijczycy przez cały finał Champions League przygniatali Chelsea do jej pola karnego. Objęli prowadzenie, by w 88. minucie je stracić, a potem ulec w karnych. Londyńczycy zwyciężyli tak, jak „powinni” zwyciężać Niemcy.

W roku 2010 monachijczycy nie umieli choćby nastraszyć w finale Interu Mediolan. Przegrali po wieczorze do zapomnienia.

W roku 1999 kontrolowali całe boisko, prowadzili 1:0, aż popełnili samobójstwo w doliczonym czasie gry. Manchester United też zwyciężył tak, jak „powinni” zwyciężać Niemcy.

Podołali finałowi gwiazdorzy Bayernu ostatnio tylko w roku 2001. Ale nawet wtedy z potwornym trudem, Valencię przyskrzynili dopiero w rzutach karnych. To ich jedyny triumf, odkąd szacowny Puchar Europy ustąpił nowoczesnej Lidze Mistrzów.

Słowem, faworyta dzisiejszego szlagieru wcale nie napędza kultura bezlitosnego zwyciężania. Także nieodległą przeszłość Bundesligi znaczy on raczej oddawaniem panowania klubom pomniejszym. No i szatnię zaludniają świetni wyczynowcy, którzy także przez całą karierę reprezentacyjną czują, że „prawie” robi gigantyczną różnicę. Niemcy przywożą medale z każdego wielkiego turnieju (2006, 2008, 2010, 2012), ale nigdy nie przywieźli złota. Kapitana Philipa Lahma czy wicekapitana Bastiana Schweinsteigera od Manuela Neuera czy Thomasa Müllera różni tylko to, że starsi od przegrywania przyzwyczajają się dłużej niż młodsi.

Dziś dołożyć im bolesnych rozczarowań mają szansę nasi piłkarze, którzy od dekad gorzej niż mecze na Wembley znoszą tylko mecze z reprezentacją Niemiec. Jeśli im się powiedzie, wygrają Ligę Mistrzów w stylu najbardziej w sporcie romantycznym – na przekór okrzykom zachwytu nad faworytami, pomimo mnóstwa własnych ograniczeń, startując w rólkach anonimowych statystów. Jürgen Klopp chyba to sobie wyśnił.

Bayern to bestia. Ile łbów mu nie urwać, i tak wyrosną następne, równie groźne. Borussia dotarła do swoich granic. Zniszczyć może ją zwichnięcie kostki w małym palcu Lewandowskiego.

Roman Weidenfeller pochodzi z kibicowskiego marzenia – wierny Borussii od dziesięciu lat. Nie porzucił jej nawet wtedy, gdy miała przestać istnieć. Manuel Neuer urodził się w kibicowskim koszmarze – nie dość, że wcześnie, wkrótce po obwołaniu go przyszłym gigantem, uciekł z Schalke, to jeszcze zdradził dla wrogiego Bayernu. Obaj ucieleśniają ducha swoich drużyn. Dortmundzkiej wiary w cierpliwą pracę u podstaw oraz monachijskiej zachłanności, która nakazuje plądrować rywali także dla ich osłabiania i frustrowania, a niekoniecznie dla wzbogacenia własnej kadry (co nie oznacza, że Bayern nie wychowuje piłkarzy. Wychowuje fantastycznie).

W sensie sportowym dzieli obu golkiperów mniej, ale też sporo. Owszem, dortmundczycy bez refleksu Weidenfellera, bramkarza spoza wszelkich rankingów na najlepszych, wiosennych rund w Lidze Mistrzów by nie przetrwali. On jednak pozostaje fachowcem „zaledwie” znakomitym w swej rzetelności, tymczasem Neuer to kandydat na bramkarza totalnego – nie chce redukować swojej roli do zatrzymywania strzałów, lecz pragnie uczestniczyć w każdej części gry, łącznie z atakiem. Stąd wieloletnie wprawianie się w 50-60-metrowych wyrzutach piłki ręką, aż stały się jego popisowym numerem. Kiedy jako 13-latek został odrzucony z powodu niskiego wzrostu, nie poddał się. Podglądał Jensa Lehmanna, w którym widział wzór bramkarza nowoczesnego, uwszechstronniał się w klubie tenisowym, do dziś gra też w badmintona i squasha, by rozwijać w sobie instynkt prawidłowego oceniania trajektorii lecących doń obiektów. Ma wszystko, by kontynuować tradycje niemieckich gigantów, od Seppa Maiera po Olivera Kahna.

Chyba nie ma wątpliwości: między słupkami przewaga Bayernu.

Obrońcy

Trener Klopp, dla którego pojęcie piłkarza „zbyt młodego” nie istnieje, obsadzał środek defensywy Mattem Hummelsem i Nevenem Suboticiem, gdy ci byli jeszcze nastolatkami. Działało, urzeczeni Niemcy ukuli dla nich termin „chłopięcy szaniec”. Teraz dortmundzcy stoperzy tworzą już w swoich rewirach jedną z najładniejszych par w Europie, a Hummels awansował do najwyższego kręgu wtajemniczenia – skupiającego obrońców śmiało wybierających się na połowę rywala, z drygiem do organizowania akcji ofensywnych i tak dokładnie podających, że wzbudzających zainteresowanie Barcelony, która preferuje obrońców o wielu talentach. Żywe wspomnienie Beckenbauera. Niestety, coraz częściej rzuca się w oczy, że Hummels kiepsko znosi wzrost napięcia. Zawiódł w półfinale Euro 2012 (m.in. dlatego wygrali Włosi), zawiódł w półfinale Ligi Mistrzów, gdy podarował (dosłownie) piłkę Samiemu Khedirze, dzięki czemu Ronaldo wbił gola na 1:1 i Real odzyskał linię życia. Gdyby nie baśniowy wieczór Lewandowskiego, mogłoby to kosztować Borussię bardzo wiele. Wbrew sławie nazwisk pewniej broni w LM Subotić.

Dante oraz Jérôme Boateng utrzymują równowagę bez względu na okoliczności. Barcelończyków w poprzedniej rundzie nie dopuścili nawet do pola karnego, a bramkarz Neuer zwłaszcza do przerwy doświadczał jednego z tych nużących, znanych z Bundesligi meczów, po których, jak mówi, „nie ma sensu iść pod prysznic”. I Bayern wiosną wygląda na nietykalny. Nie stracił gola przez 180 minut półfinału z Barceloną ani przez 180 minut ćwierćfinału Juventusem, a w 1/8 finału zezwolił Arsenalowi strzelać dopiero wtedy, gdy poczuł się pewny awansu. Zasługi mają tu także David Alaba i Philip Lahm, imponujący atletycznie, uniwersalni boczni obrońcy, których musimy wynieść ponad Marcela Schmelzera i Łukasza Piszczka także dlatego, że ten ostatni od miesięcy poświęca się wbrew organizmowi żądającemu operacji biodra. Wszelkie misje wykonuje bardziej niż poprawnie, oddychanie potrafił utrudnić – przy wydatnej pomocy Błaszczykowskiego – samemu Cristiano Ronaldo, ale w ataku jednak oferuje ciut mniej niż dotychczas.

Generalnie Bayern rozrzedza się na tyłach, tylko gdy czuje się nazbyt bezpiecznie i piłkarze wychodzą na boisko lekko roztargnieni. Takie wrażenie zostawia przez cały sezon, w którym pozostaje najszczelniejszy i w Bundeslidze, i w Champions League. Dortmundczycy inaczej. Tracą dwa razy więcej goli niż w poprzednim roku, są niestabilni personalnie z powodu notorycznych urazów Hummelsa odczuwalnych także w innych strefach (zmiennikowi Felipe Santanie brakuje wizji i techniki Niemca).

W obronie jak w bramce: przewaga Bayernu.

Defensywni pomocnicy

Gdybyśmy mieli mierzyć jakość tych, którzy osłanianie tyłów powinni łączyć z aspiracjami ofensywnymi, pracujący na renomę od wielu sezonów Bastian Schweinsteiger z Bayernu ustąpiłby Ilkayowi Gündoganowi, który na duże sceny zakradł się dopiero przed chwilą. To chyba najrzadziej sławiony bohater dortmundzki, pewnie dlatego, że jego zmysł do zajmowania właściwych pozycji, manipulowania rytmem gry i rozdzielania podań różnego zasięgu nie przekłada się na twarde statystyki (gole, asysty) ani interwencje o dostrzegalnej gołym okiem doniosłości (np. wślizg zapobiegający samotnej napaści rywala na twojego bramkarza). Ale nie ma wątpliwości, że jemu też już pożądliwie przyglądają się potęgi.

Zapanować nad centrum boiska usiłują jednak duety, a drugi monachijczyk Javi Martinez nie znajdzie wśród rywali silniejszego. Czy Borussia postawi na zasuwającego do obłędu Svena Bendera (opcja najbardziej prawdopodobna), czy jedynego weterana w szatni Sebastiana Kehla, czy też na usiłującego odzyskać natchnienie niosące go przed transferem do Realu Nuriego Sahina, nie będzie miała człowieka wywierającego przemożniejszy wpływ na grę niż Bask, który kosztował 40 mln euro. Miał być ostatecznym dowodem na ekstrawagancję zdemoralizowanych przepychem monachijczyków (dawać rekordowe w dziejach Bundesligi pieniądze za typa od brudnej roboty?!), tymczasem dyrektor Uli Höness zachwyca się, że od kilkunastu lat nie widział w swoim klubie tak nieustraszonego zabijaki, który w pierwszej minucie meczu skacze do gardła najgroźniejszemu z przeciwników i nie daje mu żyć do ostatniej. Martinez dodał Bayernowi pozytywnie rozumianej agresji, a także jakości w grze powietrznej. Ruchome pole siłowe.

Wreszcie dotarliśmy jednak do okolic, w których Borussia nie ustępuje. W starciu defensywnych pomocników mamy remis.

Ofensywni pomocnicy

Tutaj też ogłosilibyśmy remis, gdyby nie zaniemógł Mario Götze, młodzieniec z darem bodaj największym wśród wszystkich finalistów (rodacy widzieli w nim niemieckiego Messiego, choć bliżej mu raczej do Iniesty, zwłaszcza w zmysłowym dotykaniu piłki), lecz wciąż dojrzewającym i chimerycznym. Kevin Grosskreutz w fazie twórczej go nie wyręczy, to jednak będzie wymiana fortepianu na perkusję. Ten nieskończenie uniwersalny piłkarz jest bezcenny, bo wkomponuje się wszędzie, gdzie go trener pośle, jednak powinienem go właściwie umieścić w poprzednim rozdziale, między graczami o skłonnościach defensywnych – i niewykluczone, że tak właśnie postąpi Klopp. Mniej prawdopodobne, że zamiast Götzego powoła Sahina i wypchnie w przestrzeń za plecami Lewandowskiego Gündogana – Grosskreutz dotkliwiej ponęka Bayern pressingiem.

Wymuszona przez los zmiana może wpłynąć fundamentalnie nie tyle na wynik, ile na charakter gry. Sprawić, że Borussii przybędzie ochoty do rozbijania zabawy, a ubędzie wyobraźni do piruetów ofensywnych. Kuba Błaszczykowski przyzwyczaił nas, że w zderzeniu z rywalami dysponującymi rozpędzonym lewym skrzydłem (jak w Bayernie, gdzie hulają Ribery z Alabą) większość energii wytraca na własnej połowie – to on staje się dodatkowym obrońcą, a nie Piszczek dodatkowym skrzydłowym. Jeśli znany scenariusz się powtórzy, dortmundczycy będą musieli wypatrywać dryblerskiego kunsztu i „ułożonej stopy” Marco Reusa, który wraz z upływem sezonu pozbywał się odruchów napastnika, coraz wygodniej czuł się z dala od bramki, coraz chętniej ruszał w slalom między rywalami.

On jednak będzie musiał wnieść bardzo dużo sam, tymczasem w Bayernie za napastnikiem grasować będą Arjen Robben, Franck Ribery i Thomas Müller. Każdy ostry jak brzytwa, każdy zdolny poszatkować defensywę jednym ruchem.

Robben z Riberym wykonują zabójcze gesty z piłką, to od lat sławieni wirujący skrzydłowi, którym wystarczy machnąć stopą, by obrońcom zamigotały przed oczami gwiazdy. Müller wykonuje natomiast ruchy bez piłki. To gracz z tajemnicą – bezapelacyjnie znakomity, lecz swoje kompetencje demonstrujący bezszelestnie i znienacka; potrafiący wszystko, lecz bez dominującego atutu; technicznie bez zarzutu, lecz zakradający się po ścieżkach, na których nikogo nie spotka. Kiedy zaczął wyręczać ściętego przez ciężką kontuzję kolana Toniego Kroosa, jako człowiek skazany na pojedynki kość w kość w meczu z Juventusem (twardo walczącym, to wszak znak rozpoznawczy turyńczyków!) nie popełnił faulu ani nie dał się sfaulować... Müller w każdym tłoku znajdzie pustą przestrzeń, więc nieczęsto widzimy, jak wygrywa bezpośredni pojedynek. I być może jest dziś piłkarzem najmniej rozpoznawalnym wśród największych, choć swoją wartość prezentuje w twardej walucie – w LM rozstrzelał się na głównego snajpera Bayernu (8 goli), w dwumeczu z Barceloną do bramek dodawał asysty, wieńczył wiele akcji, które sam zainicjował. Gdybyśmy się uparli wskazać w wielogłowym monachijskim potworze mózg najważniejszy, musielibyśmy wybrać właśnie Müllera.

A ponieważ istnieje spore prawdopodobieństwo, że w finale nawet ekscentryczny Robben, z natury jednoosobowy ruch separatystyczny, zachowa przytomność umysłu, w tej formacji znów musimy przyznać przewagę Bayernowi. Zdecydowaną przewagę.

Napastnik

Mario Mandzukić też nie zawładnął masową wyobraźnią, choć poza spełnianiem obowiązku podstawowego, czyli snajperskiego, pasjami prowadzi nieustanną wojnę podjazdową. Naskakuje na wyprowadzających piłkę spod własnej bramki rywali, by przynajmniej ich zadrasnąć. Jeśli nie ma potrzeby przeć ku zwarciu z obrońcami, to cofa się nawet do połowy boiska. Angażuje się w walkę powietrzną, sam fauluje i faule wymusza, sprawnie osłania piłkę, by poczekać na przegrupowanie nacierających kolegów. Klasyczny nowoczesny snajper, który nie poprzestaje na naciskaniu spustu, lecz pomaga najpierw w ładowaniu magazynka.

A jednak łatwo pojąć, dlaczego pomimo podanych zalet Chorwata Bayern nadal zabiega o Roberta Lewandowskiego. Polak też to wszystko potrafi, tyle że lepiej, częściej, skuteczniej. Tyle że on wszechstronnym zaangażowaniem w grę nie musi usprawiedliwiać niższej skuteczności (36 goli w sezonie, przy 21 Mandzukicia) i w rankingu strzeleckim LM rozerwał duopol Messiego (wyprzedził go) i Ronaldo (ściga go). Tyle że on włącza turbodoładowanie w wielkich meczach. Przy chorwackim rywalu Lewandowski wygląda jak bolid wyższej generacji.

Znów nie ma wątpliwości: w ataku zdecydowana przewaga Borussii.

Rezerwy

Kto spojrzałby tylko na nie, nie uwierzyłby, że obaj finaliści konkurują w tej samej lidze. Bayern garściami czerpie z sułtańskiego budżetu, by dystans między czołowymi członkami podstawowej jedenastki i ostatnimi rezerwowymi zredukować do minimum. Ostrożnie gospodarująca Borussia obsadza szatnię tak skromnie, że bez wahania wzięłaby nawet umiejętności monachijczyków najniżej cenionych przez trenera Heynckesa – osadzanych na trybunach.

Spójrzmy na omawiany przed chwilą atak – gdyby Mandzukicia znienacka dopadła migrena, w jego korki natychmiast wchodzi Mario Gomez, któremu niedawno po wejściu z ławki wystarczyło sześć minut, by przyłożyć hat-trickiem Wolfsburgowi; a gdyby i ten zaniemógł, pod bramkę wyrwałby Claudio Pizarro, który z pozycji najniższego w hierarchii napastników właśnie ustanowił rekord Bundesligi, przykładając się bezpośrednio (strzelał lub asystował) do sześciu (!) goli w meczu. Czym odpowiadają na tę kanonadę dortmundczycy? Ciszą. Grobową. Kupiony przed sezonem za 5,5 mln euro Julian Schieber, teoretycznie czający się za plecami Lewandowskiego, nigdy nie zdołał choćby poudawać, że potrafi wyrządzić krzywdę rywalowi, kiedy tego naprawdę potrzeba. Na razie odpłacił się golami w trzech meczach – w Lidze Mistrzów z Manchesterem City (wieczór niemal bez znaczenia, Borussia awansowała już wcześniej do 1/8 finału), a w Bundeslidze z Augsburgiem (gierka do odbębnienia, już po utracie szans na obronę tytułu, gdy najlepsi odpoczywali przed batalią z Malagą) oraz Hannoverem. Słowem, polskiego drapieżnika pola karnego wygryza ze składu pluszowy misiaczek.

Gdzie indziej jest podobnie. Godnego siebie konkurenta nie mają Piszczek (stąd odkładanie operacji), Schmelzer czy Reus, a po wymianie Götzego na Grosskreutza nie widać także jakiegokolwiek zmiennika dla Błaszczykowskiego. Zabezpieczyła się Borussia wyłącznie na środku obrony i środku pomocy, więc na ewentualne okoliczności naprawdę alarmowe gotowi w finale będą tylko monachijczycy, którzy nawet nie zauważyli urazów Kroosa czy Badstubera.

Werdykt oczywisty: miażdżąca przewaga Bayernu.

Trenerzy

Jupp Heynckes przeżył wszystko. I wygrał wszystko. Od złota mundialu i mistrzostw Europy jako piłkarz po Ligę Mistrzów jako trener, i to trener Realu Madryt, klubu z szatnią będącą być może w tym fachu największym wyzwaniem w ogóle. Co więcej, Heynckes wystąpi dziś w swoim przedostatnim meczu w karierze.

Na pierwszy rzut oka werdykt jest oczywisty, wszak Jürgen Klopp karierę międzynarodową ledwie zaczyna. Ale on już pokazał, że umie zdeklasować nawet diabolicznego Mourinho. Że nie rozniesie mu na strzępy szatni nawet informacja o utracie wielkiej gwiazdy (Götze), która wyciekła chwilę przed batalią z Realem. Że pod jego dowództwem Borussia może bić Bayern nawet seriami.

Dlatego przyznajemy Bayernowi przewagę tylko nieznaczną.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi