Wpisy z tagiem: Liga Narodów

wtorek, 20 listopada 2018

Liga Narodów, UEFA

Poprosiła mnie niedawno redakcja turyńskiego „Tuttosport”, żebym wytypował pięciu kandydatów – zhierarchizowanych – do nagrody Złoty Chłopiec (Golden Boy) przyznawanej rok w rok najlepszemu piłkarzowi do lat 21 grającemu w Europie. Na pozycji lidera umieściłem Matthijsa De Ligta (Kylian Mbappé jest spalony, wygrał poprzednią edycję), a na pozycji wicelidera – Jadona Sancho (nie przyjęli, bo wziąłem go spoza listy nominowanych...), i właśnie pokojarzyłem, że obaj reprezentują nacje, które w mijającym roku 2018 dokonały w rywalizacji międzypaństwowej bodaj najbardziej imponującego postępu.

19-letni obrońca, który kapitanuje Ajaxowi Amsterdam z miną tak pewną siebie, jakby zaznał setek meczów o wysoką stawkę, gra dla Holandii, czyli upadłej potęgi usiłującej wygramolić się z zapaści wręcz poniżającej. Nie wpuścili jej na Euro 2016, nie doczołgała się do mundialu, klękała nawet przed odwołującą się do kopaczy tzw. ekstraklasy Bułgarią. Aż wreszcie wypuściła eskadrę młodych, którzy znienacka rozprawili się z aktualnymi i poprzednimi mistrzami świata (2:0 z Francją, 3:0 z Niemcami). A fachowcy jęli rozprawiać, czy wspomniany Matthijs De Ligt, 21-letni Steven Bergwijn albo jego rówieśnik Frenkie De Jong przywrócą krajowi status futbolowego mocarstwa. Zwłaszcza ten ostatni to klejnot. Środkowy pomocnik o oryginalnym, brawurowym stylu gry, który nie zamierza wyrzekać się ryzykanckich odruchów, bo „ufa swojej intuicji” i nie chce być „piłkarzem jak tysiące innych”, więc nawet gdy kiwa głową, że zrozumiał trenera, to potem i tak działa na boisku po swojemu. Powrót pomarańczowej fantazji.

Jadon Sancho (rocznik 2000) czaruje jeszcze efektowniej, a reprezentuje kraj, który po dekadach borykania się z aspiracjami pociesznie rozbieżnymi z możliwościami z każdym miesiącem zdaje się bardziej skazany na kolorowe jutro. O juniorskich nawałnicy Anglików już pisałem, seniorom aż tak nie ufałem – w półfinale mundialu widziałem raczej splot sprzyjających okoliczności niż przełom mentalny, o którym śpiewały wyspiarskie media. Jesienią nastały jednak sensacyjne wygrane drużyna Garetha Southgate’a nad Hiszpanią oraz Chorwacją, urzekający wzlot wspomnianego Sancho, a także cała łańcuch większych i mniejszych drobiazgów sugerujących, że nadciąga pokolenie zupełnie nowe, inne niż wszystkie poprzednie. I że dojrzeje szybciej niż sądzimy. Trent-Alexander Arnold, Phil Foden, Raheem Sterling, Marcus Rashford i inni tworzą watahę młodych lub nieprzyzwoicie młodych zbyt liczną, by zakładać, że przepadną wszyscy. Tam ewidentnie rodzi się jakaś cywilizacja.

Skoku Holendrów i Anglików byśmy nie fetowali, gdyby nie Liga Narodów. To dzięki niej mogli oni wyrządzić realną krzywdę finalistom ostatniego mundialu (Francja, Chorwacja) i triumfatorom obu poprzednich z XXI wieku (Niemcy, Hiszpania), zatarasowując faworytom wstęp do miniturnieju rozgrywek bądź co bądź nietowarzyskich.

Nowy wynalazek UEFA przyjmowałem z rezerwą, nawet sceptycznie, broniąc na łamach „Gazety” sparingów – jako realizacji naszego prawa do nudy, do nicsieniedziania, do odpoczynku między kolejnymi intergalaktycznymi superekstrahipermegahitami. Kto jednak chce balować zawsze, Ligę Narodów musi błogosławić. Dotąd po imprezie mistrzowskiej zanurzaliśmy się w kwalifikacje do następnej imprezy mistrzowskiej, które potentaci leniwie odfajkowywali. Przykładowi Niemcy mogli się na starcie zagapić, jak podczas pamiętnego wieczoru na Narodowym we wrześniu 2014 roku, ale w ostatecznym rozrachunku nie miało to śladowego znaczenia, a częściej jednak wystukiwali komplet lub prawie komplet punktów. Żadnych emocji. Dopiero Liga Narodów pokojarzyła ze sobą rywali o zbliżonej sile, obarczając ich w dodatku wymiernymi celami – w każdej dywizji zwycięzcy grup gdzieś awansują, a przegrani grup gdzieś spadają, więc mecze bez stawki niemal zniknęły. Esencja wyczynowego sportu.

Jeszcze wyraźniej atrakcyjność zmiany widać na dołach. Przed laty dzieliłem się na blogu lub w „Gazecie” ideą (nie mogę znaleźć linka, jak znajdę, to wkleję) zorganizowania „małych” mistrzostw kontynentu, które pozwoliłyby pożyć piłkarzom z państewek skazanych na wieczne potępienie – jak byłeś Andorą, to usiłowałeś wymodlić coś znośniejszego niż 0:6, a jak spłodzili cię Luksemburczycy, to mierzyłeś najwyżej w przedostatnie miejsce w tabeli. Tortury, o jakich nie zamarzyłby najbardziej martyrologicznie zorientowany Polak. Aż tu nagle odświeżony system wciągnął notorycznych przegrywaczy w realną rywalizację. Taki Luksemburg, który zresztą niezależnie od regulaminowego wsparcia rozwinął się piłkarsko, do ostatniej kolejki marzył o awansie i generalnie ma za sobą rok z najładniejszym bilansem w historii. Do końca o wydostanie się z dywizji D do dywizji C walczyły też Armenia i Azerbejdżan. Ba, dwumeczową zwycięską serię fetował Gibraltar! Ten sam safandułowaty Gibraltar, który w eliminacjach Euro i MŚ hojnie rozdawał przyjemności, obrywając kolejno 0:7, 0:7, 0:3, 0:4, 1:6, 0:7, 0:4, 1:8, 0:4, 0:6, 1:4, 0:4, 0:6, 1:3, 0:5, 1:2, 0:9, 0:4, 0:6 i 0:4! Doprawdy, czystego tlenu dostarczyliśmy nieborakom, którzy dotąd w każdym meczu musieli czuć się jak w maskach gazowych. I w kaftanie bezpieczeństwa. Na niereformowalnych wyglądają tylko piłkarze San Marino, których absolutna niezdolność do wturlania komukolwiek choć ćwiartki gola to jeszcze większy obciach niż polskie wykopki.

Najwspanialszy triumf odniesie natomiast ktoś z kwartetu: Gruzja, Białoruś, Kosowo, Macedonia. Zwycięzcy grup Dywizji D, którzy w 2018 roku również czerpali z futbolu więcej frajdy i wygranych meczów niż kiedykolwiek wcześniej, rozegrają półfinały i finał o awans do Euro 2020 (o ile oczywiście nie przebiją się do nich przez regularne kwalifikacje). Znaczy już wiadomo, że wystąpi tam debiutant – prawdopodobnie zaniżający poziom rywalizacji, to jednak razi.

Nie wiem więc, czy plusy przesłaniają tutaj minusy, a już na pewno nie zawiwatuję na cześć UEFA, którą pcha wyłącznie chciwość. Zarazem nie mam jednak wątpliwości, że gdyby zmierzyć ilość emocji –  kibiców, piłkarzy, trenerów etc. – wywoływanych przez Europę z Ligą Narodów i Europę bez Ligi Narodów, to przeszłość nie miałaby z teraźniejszością szans. 

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
środa, 12 września 2018

Liga Narodów, Liga Narodów UEFA, Hiszpania

Gdyby nie Kazimierz Węgrzyn, pewnie nigdy bym się nie ośmielił wyznać, co mi łazi po wątrobie. Na szczęście ekspert Canal+ kilka dni tygodni temu ze swojej wątroby pociągnął – jeśli wolno mi sięgnąć do słownika ligowych wyjadaczy – i przydzwonił nam wszystkim nokautującą tezą, że wyniki w europejskich pucharach zafałszowują prawdę o tzw. ekstraklasie. Polskie kluby przegrywają z kim popadnie, więc niesłusznie zdaje nam się, że cała liga to paździerz – pozwalamy się wyrolować złośliwym rywalom z innych krajów, którzy specjalnie zasadzają się nad nadwiślański futbol, by go znieważyć.

Dlatego postanowiłem ujawnić i własne wnikliwe przemyślenia: otóż całą futbolową rzeczywistość zafałszowuje przede wszystkim mundial. Mistrzostwa Europy zresztą też.

Zwróćmy np. uwagę, jak oba prestiżowe turnieje pomiatają Hiszpanią. W 2018 roku wykopały ją w 1/8 finału, w 2016 roku – też w 1/8 finału, w 2014 roku – w fazie grupowej. Z buta traktuje się arystokrację, która we wtorek unicestwiła srebrną na mundialu Chorwację (6:0), w sobotę podbiła czwartą tam Anglię (2:1 na Wembley, jedyna na razie wyjazdowa wygrana w całej Lidze Narodów), wiosną wytarmosiła za uszy Argentynę (6:1), nie przegrała żadnego z ostatnich 26 meczów (jako jedyna na planecie), na własnych stadionach pozostaje nietykalna w spotkaniach o stawkę od 2003 roku (znów: unikat w skali globalnej). Tłuką Hiszpanie wszystkich, tymczasem tablica wyników ostatniego mundialu sugeruje, że to ostatnie ciamajdy, klasyfikowane obok Japonii, Szwajcarii czy Meksyku – wszystko przez feralne popołudnie z Rosją, gdy nawet rzuty karne kopali gorzej niż grubo ciosani rywale.

Nie zamierzam oczywiście wam wciskać, iż pokrzywdzeni bohaterowie wtorkowego wieczoru – skosztujcie choć migawek, delicje – zasługują na tytuł nieoficjalnych mistrzów świata. Nie uznałbym ich nawet za nieoficjalnych mistrzów kontynentu. Ale bez sekundy wahania zapisuję ich do triumwiratu trzymającego władzę nad futbolową Europą.

W kolejności alfabetycznej: Francja, Hiszpania, Niemcy – to oni panują w ostatniej dekadzie. Bezdyskusyjnie, nawet jeśli na turniejach zdarza im się sensacyjnie przegrywać, a innym sensacyjnie wygrywać. Trzy potężne przemysły, szczytowo wykwalifikowanych piłkarzy wypuszczające na rynek setkami. Bezkonkurencyjne i dlatego, że stworzyły perfekcyjne systemy edukacji – gwarantujące wysoki poziom wyszkolenia przeciętnemu absolwentowi – i dlatego, że czerpią z rozległych zasobów ludzkich, mierzonych w dziesiątkach milionów głów (w przeciwieństwie do Portugalii, również arcywydajnej). Jakim bogactwem dysponują, docenilibyśmy dopiero, gdyby drużyny musiały składać się z 44, 55 czy 66 zawodników. Zerknijcie na hiszpańskie złoża w środku pola, nad którymi pochyla się analityczny serwis Squawka – trener Luis Enrique wystawiłby supermocną ekipę w każdym okolicznościach, nawet gdyby zaraza skosiła mu wszystkich, co do jednego, zawodników powołanych na ostatnie zgrupowanie.

Identycznie dzieje się u Francuzów i Niemców, którzy ubiegłoroczny Puchar Konfederacji umieli wygrać bez wszystkich czołowych seniorów i wszystkich czołowych młodzieżowców. W minionych dniach nie tylko Jerzy Brzęczek wpuszczał do podstawowego składu piłkarzy uziemionych w klubach, do podobnych kompromisów realia zmusiły także Włocha Roberto Manciniego czy Anglika Garetha Southgate’a. Wszyscy miewają niekiedy przykrość dokonywania selekcji negatywnej – wszyscy poza europejską świętą trójcą.

Wyraźnie za nią plasuje się olbrzymia klasa średnia, którą wprawdzie można podzielić na wyższą i niższą, ale generalnie jej przedstawiciele tasują się, przesuwają w hierarchii wte i wewte. Czegoś brakuje każdemu, nawet najbliższym elicie elit – aspirująca, choć wciąż niezdolna do pokonania jakiegokolwiek potentata Anglia cierpi na przewlekły deficyt klasowych trenerów i dopiero czeka na zgraję młodych zdolnych najnowszej generacji; Belgowie mają kiepską ligę i w ogóle nie wiadomo, jak długo potrwa ich złoty okres; o ograniczeniach Portugalii wspomnieliśmy; Włosi kopią na stadionach straszydłach, wpuszczają do kadry przeciętniaków niegodnych szlachectwa czterokrotnego mistrza świata (jak można wpuścić do ataku spasionego powakacyjnie Maria Balotellego?!) i generalnie borykają się z rozmaitymi patologiami. Nigdzie nie znajdziemy krajobrazu idyllicznego, dopieszczonego w każdym elemencie jak w miłościowie panującym nam triumwiracie.

Jeszcze raz: jeśli wziąć pod uwagę całokształt twórczości  od reprezentacji seniorskiej, przez juniorskie, po mnogość superpiłkarzy – to w futbolu panują złoci medaliści mundialu 2018 (Francja), mundialu 2014 (Niemcy) oraz mundialu 2010 (Hiszpania). Panują miłościwie, ponieważ jednak czasem łaskawie poprzegrywają, w skrajnych przypadkach sromotnie – jak ekipa Joachima Löwa na tegorocznym mundialu. Ale to cywilizacje wyższe, najbardziej zaawansowane, mogące już co najwyżej polerować perfekcję.

Nawet Brazylia – targana aferami, z upadłą infrastrukturą, zdetronizowana nawet na własnym kontynencie – spogląda z zazdrością.

21:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
Archiwum
Tagi