Wpisy z tagiem: Legia Warszawa

niedziela, 26 sierpnia 2018

Piłkarski nistrz Polski w ruinie, a ja z pogodną beztroską – i gotowością na drwiny – przyrównuję jego sytuację do sytuacji Realu Madryt sprzed ponad dekady. Felieton do poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Legia Warszawa

Za siedemdziesięcioma meczami i siedemdziesięcioma klęskami, w niesławnym roku 2011, zastanawiałem się na blogu, czy Jagiellonia, która akurat przerżnęła z Irtyszem Pawłodar, zaserwowała nam najgrubszy obciach w dziejach polskich popisów w europejskich pucharach. Kandydatura była mocna, przeciwnik reprezentował ligę Kazachstanu - sklasyfikowaną na 42. miejscu w rankingu UEFA. Po błyskawicznym riserczu ją jednak zdyskwalifikowałem. Wszak dwa lata wcześniej obyta w rywalizacji międzynarodowej Wisła Kraków oberwała od Levadii, drużynki pochodzącej z leżącej w rankingu jeszcze niżej (43.) ligi estońskiej.

Od tamtej pory eksportowi kopacze z tzw. ekstraklasy rozsmakowali się w podróżach w nieznane, by przegrywać - nastała epoka wielkich odkryć geograficznych, moje ulubione łyki egzotyki to chyba macedońska Shkëndija Tetowo oraz islandzki Ungmennafélagið Stjarnan. Dlatego pogubiłem się, przestałem nasze futbolowe gnioty hierarchizować.

Dzisiaj nie mam wątpliwości. Legię w kategorii „obciach wszech czasów” nominuję nawet nie z tego powodu, że Dudelange reprezentuje 47. ligę w rankingu UEFA (przestańcie mi chrzanić, że luksemburski futbol wstał z kolan). Nie, chodzi raczej o to, że nowe regulaminy rozgrywek dały jej drugie życie. Legia po klęsce w eliminacjach Ligi Mistrzów ze słowackim Spartakiem Trnava, czyli klubem również wielokrotnie biedniejszym, mogła się jeszcze odkuć w kwalifikacjach Ligi Europy. Nie pomogło, całe lato knot knota knotem poganiał, wszystkie knoty należy przez siebie przemnożyć.

No i ten budżet. W Warszawie naprawdę zebrali na piłkę przyzwoite pieniądze.

Jeszcze raz: legijne lato 2018 to obciach wszech czasów, legioniści wyglądają chwilowo jak aktorzy na planie u Eda Wooda, jak wąsy Borata, jak skarpetki w sandałach. Dziurawe skarpetki.

A ponieważ dzisiaj poodpadali i poprzegrywali także pozostali bohaterowie tzw. ekstraklasy, to mamy generalnie pucharowy obciach wszech czasów po polsku. Aż mnie natchnęło, aż wezbrałem optymizmem. Nabrałem mianowicie przekonania - piszę to całkiem serio - że nasze drużyny niżej w Europie nie upadną. Już nigdy.

Zapamiętajcie moje słowa: już nigdy. Zapamiętajcie je tak, jak ja zapamiętałem brawurową obietnicę Arkadiusza Malarza, który po 1:2 z Luksemburczykami u siebie oznajmił wojowniczo, że Legia awansuje.

czwartek, 09 sierpnia 2018

Legia Warszawa - Dudelange

W trakcie spożywania dzisiejszego gniota z Łazienkowskiej - wakacje mam, po jaką cholerę na to patrzę?! - przypomniało mi się, jak przed dekadą zacząłem nieco śmielej przyznawać się do pomysłu, żeby zlikwidować polską piłkę nożną. Nabrałem odwagi, bo odkryłem istnienie Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości.

Szczegóły swojej wizji podałem wówczas w felietonie. Na amatorskie gierki delikwentów szczególnie opornych oczywiście przymknąłbym oko. Nie chciałem totalnego zakazu, myślałem raczej o finezyjnym eksperymencie inżynierii społecznej - szeroko zakrojonym zohydzaniu uprawiania futbolu przy równoczesnym zachwalaniu innych sportów, co z czasem wsparlibyśmy ustawą o rozwiązaniu klubów, rozbiórce stadionów, przymusowej reedukacji relacjonujących kopaninę dziennikarzy etc. Skosić równo z trawą, byle ostrożnie i stopniowo, bez uwieszania u portfeli podatników setek tysięcy bezrobotnych, którym nie wystarczyłoby kompetencji - od menedżerskich po etyczne - na zarządzanie jarzyniakiem. Aktywistami Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości kieruje przekonanie, że ludzie uświniają planetę i bez nich wyglądałaby ona ładniej. Mną kierowało silne przekonanie, że ludzie polskiej piłki uświniają polski sport i bez nich wyglądałby on ładniej.

Od tamtej pory (nie)wiele się zmieniło, a ja zmieniłem zdanie. Skoro nadwiślańskie plemiona tę tandetę utrzymują swoimi portfelami, to znaczy, że piłka nożna jest sensem ich życia. A sensu życia nie wolno nikomu odbierać. Kombinuję więc, jak nam wszystkim pomóc.

I tak sobie myślę, że gdyby nie zasada, że na szczurach wolno przeprowadzać eksperymenty, a na piłkarzach tzw. ekstraklasy nie wolno, być może stosunkowo łatwo udałoby się nam doprowadzić do letnich sukcesów polskich klubów w europejskich pucharach. Wtedy potrzebowalibyśmy jeszcze tylko móc umieścić ligowców w warunkach laboratoryjnych.

Wyjaśnię to na przykładzie. Oto firmy farmaceutyczne, które stale wykorzystują szczury jako obiekty doświadczalne przy opracowywaniu nowych antydepresantów, w jednej z popularnych procedur umieszczają setkę osobników (każdego osobno, aż tyle ze względu na wiarygodność statystyczną) w szklanych rurach wypełnionych wodą. Zwierzęta podejmują wciąż na nowo rozpaczliwe i daremne próby wspięcia się po ściankach i wyjścia z naczynia, ale po 15 minutach większość się poddaje i nieruchomieje. Unoszą się po prostu na powierzchni, zobojętniałe na to, co je otacza.

Wtedy bierze się kolejną setkę szczurów, umieszcza się je w rurach, ale wyławia się je po 14 minutach, tuż przed, nim poddadzą się rozpaczy. Suszy się je, karmi, pozwala nieco wypocząć - po czym znów wrzuca się je do rur. I tym razem większość szczurów szamocze się przez 20 minut i dopiero wtedy rezygnuje. Skąd te dodatkowe 6 minut? Ponieważ pamięć sukcesu z przeszłości powoduje wydzielenie w mózgu jakiejś substancji biochemicznej, która daje sierściuchom nadzieję i spowalnia nadejście rozpaczy.

Eksperyment trwa dalej, a ja nie zamierzam tłumaczyć, o co chodzi, ponieważ interesuje mnie tylko do tego etapu.

Wyobraźmy sobie teraz piłkarzy z tzw. ekstraklasy wrzuconych w środku lata do europejskich pucharów - wyglądają i reagują jak szczury w rurach, najpierw szamotanina, a następnie bezruch i zobojętnienie. Legia wytrzymała dzisiaj w remisie zbliżoną ilość minut, Luksemburczycy zasunęli jej decydującego gola w 61. minucie.

Teraz wyobraźmy sobie, że wyjmujemy ich z europejskich pucharów tuż przed zbadanym uprzednio momentem krytycznym i postępujemy jak ze szczurami - suszymy, karmimy, dajemy nieco odpocząć, po czym znów wrzucamy na boisko. Skoro wytrwałość szczurów zwiększa się o około 37 proc., to dlaczego wytrwałość naszych ligowców miałaby się nie zwiększyć o tyle damo? Może ci, którzy wytrzymaliby w wysiłkach do 61. minuty, teraz wytrwaliby do 84.? To byłby ładny początek budowania lepszego jutra.

23:04, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 25 września 2017

Taką bekę – uwielbiam to określenie – wszyscy kręcą z mistrza Polski w piłce nożnej, że poczułem się zobowiązany stanąć w jego obronie. A przy okazji wstawić się za całą naszą ojczyzną, nie wiedzieć czemu opluwaną jako okolica szczególnie bałaganiarska. Kolejny felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

środa, 02 sierpnia 2017

Latami ciągnąłem łacha z popisów polskich drużyn w europejskich pucharach – jak my wszyscy, to jeden z nadwiślańskich sportów narodowych – w których nasi obrywali od każdego, nawet najbardziej niewydarzonych kopaczy z Trapezfiku czy Krainy Deszczowców. Aż mi przeszło. Przeszło mi, gdy piłkarze większości klubów zostali zmuszeni do rozpoczynania rozgrywek w końcu czerwca lub na początku lipca. (Tu szerzej pisałem, jak powolutku UEFA oszukiwała).

Rozumiem, że silniejsi są uprzywilejowani. Tak było, jest i będzie. Ale znaj proporcje, mocium panie. Pozostaje jeszcze kwestia skali. Jeśli jedni wychodzą na boisko na początku lipca, a inni w połowie września, to mamy już skandalicznie nierówne traktowanie. Po lewicemu rzecz ujmując – dyskryminację. W okresie wakacyjnym, zwłaszcza wczesnym okresie wakacyjnym, nikt nie zdoła grać dobrze. Nikt. Nawet gwiazdorzy Bayernu, który właśnie dają ciała w sparingach, i nawet Barcelona, która właśnie zachorowała na ucieczkę Neymara do Paris Saint-Germain. Tylko że bogaci kopią sobie teraz pokazowo, a innym zdarzają się takie przykrości, jak ta z 30 czerwca 2016 roku, gdy UEFA kazała o tej samej porze grać w organizowanych przez siebie rozgrywkach obu drużynom Bartosza Kapustki – reprezentacji Polski oraz Cracovii. Absurd.

Dlatego wstępnych podrygów piłkarzy polskich klubów nie mam ochoty w ogóle recenzować. Bo kiedy nastaje lato i oni wracają z urlopów, następuje zwolnienie blokady maszyny losującej. I czasem się uda wygrać, a czasem się nie uda. Rządzi przypadek. W zeszłym roku dał warszawiakom, w tym roku odebrał warszawiakom.

Czy prawdą o Legii z minionego sezonu jest wakacyjna człapanina w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, czy raczej ostatnie sceny fazy grupowej, w których Legia najpierw zremisowała z Realem Madryt, a potem w batalii o Ligę Europy pobiła lizboński Sporting? I jeszcze wiosną stawiała się Ajaxowi Amsterdam, finaliście tych ostatnich rozgrywek?

Tak, wiem, już słyszę marudzenie, że „nasi są sami sobie winni, nikt im nie każe leżeć nisko w rankingu UEFA, gdyby fruwali wyżej, startowaliby później”. Racja, nikt im nie każe. Ale system zawsze może być bardziej lub mniej sprawiedliwy. W futbolu reprezentacyjnym jest bardziej sprawiedliwy – trener Adam Nawałka nie wydźwignąłby reprezentacji Polski do czołówki tak szybko, gdyby musiał zaczynać od 17 rund przedwstępnych, zanim pozwolono mu zmierzyć się z wypoczętymi Niemcami. Nie musiał, tam piłkarzy 200. w globalnym rankingu San Marino dzieli od mistrzostwa Europy tyle samo meczów, ile dzieli Hiszpanów, Włochów czy Francuzów.

Legia pewnie mogłaby działać mądrzej. Np. postępować bardziej bezwzględnie ze swoimi pracownikami i nie pozwalać na to, żeby w przededniu europejskich gier, w środku sezonu, rzucał ją lider Miroslav Radović. Albo w identycznych okolicznościach rozstawać się naraz z oboma snajperami, fundamentalnymi dla jej siły Nemanją Nikoliciem i Aleksandarem Prijoviciem. Albo wypuszczać Vadisa Odjidję-Ofoe, któremu być może ocaliła karierę, przy pierwszej jego ochocie, by zbiec. Reagować jak poważna firma z ambicjami, która sama szanuje podpisywane kontrakty, więc oczekuje, że uszanują je również piłkarze. Zaryzykować, że się zbuntują, obrażą, zniechęcą (oni też ryzykowaliby, świadomie odpuszczając sezon). I sprawić, że do europejskich pucharów przystąpi – i latem, i zimą – nie w trakcie budowania nowej drużyny, lecz wystawiając drużynę już zbudowaną.

Tak czy owak sezon, który rozpoczyna się od porażek naszych klubów z Azerami i Kazachami, wywołuje grozę. Moja pierwsza refleksja po dzisiejszym meczu Legii z Astaną brzmiała: biorąc pod uwagę, jak ewoluują zasady kwalifikacji (zawsze dla komfortu bogatych!), nie wykluczałbym, że polski klub już nigdy nie zagra w Lidze Mistrzów.

czwartek, 23 lutego 2017

Prześladowała mnie myśl, że w Amsterdamie podogrywkowa seria rzutów karnych jest finałem nieuniknionym i jedynie logicznym. Legia przeżywa sezon niewiarygodny, pełen bezprecedensowych przygód, więc tej awanturniczej epopei ewidentnie brakowało jedenastek – pierwszych w dziejach europejskich popisów stołecznego klubu. Zwłaszcza że w obu ostatnich meczach (wygranym 1:0 ze Sportingiem oraz zremisowanym 0:0 z Ajaxem) piłkarze przyzwyczaili nas, że ich pole karne najechać trudno, nie tracą zimnej krwi, potrafią osiągać cel pomimo wyższych umiejętności rywali.

I do przerwy znów trzymali fason. Owszem, piłka trafiała w ich słupek – na takie przykrości narażone są wszystkie drużyny pozwalające oblegać swoją bramkę. Ajax nie zdołał jednak ani razu celnie strzelić. Uwijał się ofensywnie, nie oddawał piłki, ale więcej było z tego dymu niż ognia.

Długo wyglądało to, podobnie jak w Warszawie, na mecz bardzo utalentowanych chłopców ze słabiej od nich wyszkolonymi technicznie mężczyznami – napastnik Kucharczyk mógłby się uczyć gry nogami od bramkarza Onany – którzy sporo już przeżyli. Legia to wszak ekipa wyczynowców dojrzałych, weteranów wielu europejskich kampanii, o przeciętnej wieku graniczącej z trzydziestką, z obytą defensywą (37-letni Malarz, 32-letni Broź, 30-letni Dąbrowski, 30-letni Pazdan, 29-letni Hlousek).

A jednak ci ostatni mieli tuż po przerwie chwilę roztargnienia. Biernie reagowali (i byli fatalnie ustawieni) na kombinacyjną akcję Ajaxu, bramkarz bez przekonania bronił strzału Younesa, przy dobitce nie miał szans. I mogła Legia przegrać znacznie wyżej, bo ustępowała rywalom bardziej niż sugeruje wynik dwumeczu. Choć pojedynek chłopców z mężczyznami trwał do ostatnich sekund – pierwsi nie umieli zapewnić sobie spokoju spokojnym utrzymywaniem piłki, drudzy nie ustawali w próbach wyjścia z samych siebie. Emocje ustały dopiero z gwizdkiem sędziego.

Historia naszego futbolu w ostatnich latach przyspieszyła. W 2013 r. ujrzeliśmy trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2014 r. podziwialiśmy triumf reprezentacji nad Niemcami, co też nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2015 r. Robert Lewandowski zatrzymał się tuż przy podium plebiscytu Złota Piłka, na co czekaliśmy od trzech dekad, i od tamtej pory coraz bliżej mu do polskiego snajpera wszech czasów. W 2016 r. drużyna Adama Nawałki odpadła z mistrzostw Europy dopiero w ćwierćfinale (znów: nigdy wcześniej się nie zdarzyło), za jego kadrowiczów renomowane firmy jęły płacić rekordowe pieniądze, a Legia awansowała do Ligi Mistrzów, czego przedstawiciel ekstraklasy nie dokonał od 20 lat. Szaleństwo. Jakbyśmy ominęli kilka etapów rozwoju, z epoki kamienia łupanego skacząc wprost do epoki oświecenia.

Wreszcie nastał rok 2017 i postanowiliśmy sforsować kolejną barierę. Gdyby jeszcze polski klub o tej porze roku triumfował w dwumeczu w Europie, historia naszej piłki weszłaby w galop. Skalę wyzwania, przed jakim stanęła Legia, uzmysławiają wyjazdowe wyniki w europejskich meczach rozegranych w minionym ćwierćwieczu wiosną: 0:1, 0:1, 0:0, 0:2, 1:2, 1:4, 3:3, 0:3. Ledwie jeden uciułany remis, siedem porażek, gol wciskany raz na bite 240 minut gry.

Legia nie podołała, ale postęp jest bezdyskusyjny. Sezon w sezon rozgrywa kilkanaście meczów w pucharach i choć daleko jej do firm wielkich i największych – zgrupujmy je w Europie pierwszej prędkości – to osiągnęła tempo Europy drugiej prędkości. Reszta polskich klubów leży na naszym kontynencie tylko teoretycznie. 

21:30, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
czwartek, 16 lutego 2017

Trzeba podryblować - to Vadis Odjidja-Ofoe. Trzeba przyłożyć z dystansu - to też Odjidja-Ofoe. Podanie przeszywające wrogą defensywę? Odjidja-Ofoe. Dośrodkowanie, po którym nowy napastnik powinien załadować gola (a pokazowo spartaczy)? Odjidja-Ofoe. Tyle się w Legii od jesieni, gdy rewelacyjnie finiszowała w rozgrywkach Ligi Mistrzów, nie zmieniło. Reżyserujący grę lider pozostał liderem. Nawet teraz, gdy nie wygląda na natchnionego, jak wówczas.

W dzisiejszym meczu z Ajaxem zachowali też warszawianie rozwagę i opanowanie w manewrach defensywnych. Długimi minutami umieli na tyle zneutralizować faworyta, by zagrażał ich bramce stosunkowo rzadko, znów wyglądali na drużynę dojrzałą, obznajomioną z poważnym futbolem. To też pozostało niezmienne od ostatniego jesiennego meczu w LM, w którym legioniści z zimną krwią rozprawiali się ze Sportingiem.

I już to powinniśmy docenić, skoro zdajemy sobie sprawę, że po przerwie zimowej zasadniczy problem polskiej drużyny klubowej polega na tym, żeby w ogóle przypominała samą siebie. Że o tej porze roku walczy ona wręcz z prawami przyrody.

Kiedy przed dwoma laty Legia mierzyła się z Ajaxem na tym samym etapie rozgrywek, broniła się przed amsterdamczykami ledwie tydzień po wznowieniu rywalizacji w lidze krajowej, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, w dodatku bez najjaśniejszej gwiazdy - odlatującego do ligi chińskiej Miroslava Radovicia. Ujrzeliśmy wtedy na boisku zupełnie inną drużynę niż ta, która jesienią z wyrachowaną skrupulatnością gromadziła punkty w fazie grupowej Ligi Europy.

Teraz to samo. Legia podejmowała Ajax pięć dni po wznowieniu rywalizacji w kraju, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, bez obu głównych snajperów - wyeksportowanych Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia. Kalka. Takie nasze realia logistyczno-klimatyczne, to m.in. dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po zimowej przerwie dwumecz w Europie. Ba, nawet pojedyncze zwycięstwo wpadło nam ledwie raz w 16 próbach (gdy Lech wydłubał 1:0 z Bragą, by w rewanżu ulec 0:2).

Łatwo więc - może wręcz wypada - zachować wyrozumiałość, gdy widzimy, że Legia rażąco ustępuje gościom w precyzji podań. Albo gdy pozyskany przed kilkoma chwilami snajper Tomas Necid niezbyt aktywnie uczestniczy w grze, niezbyt orientuje się w terenie, ewentualnie pudłuje. Zanim go zlinczujemy, poczekajmy, aż rozgrzeje się i on, i jego nowy zespół.

Znamy wszak kontekst - oto próbujący się rozpędzić gospodarze wpadli na rywali będących w pełnym szwungu, którzy w tym roku rozegrali już pięć meczów, we wszystkich zwyciężyli, przed przylotem do Warszawy wytrzymali bez straty gola od 378 minut. O jakże pożądanej w sporcie równości szans nie ma tu mowy, to zresztą zjawisko uniwersalne, cierpią przez pogodę wszystkie lub prawie wszystkie kluby ze wschodu Europy. Kiedy teraz Legia biła się z Ajaxem, wszechbogaty Zenit St. Petersburg, który jesienią w fazie grupowej tłukł punkt za punktem, przegrywał w Brukseli z Anderlechtem.

Dlatego wiedzieliśmy, że wartością meczu w Warszawie będzie wymordowanie wyniku pozwalającego utrzymać się w grze przed rewanżem. Choćby bezbramkowego remisu, by w rewanżu remis bramkowy premiował Legię. To się udało. Mistrz Polski znów nie pokonał praw przyrody, ale też nie dał się pokonać im. Przynajmniej na razie.

23:03, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Jacek Magiera, Zinedine Zidane

Był sobie duży klub piłkarski, taka naprawdę uznana firma – pochodzący ze stolicy, pragnący panować w kraju i godnie wypadać w Europie – w którym trenerowi pracuje się bardzo trudno. Presja, nieustający medialny jazgot, histeryczne reakcje kibiców na niepowodzenia, wyolbrzymianie niewielkich wpadek do gigantycznych skandali. Pewnego razu wpadł ów klub w tarapaty. Tarapaty poważne, w żargonie futbolowym obwołujemy je mrocznie „kryzysem”. A szatnią akurat rządził trener, który okazał się wyborem wyjątkowo błędnym. Nie tylko dlatego, że wyniki wyglądały beznadziejnie, a gra jeszcze marniej. Choć pracował ów szkoleniowiec od niedawna, to zdążył sprawić, że piłkarze nie tyle stracili do niego zaufanie, ile serdecznie go nie znosili.

No dobrze, ociupinkę przeinaczyłem. Tak naprawdę wszystkie powyższe zdania – owszem, prawdziwe – dotyczą nie jednego, lecz dwóch klubów. Realu Madryt oraz Legii Warszawa.

Trochę je jednak różni. Pierwszy uchodzi za klub królewski, w drugim niekiedy wznosi się toasty Królewskim. Pierwszy przeżywał zapaść zimą, a drugi – jesienią 2016 roku. Pierwszy rozczarowywał w oglądanej na całym globie lidze hiszpańskiej, a drugi – w oglądanej głównie w Polsce lidze polskiej. W pierwszym piłkarze nienawidzili mądrali Rafy Beniteza, a w drugim – mądrali Besnika Hasiego.

Zdesperowani prezesi postanowili nie zwlekać i przepędzić zatrudnionych przed chwilą szkoleniowców, zanim straty okażą się nieodwracalne. I obaj – pamiętajmy: prezesują w podobnych okolicznościach – podjęli decyzję bezpieczną, a zarazem ryzykowną. Bezpieczną w tym sensie, że powierzyli drużynę jej byłemu piłkarzowi, który spędził w stołecznej szatni ładnych parę sezonów. Ryzykowną w tym sensie, że w obu przypadkach zatrudniany były piłkarz, w przeszłości przyuczający się do nowego fachu w drużynie rezerw, obejmował niezwykle wymagającą posadę jako kompletny żółtodziób.

A zatem stres przemieszany z nadzieją. I w Madrycie, i w Warszawie.

Piłkarze odetchnęli. Znów – w obu stolicach. Zrzucili kajdany, uśmiechnęli się, zaczęli grać śpiewająco, chwilami wręcz fruwająco. Szczególnie rzucało się w oczy właśnie to, że odzyskali radość z futbolu.

Odzyskali też moc. Real nie zdążył już wiosną odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukował ją z pięciopunktowej do jednopunktowej, lidera nie dopadł – ale roztańczył się w Lidze Mistrzów, zdobywając trofeum. Legia też nie zdążyła jesienią odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukowała ją z 12-punktowej do czteropunktowej – ale rozskakała się w Lidze Mistrzów, zdobywając zaproszenie do Ligi Europy.

Wkrótce po objęciu stanowisk przez trenerskich żółtodziobów obie drużyny podarowały też kibicom niezwykle przyjemne szlagiery. Piłkarze Zinedine’a Zidane’a triumfowali w El Clásico, krzywdząc Barcelonę na jej boisku, a także kończąc jej serię bez porażki na meczu numer 39. Piłkarze Jacka Magiery wywołali natomiast sensację, zatrzymując w LM tenże Real – broniący, przypomnijmy, trofeum.

Madryccy piłkarze tak się rozpędzili, że od miesięcy mkną jak nikt w Europie, ich passa bez przegranej ciągnie się już przez 37 meczów. Warszawscy piłkarze tak się rozpędzili, że od tygodni strzelają jak nikt w Europie – w każdym z minionych 10 spotkań wbijają średnio 3,4 gola. Pojedynczą bramką zadowolili się w tym okresie ledwie raz, ale przykrości wówczas trybunom nie sprawili, skoro wystarczyła ona do pokonania Sportingu Lizbona.

Zidane kontra Magiera, wyścig nowicjuszy trwa. Entuzjazm piłkarzy Realu przetrwał przerwę letnią, piłkarzy Legii dopiero czeka przerwa zimowa – pewnie żałują, bo prawie unosili się ostatnio nad murawą. I ani oni, ani ich trenerzy prawdopodobnie nie mają pojęcia, jak pasjonujący pojedynek madrycko-warszawski się toczy, ale my, obserwujący futbol z perspektywy kosmicznej, umieramy z ciekawości. Kto będzie lepszy?

czwartek, 08 grudnia 2016

Legia Warszawa wiosną w Europie

Jeśli spojrzeć na całą współczesną geografię – i hierarchię – Ligi Mistrzów, wyczyn warszawskich piłkarzy jest nawet bardziej wyjątkowy niż się zdaje.

Gdyby te rozgrywki były sceną polityczną, nazywalibyśmy je „zabetonowanymi”. Zamiast członków kilku stale panujących partii, mamy tu kluby kilku stale panujących krajów.

O ile dzieląca świat liberalnej demokracji od świata demokracji ludowej Żelazna Kurtyna zniknęła z mapy u schyłku lat 90. i już nie wróciła, o tyle w Champions League pojawiła się u schyłku XX wieku. Po 1999 roku, w którym po boiskach szalało Dynamo Kijów legendarnego trenerskiego rewolucjonisty Walerego Łobanowskiego, piłkarze żadnego klubu z terytorium dawnego bloku socjalistycznego nie zdołali już awansować do półfinału. O finale nawet nie wspominając.

Co gorsza – patrząc z naszej perspektywy – trend się nasila, ponieważ w trwającej dekadzie nieosiągalny dla byłych demoludów stał się nawet ćwierćfinał. Udało się tylko Szachtarowi Donieck, i to ledwie raz, w sezonie 2010/11, choć łącznie na tym etapie rozgrywek było w tym okresie do obsadzenia 48 miejsc. Ile by nie inwestowali oligarchowie ukraińscy czy rosyjscy, w zderzeniu z Zachodem pozostają bez szans. A kogo by nie wystawiał Zachód, wychodzi na swoje. Tej jesieni nawet absolutni debiutanci z Leicester znokautowali grupowych rywali. Co zresztą uświadamia, że jęki, jakoby kibice Ligi Mistrzów byli skazani na śmierć z nudów – ponoć „zawsze grają ci sami” – nie mają pokrycia w faktach. Skład rozgrywek jednak intensywnie się zmienia.

Sam Zachód też rozpadł się na Zachód dwóch prędkości. Władzę trzymają w istocie przedstawiciele sześciu państw - Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii, Portugalii, Włoch - i również systematycznie ją wzmacniają. Z 64 półfinałowych miejsc w XXI wieku oddali zaledwie jedno (!), zajęte w wiosną 2005 r. przez holenderskie PSV Eindhoven.

Dopiero bieżącej jesieni przedstawiciele panującego sekstetu – pięć najsilniejszych gospodarek unijnych plus niesamowicie wydajna futbolowa Portugalia – ustanowili jednak wszelkie rekordy. Wśród wszystkich klubów, które przetrwały fazę grupową i awansowały do 1/8 finału, nie znajdziemy mianowicie żadnego spoza elity elit. Wiosną w Champions League poczwórnie reprezentowana będzie Hiszpania, potrójnie – Anglia i Niemcy, a podwójnie – Francja, Włochy i Portugalia.

To przypadek absolutnie bezprecedensowy, dotąd w obecnej formule rozgrywek do drugiej rundy zawsze przekradał się klub z Rosji, Ukrainy, Szwajcarii, Grecji, Holandii, Szkocji czy Turcji. A zazwyczaj przeżywało do wiosny kilka takich klubów. Teraz z olbrzymim wysiłkiem wygrywają z oligarchią choćby nieliczne, pojedyncze mecze.

A dla klubów z byłych krajów socjalistycznych takie pojedyncze wygrane stają się już właściwie niemożliwe. W bieżącej edycji LM próbowały się one z przedstawicielami sekstetu 30 razy, zwycięstwo odnosząc dwukrotnie. Powiodło się piłkarzom z Rostowa (3:2 z Bayernem) oraz Legii (1:0 ze Sportingiem).

Tylko mistrzowie Polski zdołali jednak urwać w tych starciach aż cztery punkty. Zdołali pomimo niesprzyjającego losowania, w końcu wcześniej musieli zatrzymywać – w Warszawie skutecznie – broniący tytułu Real Madryt. Ich popisy do minionej środy wywoływały uczucia, delikatnie mówiąc, ambiwalentne, nie wiedzieliśmy, czy martwić się wyrównanym rekordem największej liczby straconych w fazie grupowej goli, czy raczej cieszyć się, że ledwie 10 uczestników LM zdobyło w tej edycji więcej bramek.

Teraz już żadnych wątpliwości nie ma. Biorąc pod uwagę brutalne okoliczności, Legia osiągnęła wynik rewelacyjny. Wycisnęła maksimum dostępne dzisiaj dla klubów z naszego – szeroko pojętego „naszego” – regionu.

wtorek, 22 listopada 2016

Borussia - Legia

To jest jesień sensacyjna, a zarazem absurdalna. Legia przez 2 minuty prowadzi z Realem Madryt (broniącym trofeum!), Legia przez 7 minut prowadzi w Dortmundzie (oberwał tam przed chwilą Bayern!), skazywana na ujemny bilans punktowy Legia do ostatniej kolejki ma szansę na przeniesienie z Ligi Mistrzów do Ligi Europy. Gadajcie, co chcecie, miesiąc temu nikt z was nie umiałby nawet o tym pomyśleć.

No i jeszcze dzisiejszy bramkowy wodospad. Goleada absolutnie unikalna, przez pół godziny wyczarowywana z tak radosną konsekwencją, jakby piłkarze obu drużyn postanowili dotrzeć do końca piłki nożnej i sprawdzić, co będzie potem. Jeśli słynna maksyma włoskiego poety Gianniego Brery głosi, że idealny mecz powinien zakończyć się wynikiem 0:0 – nikt nie popełnił błędu – to dzisiejszy wyglądał jak wyjęty ze snów czesko-włoskiego trenera Zdenka Zemana, kultowego orędownika gry ultraofensywnej, który pożądał w futbolu wyników nie tyle hokejowych, ile koszykarskich.

Ubawiliśmy się po pachy, pozostając świadomymi brutalnej prawdy: Legia miała z ostatnich wieczór w Champions League sporo przyjemności, ponieważ rywale skrajnie ją zlekceważyli. Real i Borussia ostentacyjnie zignorowały grę defensywą, pomocnicy żadnej z tych drużyn nie zamierzali nawet skinąć, żeby wesprzeć obrońców. Co więcej, dortmundczycy odfajkowywali rewanżowe spotkanie z warszawiakami głębokimi rezerwami, w podstawowym składzie ocalało tylko dwóch zawodników z jedenastki, która w sobotę przetrwała wycieńczającą, toczoną w szalonym tempie batalię z Bayernem. A i tak przyłożyli Legii w dwumeczu 14 golami.

To niejedyna przykra skrajność. Mistrzowie Polski stracili już bowiem w fazie grupowej 24 bramki i wyrównali niechlubny rekord rozgrywek należący do BATE Borysów. Oni też biegają po boisku nienękani jakąkolwiek presją – od początku nikt niczego od nich nie wymagał, a po wizycie w Warszawie Realu to już w ogóle zagwarantowali sobie pełne bezpieczeństwo, przecież nikt nie ośmieli nazbyt surowo zrecenzować zawodników, którzy urwali punkt najlepszej drużynie w Europie. Najlepszej i najdłużej niepokonanej. Za ten wyczyn należy się szacunek.

Dlatego przypuszczam – pewności mieć nie mogę, nie czytam w cudzych głowach– że wśród polskich kibiców dominują nastroje dobre, że w pamięć zapadną im epizody przyjemne, jak piękne gole Vadisa Odjidjy-Ofoe czy Aleksandara Prijovicia. Ja też długo miałem uciechę, choć dzisiaj poczułem również konsternację. Jakaś ta Liga Mistrzów niepoważna, pomyślałem. Niepoważna dzięki temu, że polskiego reprezentanta w tych rozgrywkach nie ma sensu traktować poważnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi