Wpisy z tagiem: Brazuca

wtorek, 17 czerwca 2014

Brazuca, World Cup 2014, Brazil

Pogawędziłem z mundialową piłką, o dotychczasowych wrażeniach z brazylijskiego turnieju. Nie było łatwo, Brazuca musi przecież obfrunąć trzy – w sobotę nawet cztery – mecze dziennie, i to w różnych strefach czasowych oraz klimatycznych, ale w końcu odebrała telefon i obiecała nawet – kiedy już lepiej się poznaliśmy i sobie zaufaliśmy – że wywiad będzie absolutnie ekskluzywny, znaczy z nikim innym nie porozmawia.

Rafał Stec: Jestem nieco stremowany, to mój pierwszy wywiad z piłką, ale zapytam wprost: czy Pani aby nie faworyzuje trochę Thomasa Müllera? On wcale nie wyrywa się do kontaktu z Panią, woli krążyć jak niewykrywalny samolot, w meczu Niemiec z Portugalią rzadziej dotykali Pani tylko Per Mertesacker i Manuel Neuer, ale im bliżej pola karnego, tym większa pewność, że się zaraz spotkacie. I on wciśnie swojego gola, choćby dzióbnięciem z metra. W poniedziałek przesadził – wcisnął aż trzy...

Brazuca: Wypraszam sobie. Jestem z natury bezstronna i uległa, pozwalam ze sobą wyczyniać wszystko, choć naturalnie brzydzę się, gdy ktoś wyciąga do mnie łapy. Inna sprawa, że na boisku, na którym przebywa Thomas, rzeczywiście doznaję, jak by to ujął wasz Witkacy, metafizycznego poczucia dziwności istnienia. Mam go na sobie rzadko, ale cały czas odnoszę wrażenie, że na mnie nastaje, czai się gdzieś obok, syczy, jest na wyciągnięcie stopy. Piłkarz z tajemnicą, męską intuicją, zna mnie chyba lepiej niż ja sama siebie znam. Niepokojące, a zarazem przyjemnie intrygujące.

W głowie mi się nie mieści, że do pewnych graczy nie ciągnie Pani bardziej. W trakcie meczu Włochów z Anglikami ćwierkałem, że gdybym był piłką, to chciałbym, żeby kopał mnie tylko Andrea Pirlo. Przy każdej możliwej okazji turlałbym się w jego stronę.

– Pewnie, że nie są mi obojętni! Inaczej nie zostałabym piłką – tę robotę trzeba kochać, zatracić się w niej, być na każde zawołanie, także w ulewę albo chandrę. A Pirlo mnie zniewala, bo szanuje jak nikt inny. Zbliża się niespiesznie, nigdy nie uderza byle jak i byle gdzie. Inny wymiar subtelności. Czasami myślę, że kiedy zejdzie z boiska na zawsze, wszystkie piłki sflaczeją i już nigdy nie pozwolą się napompować. Żeby ta gra przetrwała, trzeba będzie wyprodukować nowe, takie, które go nie znały i nie rozpruje ich poczucie bezpowrotnej utraty.

Włosi w ogóle mnie uwiedli, to była najwyższa kultura gry. Po pierwszych zagraniach wiedziałam, że Anglicy mogą co najwyżej podokazywać, połudzić się, a po gwizdku entuzjazmować, że lawirowali po murawie zręcznie jak nigdy. Ten ich trener Roy Hodgson niepotrzebnie napalił się na zwycięstwo. Gdyby chciał remisu, gdyby zamiast szybkobieżnego Sterlinga – rozochocony fircyk w galotach, prawda? – rzucił hoplitę Milnera, to może cel by osiągnął. Cesare Prandelli w pierwszym meczu nie ryzykowałby, zaakceptowałby jeden punkt. W jego drużynę wątpiłam. Nie wzięli Rossiego, rozkraczył się Buffon, w napadzie wiszą na psychicznej formie Balotellego, czyli najbardziej niestabilnym zjawisku w przyrodzie, na środek obrony wpuścili rozdygotanego Palettę, który jako reprezentant kraju jest hańbą włoskiej sztuki defensywnej. A jednak kontrolowali sytuację. Będą niebezpieczni dla wszystkich.

Wracając do pytania – nie kładę się na murawie oziębła, odczuwam przykrość, frajdę, w najlepszych chwilach rozkosz. Nie oznacza to jednak, że wpływam na wynik. Nie chcę i nie umiem wpływać.

Najrozkoszniej było dotąd przy nodze Pirlo?

– Wspaniale wspominam też lot na głowę van Persiego po dłuuuugim przerzucie Daleya Blinda. To doświadczenie osobne – kopnięcie było idealnie wymierzone, więc niesie cię głębokie przeświadczenie, że dotrzesz do celu, a potem wpadniesz do siatki, a zarazem nie masz pojęcia, jak to się stanie. Przeczuwasz tylko, że będzie nietypowo. I było! Dostać głową po takim szczupaku to inna energia, najrzadszy z rarytasów. Aż wdrukowuje się w świadomość obraz płynącego w powietrzu, rozłożystego jak żagiel Holendra – zobaczy Pan, to będzie jeden z tych epizodów, który zapadnie w pamięć na zawsze. Jak wiadome podanie Franka de Boera, zwód i strzał Dennisa Bergkampa w 1998 roku. Tak się tworzy ikonografia mundiali.

Lubiłam też wieloosobowe akcje, które poprzedziły bramki Chile, USA i Ghany. Z tymi dwiema ostatnimi drużynami przeżyłam fantastyczny wieczór – gdybym miała głowę, to pewnie dostałabym zawrotów, bo wirowałam bez ustanku, a obłędne tempo gry wcale nie obniżało precyzji podań i wyrafinowania natarć. Wdmuchnęli we mnie nowe życie, po koszmarze z Iranem i Nigerią opadł mnie intensywny meczowstręt. Zwłaszcza przy Nigeryjczykach – i Kameruńczykach, skoro już zabrnęliśmy w tamten region – czuję się jak szmata, oni zachowują się, jakby bili we mnie na oślep, jakby w szatni wszyscy serdecznie siebie nie znosili, więc na boisku podają sobie na złość, byle ten drugi nie miał szans do mnie dobiec. A Victor Moses, przecież szpanujący kontraktami w Premier League, to dopiero dał ciała! Zero stworzonych szans bramkowych, zero celnych dośrodkowań, zero udanych wślizgów, zero przechwytów, zero wygranych pojedynków główkowych...  Postanowił zbojkotować mundial czy inni szatani byli tam czynni?!

Zdaje mi się, że z grupy wygramoli się najwyżej jedna afrykańska reprezentacja, a 1/8 finału nie przeżyje już żadna.

Z nimi tyrało się najciężej?

– Jak najszybciej chcę też zapomnieć o rzucie wolnym Cristiano Ronaldo z drugiej połowy. Leżałam tak daleko od bramki, że prawie jej nie widziałam, ale on uparł się strzelać, co nachalny typ – w jednoosobowy murek wcielił się Philip Lahm, Portugalczyk przywalił mu tępo w piszczel. Jego drużyna była już wtedy zdezintegrowana, on sam od początku szwendał się całkiem od niej odizolowany. Pobojowisko. Tamten mecz kończyłam w cmentarnym nastroju, bo świat nie kończy się dla mnie na zmysłowych trąceniach, które preferują Pirlo czy inny Iniesta, rozanielona jestem również wtedy, gdy ktoś we mnie porządnie przygrzmoci, na Ronaldo specjalnie czekałam. W ogóle czekam, aż wlecę do bramki bezpośrednio po kopie z wolnego. Jestem wszystkożerna, pożądam każdej możliwej mundialowej atrakcji, a w Brazylii bywa okresami jednowymiarowo – o wynikach rozstrzygają dośrodkowania bocznych obrońców albo cofniętych skrzydłowych.

Jest Pani wymagająca. Ja uważam, że mistrzostwa wręcz porywają, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę standardy futbolu reprezentacyjnego w XXI wieku. No i do chwili, w której rozmawiamy, pada średnio 3,14 gola na mecz. Gdyby tendencja się utrzymała, przeżylibyśmy najobfitszy w bramki turniej od 1958 roku.

– To akurat bardzo doceniam, pamiętam, że moja poprzedniczka, biedaczka Jabulani, podczas mundialu w RPA wpadała do siatki zaledwie 2,27 raza na spotkanie. My bywamy amatorkami prostych przyjemności, żadne manipulowanie nami w abstrakcyjnych konstrukcjach taktycznych nie zastąpi ekstazy pobytu za linią bramkową. Wy musicie odwoływać się do jakichś komputerowych hokus-pokus, żeby ustalić, czy byłam wewnątrz, czy zostałam na zewnątrz, a ja nie jestem w stanie się pomylić. W bramce jest zupełnie inaczej, nie sposób pomylić tego doświadczenia z niczym. Dlatego nie przepadam za sytuacjami, w których piłkarz drużyny potrzebującej nadal odrabiać straty natychmiast mnie stamtąd wyszarpuje i porywa na środek boiska. Trochę to egoistyczne, czuję się wykorzystywana.

Generalnie ma Pan oczywiście rację, jestem w Brazylii traktowana jak księżniczka, niemal każdym meczem delektuję się jak wytwornym i wystawnym przyjęciem.

Muszę o to zapytać – nie chciałaby Pani potańczyć na mundialu również z polskimi piłkarzami? Nieboraki nie awansowały...

– Puszczę to mimo uszu. Przyzwoitej piłce tak wulgarnych propozycji się nie składa.

Archiwum
Tagi