Wpisy z tagiem: Soczi 2014

poniedziałek, 24 lutego 2014

igrzyska olimpijskie Soczi 2014

Trochę mnie wnerwiają szpanujący medalami Holendrzy, którzy umieją tylko jeździć na łyżwach, a wydobyli złota na ścisłą czołówkę klasyfikacji generalnej igrzysk. Nie chcę wrzeszczeć o skandalu, ale sami widzicie, resztę świata wyrolowali pokazowo, dobrze, że obok wyścigów na 500, 1000, 1500, 5000 i 10000 m nie zaproponowaliśmy im jeszcze wyścigów na 2000, 3000, 4000 i 7500, na pewno by hojność rodziny olimpijskiej docenili, zapewne zakasowaliby wówczas wszystkich, nawet triumfującą – a skazywaną przed Soczi na porażkę – Rosję. Wobec niewystarczającej liczby dystansów do przebycia wyślizgali ledwie piąte miejsce na planecie, ale to i tak rozbój w biały dzień, porównywalnie bezczelnej nacji nie znajdziemy, jeszcze nigdy nie trzeba było tak niewielu umiejących tak niewiele, by osiągnąć aż tak wiele – skutecznie udawać sportowe supermocarstwo.

Chyba że ktoś ambitny znajdzie? Monotematyczną reprezentację na czołową piątkę, zimą lub latem? Nawet południowi Koreańczycy – też kombinujący wyłącznie na lodzie – powysilali się w Vancouver stosunkowo wszechstronnie, trochę złota skubnęli w panczenach, trochę w short-tracku, a trochę na łyżwach figurowych.

Polacy wyglądają przy Holendrach na wyjątkowych frajerów. Choć wyuczyli się na medal i skakania na nartach, i biegania na nartach, i ślizgania po lodzie, to dyndają w mrokach drugiej dziesiątki, co gorsza, przyszłość rysuje się czarno. Jeśli mianowicie planujemy skok na bank siłami następców Małysza – znaczy uczynimy lataniu nad bulą to, co tamci uczynili panczenom – to przesadnie się nie nachapiemy. Upatrzyliśmy sobie dyscyplinę z dołująco ubogimi złożami medali, tymczasem pomarańczowi cwaniacy kopią w nieprzebranych bogactwach, wyspecjalizowali się w dyscyplinie najbardziej medalodajnej.

Teoretycznie wiadomo, o co powinniśmy walczyć. My, Polacy. Niech obok skoczni normalnej i dużej stanie mamucia. Obok konkursów latania w stylu V wprowadźmy konkursy latania w stylu klasycznym, znaczy z nartami trzymanymi równolegle, w pozycji bardziej, hm, cnotliwej. No i zorganizujmy rywalizację bez not za wrażenia artystyczne, niech się wreszcie liczy czysta odległość (to generalnie byłoby najzdrowsze, także bez konieczności zwalczania Niderlandów) – mierzona z dokładnością do centymetra, półmetrowe zaokrąglanie groziłoby nazbyt wieloma remisami. Podaję idee oczywiste, które narzucają się prawdopodobnie każdemu, kto kiedykolwiek zerknął na igrzyska, ale nie mam złudzeń, że uzdrowimy sytuację, niską asertywność w polityce międzynarodowej dziedziczymy z pokolenia na pokolenie, a zamysł projektantów olimpijskiej klasyfikacji medalowej od zawsze zdawał mi się taki, by nie ustalała precyzyjnej globalnej hierarchii w sporcie, lecz maksymalnie ją rozmazywała. To taka mapa świata, która np. uwzględnia wszystkie kraje poza górzystymi. Albo wszystkie poza pozbawionymi dostępu do morza. Albo wszystkie poza tymi z okularnikami na stanowiskach ministerialnych. Albo wszystkie poza hiszpańskojęzycznymi.

Właśnie, hiszpańskojęzycznymi. Do stóp sportowej Hiszpanii już tutaj wspólnie padaliśmy, po zliczeniu jej triumfów w grach drużynowych, znakomitych tenisistów czy kolarzy łatwo dojść do wniosku, że to jedno z najpotężniejszych imperiów. A jednak w olimpijskich tabelach albo nie występuje (zimą), albo występuje jako takie tam państewko średniego znaczenia. I pewnie z tego powodu Hiszpanie nie cierpią. Prędzej sądzą, że sobie w sporcie nieźle radzą.

Polacy też czują się po medalowej orgii w Soczi nasyceni, zadowoleni, pewnie nawet dumni. Gdyby istniał przyrząd mierzący stopień subiektywnej narodowej satysfakcji z igrzysk, to niewykluczone, że okazaliby się tak bardzo wygrani, jak Holendrzy. I może bardziej wygrani niż oficjalni triumfatorzy Rosjanie, których uwiera kompletna klapa w uwielbianym nie tylko przez Putina hokeju.

Ja przynajmniej nie pamiętam tak gremialnego olimpijskiego spełnienia Polaków. Nie ma stękania, szukania dziury w całym, rytualnego znęcania się nad nieudacznymi działaczowskimi darmozjadami. Poprzednio porównywalną frajdę mieliśmy chyba w 1992 roku w Barcelonie. Nie, nie z powodu szału w klasyfikacji medalowej. Po prostu czadu dali wtedy – po raz ostatni – piłkarze.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Taka tam osobliwa i dająca do myślenia opowieść o saneczkarzu, który nie widział śniegu, księżniczce, mocy kokosa oraz marketingu partyzanckim. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

10:06, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 lutego 2014

Soczi 2014, igrzyska olimpijskie

I znów czujemy się nieswojo, bo podarowaliśmy igrzyska podłemu reżimowi. Jak Pekin przygotowywał letnie w 2008 r. bez względu na koszty i na ludzkiej krzywdzie – wysiedlając, ubezwłasnowolniając, nie wpuszczając etc. – tak na krzywdzie budowało zimowe Soczi; jeszcze raz w środku autorytarnej dżungli powstała szczelnie ogrodzona enklawa innej cywilizacji, uwznioślona uniwersalną ideą olimpijską. Ideą, która tak bardzo nie ma sensu bez demokracji i wolności, że igrzyska u Putina wyglądałyby sztucznie nawet bez ton sztucznego śniegu, wyścigów narciarskich w subtropikach, a także decyzji prezydenta Baracka Obamy, by na ceremonii otwarcia USA reprezentowali sportowcy dobrani wedle preferencji seksualnych – łyżwiarz Brian Boitano i tenisistka Billie Jean King mają swoją obecnością wyrażać sprzeciw wobec rosyjskiego, usankcjonowanego prawem dyskryminowania gejów i lesbijek.

Przed igrzyskami w Chinach świat solidaryzował się z Tybetańczykami i Ujgurami, oczywiście bez jakiegokolwiek zauważalnego skutku, a potem, już w trakcie show, czuł bezsilność także wobec sportowej wszechpotęgi gospodarzy. Hodowlę przyszłych medalistów rozpoczęli wiele lat wcześniej, wytresowali tłum mistrzów, więc klasyfikację generalną wygrali z miażdżącą przewagą i rekordową liczbą złotych krążków – to była demonstracja siły totalna, skończony propagandowy ideał. Chińskie smoczysko pożarło wszystkich.

Rosyjski niedźwiedź nie da rady. Kto ze wstrętem patrzy na sportowe areny, gdy służą one głaskaniu próżności dyktatorów lub dowodzą słuszności złego ustroju, ten niewielkie pocieszenie znajdzie być może przynajmniej w odkrywaniu, że wyrzucenie 50 mld na organizację olimpiady – to więcej niż koszt wszystkich poprzednich zimowych razem wziętych – nie daje pełnej władzy nad światem.

***

Putin kupił igrzyska, paradoksalnie, w czasach najgłębszej powojennej zapaści Rosji w sporcie zimowym. Kiedy w 1994 r. inaugurowała rywalizację bez radzieckiego szyldu, w Lillehammer w klasyfikacji medalowej triumfowała. W 1998 r. w Nagano zsunęła się na najniższy stopień podium. W 2002 r. z Salt Lake City reprezentacja wylatywała już sklasyfikowana na piątej pozycji. W 2006 r. w Turynie uniosła się jeszcze ciut wyżej, na czwartą, by w 2010 r. w Vancouver rozkraczyć się poniżej czołowej dziesiątki. Postępująca degrengolada rymująca się z doniesieniami o postępującym rozchuliganieniu i rozpiciu młodych, o obniżającej się średniej długości życia w kraju pozbawionym jakiejkolwiek polityki społecznej czy o zwykłym wymieraniu Rosjan, których ubywa z roku na rok.

Rozpoczynające się zawody medalową tendencję raczej odwrócą, ale nie ma mowy o kolejnym przytłaczającym popisie supermocarstwa, które ubiło interes z MKOl nie po to, by zafundować scenę dla cudzych triumfów. Tym razem gospodarze mają wylądować poza podium medalowego rankingu, wedle rozmaitych prognoz stać ich co najwyżej na miejsce siódme, szóste, przy sprzyjających wiatrach – piąte. Nawet najzdrowsza tkanka narodu zrogowaciała, a w Soczi na ratunek nie przyjdzie ofiarność studenckiej masy trenującej, która wyniosła Rosję do medalowej stratosfery podczas ubiegłorocznej Uniwersjady. Na tamtych niezapomnianych zawodach w Kazaniu, teoretycznie przeznaczonych dla uczących się amatorów lub półamatorów, tłumnie zjawili się rosyjscy atleci nieznani z sal kierunków dziennych, wieczorowych ani nawet zaocznych, za to znani z regularnego zawodowego sportu, dzięki czemu reprezentacja organizatorów odniosła być może najbardziej spektakularny triumf w dziejach międzynarodowego sportu – zgarnęła 155 tytułów mistrzowskich przy zaledwie 26 (!) zdobytych przez wicelidera klasyfikacji generalnej (aż dziw, że pozycję wicelidera ujęto w tabelach); zajęła też 292 miejsca na podium, przy skromnych 77 zajętych przez wicelidera. Nawet Aleksiej Stachanow ze swoimi 102 tonami węgla wydobytego podczas jednej zmiany i 1475 proc. wykonanej normy maleje do leniuszka kłamczuszka, który więcej udawał, niż robił.

Z poruszającej kazańskiej historii pochopnie optymistycznych wniosków dla przebiegu gry w Soczi wyciągać jednak nie wolno, w tabelach głównych igrzysk nie zdarzają się wahania aż tak gwałtowne jak na Uniwersjadzie, której przedostatnią edycję wygrali przecież, choć oczywiście mniej imponująco, Chińczycy. Przypadkiem odbywała się w chińskim Shenzen.

***

Rosjanie pochudli też nieco na igrzyskach letnich, kryzys przechodzili w wielu prestiżowych dyscyplinach – ostatnio kompletnie przestali się liczyć na mistrzostwach koszykarzy czy piłkarzy ręcznych, nawet w ścisłej czołówce zdumiewająco sukcesodajnego kobiecego tenisa ostała się już samotna Szarapowa, choć w ubiegłej dekadzie jej rodaczki toczyły wewnętrzne pojedynki w finale Rolanda Garrosa, cztery razy z rzędu zwyciężały w Pucharze Federacji, w szczytowym roku 2004 potrafiły zdobyć aż trzy z czterech tytułów wielkoszlemowych. I choć gdzieniegdzie Rosjanie wracają do elity elit, na zeszłorocznych lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Moskwie wzbili się ponad wszystkich, to niekwestionowany globalny prymat mają tylko w jednej konkurencji – wywalaniu szmalu. Wywalaniu na błyskotki, a nie kruszec autentycznie szlachetny – zdobiący zwycięskie puchary, patery, medale.

Wszystkich przelicytowują nade wszystko w piłce nożnej. Znajdziemy takich, którzy inwestują agresywniej, ale nikt nie inwestuje tak wiele, tak niewiele wygrywając. Otulony opieką Gazpromu Zenit St. Petersburg pozostaje jedynym obok Manchesteru City klubem porywającym się na zakupy za 55 mln (napastnik Hulk) czy 40 mln euro, dostępne dla tylko kilku najbogatszych firm zachodnich, który nigdy nie zdołał przełożyć finansowego wysiłku na choćby ćwierćfinał Ligi Mistrzów – minionej jesieni ledwie wygramolił się ze słabiuteńko obsadzonej grupy. Rekrutujące gwiazdy za pensje na miarę Messiego czy Ronaldo Anży Machaczkała do tych rozgrywek nie zdążyło nawet zajrzeć, bowiem z dnia na dzień, po zwinięciu interesu przez Sulejmana Kerimowa, niemal się rozpadło (leży na dnie ligi, zaraz spłynie do drugiej), przypominając o ulotności projektów bez przeszłości, zasilanych wyłącznie nagłym wodospadem pieniędzy. Reprezentacja Rosji – oddana ostatnio w ręce trenera luksusowego – Fabio Capello? Na Euro 2012 nie umiała dobrać się nawet do hałastry Franciszka Smudy i została wyproszona po pierwszej rundzie, a na ostatnim mundialu w ogóle nie wystąpiła. Nawiasem mówiąc, już dziś możemy zakładać, że jak dziś przy okazji igrzysk świat wstawia się za rosyjskimi gejami, tak za cztery lata, przed piłkarskim mundialem, zajmie się rasizmem, na tamtejszych trybunach wszechobecnym.

***

Najpierw jednak obejrzymy, jak presję znoszą rosyjscy hokeiści obarczeni w Soczi misją dla najwyższych państwowych czynników najważniejszą. Oni też ześliznęli się w trend całego zimowego sportu, z igrzysk na igrzyska wypadali nędzniej – brąz w 2002 r., czwarte miejsce w 2006, haniebne szóste w 2010. Na kłopoty odpowiedzieli ostrzałem rublem masowego rażenia prowadzonym przez odpowiednio poinstruowanych i zmotywowanych oligarchów, a przede wszystkim nadzorującego ligę Gazpromu – chyba najszerzej zaangażowanej w wielki wyczynowy sport spółki na planecie. I teraz w hokeju – po odzyskaniu panowania na MŚ – liczy się tylko złoto, każdy inny wynik będzie dyshonorem. Dla Putina.

Ci, którzy w igrzyskach szukają także symboliki politycznej o doniosłym znaczeniu, powinni zatem zająć dwa punkty obserwacyjne. Po pierwsze, śledzić wydarzenia na hokejowej tafli, to tam przyjezdni mogą wyrządzić rosyjskiej władzy szczególnie bolesną przykrość. Po drugie, spoglądać z nadzieją na konferencje prasowe – Międzynarodowy Komitet Olimpijski poluzował zasady i nie knebluje sportowców bezwyjątkowo, prezes Thomas Bach obiecał, że tym razem nie muszą obawiać się kar za polityczne wypowiedzi oraz gesty, byle protestowali na konferencjach prasowych, a nie w trakcie rywalizacji. Jak na standardy igrzysk – rewolucja.

Archiwum
Tagi