Wpisy z tagiem: Legia Warszawa

czwartek, 03 maja 2012

Legia Warszawa, Maciej Skorża

Po zimowym sabotażu legijnych zarządców, którzy zdemontowali swoją drużynę w przededniu wznowienia sezonu, obiecywałem, że powstrzymam się od wszelkiej krytyki trenera Macieja Skorży. Niezależnie od wyników.

Nadal uważam warszawskich działaczy za znacząco współwinnych wiosennej beznadziei - równowagę defensywy udało się zachować, z ofensywy zostały strzępy. Rozbroiła ją przede wszystkim dezercja Macieja Rybusa, który został zaakceptowany i wciągnięty do współpracy przez państwo w państwie, czyli serbski duet Danijel Ljuboja - Miroslav Radović. I był jedynym pełnokrwistym skrzydłowym w kadrze. Bez niego Legia, tak mocna w kręgosłupie od stoperów po napastnika, straciła rozmach.

Ale jej degrengolada przebiega zbyt spektakularnie, by ułaskawić trenera absolutnie. A Legia jest firmą zbyt renomowaną i zbyt bogatą w postaci w naszych okolicach wyjątkowe (Kuciak, Żewłakow, Vrdoljak, Radović, Ljuboja, nawet rozkwitający Wolski), by całej kadencji Skorży - wyjąwszy z każdym dniem coraz mniej zrozumiały wzlot w Lidze Europejskiej - nie obwołać okresem godzącym w jej godność.

Nie chce mi się oczywiście wspominać tych wszystkich cudacznych klęsk z Bełchatowem, Podbeskidziem, Lechią (0:3 u siebie!) czy Ruchem (prowadzili warszawiacy już 2:0!), nie będę znęcał się nad kibicami drużyny, którą od dwóch lat dręczą trener sadysta i działacze sadyści. Wystarczy nam globalny bilans wspomnianych dwóch lat: ledwie 29 zwycięstw w 59 kolejkach (49 procent, przy 61 procentach przepędzonego Jana Urbana), aż 18 porażek, zawstydzająca średnia niespełna półtora gola strzelanego na mecz. Jak sylabizował niezapomniany Zdzisław Ambroziak, KA-TAS-TRO-FA.

Nie podejrzewam trenera Skorży o braki warsztatowe, nie mam wątpliwości, że jest fachowcem obytym taktycznie. Podejrzewam go raczej o przywary osobowościowo-charakterologiczne: chorobliwą ostrożność graniczącą z tchórzliwością, minimalizm, niezdolność do regularnego motywowania piłkarzy, nie mówiąc już o porwaniu ich, by zdobyli się na wysiłek teoretycznie ponad ich możliwości.

I jeśli nie zdobył tytułu teraz, w okolicznościach mimo wszystko sprzyjających, to właściwie nie ma powodu sądzić, że zdobędzie je kiedykolwiek. Do innego trofeum w bieżącym sezonie - Pucharu Polski - dotuptał po trupach rezerw Rozwoju Katowice, Widzewa, Gryfa Wejherowo, Arki Gdynia i Ruchu Chorzów. Chyba się zgodzimy, że częściej walczył z ołowianymi żołnierzykami niż elitarnymi siłami specjalnymi.

„Co się dzieje z Legią po stracie gola? W głowach zawodników zachodzą duże zmiany, piłkarze przestają realizować założenia taktyczne” - tak Skorża wyjaśnia, dlaczego Legia nie umie odwrócić losów meczu, w którym rywal pierwszy zdobywa bramkę. Trener jak zwykle zachowuje stoicki spokój, nie przypominam sobie, by na pomeczowej konferencji zionął wściekłością, że się nie udało. Być może również stąd bierze się stabilność drużyny, która pod aktualnym dowództwem z rundy na rundę - jesień, wiosna, jesień, wiosna - na dobrą sprawę utrzymują stałą do bólu przeciętność. Przeciętność zsuwającą się w marność podprzeciętną, bo ostatnie miesiące miał Skorża nędzniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

„W głowach zawodników zachodzą duże zmiany” - jeszcze raz przywołuję tę wstrząsającą refleksję, bo sugeruje ona, że zmiany w mózgach po prostu zachodzą - niezależnie od oddziaływania na drużynę jej szefa, wskutek jakichś tajemniczych sił biologii. Szanujący się trener wielkiej firmy tak nie myśli, szanujący się trener usiłuje mecz kontrolować. Neurologowi Skorży zalecałbym encefalografię i głęboki namysł nad jej wynikami. Może uświadomiłyby mu, co się dzieje w jego podczaszkowych zwojach, a co powinno się dziać, żeby miał głowę podobną do głów trenerów, którzy się nadają.

niedziela, 29 kwietnia 2012

ekstraklasa

To grafika z okładki jutrzejszej „Gazety Sport.pl”, którą wymyśliliśmy wspólnie z Michałem Szadkowskim. Metafora chyba oczywista - w czołówce ligi futbolowej tłoczno jak na finiszu biegu sprinterskiego, w którym różnic między najlepszymi nie sposób dostrzec okiem nieuzbrojonym.

W pięciu zaangażowanych w wyścig miastach powinno bulgotać od emocji, jeśli jednak bulgocze, to w okolicznościach dość osobliwych. Wszyscy poza Lechem liderzy częściej tracą punkty, niż je zyskują, zamiast więc ekstatycznie fetować triumf za triumfem, kibice po kolejnych rozczarowaniach oddychają z ulgą na wieść, że i konkurenci wloką się w tempie jednostajnie ślamazarnym. Ledwie lezie zwłaszcza Legia, która utrzymuje się na szczycie pomimo jednego (!) zwycięstwa w minionych siedmiu kolejkach.

Potentatów podziwiamy tak wszechmocnych, że grupom kopaczy wyrafinowanych jak polszczyzna Grzegorza Laty wystarczy albo w miarę skrupulatna taktyka i zimna krew (Ruch Chorzów), albo używanie kończyn dolnych jako siekier (Korona Kielce), by zupełnie śmiało marzyć o tytule.

Myślę o liderze - częściowo rozbrojonym w przedededniu rundy przez własnych zarządców sabotażystów - i dochodzę do wniosku, że wiosną jedyny spektakularny, godny mistrza popis dali oni we Wrocławiu. To był mecz, który im się, mówiąc językiem polskiej myśli szkoleniowej, ułożył. Kardynalny błąd gospodarzy w pierwszej akcji, po kilku sekundach od gwizdka, i oddanie prowadzenia gościom; błyskawiczne dołożenie przez Legię drugiego gola; czerwona kartka dla Śląska po półgodzinie. Wspominam tamto popołudnie, bo gdyby wówczas padł remis, warszawianie nie puszyliby się dzisiaj na pozycji lidera, lecz tracili wszelkie nadzieje na miejscu piątym. Ta jedna drobniutka korekta we wszechogarniającym chaosie ligowych wyników, jako żywo pobrzmiewającym werdyktami maszyny losującej, wystarczyłaby do doszczętnego zburzenia aktualnej hierarchii. Rozgardiasz jest taki, że najwięcej punktów w roku kalendarzowym zebrały Korona, Zagłębie i Ruch, a jesienią najlepsze były Śląsk, Legia i Polonia. Dwa zupełnie inne zestawy na podium.

Zabawiam się w gdybanie, bo nie umiem oprzeć się wrażeniu, że bieżący sezon wyłoni mistrza w najwyższym stopniu przypadkowego, wywyższonego przez krzywą kępę trawy albo mocniejszy podmuch wiatru. Mistrza, który uzbiera najmizerniejszy dorobek punktowy w historii. I mistrza najuboższego w gole od co najmniej ćwierćwiecza.

Na Facebooku rzuciłem jakiś czas temu, że oglądamy w lidze wyścig kulawych żółwi. Zweryfikowałem osąd. Żółwie jeszcze schyliły łebki, zeszły do parteru, zaczęły się czołgać. Następny etap to już bezruch.

sobota, 07 kwietnia 2012

Legia Warszawa, Wisła Kraków, Śląsk Wrocław, Polonia Warszawa

Gdyby Ruch dopłynął do mistrzostwa, wywołałby największą ligową sensację w XXI wieku, przecież nawet Zagłębie Lubin 06/07 napędzały lokalne gwiazdki w typie Iwańskiego czy Arboledy (obaj wówczas w swojej szczytowej formie) oraz Łukasz Piszczek (11 goli), tymczasem chorzowianie  ważnych chwilach polegają na pięknych trzydziestoparoletnich Zieńczuku, Malinowskim, Grzybie, Szyndrowskim, Niedzielanie, Strace czy Abbocie. Urocza byłaby to fabułka, chyba większość kibiców lubi małe biedne łódeczki wywracające wielkie bogate okręty.

Dziś na Łazienkowskiej goście przegrali jednak m.in. wskutek grzechu typowego dla piłkarzy, którzy zdołali dopłynąć nadspodziewanie daleko, wezbrali przesadną odwagą w starciu drużyną dysponującą wyraźnie okazalszym potencjałem, połakomili się na zbyt wiele. Po przerwie ośmielili się zaatakować, zostawili za sobą wolną przestrzeń, zaprosili faworyta do kontrataku.

Mecz został rozstrzygnięty, ja po ostatnim gwizdku mimo wszystko odetchnąłem z ulgą, bowiem wobec obezwładniającej przewagi legionistów w indywidualnych umiejętnościach dotarło do mnie, że w eliminacjach Ligi Mistrzów drużyna tak ograniczona jak Ruch - jej sukces polegał na umiejętnym tych ograniczeń ukrywaniu, za co należy się trenerowi Fornalikowi najwyższe uznanie - byłaby niemal skazana na klęskę. I to skazana na klęskę poniesioną w obcym mieście, jej stadionu UEFA by nie zaakceptowała.

A Legia zdaje się skazana na tytuł również dlatego, że usiłują się jej opierać wyłącznie przeciwnicy ograniczeni - jak Ruch czy Korona Kielce. Rywale wielkomiejscy, z bogatymi właścicielami i/albo efektownymi stadionami, zgodnie z tradycją trwalszą już chyba niż zanikający gdzieniegdzie śmigus-dyngus, uprzejmie wrzucają granaty do własnych szatni.

Polonia Warszawa przeobraziła się w klub piłkarzy zrelaksowanych, bo świadomych, że dzierżą władzę absolutną, jak tylko nie spodobają im się kąpielówki trenera, to wystarczy przegrać półtora meczu, a Józef Wojciechowski czym prędzej irytująco odzianego szefa wyleje.

W Śląsku Wrocław, czyli mistrzu jesieni, wszyscy już wiedzą, że Zygmunt Solorz, którego piłka nożna interesuje mniej niż telewizja międzypodwórkowa w Niecieczy, bez zmrużenia oka odetnie im dopływ finansowego powietrza i pozwoli pójść na dno.

W Wiśle Kraków, czyli aktualnym mistrzu kraju, nie tylko wysechł inwestycyjny zapał Bogusława Cupiała, ale jeszcze na pokład wskoczył wiceprezes Jacek Bednarz, by natychmiast ogłosić przez megafony, że aktualnie zatrudnianych obcokrajowców błyskawicznie się pozbędzie (ależ musiał ich zmotywować do gry!), że w przyszłości będzie na zakupach preferował wyroby polskie (ależ musiał zmotywować sprzedawców do windowania cen!), że w następnym sezonie nie ma sensu marzyć o pływaniu powyżej środka tabeli (ależ musiał zmotywować fanów do wykosztowywania się na karnety!). Doprawdy, sabotażysta pierwszej wody, do zatopienia Titanica wystarczyłaby mu jedna konferencja prasowa.

Nie myślcie sobie, że Legię ciągnie do mistrzostwa Michael Phelps - ją też podtapiają, w połowie sezonu (w przededniu rundy wiosennej!) zabrali jej Komorowskiego, Borysiuka i Rybusa, czyli trzech ludzi z podstawowego składu, a ja wciąż nie mogę się doczekać informacji, czy gdziekolwiek w Europie szefostwo w podobnym momencie tak poharatało własną łajbę. Jeśli warszawska utrzymuje się na powierzchni sprawniej niż inni, to głównie dlatego, że sterują nią sabotażyści bardziej wstrzemięźliwi. Nic nowego pod słońcem, zżymałem się już tutaj wielokrotnie, że nasi potentaci nie są w stanie wypłynąć na szerokie europejskie wody, bowiem co sezon albo pół sezonu rozpoczynają naukę pływania od nowa, o żadnej konsekwencji, kontynuacji, długofalowości nie ma wśród nich mowy.

Patrzę, co wyprawiają zarządcy - zarządcy, nie piłkarze albo trenerzy! - polskich tzw. potentantów i przypomina mi się Eric Moussambani. Olimpijczyk z Gwinei Równikowej, który osiem miesięcy przed igrzyskami nauczył się pływać, w Sydney pierwszy raz w życiu zobaczył 50-metrowy basen, oczywiście zajął tam ostatnie miejsce, miał czas nieco słabszy niż beznadziejny. Ale osiągnął sukces. Nie utopił się.

niedziela, 11 marca 2012

ranking UEFA, Polska, Cypr

Kiedy piłkarze z Nikozji wstrzeliwali się rzutami karnymi w ćwierćfinał Ligi Mistrzów, pomyślałem o Wiśle wcale nie dlatego, że krakowianie nie dali rady APOEL-owi w kwalifikacjach. Przypomniałem sobie, jak chętnie tamto niepowodzenie tłumaczono zaawansowanym wiekiem oraz przesadną kosmopolitycznością kadry skompletowanej przez dyrektora sportowego Stana Valcksa. Zgodnie z powszechną potrzebą, by zjawiska zawiłe upraszczać i dla uspokojenia poudawać, że się je rozebrało na czynniki pierwsze, zanalizowało, pojęło.

Przypomniałem sobie jesienne biadania, bowiem APOEL pobił Lyon trzecią najstarszą - po Milanie oraz Interze - podstawową jedenastką w dziejach Champions League. Jej piłkarz przeżył do środy średnio 31 lat i 263 dni. Zagrali: Chiotis (Grecja, rocznik 1977), Poursaetides (Grecja, 1976), Paulo Jorge (Portugalia, 1980), Oliveira (Brazylia, 1981), Boaventura (Brazylia, 1980), Morais (Portugalia, 1984), Helder Sousa (Portugalia, 1977), Manduca (Brazylia, 1981), Charalambides (Cypr, 1981), Ailton (Brazylia, 1984), Solari (Argentyna, 1980).

Włożyłem do nawiasów narodowości, by podkreślić, jak wiele łączy kluby z Krakowa i Nikozji. Kiedy my wysłuchiwaliśmy, że drużyna zbyt wielobarwna, zdominowana przez obcojęzycznych najemników, jest na dłuższym dystansie czasu skazana na klęskę, nikozyjczycy, którym prognozowano raczej przycupnięcie na dnie tabeli, wyprzedzali w LM mistrzów Rosji (Zenit St. Petersburg), mistrzów Portugalii (FC Porto) i mistrzów Ukrainy (Szachtar). Dla sensacyjnych sukcesów zasłużyli się także Macedończyk Tričkovski, Portugalczyk Helio Pinto, Brazylijczycy Kaka i Marcinho oraz serbski trener Ivan Jovanović. Choć w ich szatni proporcje są nawet bardziej zachwiane niż w szatni krakowskiej - z autochtonów liczy się właściwie jeden Charalambides - to poza frajdą dla kibiców dzięki międzynarodowym popisom dostarczą także klubowi ponad 20 mln euro zysku.

Ani myślę wyciągać prostackiego wniosku, że sukces należy budować właśnie wedle nikozyjskiego wzorca. Przypadek APOEL-u dowodzi raczej, że prowadzi do niego nieskończenie wiele dróg. Wygrywają w Europie gracze podstarzali, ale też młodzieńcy z Bazylei czy madryckiego Realu. Wygrywa baskijska monodrużyna Athletic, ale też Benfica niemal pozbawiona Portugalczyków. Mamy pełną dowolność, niezbędne są tylko spójna strategia, cierpliwość i stabilizacja.

Mistrzowie Cypru działają w warunkach zbliżonych do polskich (na powyższym diagramie nasza pozycje w rankingu UEFA). Tubylców grających z klasą im brakuje (tyle że z powodów demograficznych, a u nas szkoleniowych), wraz z całą ligą na masową skalę importują cudzoziemców, ufają piłkarzom doświadczonym, muszą obracać w palcach każdy grosz. Chiotisa, Manducę, Solariego, Moraisa, Paulo Jorge’a, Poursaetidesa, Oliveirę, Boaventurę, Charalambidesa wzięli za darmo, za Heldera Sousę wyłożyli 90 tys. euro, znaczącą kwotę - 700 tys. euro - przeznaczyli na jednego tylko członka podstawowej jedenastki, brazylijskiego napastnika Ailtona.

Wszyscy kosztowali ich zatem 790 tys. Mniej niż Legia rzuciła na jednego Ivicę Vrdoljaka. Mniej niż wycisnęła ze swojego transferowego budżetu oszczędzająca Wisła.

Wyraźną różnicę między Nikozją a Krakowem widać przede wszystkim obok boiska - Jovanović rzeźbi zespół od 2008 roku (stąd jej synchronizacja ruchów, imponująca już w sierpniowym dwumeczu eliminacyjnym), a nasz klub w tym samym okresie zdążył już zatrudniać Macieja Skorżę, Henryka Kasperczaka, Roberta Maaskanta, Kazimierza Moskala i Michała Probierza. I tylko ten pierwszy zdołał wytrzymać na stanowisku uchodzące w tym fachu za minimum przyzwoitości dwa sezony.

Bogusław Cupiał od zawsze lubił żonglować trenerami, po przejęciu Wisły w 1998 roku najmował ich już 22 (nie liczę trenerów tymczasowych). Bezpieczniej nie rachować, ile miesięcy pracy wypadało średnio na głowę. Wynik będzie przygnębiający.

Cypryjscy właściciele też cierpieli na ADHD, szefa szatni wymieniali w tempie wiślackim. Aż przyszedł Jovanovic, który przetrwał dłużej niż jakikolwiek poprzednik od schyłku lat 80. Nie został wylany w 2010 roku, gdy stracił mistrzostwo kraju, nie zdobył pucharu, jego ludzie polegli w kwalifikacjach do Ligi Europejskiej.

Maaskant przegrać nie miał prawa. Wystarczyło kilka słabszych kolejek w ekstraklasie, by wyleciał. By Cupiał zapomniał o tytule, serii pięciu zwycięstw w Europie, trzech minutach dzielących Wisłę od awansu do LM, który odebrał jej dzisiejszy ćwierćfinalista.

Zmiana oczywiście niczego nie uratowała, krakowianie zaczęli zdobywać w kraju jeszcze mniej punktów - z ośmiu meczów po usunięciu Holendra wygrali ledwie trzy. A jak za chwilę wyproszony zostanie jeszcze dyrektor Valckx, Wisła znów zacznie od zera.

To naczelny problem polskiej ligi. Nigdzie nie udaje się projektu zacząć i skończyć, nigdzie nie akceptuje się przegranych bitew, by zwyciężyć w wojnie. Jeśli trener nawet osiągnie sukcesik, prędko pada jego ofiarą, bowiem rozochoceni zwierzchnicy nie tolerują wpadek, przecież nieuchronnych. Gdyby Jovanovic pracował w Wiśle i po debiutanckim sezonie w LM zaserwował Cupiałowi, tak jak się stało w Nikozji, sezon bez mistrzostwa kraju, bez krajowego pucharu i bez awansu do fazy grupowej LE, nigdy nie dostałby szansy na rehabilitację.

Skorża w Legii dostał. Sam w słuszność decyzji jego szefów wątpiłem, ale się myliłem - po sezonie beznadziejnym nastąpił, jak się wydaje, bardzo dobry. Ligowi rywale przed nowym samotnym liderem usłużnie się kładą; od półfinału Pucharu Polski oddziela warszawiaków już tylko Gryf Wejherowo; w europejskich pucharach kibice przeżyli kilka niezapomnianych wieczorów. Pomimo lekkomyślnej, graniczącej z sabotażem wyprzedaży kluczowych graczy w przededniu rundy wiosennej legioniści prą ku najładniejszemu sezonowi od pamiętnego 1995/1996, który uczcili ćwierćfinałem Champions League. A przede wszystkim stali się drużyną z tożsamością - o wyrazistym stylu gry i pomyśle na kadrę, opartym na imporcie doświadczenia i promowaniu lokalnej młodości.

Co oznacza, że Skorża zostanie w Łazienkowskiej na trzeci sezon. Gdyby został także na czwarty, czyli powtórzył wyczyn Jovanovicia, stałby się najdłużej pracującym trenerem w Legii od lat 70. W głowie się nie mieści.

piątek, 24 lutego 2012

Ile Polska znaczy w Europie

Z pucharów 2011/2012 nasze futbolowe kluby zostały już wyproszone, więc przeżyjmy to jeszcze raz: bezprecedensowe pięć z rzędu zwycięstw Wisły w eliminacjach Ligi Mistrzów; kilkaset sekund dzielących ją od awansu do Ligi Mistrzów; pokonanie przez krakowian APOEL-u, który zaraz potem rozszalał się w Lidze Mistrzów; zdumiewający legijny podbój Moskwy i wykopanie z Ligi Europejskiej serio mierzącego w trofeum Spartaka; zwycięstwa nad całą kupą drużyn reprezentujących kraje wyżej sklasyfikowane w rankingu UEFA (wspomniane APOEL i Spartak, Fulham, Gaziantepspor, Hapoel Tel Aviw, Rapid Bukareszt, Liteks Łowecz, Odense, Twente Enschede, Dundee United); awans naszej ekstraklasy w tymże rankingu z 24. na 20. pozycję, co zwalnia polskie kluby z katorgi grania w europucharach czerwcowego... Tak, to był najładniejszy międzynarodowy popis polskiej ligi od pamiętnego sezonu 2002/2003, ozdobionego przez Wisły rozjechanie wiadomych firm włoskiej oraz niemieckiej i wtargnięcie do 1/8 finału Pucharu UEFA.

Postęp cieszy, ale też przypomina, jak niewiele musiało nam w dziejach europejskich rozgrywek wystarczyć, by się uśmiechnąć. Najcenniejsze kontynentalne trofeum brały Crveva Zvezda Belgrad czy Steaua Bukareszt, finałowe starcia miały zaszczyt przegrać Malmoe, FC Brugge, Partizan Belgrad. Nasi doleźli ledwie do półfinału. Dwa razy.

Jeszcze marniej wyglądamy, jeśli zsumować dorobek we wszystkich międzynarodowych pucharach. W poniższym zestawieniu - sporządzonym z nieustępującej bezsenności, ktoś ma jakąś radę? - uwzględniłem wszystkie europejskie klubowe zmagania poza starożytnym Pucharem Miast Targowych (zbyt długo był mocno niereprezentatywny dla kontynentu), a trofea przypisywałem według aktualnej mapy - sukces Slovana Bratysława zabrałem Czechosłowacji, by oddać Słowacji; popisy Dynama Kijów sklasyfikowałem jako ukraińskie; sukces Dinama Tbilisi przyznałem Gruzji etc:

1) Włochy            28  trofeów     24 finałowe porażki

2) Hiszpania         28                22

3) Anglia              25                17

4) Holandia          11                  5

5) Niemcy            17                22

6) Portugalia         6                   9

7) Belgia               4                   7

8) Szkocja            3                   6

9) Ukraina            3                   0

10) Francja           2                 11

11) Rosja              2                    1

12) Szwecja          2                    1

13) Rumunia         1                    1

14) Gruzja            1                    0

15) Serbia            1                    1

16) Słowacja        1                    0

17) Turcja            1                    0

18) Węgry            0                    3

19) Austria           0                    2

20) Grecja            0                     1

21) Polska            0                    1

Greków postawiłem wyżej, ponieważ oni mieli swój Panathinaikos Ateny w ostatecznej grze najbardziej prestiżowego Pucharu Europy (lepszy w 1971 był tamten legendarny Ajax), a nasz Górnik Zabrze dopchał się do finału w pomniejszym, nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów (co więcej, zanim w 1970 uległ Manchesterowi City, pokonał Romę w losowaniu, co w sporcie, zgodzimy się chyba wszyscy, jest rozwiązaniem dość kontrowersyjnym). Generalnie w historii międzynarodowych igrzysk futbolowych odgrywały nasze kluby role drugoplanowe i trzecioplanowe, nawet odosobniony finał antypolscy komentatorzy mogliby podważyć, wymachując argumentami całkiem mocnymi.

Tak sobie napisałem późną nocą, a może raczej nad ranem, dla higieny kibicowskiej, bo wiem, że śnimy o potędze. Podobno utraconej potędze...

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi