Wpisy z tagiem: Liga Narodów

środa, 12 września 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Hiszpania

Gdyby nie Kazimierz Węgrzyn, pewnie nigdy bym się nie ośmielił wyznać, co mi łazi po wątrobie. Na szczęście ekspert Canal+ kilka dni tygodni temu ze swojej wątroby pociągnął – jeśli wolno mi sięgnąć do słownika ligowych wyjadaczy – i przydzwonił nam wszystkim nokautującą tezą, że wyniki w europejskich pucharach zafałszowują prawdę o tzw. ekstraklasie. Polskie kluby przegrywają z kim popadnie, więc niesłusznie zdaje nam się, że cała liga to paździerz – pozwalamy się wyrolować złośliwym rywalom z innych krajów, którzy specjalnie zasadzają się nad nadwiślański futbol, by go znieważyć.

Dlatego postanowiłem ujawnić i własne wnikliwe przemyślenia: otóż całą futbolową rzeczywistość zafałszowuje przede wszystkim mundial. Mistrzostwa Europy zresztą też.

Zwróćmy np. uwagę, jak oba prestiżowe turnieje pomiatają Hiszpanią. W 2018 roku wykopały ją w 1/8 finału, w 2016 roku – też w 1/8 finału, w 2014 roku – w fazie grupowej. Z buta traktuje się arystokrację, która we wtorek unicestwiła srebrną na mundialu Chorwację (6:0), w sobotę podbiła czwartą tam Anglię (2:1 na Wembley, jedyna na razie wyjazdowa wygrana w całej Lidze Narodów), wiosną wytarmosiła za uszy Argentynę (6:1), nie przegrała żadnego z ostatnich 26 meczów (jako jedyna na planecie), na własnych stadionach pozostaje nietykalna w spotkaniach o stawkę od 2003 roku (znów: unikat w skali globalnej). Tłuką Hiszpanie wszystkich, tymczasem tablica wyników ostatniego mundialu sugeruje, że to ostatnie ciamajdy, klasyfikowane obok Japonii, Szwajcarii czy Meksyku – wszystko przez feralne popołudnie z Rosją, gdy nawet rzuty karne kopali gorzej niż grubo ciosani rywale.

Nie zamierzam oczywiście wam wciskać, iż pokrzywdzeni bohaterowie wtorkowego wieczoru – skosztujcie choć migawek, delicje – zasługują na tytuł nieoficjalnych mistrzów świata. Nie uznałbym ich nawet za nieoficjalnych mistrzów kontynentu. Ale bez sekundy wahania zapisuję ich do triumwiratu trzymającego władzę nad futbolową Europą.

W kolejności alfabetycznej: Francja, Hiszpania, Niemcy – to oni panują w ostatniej dekadzie. Bezdyskusyjnie, nawet jeśli na turniejach zdarza im się sensacyjnie przegrywać, a innym sensacyjnie wygrywać. Trzy potężne przemysły, szczytowo wykwalifikowanych piłkarzy wypuszczające na rynek setkami. Bezkonkurencyjne i dlatego, że stworzyły perfekcyjne systemy edukacji – gwarantujące wysoki poziom wyszkolenia przeciętnemu absolwentowi – i dlatego, że czerpią z rozległych zasobów ludzkich, mierzonych w dziesiątkach milionów głów (w przeciwieństwie do Portugalii, również arcywydajnej). Jakim bogactwem dysponują, docenilibyśmy dopiero, gdyby drużyny musiały składać się z 44, 55 czy 66 zawodników. Zerknijcie na hiszpańskie złoża w środku pola, nad którymi pochyla się analityczny serwis Squawka – trener Luis Enrique wystawiłby supermocną ekipę w każdym okolicznościach, nawet gdyby zaraza skosiła mu wszystkich, co do jednego, zawodników powołanych na ostatnie zgrupowanie.

Identycznie dzieje się u Francuzów i Niemców, którzy ubiegłoroczny Puchar Konfederacji umieli wygrać bez wszystkich czołowych seniorów i wszystkich czołowych młodzieżowców. W minionych dniach nie tylko Jerzy Brzęczek wpuszczał do podstawowego składu piłkarzy uziemionych w klubach, do podobnych kompromisów realia zmusiły także Włocha Roberto Manciniego czy Anglika Garetha Southgate’a. Wszyscy miewają niekiedy przykrość dokonywania selekcji negatywnej – wszyscy poza europejską świętą trójcą.

Wyraźnie za nią plasuje się olbrzymia klasa średnia, którą wprawdzie można podzielić na wyższą i niższą, ale generalnie jej przedstawiciele tasują się, przesuwają w hierarchii wte i wewte. Czegoś brakuje każdemu, nawet najbliższym elicie elit – aspirująca, choć wciąż niezdolna do pokonania jakiegokolwiek potentata Anglia cierpi na przewlekły deficyt klasowych trenerów i dopiero czeka na zgraję młodych zdolnych najnowszej generacji; Belgowie mają kiepską ligę i w ogóle nie wiadomo, jak długo potrwa ich złoty okres; o ograniczeniach Portugalii wspomnieliśmy; Włosi kopią na stadionach straszydłach, wpuszczają do kadry przeciętniaków niegodnych szlachectwa czterokrotnego mistrza świata (jak można wpuścić do ataku spasionego powakacyjnie Maria Balotellego?!) i generalnie borykają się z rozmaitymi patologiami. Nigdzie nie znajdziemy krajobrazu idyllicznego, dopieszczonego w każdym elemencie jak w miłościowie panującym nam triumwiracie.

Jeszcze raz: jeśli wziąć pod uwagę całokształt twórczości  od reprezentacji seniorskiej, przez juniorskie, po mnogość superpiłkarzy – to w futbolu panują złoci medaliści mundialu 2018 (Francja), mundialu 2014 (Niemcy) oraz mundialu 2010 (Hiszpania). Panują miłościwie, ponieważ jednak czasem łaskawie poprzegrywają, w skrajnych przypadkach sromotnie – jak ekipa Joachima Löwa na tegorocznym mundialu. Ale to cywilizacje wyższe, najbardziej zaawansowane, mogące już co najwyżej polerować perfekcję.

Nawet Brazylia – targana aferami, z upadłą infrastrukturą, zdetronizowana nawet na własnym kontynencie – spogląda z zazdrością.

21:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
Archiwum
Tagi