Wpisy z tagiem: AS Roma

środa, 22 lipca 2015

Na oficjalny komunikat wciąż czekamy, ale jest nieunikniony, Włosi rozpylają już detale umowy – AS Roma zapłaci 500 tys. euro za roczne wypożyczenie, po sezonie będzie mogła wziąć naszego bramkarza za 5 mln (tu chyba wciąż strony negocjują).

Dopiero teraz przekonujemy się, jak bardzo Wojciech Szczęsny nabroił. I jak bardzo naraził się trenerowi Arsene’owi Wengerowi.

Kiedy londyńczycy podpisywali kontrakt z Petrem Cechem, sądziliśmy, że podpisują zarazem wyrok na Davida Ospinę, z którym prędko się rozstaną. Wszak według przepisów Polak jest wychowankiem, a wychowanków angielskim klubom dramatycznie brakuje (muszą mieć ośmiu w 25-osobowej kadrze) – zwłaszcza tych godnych podstawowej jedenastki. Arsenalowi również brakuje, choć niegdyś pozował na nadzwyczajnie wydajną kuźnię talentów. Skoro zatem reprezentant Polski pomimo sprzyjających okoliczności stoczył się w hierarchii klubowych bramkarzy na trzecią pozycję, to mamy prawo podejrzewać, że Wenger ostatecznie stracił w niego wiarę. Nawet jeśli sam Szczęsny chciał szukać ocalenia tam, gdzie uwolnią go od udręki permanentnego go rezerwowego. Nie oszukujmy się – Cech, bramkarz wybitny i zaledwie 33-letni, nie wchodzi między słupki na kilka chwil, on będzie chciał poskakać tam przez ładnych parę sezonów.

Nie wiemy, w jakim stopniu o degradacji Szczęsnego przesądziły epizody pozaboiskowe, a w jakim – dyspozycja sportowa, w każdym razie polscy komentatorzy, odruchowo życzliwi rodakowi, chyba zanadto skupili się na tych pierwszych. Łudzili się, że na wspólnych treningach z czeskim konkurentem wręcz skorzysta, i bagatelizowali to wszystko, co właśnie przywołują rozmaite serwisy analityczne – od Whoscored.com przypominającego, że tylko czterej piłkarze Premier League w minionych czterech sezonach popełniali częściej od Polaka błędy prowadzące bezpośrednio do gola, po Squawka.com, które informuje, że Polak miał ostatnio bezdyskusyjnie najwięcej wpadek wśród wszystkich defensywnych graczy Arsenalu. O reputacji „najzdolniejszego bramkarza swojego pokolenia” nikt już nie pamięta, dziś Szczęsny niebezpiecznie zbliża się do kategorii piłkarzy „kontrowersyjnych”, kojarzonych nade wszystko z wyczynami pozaboiskowymi.

W Romie chcą mu ponoć powierzyć rolę pierwszego bramkarza, zresztą rodaka intensywnie rekomenduje Zbigniew Boniek. Na zmianie klimatu i piłkarskiej kultury reprezentant Polski może skorzystać pod wieloma względami, zwłaszcza że praca z bramkarzami w Arsenalu nie cieszy się dobrą opinią – Łukasz Fabiański potajemnie ćwiczył z trenerem rezerw, bo trenera seniorów nie cenił. Może też Szczęsny inspirować się Arturem Borucem, w którego przenosiny do Italii tchnęły nowe życie. Albo Gervinho, który z Arsenalu uciekał wyszydzany, by w Romie wyładnieć na skrzydłowego momentami więcej niż przyzwoitego. Nie leci Polak na wygwizdowo, lecz do uczestnika Ligi Mistrzów, do rozsądnie budowanej drużyny z perspektywami, do środowiska bardziej kompetentnego w kwestii wytrenowywania bramkarzy niż angielskie.

Dlaczego Szczęsny zmarniał? Możemy przerzucać się hipotezami, ale dopóki nie znamy szczegółów z życia klubu ani (ewentualnych) zawirowań w jego życiu prywatnym, to każda będzie mało wiarygodną spekulacją. Zdarzają się zresztą nagłe upadki, które na zawsze pozostają nierozwikłaną zagadką – skoro jesteśmy we Włoszech, to proponuję przypomnieć sobie losy Didy. Gdy bramkarzowi Milanu, przez część fachowców uważanemu wówczas za najznakomitszego na świecie, niemal z dnia na dzień zaczęły się trząść ręce – zaprawdę powiadam wam, zasnął mistrzem, a obudził się pajacem – to zdezorientowani wymyślaliśmy najdziwaczniejsze teorie. Sam pisałem, że brazylijski magik stracił moc po feralnym wieczorze w półfinale Ligi Mistrzów, podczas którego dostał w głowę rzuconą z trybun racą, i dziś nie jestem pewien, czy aby nie próbowałem przemycić sugestii, że ów zbieg okoliczności wcale nie był zbiegiem okoliczności...

Jedno jest pewne: Szczęsny tkwi w najpoważniejszym kryzysie w karierze. I nie wyląduje na lotnisku Fiumicino jako wymodlony zbawca, lecz syn marnotrawny, który musi udowodnić swoją wartość. 38-letni Morgan de Sanctis na pewno się nie podda. W minionym sezonie opuścił ledwie trzy ligowe mecze, a w Italii nie istnieje pojęcie piłkarza zbyt starego, by grać ­– bramki innego rzymskiego klubu, Lazio, chronił niedawno 44-letni Marco Ballotta. To będzie twardy, merytoryczny pojedynek o posadę. Z rezultatem nie do przewidzenia. Jak wtedy we Florencji, gdzie pojawienie się Boruca miało zaskakujący finał – Polak wypchnął spomiędzy słupków Sébastiena Freya, który wydawał się nie do wypchnięcia. Szczęsny też ma szansę. Nawet na powtórzenie wyczynu Thibauta Courtoisa, który z wypożyczenia do Atlético Madryt przyleciał do Londynu właśnie po to, by przepędzić z bramki Petra Cecha.

niedziela, 05 stycznia 2014

Pierwsze futbolowe superwydarzenie roku 2014. Transmitowane do 200 krajów, także w 3D, może niemal przesądzić – przy zwycięstwie gospodarzy – o mistrzostwie Włoch. Lider kontra wicelider, lokalna potęga wznoszona już trzeci sezon kontra lokalna potęga wyrosła znienacka w sezonie bieżącym, która pragnie przeżyć to, co przed chwilą przeżywali turyńscy rywale – wrócić na krajowy szczyt w tempie przyspieszonym, bez wspinania się mozolnego, rozciągniętego w czasie ponad psychiczną wytrzymałość kibiców. Pomyślałem, że to odpowiedni moment, by znów poblogować kilkugodzinnie o Serie A, którą dawno temu poznawałem jako krainę nieskończonego dobrobytu, dla zawodników tak atrakcyjną, że skupiała właściwie wszystkich najwybitniejszych na świecie, prawie jak koszykarska NBA.

17.45. O włoskich rozgrywkach blogowałem zazwyczaj w tonacji żałobnej. Wszystko przez to, że „A jednak się kręci” założyłem akurat wtedy, gdy włoskie eldorado zaczęło podupadać – jesienią 2007 r., po ostatnim triumfie w Lidze Mistrzów Milanu. Potem zdarzyło się się jeszcze zwycięstwo Interu (2010), ale to był wyrwany z kontekstu incydent, spłodzone wbrew duchowi dziejów autorskie dzieło José Mourinho. Generalnie chudnące w oczach włoskie kluby wypraszano z europejskiego towarzystwa coraz brutalniej i wcześniej (żaden poza Interem nie zajrzał po 2007 r. do półfinału), aż dotarliśmy do tu i teraz, czyli hitu nad hitami w Serie A, w którym drużyna wykopana z Champions League już w rundzie grupowej (przez tureckie Galatasaray!) podejmuje drużynę spoza Champions League. A w tabeli tuż pod nimi unosi się Napoli, kolejny klub, który nie przetrwał jesieni w LM…

Degradacja sportowa musiała odbić się na popularności. Nic dziwnego, że kiedy pytam kolegów ze Sport.pl, dlaczego ważne mecze Serie A relacjonują na żywo coraz rzadziej – wśród nich jest fan Juve – słyszę, że wszelkie próby kończą się fiaskiem. „Nie klika się”. Stąd moja decyzja, by tę blogową relację nazwać „podróżą do przyszłości”. Turyńczycy powinni się z ponurej teraźniejszości jako pierwsi, choćby dlatego, że ich sytuację finansową poprawia granie na własnym stadionie (ten luksus mają w Italii jeszcze tylko Sassuolo oraz Reggiany, które obiekt dzielą, a także modernizujące się Udinese). A rzymianie mogą uciec do lepszego jutra, jeśli wreszcie wydobędą się z chaosu sportowego – o kwestie biznesowe się nie martwię, żywię raczej nadzieję, że amerykańscy właściciele wreszcie wykorzystają potencjał marketingowy miasta, przecież turystycznego raju.

18.12. Zaczynamy od trenerów. Antonio Conte przybył, zobaczył, zwyciężył. Wiosną w 2011 r. obejmował drużynę w stanie rozkładu, przez dwa kolejne sezony czołgającą się na 7. miejscu – tak marnie nie było od pół wieku. I już po kilku miesiącach zyskał sławę nadzwyczajnego motywatora. W szatni rozwieszał gazety z najbardziej prowokującymi wypowiedziami rywali, nawet po udanej passie meczów potrafił zebrać przed treningiem piłkarzy, zajrzeć w oczy każdemu z osobna, wrzeszcząc, że boi się dnia, w którym po wysłuchaniu zbyt wielu pochwał poczują się zrelaksowani, i żąda, by „grali z pianą na usta”. Jego Juventus od razu zdobył tytuł (nie poniósł porażki!), by następnie go obronić. Andrea Pirlo mówił tak: „Spodziewałem się trenera zdeterminowanego i charyzmatycznego, a odkryłem fachowca, który także wiedzą taktyczną mógłby się dzielić ze wieloma starszymi kolegami. Każe nam grać w 11 przeciw nikomu, powtarzać ruchy przez kilkadziesiąt minut, aż wykonamy je właściwie. Dlatego wygrywamy w 11 na 11”.

Rudi Garcia, najęty minionego lata, wystartował w Romie podobnie. Pardon, efektowniej. Drużyna rozbałaganiona i bezbronna na tyłach, wskutek wariackich eksperymentów trenerskich rozrywana golami jak żadna w Serie A, zaczęła nagle uprawiać futbol bezlitośnie uporządkowany. Długo zwyciężała bez strat własnych (o jej bajkowym początku blogowałem tutaj), pomimo niedawnej zadyszki i utraty pozycji lidera pozostaje jedyną niepokonaną w Serie A. Ba, jedyną obok zjawiskowego Bayernu niepokonaną w dziesięciu czołowych ligach europejskich.

18.44. Turyńską defensywę w całości do reprezentacji Włoch przenosi trener Cesare Prandelli, już to zastępuje jakiekolwiek rekomendacje. Jej oryginalność polega m.in. na wsparciu, jakie oferuje dreptającemu przed nią Andrei Pirlo – tworzą ją zawodnicy z wizją, chętnie rozpruwający szeregi przeciwnika dłuższym prostopadłym podaniem (na specjalne wyróżnienie zasługuje tutaj Leonardo Bonucci), co przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy przeciwnik swój plan chciałby sprowadzić do osaczenia sławnego rozgrywającego. To nie wystarcza, zagrożenie może nadejść zewsząd.

Rzymianie obrońców importują. Dziś znów będą polegać na Brazylijczykach Maiconie, Leandro Castanie oraz Dodo, ale wszystkich przesłania Marokańczyk Mehdi Benatia – jesienią rewelacyjny, przez co bardziej porywczych komentatorów obwoływany już stoperem numer jeden w Italii (zapewne również dzięki aż czterem strzelonym golom, zalety ofensywne zaobserwować często łatwiej niż defensywne), w prasowych plotkach wpychany już m.in. do Manchesteru United. Gdybyśmy nie widzieli, ile Roma zawdzięcza organizacji gry całej drużyny, to musielibyśmy wynieść ten kwartet na europejskie szczyty – ledwie 7 straconych w lidze goli to wynik niespotykany nigdzie, nawet w Bayernie (co ciekawe, równie szczelnie broni się poprzednia drużyna trenera Garcii, francuskie Lille).

19.12. Juventus kręci się oczywiście wokół środka pola, opanowanego przez trzy zupełnie odmienne planety. Wiersze o reżyserującym w tempie spacerowym Andrei Pirlo wszyscy już znacie na pamięć, rozszalałego między polem karnym a polem karnym Arturo Vidala nominowałem niedawno do swojej superjedenastki 2013, ale najgorętsze dziś nazwisko nosi Paul Pogba, który nie umie się zdecydować – zresztą nie musi, nowoczesny futbol uwielbia graczy uniwersalnych – czy chce udawać Vieirę, czy Zidane’a, a Paris Saint Germain wycenia go na 55 mln euro. Francuz skończył ledwie 20 lat, zdążył już wpaść w ręce Alexa Fergusona (zniechęcał go do ligi włoskiej, strasząc rasizmem), przed młodzieńcznymi ekscesami chroni go regularnie odwiedzająca syna mama. Fani się jednak niepokoją, bo 20-letni Francuz zarabia ledwie milion rocznie (trwają negocjacje w sprawie podwyżki), a w wywiadach nie ukrywa, że od dziecka marzył o grze w Barcelonie lub Arsenalu.

19.31. Skromna pensja Pogby przypomina, jak niewiele na rynku znaczą dziś włoskie kluby. Jeśli Robert Lewandowski istotnie będzie wyciągał 11 mln euro rocznie, to w płacowej hierarchii zajmie miejsce – prawdopodobnie, całkiem wiarygodnych podsumowujących zestawień nie ma – tuż poza czołową dziesiątką w świecie.  Tymczasem najszczodrzej opłacany w Serie A Daniele De Rossi dostaje 6,5 mln, Gonzalo Higuain z Napoli – 5,5 mln, Diego Milito z Interu – 5 mln, Carlos Tevez z Juventusu oraz Francesco Totti – po 4,5 mln. Słowem, trudno zakładać, że plądrowanie włoskich boisk prędko się skończy, zatrzymać jej bohaterów może tylko fenomen najrzadszy – inny wymiar lojalności.

19.56. A skoro Włosi nie wytrzymują konkurencji, to kibice Romy pewnie wkrótce zaczną wysłuchiwać, kto zasadza się na Kevina Strootmana, dla mnie środkowego pomocnika większego niż wszyscy w tym sezonie Serie A. Buchający energią, zasuwający od pola karnego do pola karnego, natchniony w podaniach, przytłaczający fizycznością w walce o piłkę, kolejny żołnierz unieważniający anachroniczny podział na pomocników defensywnych i ofensywnych. Nie mogę się doczekać, co będzie, gdy zderzy się z podobnym do siebie wojownikiem z Juve, Arturo Vidalem – co nieuniknione, rzymianin operuje bliżej lewej flanki, turyńczyk bliżej prawej.

Niejaki David Moyes, trener Manchesteru United dziś znów pobity w Pucharze Anglii, pewnie sprzedałby duszę za któregokolwiek z nich. I za De Rossiego też…

20.05. Skład Juventusu: Buffon, Barzagli, Bonucci, Chiellini, Lichtsteiner, Vidal, Pirlo, Pogba, Asamoah, Tevez, Llorente. Oczywiście faworyci. Słabość okazali w tym sezonie raz, trwało to osobliwe widowisko kwadrans – przy stanie 2:0 na stadionie Fiorentiny zdrętwieli, gospodarze załadowali im cztery gole, światek calcio był wstrząśnięty. Od tamtej pory turyńczycy odfajkowują zwycięstwo za zwycięstwem, a gdyby nie pojedynczy wybryk Atalanty w kolejce przedświątecznej, Gianluigi Buffon prułby po statystyczne rekordy – przez 819 minut gry puścił tę jedną bramkę.

20.21. Skład Romy: De Sanctis; Maicon, Benatia, Castan, Dodò; Pjanic, De Rossi, Strootman; Ljajic, Totti, Gervinho. Ten ostatni pędziwiatr to czynnik szczególnie nieprzewidywalny, podejrzewam, że nawet on nigdy nie wie, gdzie pogna, nogi niosą, to frunie. W każdym razie turyńscy obrońcy bez wątpienia będą wdzięczni za wsparcie od cofniętych skrzydłowych Juve. Szybkość to w ogóle atut gości. W tym sezonie zdobyli już pięć bramek po kontratakach. Gospodarze – ani jednej.

20.31. Ćwierkałem 22 grudnia, podczas meczu Inter – Milan: Pomyśleć, że 10 lat temu oglądałem w Mediolanie derby w półfinale LM. Techniczny poziom dzisiejszych przygnębiający. Tylko im maczugi rozdać. Zaczynam lepiej rozumieć, co chodzi z tym wzdychaniem naocznych świadków do polskiej piłki lat 70. Mój plan na dzisiejszy wieczór jest taki, żeby nic podobnego nie cisnęło mi się na usta. Niech wreszcie dadzą czadu we włoskim szlagierze, tym razem talentu nie brakuje. No i obie strony w pełnym rynsztunku, leczy się jeden Federico Balzaretti.

21.06. Przez kwadrans Juventusu nie było, aż wychynąć z niebytu postanowił Vidal, zwany gdzieniegdzie królem Arturem. A ponieważ ujawnił się w polu karnym, to musiał paść gol. Pomocnik kompletny. (Nie zapominamy, jak zgrabnie wyłożył mu piłkę inny południowoamerykański guerriero, Carlos Tevez). 1:0.

21.40. Przerwa. Gdybyśmy odczytywali przebieg meczu z aktywności tercetów ze środka pola, przeczuwalibyśmy dominację rzymian – Pjanić, De Rossi i Strootman mieli 169 kontaktów z piłką, przy ledwie 83 Vidala, Pirlo i Pogby. Złudzenie. Turyńczycy wycofani, by zapobiec kontratakom, ale nie wpuszczają piłki na własne pole karne i sumiennie pilnują rzymskich skrzydłowych. A sami pod rzymską bramkę się wkradają, kilkakrotnie brakowało im drobiazgów – nawet jeśli nie oddawali strzałów – by podwyższyć prowadzenie. Im bardziej w mecz, tym bardziej kontrolują sytuację.

Przy tym wyniku mają 8 punktów przewagi. Nie do roztrwonienia.

21.57. Wredną parabolę nadał temu dośrodkowaniu z rzutu wolnego Pirlo, ale gości z gapiostwa to nie rozgrzesza. 2:0. Szczerze mówiąc, nie widzę ruchu dla Romy. Pjanicia chyba po tamtym urazie boli, Totti uziemiony, turyńczycy mogą się bezstresowo trzymać dotychczasowej taktyki. To chyba ten wieczór, w którym ostatnim niepokonanym w poważnym futbolu zostanie Bayern.

22.27. Myślałem, że umrze ten mecz śmiercią naturalną, takie powolne konanie bez nadziei na cokolwiek… Niestety, najpierw samobójczy atak na wroga wykonał De Rossi (czerwona), a potem poprawił jeszcze – ręką – Castan (też czerwona). Rzut karny, Mirko Vucinić prosi Vidala (tak podsłuchali Włosi), by dał mu strzelić, 3:0. Mogła Roma zwyczajnie przegrać, a grozi jej klęska drastycznie obniżająca morale.

22.42. Dziesięć zwycięstw Juventusu z rzędu, bramki: 26-1. Dzisiaj pełna satysfakcja, żaden szczególarz nie wykryłby pewnie różnicy między planem gry a przebiegiem gry. Nie ma mowy, by turyńczycy znów nie wzięli tytułu. Dołujące, że przy takiej supremacji we Włoszech nie umieją wygramolić się ze średnio obsadzonej grupy w Lidze Mistrzów.

niedziela, 05 lutego 2012

jak zrobić jagodziankę, AS Roma, Mission Impossible 

Pragnąca uprawiać kataloński styl gry Roma pięknieje. Po znokautowaniu czterema golami Inter Mediolan zbliżyła się dziś do podium Serie A, na którym dostaje się zaproszenie do Ligi Mistrzów.

Rzymski projekt jest dla włoskiego calcio jak świeży oddech. Odkąd klub przejęli amerykańscy biznesmeni, trwa rewolucja. Wzniecił ją ściągnięty z Katalonii trener Luis Enrique, którego doświadczenie ograniczało się do pracy z młodzieżą. Roma nie importowała człowieka, lecz filozofię. Hiszpan dostał misję zbudowania kopii Barcelony. I dysponował niezbędnym zdaniem nowych zwierzchników atutem - nie był skażony włoską mentalnością, nawykami i w ogóle kulturą piłkarską. Jego przybycie miało symbolicznie zapowiadać, o czym już blogowałem, bezpowrotne zerwanie z przeszłością.

Choć na razie ludzie Luisa Enrique grają nieregularnie, to dziś ruszali się w sposób doskonale nam znany. Wykonali 666 podań - zazwyczaj przesuwając szybko piłkę po ziemi, dostarczając widzom przyjemnych wrażeń estetycznych - przy ledwie 326 wykonanych przez mediolańczyków. Okazalsze statystyki miał w weekend jeden Juventus Turyn, tyle że podejmował wątłą Sienę, a nie potęgę mierzącą w LM, która jeszcze niedawno roznosiła rywala za rywalem.

Na tle klubów, w które zagraniczni właściciele wstrzyknęli ostatnio sporo kapitału (Manchester City, Paris Saint Germain etc), rzymianie inwestują stosunkowo wstrzemięźliwie, unikając spektakularnych transferowych wystrzałów, ale ich wizja jest bezwzględnie najbardziej oryginalna, intrygująca, brawurowa. Futbolem złożonym z plątaniny podań - ze szczególnym uwzględnieniem podań krótkich - usiłują zarazić królestwo kontrataku, zaludnione przede wszystkim przez zwolenników panowania nad przestrzenią, a nie piłką. „Witamy w piekle” - usłyszał na powitanie od Arrigo Sacchiego, trenerskiego innowatora sprzed lat, urzeczonego rzymskim porywaniem się z motyką na słońce.

Gdy wstępne były bolesne (porażka w Lidze Europejskiej ze Slovanem Bratysława), drużyna do dziś wykańcza kibiców niestabilnością (w środę dała sobie wbić cztery gole Cagliari), ale postęp można dostrzec. Rzymianie mają najwyższy odsetek celnych podań w Serie A; piłkę utrzymują coraz dłużej i jeśli trend się utrzyma, zaraz wyprzedzą w statystykach Juventus oraz Milan (strata zmalała do minimalnej); zaczynają zdobywać mnóstwo bramek (od połowy grudnia średnio prawie trzy w kolejce). A Luis Enrique na presję musi być odporny. To jeden z tych zuchwalców, którzy ośmielili się porzucić Santiago Bernabeu dla Camp Nou.

Roma się wyróżnia, bo wystawia niekiedy kwartet wychowanków (Totti, De Rossi, Greco, Viviani), co poza Camp Nou w europejskiej czołówce zdarza się niezbyt często. Roma się wyróżnia, bo ligę pięknych niemal czterdziestoletnich odmładza. Trzon złożony z weteranów (Totti, De Rossi, Juan, Heinze) otaczają gwiazdy przyszłości - dziś dwa gole strzelił rozpędzający się Fabio Borini (rocznik 1991); jednego dołożył wzięty z Camp Nou Bojan Krkić (1990); asysty mieli Miralem Pjanić (1990), czyli wirtuoz stałych fragmentów gry z laserem w bucie, i Giammario Piscitella (1993), czyli chłopiec, którego Włochom usiłował podebrać Manchester United; obok biegali nieco ostatnio przygaszony, lecz perspektywiczny Erik Lamela (1992) i Jose Angel (1989), w rezerwie czuwał utalentowany obrońca Simon Kjaer (1989); niedawno debiutował Federico Viviani (1992). Oni dopiero rozbłysną.

czwartek, 01 września 2011

Europa przyglądała się latem przede wszystkim transferowym manewrom dorobkiewiczów z Manchesteru City, Paris Saint Germain i Malagi, którym z nieba spadła petrodolarowa manna znad Zatoki Perskiej, ale najradykalniejsze zmiany przeżywał inny klub z ambicjami przejęty przez biznesmena z dalekich krajów - Roma. I to chyba jej projekt wydaje się najbardziej intrygujący. Nawet jeśli nowy właściciel - pochodzący z Bostonu Thomas DiBenedetto - inwestuje ostrożniej niż zachłanni na natychmiastowy sukces, w gorącej ropie kąpani szejkowie.

W rzymskim klubie dzieje się gęsto, bo to dzięki niemu Serie A zyskała dopiero pierwszego zagranicznego właściciela. Bo to w nim zatrudnienie znalazł zaledwie drugi aktualnie zagraniczny trener w Serie A (a może Hiszpana Luisa Enrique należy wręcz uznać za jedynego, skoro Serb Sinisza Mihajlović pomieszkuje na włoskich stadionach od początku lat 90). Bo to w stolicy Włoch postanowili od razu Rzym zbudować - i nakupowali w wakacje piłkarzy, z których można zestawić całkiem nowiutką jedenastkę. Bo to zarządzający Romą wymyślili sobie, że spróbują przeszczepić na swoje trawy zupełnie obcy - i wręcz sprzeczny z duchem calcio - styl gry. Bo to Roma w lidze nadzwyczaj ceniącej doświadczenie importowała wyłącznie młodzież, i to także młodzież nastoletnią. Bo to Roma werbowała niemal wyłącznie poza krajem, jakby świadomie odcinała się od osiadającej coraz głębiej w kryzysie włoskiej piłki nożnej. O jej Amerykańskim Śnie już zresztą blogowałem (tutaj) - nowe szefostwo marzy o zbudowaniu drugiej Barcelony.

- Wybór Luisa Enrique miał być symboliczny - tłumaczył dyrektor sportowy Walter Sabatini. - On reprezentuje zerwanie z przeszłością, nowe otwarcie. Reprezentuje ideę futbolu, którą chcielibyśmy naśladować. Trochę barokową, ale bardzo efektywną. Od początku szukałem kogoś spoza naszego świata. Nieskażonego calcio.

Następnie rzymianie ruszyli na zakupy, które też sugerują, że idzie całkiem nowe. Z Barcelony Roma wzięli Bojana Krkicia (21 lat, Hiszpan serbskiego pochodzenia); z Realu Madryt - Fernando Gago (25, Argentyńczyk); z Lyonu - Miralema Pjanicia (21, Bośniak); z River Plate - Erika Lamelę (19, Argentyńczyk); z Parmy - Fabio Boriniego (20, Włoch); z Wolfsburga - Simona Kjaera (22, Duńczyk), ze Sportingu Gijon - Jose Angela (22, Hiszpan), z Espanyolu - Pablo Osvaldo (25, włoski Argentyńczyk), z Ajaksu Amsterdam - bramkarza Maartena Stekelenburga (29 lat, Holandia); z Marsylii - Gabriela Heinzego (33, Argentyńczyk). Większość wymienionych wtargnie prawdopodobnie do podstawowej jedenastki, więc debiutującego w roli samodzielnego trenera Luisa Enrique czeka trudne zadanie zapanowania nad nastrojami w szatni, w której zostało wielu weteranów (zwanych we Włoszech senatorami) przywykłych do regularnego grania, a w tym sezonie skazanych raczej na rezerwę. Ogień już zresztą płonie, w furię wpadł Jego Świątobliwość Francesco Totti. Klubowy symbol, kapitan, wychowanek i supersnajper zagrał tylko kwadrans w Bratysławie ze Slovanem, a w rewanżu na kwadrans przed końcem został odwołany z boiska, choć kopał z sensem.

Roma w tamtym dwumeczu rozczarowała i odpadła z Ligi Europejskiej, dlatego zwierzchnicy Luisa Enrique musieli już publicznie przysięgać, że posada Hiszpana jest bezpieczna. Oni pracują w świecie ludzi porywczych do obłędu, jeśli zatem istotnie - jak obiecują - główną cnotą nowego stylu zarządzania uczynią cierpliwość, to zaprowadzą rewolucję również mentalną. I dadzą nam powody sądzić, że osiągną sukces. Nadchodzący sezon zapowiada się bardzo ciężko, bo drużynę trzeba wznosić właściwie od zera, ale w dłuższej perspektywie przyszłość wygląda zachęcająco. Klub ma świetną szkółkę dla młodzieży, mnóstwo fanów, którzy potrzebują tylko nowocześniejszego stadionu (tytuł mistrzowski sprzed dekady celebrowało na ulicach milion ludzi), a także potencjał marketingowy drzemiący w stołecznym mieście - skoro turyści włoską stolicą uwielbiają, to warto naśladować Barcelonę także poza boiskiem i uczynić kiedyś ze swojego stadionu jedno z najchętniej odwiedzanych miejsc w okolicy. Tak jak Camp Nou stało się jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w całej Hiszpanii.

To oczywiście przyszłość zdecydowanie bardziej odległa, na razie nie wiemy nawet, czy Luis Enrique i jego projekt przetrwa w Rzymie choćby sezon. Pewne jest tylko jedno - we włoskim calcio, kiedyś prekursorskim, a ostatnio trochę zastygłym i stęchłym, znów mamy klub z wizją zarazem oryginalną, innowacyjną i spójną. Jeśli nie będzie zwycięsko, to przynajmniej będzie ciekawie.

Archiwum
Tagi