Wpisy z tagiem: Legia Warszawa

czwartek, 23 lutego 2017

Prześladowała mnie myśl, że w Amsterdamie podogrywkowa seria rzutów karnych jest finałem nieuniknionym i jedynie logicznym. Legia przeżywa sezon niewiarygodny, pełen bezprecedensowych przygód, więc tej awanturniczej epopei ewidentnie brakowało jedenastek – pierwszych w dziejach europejskich popisów stołecznego klubu. Zwłaszcza że w obu ostatnich meczach (wygranym 1:0 ze Sportingiem oraz zremisowanym 0:0 z Ajaxem) piłkarze przyzwyczaili nas, że ich pole karne najechać trudno, nie tracą zimnej krwi, potrafią osiągać cel pomimo wyższych umiejętności rywali.

I do przerwy znów trzymali fason. Owszem, piłka trafiała w ich słupek – na takie przykrości narażone są wszystkie drużyny pozwalające oblegać swoją bramkę. Ajax nie zdołał jednak ani razu celnie strzelić. Uwijał się ofensywnie, nie oddawał piłki, ale więcej było z tego dymu niż ognia.

Długo wyglądało to, podobnie jak w Warszawie, na mecz bardzo utalentowanych chłopców ze słabiej od nich wyszkolonymi technicznie mężczyznami – napastnik Kucharczyk mógłby się uczyć gry nogami od bramkarza Onany – którzy sporo już przeżyli. Legia to wszak ekipa wyczynowców dojrzałych, weteranów wielu europejskich kampanii, o przeciętnej wieku graniczącej z trzydziestką, z obytą defensywą (37-letni Malarz, 32-letni Broź, 30-letni Dąbrowski, 30-letni Pazdan, 29-letni Hlousek).

A jednak ci ostatni mieli tuż po przerwie chwilę roztargnienia. Biernie reagowali (i byli fatalnie ustawieni) na kombinacyjną akcję Ajaxu, bramkarz bez przekonania bronił strzału Younesa, przy dobitce nie miał szans. I mogła Legia przegrać znacznie wyżej, bo ustępowała rywalom bardziej niż sugeruje wynik dwumeczu. Choć pojedynek chłopców z mężczyznami trwał do ostatnich sekund – pierwsi nie umieli zapewnić sobie spokoju spokojnym utrzymywaniem piłki, drudzy nie ustawali w próbach wyjścia z samych siebie. Emocje ustały dopiero z gwizdkiem sędziego.

Historia naszego futbolu w ostatnich latach przyspieszyła. W 2013 r. ujrzeliśmy trzech Polaków w finale Ligi Mistrzów, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2014 r. podziwialiśmy triumf reprezentacji nad Niemcami, co też nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W 2015 r. Robert Lewandowski zatrzymał się tuż przy podium plebiscytu Złota Piłka, na co czekaliśmy od trzech dekad, i od tamtej pory coraz bliżej mu do polskiego snajpera wszech czasów. W 2016 r. drużyna Adama Nawałki odpadła z mistrzostw Europy dopiero w ćwierćfinale (znów: nigdy wcześniej się nie zdarzyło), za jego kadrowiczów renomowane firmy jęły płacić rekordowe pieniądze, a Legia awansowała do Ligi Mistrzów, czego przedstawiciel ekstraklasy nie dokonał od 20 lat. Szaleństwo. Jakbyśmy ominęli kilka etapów rozwoju, z epoki kamienia łupanego skacząc wprost do epoki oświecenia.

Wreszcie nastał rok 2017 i postanowiliśmy sforsować kolejną barierę. Gdyby jeszcze polski klub o tej porze roku triumfował w dwumeczu w Europie, historia naszej piłki weszłaby w galop. Skalę wyzwania, przed jakim stanęła Legia, uzmysławiają wyjazdowe wyniki w europejskich meczach rozegranych w minionym ćwierćwieczu wiosną: 0:1, 0:1, 0:0, 0:2, 1:2, 1:4, 3:3, 0:3. Ledwie jeden uciułany remis, siedem porażek, gol wciskany raz na bite 240 minut gry.

Legia nie podołała, ale postęp jest bezdyskusyjny. Sezon w sezon rozgrywa kilkanaście meczów w pucharach i choć daleko jej do firm wielkich i największych – zgrupujmy je w Europie pierwszej prędkości – to osiągnęła tempo Europy drugiej prędkości. Reszta polskich klubów leży na naszym kontynencie tylko teoretycznie. 

21:30, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
czwartek, 16 lutego 2017

Trzeba podryblować - to Vadis Odjidja-Ofoe. Trzeba przyłożyć z dystansu - to też Odjidja-Ofoe. Podanie przeszywające wrogą defensywę? Odjidja-Ofoe. Dośrodkowanie, po którym nowy napastnik powinien załadować gola (a pokazowo spartaczy)? Odjidja-Ofoe. Tyle się w Legii od jesieni, gdy rewelacyjnie finiszowała w rozgrywkach Ligi Mistrzów, nie zmieniło. Reżyserujący grę lider pozostał liderem. Nawet teraz, gdy nie wygląda na natchnionego, jak wówczas.

W dzisiejszym meczu z Ajaxem zachowali też warszawianie rozwagę i opanowanie w manewrach defensywnych. Długimi minutami umieli na tyle zneutralizować faworyta, by zagrażał ich bramce stosunkowo rzadko, znów wyglądali na drużynę dojrzałą, obznajomioną z poważnym futbolem. To też pozostało niezmienne od ostatniego jesiennego meczu w LM, w którym legioniści z zimną krwią rozprawiali się ze Sportingiem.

I już to powinniśmy docenić, skoro zdajemy sobie sprawę, że po przerwie zimowej zasadniczy problem polskiej drużyny klubowej polega na tym, żeby w ogóle przypominała samą siebie. Że o tej porze roku walczy ona wręcz z prawami przyrody.

Kiedy przed dwoma laty Legia mierzyła się z Ajaxem na tym samym etapie rozgrywek, broniła się przed amsterdamczykami ledwie tydzień po wznowieniu rywalizacji w lidze krajowej, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, w dodatku bez najjaśniejszej gwiazdy - odlatującego do ligi chińskiej Miroslava Radovicia. Ujrzeliśmy wtedy na boisku zupełnie inną drużynę niż ta, która jesienią z wyrachowaną skrupulatnością gromadziła punkty w fazie grupowej Ligi Europy.

Teraz to samo. Legia podejmowała Ajax pięć dni po wznowieniu rywalizacji w kraju, kompletnie odzwyczajona od gry o niebagatelną stawkę, bez obu głównych snajperów - wyeksportowanych Nemanji Nikolicia i Aleksandara Prijovicia. Kalka. Takie nasze realia logistyczno-klimatyczne, to m.in. dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po zimowej przerwie dwumecz w Europie. Ba, nawet pojedyncze zwycięstwo wpadło nam ledwie raz w 16 próbach (gdy Lech wydłubał 1:0 z Bragą, by w rewanżu ulec 0:2).

Łatwo więc - może wręcz wypada - zachować wyrozumiałość, gdy widzimy, że Legia rażąco ustępuje gościom w precyzji podań. Albo gdy pozyskany przed kilkoma chwilami snajper Tomas Necid niezbyt aktywnie uczestniczy w grze, niezbyt orientuje się w terenie, ewentualnie pudłuje. Zanim go zlinczujemy, poczekajmy, aż rozgrzeje się i on, i jego nowy zespół.

Znamy wszak kontekst - oto próbujący się rozpędzić gospodarze wpadli na rywali będących w pełnym szwungu, którzy w tym roku rozegrali już pięć meczów, we wszystkich zwyciężyli, przed przylotem do Warszawy wytrzymali bez straty gola od 378 minut. O jakże pożądanej w sporcie równości szans nie ma tu mowy, to zresztą zjawisko uniwersalne, cierpią przez pogodę wszystkie lub prawie wszystkie kluby ze wschodu Europy. Kiedy teraz Legia biła się z Ajaxem, wszechbogaty Zenit St. Petersburg, który jesienią w fazie grupowej tłukł punkt za punktem, przegrywał w Brukseli z Anderlechtem.

Dlatego wiedzieliśmy, że wartością meczu w Warszawie będzie wymordowanie wyniku pozwalającego utrzymać się w grze przed rewanżem. Choćby bezbramkowego remisu, by w rewanżu remis bramkowy premiował Legię. To się udało. Mistrz Polski znów nie pokonał praw przyrody, ale też nie dał się pokonać im. Przynajmniej na razie.

23:03, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Jacek Magiera, Zinedine Zidane

Był sobie duży klub piłkarski, taka naprawdę uznana firma – pochodzący ze stolicy, pragnący panować w kraju i godnie wypadać w Europie – w którym trenerowi pracuje się bardzo trudno. Presja, nieustający medialny jazgot, histeryczne reakcje kibiców na niepowodzenia, wyolbrzymianie niewielkich wpadek do gigantycznych skandali. Pewnego razu wpadł ów klub w tarapaty. Tarapaty poważne, w żargonie futbolowym obwołujemy je mrocznie „kryzysem”. A szatnią akurat rządził trener, który okazał się wyborem wyjątkowo błędnym. Nie tylko dlatego, że wyniki wyglądały beznadziejnie, a gra jeszcze marniej. Choć pracował ów szkoleniowiec od niedawna, to zdążył sprawić, że piłkarze nie tyle stracili do niego zaufanie, ile serdecznie go nie znosili.

No dobrze, ociupinkę przeinaczyłem. Tak naprawdę wszystkie powyższe zdania – owszem, prawdziwe – dotyczą nie jednego, lecz dwóch klubów. Realu Madryt oraz Legii Warszawa.

Trochę je jednak różni. Pierwszy uchodzi za klub królewski, w drugim niekiedy wznosi się toasty Królewskim. Pierwszy przeżywał zapaść zimą, a drugi – jesienią 2016 roku. Pierwszy rozczarowywał w oglądanej na całym globie lidze hiszpańskiej, a drugi – w oglądanej głównie w Polsce lidze polskiej. W pierwszym piłkarze nienawidzili mądrali Rafy Beniteza, a w drugim – mądrali Besnika Hasiego.

Zdesperowani prezesi postanowili nie zwlekać i przepędzić zatrudnionych przed chwilą szkoleniowców, zanim straty okażą się nieodwracalne. I obaj – pamiętajmy: prezesują w podobnych okolicznościach – podjęli decyzję bezpieczną, a zarazem ryzykowną. Bezpieczną w tym sensie, że powierzyli drużynę jej byłemu piłkarzowi, który spędził w stołecznej szatni ładnych parę sezonów. Ryzykowną w tym sensie, że w obu przypadkach zatrudniany były piłkarz, w przeszłości przyuczający się do nowego fachu w drużynie rezerw, obejmował niezwykle wymagającą posadę jako kompletny żółtodziób.

A zatem stres przemieszany z nadzieją. I w Madrycie, i w Warszawie.

Piłkarze odetchnęli. Znów – w obu stolicach. Zrzucili kajdany, uśmiechnęli się, zaczęli grać śpiewająco, chwilami wręcz fruwająco. Szczególnie rzucało się w oczy właśnie to, że odzyskali radość z futbolu.

Odzyskali też moc. Real nie zdążył już wiosną odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukował ją z pięciopunktowej do jednopunktowej, lidera nie dopadł – ale roztańczył się w Lidze Mistrzów, zdobywając trofeum. Legia też nie zdążyła jesienią odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukowała ją z 12-punktowej do czteropunktowej – ale rozskakała się w Lidze Mistrzów, zdobywając zaproszenie do Ligi Europy.

Wkrótce po objęciu stanowisk przez trenerskich żółtodziobów obie drużyny podarowały też kibicom niezwykle przyjemne szlagiery. Piłkarze Zinedine’a Zidane’a triumfowali w El Clásico, krzywdząc Barcelonę na jej boisku, a także kończąc jej serię bez porażki na meczu numer 39. Piłkarze Jacka Magiery wywołali natomiast sensację, zatrzymując w LM tenże Real – broniący, przypomnijmy, trofeum.

Madryccy piłkarze tak się rozpędzili, że od miesięcy mkną jak nikt w Europie, ich passa bez przegranej ciągnie się już przez 37 meczów. Warszawscy piłkarze tak się rozpędzili, że od tygodni strzelają jak nikt w Europie – w każdym z minionych 10 spotkań wbijają średnio 3,4 gola. Pojedynczą bramką zadowolili się w tym okresie ledwie raz, ale przykrości wówczas trybunom nie sprawili, skoro wystarczyła ona do pokonania Sportingu Lizbona.

Zidane kontra Magiera, wyścig nowicjuszy trwa. Entuzjazm piłkarzy Realu przetrwał przerwę letnią, piłkarzy Legii dopiero czeka przerwa zimowa – pewnie żałują, bo prawie unosili się ostatnio nad murawą. I ani oni, ani ich trenerzy prawdopodobnie nie mają pojęcia, jak pasjonujący pojedynek madrycko-warszawski się toczy, ale my, obserwujący futbol z perspektywy kosmicznej, umieramy z ciekawości. Kto będzie lepszy?

czwartek, 08 grudnia 2016

Legia Warszawa wiosną w Europie

Jeśli spojrzeć na całą współczesną geografię – i hierarchię – Ligi Mistrzów, wyczyn warszawskich piłkarzy jest nawet bardziej wyjątkowy niż się zdaje.

Gdyby te rozgrywki były sceną polityczną, nazywalibyśmy je „zabetonowanymi”. Zamiast członków kilku stale panujących partii, mamy tu kluby kilku stale panujących krajów.

O ile dzieląca świat liberalnej demokracji od świata demokracji ludowej Żelazna Kurtyna zniknęła z mapy u schyłku lat 90. i już nie wróciła, o tyle w Champions League pojawiła się u schyłku XX wieku. Po 1999 roku, w którym po boiskach szalało Dynamo Kijów legendarnego trenerskiego rewolucjonisty Walerego Łobanowskiego, piłkarze żadnego klubu z terytorium dawnego bloku socjalistycznego nie zdołali już awansować do półfinału. O finale nawet nie wspominając.

Co gorsza – patrząc z naszej perspektywy – trend się nasila, ponieważ w trwającej dekadzie nieosiągalny dla byłych demoludów stał się nawet ćwierćfinał. Udało się tylko Szachtarowi Donieck, i to ledwie raz, w sezonie 2010/11, choć łącznie na tym etapie rozgrywek było w tym okresie do obsadzenia 48 miejsc. Ile by nie inwestowali oligarchowie ukraińscy czy rosyjscy, w zderzeniu z Zachodem pozostają bez szans. A kogo by nie wystawiał Zachód, wychodzi na swoje. Tej jesieni nawet absolutni debiutanci z Leicester znokautowali grupowych rywali. Co zresztą uświadamia, że jęki, jakoby kibice Ligi Mistrzów byli skazani na śmierć z nudów – ponoć „zawsze grają ci sami” – nie mają pokrycia w faktach. Skład rozgrywek jednak intensywnie się zmienia.

Sam Zachód też rozpadł się na Zachód dwóch prędkości. Władzę trzymają w istocie przedstawiciele sześciu państw - Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii, Portugalii, Włoch - i również systematycznie ją wzmacniają. Z 64 półfinałowych miejsc w XXI wieku oddali zaledwie jedno (!), zajęte w wiosną 2005 r. przez holenderskie PSV Eindhoven.

Dopiero bieżącej jesieni przedstawiciele panującego sekstetu – pięć najsilniejszych gospodarek unijnych plus niesamowicie wydajna futbolowa Portugalia – ustanowili jednak wszelkie rekordy. Wśród wszystkich klubów, które przetrwały fazę grupową i awansowały do 1/8 finału, nie znajdziemy mianowicie żadnego spoza elity elit. Wiosną w Champions League poczwórnie reprezentowana będzie Hiszpania, potrójnie – Anglia i Niemcy, a podwójnie – Francja, Włochy i Portugalia.

To przypadek absolutnie bezprecedensowy, dotąd w obecnej formule rozgrywek do drugiej rundy zawsze przekradał się klub z Rosji, Ukrainy, Szwajcarii, Grecji, Holandii, Szkocji czy Turcji. A zazwyczaj przeżywało do wiosny kilka takich klubów. Teraz z olbrzymim wysiłkiem wygrywają z oligarchią choćby nieliczne, pojedyncze mecze.

A dla klubów z byłych krajów socjalistycznych takie pojedyncze wygrane stają się już właściwie niemożliwe. W bieżącej edycji LM próbowały się one z przedstawicielami sekstetu 30 razy, zwycięstwo odnosząc dwukrotnie. Powiodło się piłkarzom z Rostowa (3:2 z Bayernem) oraz Legii (1:0 ze Sportingiem).

Tylko mistrzowie Polski zdołali jednak urwać w tych starciach aż cztery punkty. Zdołali pomimo niesprzyjającego losowania, w końcu wcześniej musieli zatrzymywać – w Warszawie skutecznie – broniący tytułu Real Madryt. Ich popisy do minionej środy wywoływały uczucia, delikatnie mówiąc, ambiwalentne, nie wiedzieliśmy, czy martwić się wyrównanym rekordem największej liczby straconych w fazie grupowej goli, czy raczej cieszyć się, że ledwie 10 uczestników LM zdobyło w tej edycji więcej bramek.

Teraz już żadnych wątpliwości nie ma. Biorąc pod uwagę brutalne okoliczności, Legia osiągnęła wynik rewelacyjny. Wycisnęła maksimum dostępne dzisiaj dla klubów z naszego – szeroko pojętego „naszego” – regionu.

wtorek, 22 listopada 2016

Borussia - Legia

To jest jesień sensacyjna, a zarazem absurdalna. Legia przez 2 minuty prowadzi z Realem Madryt (broniącym trofeum!), Legia przez 7 minut prowadzi w Dortmundzie (oberwał tam przed chwilą Bayern!), skazywana na ujemny bilans punktowy Legia do ostatniej kolejki ma szansę na przeniesienie z Ligi Mistrzów do Ligi Europy. Gadajcie, co chcecie, miesiąc temu nikt z was nie umiałby nawet o tym pomyśleć.

No i jeszcze dzisiejszy bramkowy wodospad. Goleada absolutnie unikalna, przez pół godziny wyczarowywana z tak radosną konsekwencją, jakby piłkarze obu drużyn postanowili dotrzeć do końca piłki nożnej i sprawdzić, co będzie potem. Jeśli słynna maksyma włoskiego poety Gianniego Brery głosi, że idealny mecz powinien zakończyć się wynikiem 0:0 – nikt nie popełnił błędu – to dzisiejszy wyglądał jak wyjęty ze snów czesko-włoskiego trenera Zdenka Zemana, kultowego orędownika gry ultraofensywnej, który pożądał w futbolu wyników nie tyle hokejowych, ile koszykarskich.

Ubawiliśmy się po pachy, pozostając świadomymi brutalnej prawdy: Legia miała z ostatnich wieczór w Champions League sporo przyjemności, ponieważ rywale skrajnie ją zlekceważyli. Real i Borussia ostentacyjnie zignorowały grę defensywą, pomocnicy żadnej z tych drużyn nie zamierzali nawet skinąć, żeby wesprzeć obrońców. Co więcej, dortmundczycy odfajkowywali rewanżowe spotkanie z warszawiakami głębokimi rezerwami, w podstawowym składzie ocalało tylko dwóch zawodników z jedenastki, która w sobotę przetrwała wycieńczającą, toczoną w szalonym tempie batalię z Bayernem. A i tak przyłożyli Legii w dwumeczu 14 golami.

To niejedyna przykra skrajność. Mistrzowie Polski stracili już bowiem w fazie grupowej 24 bramki i wyrównali niechlubny rekord rozgrywek należący do BATE Borysów. Oni też biegają po boisku nienękani jakąkolwiek presją – od początku nikt niczego od nich nie wymagał, a po wizycie w Warszawie Realu to już w ogóle zagwarantowali sobie pełne bezpieczeństwo, przecież nikt nie ośmieli nazbyt surowo zrecenzować zawodników, którzy urwali punkt najlepszej drużynie w Europie. Najlepszej i najdłużej niepokonanej. Za ten wyczyn należy się szacunek.

Dlatego przypuszczam – pewności mieć nie mogę, nie czytam w cudzych głowach– że wśród polskich kibiców dominują nastroje dobre, że w pamięć zapadną im epizody przyjemne, jak piękne gole Vadisa Odjidjy-Ofoe czy Aleksandara Prijovicia. Ja też długo miałem uciechę, choć dzisiaj poczułem również konsternację. Jakaś ta Liga Mistrzów niepoważna, pomyślałem. Niepoważna dzięki temu, że polskiego reprezentanta w tych rozgrywkach nie ma sensu traktować poważnie.

środa, 02 listopada 2016

Kilka minut dzieliło nas od największej sensacji wywołanej przez polską drużynę w XXI wieku.

Owszem, piłkarze Adama Nawałki wygrali z Niemcami, którzy przylecieli do Warszawy w glorii mistrzów świata. Ale w rywalizacji reprezentacji narodowych, trenujących ze sobą od święta, potentaci mają znacznie mniejszą przewagę nad słabymi. Kluby, czyli kolekcje supergwiazd warte setki milionów euro, to zupełnie inna galaktyka. Gdyby Legia - wracająca do Champions League po dwóch dekadach wygnania - pobiła Real Madryt, to również pobiłaby mistrza świata. Tyle że mistrza wyłonionego w jeszcze bardziej wymagającej konkurencji.

Nie udało, ale i tak jesteśmy wniebowzięci. Próbowałem wyszukać, kiedy ostatnio Real równie sensacyjnie tracił punkty w Europie. Może 14 lat temu, gdy remisował z Lokomotiwem Moskwa? Trudno porównać. Bezpieczniej powiedzieć, że w tym stuleciu nie zdarzyło mu się to nigdy. A za kadencji trenera Zinedine’a Zidane’a nikt nie przyłożył mu trzema golami. Do dzisiaj, do przylotu madrytczyków do Warszawy.

To był chyba najbardziej dziwaczny, a na pewno jeden z najbardziej niezapomnianych meczów, jakie oglądałem w życiu. Zwoje mózgowe wykręcił mi już stadionowy spiker - normalnie raczej go nie słyszę - który na pół godziny przed gwizdkiem nie wiedzieć czemu, chyba odruchowo, poinformował (nie)zebranych, że Liga Mistrzów daje niepowtarzalną okazję, by zobaczyć najlepszych piłkarzy w Europie.

Nie nam. Nam daje okazję, by zaprezentować się światu jako barbarzyńcy. Nasz autorski pomysł na LM jest taki, żeby mecz z Borussią ozdobić atakiem na kibiców z Dortmundu; szlagier w Madrycie ozdobić najazdem na ulice Madrytu; rewanż z Realem ozdobić hałasem w natężeniu cmentarnym. Kiedy na stadion powinno naprzeć milion chętnych fanów, zredukowaliśmy widownię do zera. A przecież przyjmowaliśmy drużynę numer jeden na świecie. Broniącą najcenniejszego trofeum w klubowym futbolu, utrzymującą pozycję lidera w najsilniejszej pośród wszystkich lidze hiszpańskiej, jedyną w czołówce niepokonaną w całym bieżącym sezonie, prężącą się na szczycie rankingu UEFA. Więcej szlachectwa wnieść na murawę nie sposób.

Od tygodni każdy mecz w LM obwoływano bezcenną lekcją dla Legii, która powinna chłonąć każdy ruch rywali, odczuwać narzucane przez nich tempo zagrań, starać się im zapobiegać. Ja trochę wątpiłem w ten pedagogiczny wymiar zderzeń akurat z Realem, tak jak wątpię w skuteczność wysyłania na MiT wyciąganych za uszy gimnazjalnych trójkowiczów z fizyki. Przepaść jest zbyt duża. Ba, na Santiago Bernabeu wszystko przebiegało tym marniej, że profesor kompletnie nie przykładał się do zajęć. A w Warszawie miało być - i najpewniej było - podobnie.

Do przerwy zanotowałem dwa wybitnie charakterystyczne momenty gry. Pierwszy to kontratak gospodarzy, podczas którego pięciu (!) piłkarzy Realu zostało na warszawskiej połowie boiska i do końca - aż po oddanie strzału na bramkę Keylora Navasa - patrzyło, jak Legia sama się wykończy. Drugi to „próba” przechwycenia piłki przez Bale’a, który ruszył zbyt leniwie, wywrócił się, pociesznie spadł na pupę. Tyle wrażeń sportowych wyniosłem z tego widowiska w martwej ciszy. Nieliczni sąsiedzi na trybunach cmokali, że Legia próbuje, że podaje seriami z pierwszej piłki, że strzeliła ładnego gola, a ja zastanawiałem się, czy nie dzieje się czasem tak, że w okolicznościach wybitnie treningowych faworytom chce się jeszcze mniej niż chciałoby im się w jazgocie trybun. Zwłaszcza że nieprzesadnie poważne traktowanie przeciwnika Zidane okazał już wyborami personalnymi - wystawił obok siebie, co się nie zdarza, Karima Benzemę i Alvaro Moratę, a także zmieścił w składzie dawno skreślonego Fabio Coentrao, w tym roku wpuszczonego na boisko tylko w gierce z trzecioligowym Cultural Leonesa. I jeszcze to ustawienie 4-2-4...

Czy tętno madrytczyków jeszcze bardziej obniżył gol wbity już w 57. sekundzie, rekordowy szybki dla nich w rozgrywkach? Czy kiedy stracili gole, trudno już było im wrócić na normalny poziom intensywności gry, natomiast Legię niosła euforia? Nigdy się nie dowiemy i nie ma to śladowego znaczenia. Emocji nikt nam nie odbierze, chwały piłkarzom też nie. Jeszcze przed chwilą marzyliśmy przecież, by LM nie pożegnała Legii jako najgorszego uczestnika fazy grupowej w dziejach rozgrywek.

Na razie żegnają ją superbohaterowie z Madrytu. Żegnają z westchnieniem ulgi, że ocalili w Warszawie punkt.

wtorek, 18 października 2016

Nic

Od rana był ten wtorek surrealistyczny. Wybaczcie język, ale nie pamiętam, by kiedykolwiek tak ogromny odsetek kibiców zamierzał oglądać mecz dla jaj. I by kiedykolwiek ludzie oczekiwali tak brutalnej chłosty – nawet dwucyfrowej – wymierzonej polskiej drużynie, że 0:3 uznano by zapewne za epokowy sukces. Mentalność sanmaryńczyków czy innych gibraltarczyków, którzy w pierwszej minucie gry zaczynają marzyć o nadejściu dziewięćdziesiątej.

Nie wydawało mi się to uzasadnione. Owszem, lider ligi hiszpańskiej, czyli najsilniejszych rozgrywek klubowych na świecie, mierzył się z 13. drużyną nędznej ligi polskiej, wiszącą ledwie dwa punkty nad dnem tabeli. Owszem, lider kontynentalnego rankingu UEFA podejmował 80. drużynę tego rankingu (i to 80. dlatego, że klasyfikuje się w nim wyłącznie uczestników europejskich pucharów, inaczej zleciałaby prawdopodobnie na doły drugiej setki). Ale Legia zatrudnia mimo wszystko wyczynowców. A nawet regularni amatorzy bardzo rzadko obrywają w wymiarze dwucyfrowym – Gibraltar przyjął niedawno „tylko” pięć goli od mistrzów Europy z Portugalii.

Głośny rechot się zatem dzisiaj nie rozległ, legijni fani czują się wręcz usatysfakcjonowani – warszawscy piłkarze oddali dwa pierwsze celny strzały w meczu, trafili słupek, wbili Realowi gola (Keylor Navas nigdy dotąd nie puścił go w LM na stadionie Santiago Bernabeu!). A ja – znów przepraszam, tym razem za zblazowanie – oglądałem dzisiejsze spotkanie trochę znudzony. Faworyci truchtali na totalnym luzie, to było widać, słychać i czuć. Wykonali minimalny wysiłek i nawet trudno powiedzieć, że cokolwiek się dzisiaj o Legii dowiedzieliśmy. Nasłuchałem się wprawdzie, że piłkarze Jacka Magiery zasługują na uznanie za „odwagę”, czyli stosunkowo otwartą grę, ale sam jestem tu sceptyczny, oni jednak pod presją byli niewielką, nie naciskali ich ani kibice, ani rywale.

W minionych latach żartowaliśmy z redakcyjnym kolegą Michałem Szadkowskim, że kiedy wreszcie polski klub się do Ligi Mistrzów wepchnie, to nam Ligę Mistrzów – przynajmniej tę z jesieni – zlikwiduje. Zlikwiduje w tym sensie, że z kalendarza znikną dwuwieczorowe święta, podczas którego przebieramy w całej masie wspaniałych drużyn, będziemy bowiem „musieli” oglądać mecze, których dotychczas unikaliśmy, spychaliśmy na sam kraniec listy ewentualnych wyborów. Odpowiedniki nudziarstw serwowanych przez Dinama Zagrzeb czy inne Maccabi Hajfa, przyswajane wyłącznie w skrótach.

Dzisiaj obejrzeliśmy właśnie taki mecz. Mecz, który faworyt z jawną dezynwolturą odfajkowywał, przy tętnie spoczynkowym rozprawiając się z rywalem dumnym, iż w ogóle dostąpił zaszczytu pobiegania po legendarnej piłkarskiej scenie. Mecz, który w normalnych okolicznościach omijalibyśmy – i wy ty też byście omijali – szerokim łukiem.

A obciach i tak ostatecznie był, tyle że z przyczyn pozaboiskowych. Migawki z gry mało kto w Europie zauważy, wielu zapamięta natomiast hordy barbarzyńców w barwach Legii na ulicach Madrytu. Cały ten nasz, Polaków, powrót do Ligi Mistrzów to wciąż bardzo przykra historia.

PS Czytelnika, która na forum występuje pod nickiem ma-sz, proszę o zajrzenie na dół forum pod tą notką, bo chciałbym wreszcie zorganizować dogrywkę w konkursie na jasnowidza.

czwartek, 29 września 2016

Legia Warszawa a wyrak upiór

Polski wkład w najbardziej ekskluzywne futbolowe rozgrywki jest już tak bogaty, że wypada go uporządkować. Przyjrzyjmy się zatem podstawowym elementom, z których składa się klub piłkarski.

Wyniki. W Lidze Mistrzów: dwie porażki i 0-8 w bramkach, czyli najgorszy dorobek w rozgrywkach, i jeśli tendencja się utrzyma, Legia pobije negatywny rekord Dinama Zagrzeb. W lidze krajowej: dwa punkty nad strefą spadkową, żaden inny uczestnik Champions League tak beznadziejnie u siebie nie wygląda. Ogółem: ledwie 25 proc. wygranych meczów w sezonie, bilans również w elicie unikatowy.

Piłkarze. Podstawowy skład należy do najstarszych w LM, we wtorek średnia dobijała do 29 lat. Za to średni staż w klubie króciuteńki, najlepiej mierzyć go w miesiącach. Co symbolicznie podsumował niejaki Waleri Kazaiszwili, o którym trener żartował, że nie może grać, bo nie zna imion kolegów.

Trenerzy. W 12 miesięcy klub zatrudniał czterech. Ostatni zadebiutował w Lizbonie w LM kilka dni po porzuceniu Zagłębia Sosnowiec, z którym w drugiej lidze – wyżej nigdy nie pracował – jeździł po Chojnicach i Pruszkowach.

Kibice. Wytęskniony, niemal wymodlony powrót do europejskiej elity uświetnili szturmem na sektor gości z Dortmundu i potraktowaniem gazem pieprzowym służb porządkowych.

Stadion. Zamknięty przez UEFA na szlagier z Realem Madryt, broniącą trofeum największą obecnie drużyną klubową świata.

Podsumowanie. Można by wzruszyć ramionami, gdyby na Legii zaistniała jedna z przywołanych okoliczności. Przeżylibyśmy, gdyby zaszły dwie – zdarza się, nieszczęścia chodzą po klubach. Gdy jednak wszystkie te okoliczności zachodzą naraz, to podziwiamy wybryk natury, jakiego Liga Mistrzów bez naszej pomocy nie zdołałaby wymyślić. I jeśli z Europy nie słychać rechotu, to tylko dlatego, że Europa ma naszą tandetę w głębokim poważaniu.

14:16, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
niedziela, 18 września 2016

Władze mistrzów Polski zachowały się po meczu z Borussią Dortmund tak pięknie, że po prostu musiałem złożyć im hołd. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

środa, 14 września 2016

To był niezapomniany wieczór. Miało być święto i już przed meczem czuło się święto, choć podszyte lękiem, że piłkarze i kibice uciekną ze stadionu jak zbite psy. A ci, których wizja chłosty nie przerażała, oczekiwali śmierci ze śmiechu. Nie pamiętam, by jakikolwiek turniej czy choćby mecz z udziałem polskich piłkarzy - w klubach czy reprezentacji - poprzedzał porównywalny defetyzm. Pierwszy raz czułem się jak pomiędzy Sanmaryńczykami czy innymi Luksemburczykami, którzy modlą się, by ich drużyna oberwała tylko trochę.

I rzeczywiście, stało się. Przeżyliśmy jedną z najbardziej oczekiwanych klęsk polskiego futbolu. Legii wystarczył kwadrans z okładem, by ustanowić rekord - zostać jedyną drużyną w historii Ligi Mistrzów, która zdołała tak szybko przegrywać u siebie trzema golami. A to, że natychmiast nie posypały się następne rekordy, gospodarze zawdzięczają wyłącznie odprężeniu piłkarzy Borussii, którzy polubili zbędne, inspirowane egoizmem strzały z dystansu.

Czy w ogóle warto ten mecz analizować? Mam grube wątpliwości, Legii wypada co najwyżej oddać, że obrała strategię wybitnie innowacyjną. Nikt inny nie wypuszcza na Ligę Mistrzów środkowych obrońców, którzy przed chwilą zobaczyli się na oczy i nikt inny nie wypuszcza aż tylu piłkarzy o stażu w klubie mierzonym miesiącami lub wręcz tygodniami. A Besnik Hasi zesłał jeszcze Guilherme, znanego z walorów ofensywnych, na lewą obronę. Trener od tygodni bezlitośnie wyszydzany zachował się, jakby chciał zostać oskarżony o niepoczytalność. W dodatku znów publicznie przyznał, że gdyby mógł wybierać, to nad wygraną z Borussią przedłożyłby wygraną w najbliższy weekend z Zagłębiem Lubin.

Trener oczywiście ma prawo tak myśleć. Ale nie wolno mu tego mówić - zwłaszcza przed meczem, i to meczem doniosłym. Przynajmniej jeśli chce uniknąć symbolicznego linczu i pogorszenia relacji z kibicami, przecież już beznadziejnych. Dalszej pracy mu to nie ułatwi.

Gdybym miał zrecenzować to wydarzenie jednym zdaniem, napisałbym, że dla dortmundczyków czas płynął wolniej. Szybciej przyjmowali piłkę, szybciej podawali, szybciej ją prowadzili, szybciej się przemieszczali, a przede wszystkim - szybciej myśleli. Momentami odnosiłem wrażenie, że gdyby zechcieli, to legioniści nie byliby w stanie ich ani zadrasnąć, ani musnąć wyciągniętą dłonią. Widok dołował tym bardziej, że dziwacznemu warszawskiemu eksperymentowi Borussia przeciwstawiła środek pola wprost nieprzyzwoity, najmłodszy w całych rozgrywkach - z Christianem Pulisiciem (17 lat), Ousmane Dembele (19), Julianem Weiglem (21) i Raphaëlem Guerreiro (22). Legia wystawiła wyłącznie piłkarzy starszych, a wymienieni dortmundczycy wirowali wokół Mario Götzego, ledwie 24-latka...

Polski klub podejmował w środę najsilniejszego przeciwnika – pomijam płatne wakacyjne sparingi, obwoływane kuriozalnie „Supermeczami” – od lata 2008 roku, gdy Wisła Kraków mierzyła się z Barceloną, przejętą właśnie przez Pepa Guardiolę. Potem jeszcze przylatywał do nas Juventus, ale to był Juventus przygnieciony najgłębszym od dekad kryzysem, a obecna Borussia to nie tylko wicemistrz Bundesligi, to jeszcze synonim nowoczesnego futbolu. Dlatego seans tortur na Łazienkowskiej być może znieślibyśmy łagodniej, gdyby nie atrakcje dodatkowe, w LM oferowane nad wyraz rzadko. Kibolskie wejście na sektor kibiców przyjezdnych, gryzący gardło gaz, wyrykiwane z trybun obrzydliwości. Niech utrzymają formę piłkarze, niech na pomroczność jasną nadal cierpi trener, niech UEFA rozkaże podejmować Real Madryt przy pustych trybunach. Wcale nie trzeba aż tak wiele, by za kilka miesięcy okazało się, że Legia zaserwowała nam w Lidze Mistrzów obciach wszech czasów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi