Wpisy z tagiem: rok 2013 w piłce nożnej

niedziela, 29 grudnia 2013

Włoska mafia. Oczywiście trenerska. To wciąż wybitnie chodliwy towar eksportowy i nie zanosi się, by popyt zmalał, skoro np. Marcello Lippi zdołał rozbudzić nawet smoka chińskiego. Futbol najludniejszego kraju świata generalnie leży, ale reżyser włoskiego złota na MŚ w 2006 r. zdołał dla niego wygrać pierwszą Ligę Mistrzów (z Guangzhou Evergrande) i zostać zarazem pierwszym, który wygrał ją i w Europie, i w Azji. Jesienią w tej bliższej nam Champions League kluby Serie A rozczarowały, ale wśród trenerów w 1/8 finału LM nadal królują Włosi (Ancelotti w Realu Madryt, Allegri w Milanie, Mancini w Galatasaray i Spalletti w Zenicie). Cenią ich wszędzie, tylko polskie kluby nie zatrudniły jeszcze żadnego. Nic dziwnego, nadwiślański wstręt do rozwiniętej myśli taktycznej to anomalia przyrodnicza, z którą współżyjemy nie od wczoraj.

Dynastia. Alex Ferguson abdykował, ale to nie oznacza, że zrzekł się władzy. Jako jedyny trener sam wskazał przecież następcę, więc jako jedyny odpowiada również za to, co będzie po nim. To też fascynująca historia – wpędził Manchester Utd. w tarapaty czy wręcz przeciwnie?

Zwyczajny. To był dla niego istny annus horribilis. Pokonany przez trenera Kloppa nie wykonał misji zleconej przez Real – nie wygrał Ligi Mistrzów. Pokonany przez trenera Simeone w finale krajowego pucharu odchodził z Madrytu jako odpowiedzialny za pierwszą derbową porażkę w tym stuleciu. Pokonany przez Barcelonę nie obronił mistrzostwa Hiszpanii. Kiedy wzdychał, że przeżył najgorszy sezon w karierze, nie przypuszczał jeszcze, że w grudniu będzie mógł mówić o najgorszym roku w karierze. Bo jesienią piłkarze Chelsea, do której wracał jak do rodziny, też się chwiali – z Pucharu Ligi wyrzucił ich Sunderland, w LM dwukrotnie ulegli szwajcarskiemu Basel, w Superpucharze Europy prowadzili w 120. minucie, by przegrać... „Wyjątkowego” już nie ma, Mourinho stał się zaledwie jednym z czołowych trenerów świata. Stracił obie cechy najbardziej go wyróżniające – imponującą regularność, dzięki której dotąd rok bez trofeum mu się nie zdarzył, a także retoryczny zmysł, dzięki któremu cytował go cały świat. Odzyska urok?

Nienasyceni. Javier Zanetti (ur. 1973), chyba jedyny w historii, który zerwał ścięgno Achillesa przed czterdziestką, by wrócić do dużego futbolu po czterdziestce. Ryan Giggs (1973), jeden z nielicznych, którzy śrubują rekordy – na poziomie Ligi Mistrzów! – po czterdziestce, choć w podstawowym składzie wielkiej firmy grali już jako nastolatki. Jedyny w tym gronie laureat Złotej Piłki i mistrz świata Rivaldo (1972) podpisał kontrakt z brazylijskim Mogo Mirim, czyli z samym sobą – jest prezesem klubu.

Goleada. „La Gazzetta dello Sport” – odwołuję się do niej, bo jest w tym wypadku bezstronna – trzykrotnie w XXI wieku przyznawała za mecz najwyższą notę, dziesiątkę. W 2006 roku – Lippiemu, Buffonowi i Cannavaro, za finał mundialu. W 2010 roku – napastnikowi Milito, za finał Ligi Mistrzów. I w roku bieżącym – Lewandowskiemu, za cztery gole wbite Realowi Madryt w półfinale LM. Polak na pewno nie był najjaśniejszą gwiazdą boisk, ale bezapelacyjnie dał najbardziej spektakularny solowy popis. Cztery bramki zdobywali również Ibrahimović i Messi, ale co to za sztuka, gdy grasz z Anderlechtem i Osasuną?

Wyrośnięty. Ma 14 lat i profesjonalny kontrakt z Chelsea, na mundialu 17-latków został jego najmłodszym uczestnikiem w historii. Nie ma co ogłaszać, że wygra ze wszystkimi, zbyt dobrze pamiętamy smutne losy Freddy’ego Adu, który też kiwał dorosłych jako dzieciak z podstawówki. Ale posłuchajmy, jak widzi swoją przyszłość sam Habib Makanjuola (jeszcze raz zwracam uwagę na jego wiek!): „Choć interesowały się mną Barcelona, MU i Lyon, wybrałem Chelsea ze względu na szkółkę. Ufam, że tutaj spełnię swoją ambicję, żeby w wieku 17 lat zostać najlepszym piłkarzem świata. (...) Wiele krajów będzie chciało, bym je reprezentował, jednak za nic w świecie nie porzucę Nigerii. (...) Bóg obdarował mnie tak ogromnym talentem, że chcę zacząć służyć krajowi jak najwcześniej. (...) Nie będę w Chelsea wiecznie. Jeśli ją opuszczę, chcę grać w Barcelonie”.

Poeta. W tym roku Ibrahimović informował m.in., że jest Bogiem, że za swojego najgroźniejszego rywala uważa Ibrahimovicia, że mundial bez Ibrahimovicia nie ma sensu, kto by to nudziarstwo oglądał. Ale przede wszystkim znów strzelał gole inne niż wszyscy, znów udowadniał, że pięta służy mu do tego, do czego poeci używają pióra. Wśród wielkich współczesnych piłkarzy artysta absolutnie osobny.

Belgijska bańka. Akcje piłkarzy z tego kraju poszybowały na poziom rozstawienia w losowaniu grup mundialowych, ale wciąż nie wiemy, czy nie zostali przecenieni, czy ich zawrotnej popularności nie zrodziła poniekąd zawrotna popularność ligi angielskiej (to tam przede wszystkim grają). Zwróćmy uwagę, że gdyby nie 35-letni Daniel van Buyten z Bayernu, żaden nie wystąpiłby w wiosennych ćwierćfinałach Champions League, żaden też nie podbijał tych rozgrywek jesienią. A na MŚ będą atakować z niewygodnej pozycji – nikt ich nie zlekceważy.

Inna Brazylia. Inna, bo po triumfie w Pucharze Konfederacji – imponujące 3:0 w finale, hiszpańska tiki-taka już przegrywała, ale nigdy aż tak – odzyskała pewność siebie. Inna, bo na mundialu jako jedyna wystawi prawdopodobnie bramkarza drugoligowego (Júlio César), którego na dodatek od miesięcy w Queens Park Rangers nie dopuszczają nawet do foteli rezerwowych. Inna, bo pierwszy raz w historii nie ma napastnika najwyższej światowej klasy. I taka sama, bo tylko dla niej srebro na mundialu będzie tragedią narodową.

Sponsor wszystkiego. Gazprom dostarcza już nie tylko gaz. Jest jednym z sześciu głównych „partnerów” Ligi Mistrzów, właścicielem Zenitu St. Petersburg, sponsorem Chelsea, Schalke oraz Crveny Zvezdy Belgrad, od 2015 roku zwiąże się z FIFA. To dlatego Greenpeace zaatakował koncern – rozwinął ogromny transparent z hasłem: „Nie faulujcie Arktyki”, żądał wypuszczenia swoich 30 aresztowanych w Rosji aktywistów, akurat podczas meczu Champions League. UEFA powinna mieć inny dylemat: chce finansowego fair play, tymczasem Gazprom finansuje napędzające inflację transfery w rodzaju 60 mln euro wydanych przez Zenit na Hulka i Witsela. I promuje zagrażające integralności piłki w Europie idee w rodzaju wspólnych rozgrywek rosyjsko-ukraińskich, w których pula nagród miałaby sięgać miliarda euro...

Pokaz dla dyktatora. Nie wiadomo, ile hiszpańska federacja zarobiła na listopadowym sparingu reprezentacji w Gwinei Równikowej, wiadomo, że grę sponsorowały rządy, rocznie ubijają interesy warte 850 mln euro. Zażenowani mistrzowie świata zagrali, ale odmówili podania ręki zbrodniczemu dyktatorowi Obiangowi, a hotel opuszczali tylko na trening i mecz.

Umoczeni. Ostatnią nietkniętą przez łapówkarstwo miała być Anglia. W tym roku aresztowano tam jednak sześciu graczy podejrzanych o ustawianie meczów – o sprawie na kontynencie pisano stosunkowo niewiele, bo nie dotyczyła znanych nazwisk, jak notorycznie targanych aferami Włoszech czy Turcji. Declan Hill, który doktoryzował się z korupcji w piłce na Oksfordzie, ostrzega, że jeśli Anglia nawet nie monitoruje przemysłu hazardowego, wierząc w swoją kulturalną wyższość („u nas takie rzeczy się nie zdarzają”), to oszustów przed podjęciem działalności na jej rynku nie zatrzymuje nic.

(Nie) najdroższy. Florentino Pérez pewnie lubił, gdy cały świat pisał, że ustanowił kolejny transferowy rekord świata, miał ten medialny jazgot niezmierzoną wartość marketingową. Niczego zatem prezes nie dementował, aż w telewizji Intereconomia wyrwało mu się, że zapłacił za Garetha Bale’a marne 91 mln euro (nawet nie powiedział tego wprost, wszystko wyniknęło z logiki rozmowy). Prawdę najprawdziwszą być może dopiero poznamy, w każdym razie problemu by nie było, gdyby futbolowy biznes wreszcie postawił na przejrzystość.

sobota, 28 grudnia 2013

Piłka nożna, jedenastka roku 2013

Wspaniałe triumfy europejskie Bayernu i Borussii, gdzie grup nie przyćmiewają soliści o blasku Messiego, Ronaldo czy Ibrahimovicia, zmusiły mnie do oparcia drużyny roku na uniwersalnych żołnierzach, którzy potrafią wszystko albo prawie wszystko.

A skoro tak, to między słupkami musi stanąć Manuel Neuer, hybryda bramkarza i ostatniego obrońcy. Aby docenić, do jakiego stopnia panuje na tyłach, trzeba usiąść na trybunach – patrzeć, gdzie stoi i jak się przechadza, gdy Bayern naciera, ile kontroluje przestrzeni także wtedy, gdy zbiera się do wyrzutu piłki (jeśli zajdzie potrzeba, nawet 60-metrowego). Można wówczas ulec wrażeniu, że rozłożystymi ramionami obejmuje całą linię defensywy. On nigdy nie chce być na zewnątrz drużyny, uczestniczy wraz z nią w każdej fazie gry. Powtórzę stawianą już tutaj tezę: być może ten bramkarz jest najsilniejszym argumentem na poparcie tezy, że Bayern jeszcze przewyższa Barcelonę ze szczytowego okresu pod rządami Guardioli. Katalończycy mieli znakomitego, Bawarczycy mają perfekcyjnego.

Defensywne flanki obsadzam oczywiście Davidem Alabą oraz Philippem Lahmem, którzy spełniają się także w rolach bardziej wyrafinowanych – środkowych pomocników kluczowych dla całego systemu gry. Pierwszy przepoczwarza się rzadziej, bo jako reprezentant Austrii (był jej najlepszym strzelcem w eliminacjach mundialu, umie też zabójczo kopać z rzutów wolnych), drugi częściej, bo nowe wcielenie wymyślił dlań trener Bayernu. I żeby uciec od powielanego do znudzenia komplementu Guardioli (nazwał kapitana drużyny „najinteligentniejszym graczem, z jakim pracował”), oddajmy głos ściągniętemu z Barcelony jej wychowankowi Thiago Alcântarze, któremu Lahm przypomina Xaviego („Z piłką przy nodze jest geniuszem”). Więcej powiedzieć się nie da.

Na środku obrony staje wszechmocny Neven Subotić z Borussii, od listopada leczący zerwane więzadła krzyżowe. Nie przydaje się tak przy inicjowaniu akcji zaczepnych jak Mats Hummels, ustępuje mu elegancją w grze, popularnością i urokiem osobistym, ale podstawowe defensywne zadania wykonuje rzetelniej – to on wiosną miał więcej kluczowych interwencji, a przede wszystkim unika spektakularnych błędów, którymi jego niemiecki partner naznacza największe szlagiery i w klubie, i w reprezentacji. O zawsze trzymających wysoki poziom stoperów w ogóle ostatnio niełatwo, taki czas w piłce, dlatego obok Serba umieszczam – z konieczności trochę za całokształt twórczości – Thiago Silvę z Paris Saint-Germain, niezmiennie nienagannego z piłką, czystego w odbiorach, pasowanego już na kapitana reprezentacji Brazylii. Bezdyskusyjnie numer jeden na swojej pozycji, w mojej hierarchii nad Kompanym, Chiellinim, a także świetnym wiosną Varanem i świetnym jesienią Benatią.

Do środka pola powołuję Sergio Busquetsa, niegdyś skazanego w Barcelonie na najprostsze boiskowe robótki i zasłoniętego przez miniaturowych wirtuozów Xaviego i Iniestę, w mijającym roku emancypującego się na rozgrywającego z własną wizją. Im zgrabniej podaje atakującym, tym bardziej doceniamy, że wcześniej pokornie swoje możliwości skrywał, podporządkowując się potrzebom drużyny. Obok niego Arturo Vidal, obejmujący swoim oddziaływaniem ogromne połacie murawy, niezłomny w walce o piłkę, a zarazem natchniony w nalotach na pole karne, zawsze znajdujący tam wolną przestrzeń i siejący postrach arcymocnym strzałem. Kilku graczy w jednym, bryluje w statystykach defensywnych i ofensywnych, pomimo niskiego wzrostu skuteczny także w pojedynkach główkowych, trener Juventusu nie obawia się wycofywać go do środka obrony. I ta lodowata perfekcja Chilijczyka, gdy podchodzi do rzutu karnego...

On chyba najdoskonalej spełnia założenie, by superjedenastkę oprzeć na graczach wielowymiarowych, adaptujących się do rozmaitych okoliczności. Ten sam gatunek reprezentują Robert Lewandowski, czyli najbardziej eksploatowany piłkarz Bundesligi, oraz Thomas Müller – jednego wypychamy do ataku, drugi będzie operował za plecami napastnika, konfiguracja dowolna, obaj sprawdzają się w obu rolach. I idealnie się uzupełniają. Polak znęcałby się nad obrońcami, wciągając ich w pojedynki ciało w ciało, Niemiec by im uciekał, żeby wygrać, nikogo nie dotykając. Siła mięśni plus siła umysłu.

Na skrzydłach wszystko jasne. Franck Ribéry, jedyny wśród moich wybrańców 30-latek, działa jak talizman w klubie – z ostatnich 43 meczów Bundesligi z nim w składzie Bayern 38 wygrał i pięć zremisował – ale ocalił również reprezentację Francji, to jego asysty pozwoliły zrewanżować się Ukrainie za sensacyjną porażkę w barażach o mundial. – Na boisku lubię dawać. Jestem niewiarygodnie szczęśliwy, gdy widzę kolegę szalejącego z radości po golu, który wypracowałem – mówi najwybitniejszy dziś maestro ostatniego podania (także w tym sezonie ma w lidze najwięcej asyst, choć z powodu urazu opuścił kilka gier). Cristiano Ronaldo takich słów by z siebie nie wydusił, on zawsze toczy swój prywatny mecz w meczu, by stanąć na szczycie świata. Rok 2013 dobrze oddaje fenomen – dla Realu Madryt przyniósł wyłącznie rozczarowania (bez trofeum, najmniejsze podebrali rywale z Atletico), tymczasem Portugalczykowi wiedzie się jak nigdy. Nie mamy pewności, czy właśnie osiągnął maksimum możliwości, ale w 65 meczach dla klubu i kraju strzelił wprost absurdalną liczbę goli – 69. I niewykluczone, że to on – choć nie wygrał niczego – odbierze w styczniu Złotą Piłkę.

Ponieważ nawet jemu – z wyglądu humanoidowi o syntetycznych, niezniszczalnych członkach – zdarzyło się niedawno naciągnąć mięsień, superjedenastkę wzbogacam o superrezerwowego. Do drugoplanowych ról przyzwyczajonego, akceptującego każdą możliwą boiskową misję, pilnującego, by gwiazdorzyć mogli inni. Moim kaskaderem będzie Kevin Grosskreutz – sprawny na każdej pozycji, jeśli wolno wzbogacić język polski, wszystkorób.

piątek, 27 grudnia 2013

Pep Guardiola, Bayern Monachium. Fot. Felix Hoerhager, AP

To trwa już kilka lat. Zwycięzca bierze wszystko. Najlepsi nie wygrywają zwyczajnie, ciut więcej meczów niż reszta, lecz bez opamiętania, dlatego rekordy padają coraz częściej, zamiast padać coraz rzadziej.

Kiedy Barcelona mknęła po mistrzostwo kraju w 2011 r., to zdarzyła jej się bezprecedensowa seria 16 ligowych zwycięstw z rzędu. Kiedy Real Madryt mknął po mistrzostwo w 2012, to nastrzelał bezprecedensowe 121 goli. Kiedy po tytuł w Niemczech pędziła wtedy Borussia Dortmund, nazbierała bezprecedensowe 81 punktów. Kiedy w bieżącym roku detronizował ją Bayern, jej rekord oczywiście pobił – i ustanowił masę innych, uzyskał m.in. największą w historii przewagę nad wiceliderem, stracił najmniej bramek, odniósł najwięcej zwycięstw etc.

Takie nastały czasy. Grube ryby są naprawdę grube. Rzadziej podziwiamy zwycięzców przeciętnych, którzy okazali się lepsi od innych, częściej podziwiamy zwycięzców majestatycznych, którzy rywali zrównali z murawą. Zjawisko obserwujemy na różnych poziomach. W minionych czterech latach potrójną koronę – inkrustowaną triumfami w Lidze Mistrzów, lidze krajowej i pucharze krajowym, to insygnium absolutnej władzy na kontynencie – zakładały aż trzy kluby: Barcelona, Inter Mediolan oraz Bayern. Przez wcześniejsze 52 lata istnienia najważniejszych europejskich rozgrywek – ledwie cztery...

Wiosnę na szczytach najsilniejszych lig obrabowała z emocji kulminacja tego trendu. Wszędzie, od Anglii i Francji, przez Niemcy, po Hiszpanię i Włochy, wyścig po tytuł został rozstrzygnięty wiele tygodni lub wręcz miesięcy przed końcem. Przybywa plutokracji, w których superbogacze niemal odbierają rywalizacji sens – jak francuska Ligue 1 zasłonięta przez Paris Saint-Germain oraz AS Monaco po awansie z drugiej ligi natychmiast mierzące w mistrzostwo. Nawiasem mówiąc, w futbolu reprezentacyjnym dzieje się to samo, wszyscy medaliści ostatniego mundialu – Hiszpanie, Holendrzy, Niemcy – przez każde eliminacje przefruwają właściwie bez zadraśnięć.

Wydawało się, że granic możliwości sięgnęła przed kilkoma laty Barcelona, ta z najlepszego okresu Pepa Guardioli. Płodziła zbiorowe arcydzieła, a zarazem podporządkowywała ruchy geniuszowi Messiego, pozostanie w historii jako poważna kandydatka do tytułu drużyny wszech czasów. Aż nadciągnął Bayern. I choć nie sposób ustalić bez żadnych wątpliwości, czy zademonstrował futbol jeszcze wyższej generacji niż tiki-taka – była już u schyłku, gdy rozmontowywał ją na miarę 7:0 w półfinale Ligi Mistrzów – to wywołuje wrażenie, że tak. Podczas jednego z jesiennych wieczorów w Champions League wzdychałem na Twitterze, że o ile Katalończycy zachwycali, o tyle monachijczycy przerażają. U Katalończyków dostrzegaliśmy bowiem oznaki potencjalnej słabości, np. wątłe warunki fizyczne, tymczasem u monachijczyków widać wyłącznie zniewalającą, nadludzką moc.

Wyniki ją odzwierciedlają. Bilans roku 2013 w Bundeslidze tworzy 28 zwycięstw oraz pięć remisów, na stosunek bramek 96-19 składają się widowiska w typie 6:1 z Werderem oraz Hannoverem, 7:0 w Bremie, 9:2 z Hamburgiem. W Champions League od ideału, czyli kompletu wygranych, dzielą jej majowych zwycięzców wpadki na własnym stadionie z Arsenalem i Manchesterem City – obie kompletnie bez znaczenia, zdarzyły się, gdy monachijczycy przystępowali zrelaksowani i roztargnieni. To nie było panowanie Bayernu, to była tyrania Bayernu.

Jego sposób gry zdaje się tak kompletny, że trudno go nazwać. Jeśli zresztą piłka nożna nie tylko nieustannie ewoluuje, ale jeszcze robi postępy, stale wznosi się na wyższy poziom – pod względem atletycznym na pewno się wznosi – to znaczy, że język opisujący najdoskonalsze style wyczerpaliśmy już w latach 70. Wszystko przez „futbol totalny”, uprawiany wówczas przez Ajax Amsterdam i reprezentację Holandii, wszak nie istnieje przymiotnik silniej wyrażający potęgę niż właśnie „totalny”. I teraz byłby on najbardziej adekwatny dla monachijskiego repertuaru zagrań i bogactwa indywidualnych umiejętności zawodników – Bayern ma potężne skrzydła (Ribéry, Robben) i potężny środek (Schweinsteiger, Javi Martínez); niebezpiecznie naciera pozycyjnie i kontratakuje; bezlitośnie wykorzystuje własne stałe fragmenty gry i neutralizuje wrogie; wystawia mnóstwo wielofunkcyjnych supergraczy, którzy na kilku pozycjach czują się jak u siebie (Alaba, Lahm, Martínez, Kroos, Götze, Müller). A odkąd do szatni wszedł Guardiola, swobodnie przełącza drużynę z trybu długich podań na tryb krótkich, czasem także na dystansie jednego meczu (wyjazdowe 3:0 z Borussią, ozdobione rozstrzygającymi mecz zmianami Mandżukicia na Götzego i Boatenga na Thiago Alcântarę).

Słowem, jak Barcelona stawała się w pewnych momentach niewolnicą tiki-taki, tak w Monachium jej najwybitniejszy interpretator dba o to, żeby piłkarze czerpali z wielu dostępnych strategii. Grać w Bayernie znaczy umieć zagrać wszystko. Jak to nazwać, jeśli nie futbolem totalnym, i to totalnym bardziej niż pomarańczowy oryginał? Futbol absolutny? Monumentalny?

Publicyści zmagają się z językiem, monachijscy menedżerowie snują imperialne plany. Czy raczej: realizują. Mówią o społecznej odpowiedzialności, która nakazuje im oferować bilety tańsze niż kinowe (7,5 euro na trybunę stojącą, ma sobie na nie pozwolić nawet bezrobotny), ale rekompensują to sobie gdzie indziej. Już teraz Bayernem świetnie zarządzają – o czym świadczą raporty o nadzwyczajnie zdrowej strukturze finansowej klubu – a chcą jeszcze rzucić wyzwanie angielskiej Premier League jako globalnemu widowisku. Otwierają biura w USA i Chinach, zamierzają wysyłać drużynę na interkontynentalne promocyjne tournée, przed czym trenerzy Bundesligi zasadniczo się bronili. Guardiola przywykł do nich w Barcelonie. Jego zatrudniono tyleż ze względów merytorycznych, co marketingowych – jako najpopularniejszego trenera świata. Bayern ma wszystko, ale wciąż nie ma dość.

Archiwum
Tagi