Wpisy z tagiem: Alex Ferguson
czwartek, 05 stycznia 2012
Pal licho, że przegrali, i to rozgnieceni przez Newcastle trzema golami. Znaczniejsze, że wyglądali poniżej wszelkiej krytyki - nie mieli ani idei, ani pasji, a już na pewno nie mieli ochoty umrzeć za zwycięstwo lub remis. W Sylwestra też im się nie powiodło, ale przynajmniej drużynę Blackburn oblegali, momentami usiłując ją w całości wepchnąć między słupki. Wczoraj tylko pokornie przyjmowali ciosy. I stało się - w drugiej kolejce z rzędu pozwolili sobie wbić trzy bramki, czego Manchester United nie przeżył od 2004 roku. Nie przepadam za najprostszą, acz popularną diagnozą, że wszystko wyjaśnia brak rozgrywającego (w domyśle - Wesleya Sneijdera, który ponoć był do wyjęcia z Interu Mediolan). W ograniczonym stopniu jako wszechuzasadnienie akceptuję też sugestie, że Alex Ferguson przesadził z rotacją w składzie - choć bezdyskusyjnie przesadził, zwłaszcza w Lidze Mistrzów. Łatwiej uwierzyć mi, że jego drużynę rozłożyła zaraza kontuzji, która zwłaszcza defensywę rozpuściła do konsystencji maślanej. Że strata Paula Scholesa jest odczuwalna przede wszystkim jako strata lidera o bezcennych atutach mentalnych (ponoć nigdy nie został potraktowany przez szefa suszarką!), pozytywnie wpływającego na całą szatnią. I że wreszcie David De Gea być może w Hiszpanii wielkim bramkarzem był, ale w Anglii zwraca uwagę głównie tym, że jest wiotki jak źdźbło trawy - a jeśli nawet wyręcza go Anders Lindegaard, to też nie wnosi ze sobą na boisko klasy światowej, co w boleści musi wpędzać zwłaszcza drużynę, którą jeszcze przed chwilą chronił specjalista formatu Edwina van der Sara. Jeśli zanalizujemy ostatnie miesiące Manchesteru United, to dostrzeżemy, jak mówił klasyk, ciemność. Przerażająco mroczną ciemność, pomimo ładnie wyglądającej pozycji wicelidera w lidze angielskiej - z niewielką stratą do lidera. Do końca września działo się świetnie. A potem działo się już tylko coraz marniej. Liga Mistrzów? Nie porażka, lecz druzgocąca klęska, bo w miernie obsadzonej grupie mocniejsi okazali się nawet piłkarze FC Basel, a pokonać zdołali mistrzowie Anglii wyłącznie debiutantów z Otelul Galati. Kompromitacja. Puchar Ligi Angielskiej? Mocniejsze okazało się Crystal Palace, unoszące się na pułapach średnich drugiej ligi. Kompromitacja. Derby Manchesteru? Traumatyczne 1:6 na własnym stadionie. Kompromitacja. Inne ligowe starcia z drużynami czołówki lub zakradającymi się do czołówki? W Liverpoolu udało się jeszcze - z trudem - zremisować, wczoraj w Newcastle nie udało się nawet przypomnieć, że gangi Fergusona nie poddają się bez krwawej wymiany ciosów. Na swoich trawach też Manchester Utd tej ostatniej drużyny pobić nie zdołał. Słowem, od września ludzie Fergusona nie odnieśli ani jednego zwycięstwa naprawdę wartościowego, wypracowanego z mocnym przeciwnikiem (chyba, że za takiego uznamy lubianą przez nas wszystkich do obłędu małą Barcelonkę ze Swansea;-)). A wszystkie pozostałe starcia wagi superciężkiej, z najsilniejszymi w lidze, stoczą na obcych stadionach - Arsenalu, Chelsea, Tottenhamu, Manchesteru City. I stoczą je bez Nemanji Vidicia, czyli najtwardszej skały obronnej... Niedzielny pojedynek z „hałaśliwymi sąsiadami” z Manchesteru staje się dla nich niemal grą o przetrwanie. Prawdopodobnie pierwszą z wielu w nadchodzących miesiącach. Jeśli „Czerwone Diabły” odpadną jeszcze z Pucharu Anglii, to straszyć ich zacznie - pamiętajmy, że zesłanie do Ligi Europejskiej traktują jak wyrok - widmo sezonu bez żadnego trofeum. Takie się już oczywiście w erze Aleksa Fergusona zdarzały. Ale sezonu, w którym nie było ani tytułu, ani wiosny w Pucharze Europy, Manchester United nie przeżył od połowy lat 90.
PS A w ogóle to przypominam/informuję, że jestem też na Facebooku. Tutaj.
środa, 28 grudnia 2011
70. urodziny Aleksa Fergusona, które w sobotę będziemy celebrować zamiast tradycyjnego Sylwestra, zbiegły się z głośnymi doniesieniami o kontraktowych propozycjach dla dwóch jego wychowanków. David Beckham ma zarabiać w Paris Saint Germain blisko 10 mln euro rocznie, co nie uczyni go najwyżej opłacanym współczesnym piłkarzem, ale pozwoli mu utrzymać pozycję bezdyskusyjnie najwyżej opłacanego oldboja. Pozycję wicelidera w tej nieoficjalnej konkurencji utrzyma prawdopodobnie Ryan Giggs, który dotąd pobierał niespełna połowę podanej kwoty, a niebawem również podpisze nową umowę z Manchesterem United. Beckham znów zdyskontuje swoją moc marketingową, ale rynkową wartość zawdzięcza nie tylko jej - to jeden z piłkarzy ocenianych często niesprawiedliwie, bowiem jego reklamowa wszechobecność przysłaniała niekłamaną wartość sportową, zademonstrowaną nie tylko w MU i Realu Madryt, ale też podczas krótkiego wypadu do Milanu oraz w zakończonym właśnie, zwycięskim sezonie ligi amerykańskiej w Los Angeles Galaxy. Giggsa na murawie zatrzymają natomiast niekwestionowane kompetencje piłkarskie, dzięki którym bije kolejne rekordy długowieczności. Niewykluczone, że jesienią 2012 roku obaj zaczną ścigać się jako kandydaci na rekordzistów w Lidze Mistrzów. Beckham rozpocznie sezon po 37., a Giggs tuż przed 39. urodzinami, więc jedynego godnego konkurenta w kontynentalnej czołówce znajdą w Javierze Zanettim, obecnie 38-letnim (i wynagradzanym w Interze nędznymi trzema milionami za rok). Gdyby zresztą obaj bohaterowie z Old Trafford dociągnęli na murawie do czterdziestki, staliby się naturalnymi następcami innych członków tamtej manchesterskiej drużyny, który najpierw zdobywali pierwszy w erze Aleksa Fergusona Puchar Europy, a potem ani myśleli kończyć karierę. Przecież Peter Schmeichel między słupkami Manchesteru City stał jeszcze jako niespełna 40-latek. Jego zmiennik - Raimond van der Gouw - skończył 44 lata, zanim rozegrał swój ostatni ligowy mecz, w którym w dodatku zdobył bramkę (dla holenderskiego AGOVV Apeldoorn). Teddy Sheringham gola w Premier League strzelił niedługo przed 41. urodzinami, a w drugoligowym Colchester grał także po 42. urodzinach. Dopiero tuż przed czterdziestką z boiska zszedł obrońca Ronny Johnsen, który Norwegię reprezentował - w zwycięskim meczu z Argentyną - jeszcze jako 38-latek. W tym samym wieku w Premier League utrzymywali się jeszcze Dwight Yorke (potrafił w dodatku zostać bohaterem meczu z Arsenalem) czy Dennis Irwin. Tak, nieśmiertelny, wiecznie nienasycony futbolem Alex Ferguson wychował całą zgraję nieśmiertelnych, wiecznie nienasyconych futbolem graczy. Jeśli bowiem Beckhama, uśmiercanego jako piłkarz od wielu sezonów, ciągnie do Paryża, to nie ciągnie go tylko do podboju kolejnej - po Los Angeles i Mediolanie - mekki celebrytów, lecz także poważnego sportu. Choć szerokiej publice łatwiej pamiętać stawiane mu przez roznamiętnionych Azjatów kuriozalne pomniki (od buddyjskiego w Bangkoku po czekoladowy w Tokio), niż wyrazy uznania w plebiscycie FIFA na najlepszego gracza globu (w 1999 r. przegrał tylko z Rivaldo, a w 2001 r. tylko - minimalnie - z Luisem Figo), to pozostaje on atletą wybitnym. Być może najlepiej dośrodkowującym piłkarzem w epoce nowożytnej; wyzbytym egoizmu stachanowcem, na murawie unikającym efekciarstwa, skłonnym do rzetelnej dłubaniny w defensywie; perfekcjonistą lubianym w każdej szatni; megagwiazdorem, który w swoim celebryckim statusie nigdy nie widział powodu, by zaniedbywać obowiązki profesjonalnego sportowca. W przyszłym roku Beckham prawdopodobnie przyćmi wielu uczestników igrzysk w Londynie, gdy jako reprezentant Anglii notoryczną frustrację mundialową spróbuje choć częściowo wynagrodzić rodakom satysfakcją z medalu olimpijskiego. A potem z boiska nie zejdzie, jak sądzę, jeszcze długo. Fizycznie wytrzyma, bo się idealnie prowadził. Mentalnie wytrzyma, bo lubi grać. Być może zresztą poczuje - powiedzą mu? - iż nie ma alternatywy. Jest zbyt prostolinijny, nieciekawy jako mówca i pozbawiony charyzmy, żeby przedłużyć futbolowy żywot w roli trenera, działacza czy eksperta. Wrażenie wywołuje tylko w milczeniu - na boisku, podczas sesji fotograficznej, uśmiechając się do tłumu. Dlatego już dziś powinniśmy się spodziewać, że po kolejne rekordy długowieczności ruszy cały manchesterski tercet. Ferguson nie ustąpi, dopóki nie przeciwstawi się kolejnemu po Chelsea klubowi utuczonemu na wschodnim kapitale (sławni „hałaśliwi sąsiedzi” z City), a jeśli zdoła zdobyć kolejny Puchar Europy, stanie się najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach (trzy trofea, dwie porażki w finale). Beckham już obiecywał, że planuje kopać co najmniej do czterdziestki. Giggs spróbuje wyśrubować własny rekord jako najstarszy strzelec gola w Lidze Mistrzów (kiedy we wrześniu wkładał go Benfice, miał 37 lat i 289 dni). A może także zostać najstarszym uczestnikiem finału? Na razie jest nim Edwin van der Sar (40 lat, 211 dni). Oczywiście były bramkarz Manchesteru United.
niedziela, 11 grudnia 2011
Wchodzący na nasze ekrany hollywoodzki przebój opowiada o micie wielbionego w Ameryce baseballu, który zainspirował rewolucję w całym sporcie - także piłce nożnej. Rewolucję wznieconą, gdy na boiska wtargnęła matematyka. Yogi Berra - były baseballista i trener tak legendarny, że imię na jego cześć dostał miś z kreskówek wytwórni filmowej Hanna-Barbera - słynął z niezapomnianych bon motów. Na pytanie o tajemnicę sukcesu w jego dyscyplinie odpowiadał, że „w 90 proc. decydują o nim atuty mentalne, a w drugiej połowie atuty atletyczne”. Na pytanie, dlaczego przestał jadać w restauracji Ruggeri's w St. Louis: „Nikt już tam nie chodzi. Za duży tłok”. Przysięgał też, że „co najmniej połowa kłamstw, które o nim rozpowszechniają, to bzdury”. Nie upychałbym w akapicie cytatów wyjętych z kompletnie odmiennych okoliczności, gdyby nie tchnęły logiką charakterystyczną dla stereotypowego trenera sprzed lat - nie baseballowego, lecz w dowolnym sporcie zespołowym. Drużynami tradycyjnie nie kierowali zimni racjonaliści o analitycznych umysłach, lecz szamani ufający własnemu doświadczeniu, intuicji czy wręcz nieokreślonemu instynktowi. Przetrwali zresztą do dziś. Selekcjoner naszej kadry futbolowej Franciszek Smuda chętnie przyznaje, że przed podjęciem decyzji taktycznej wsłuchuje się w głos z nieba, laptop służy mu za podstawkę pod herbatę, a klasowego gracza rozpoznaje po sposobie, w jakim stawia kroki na schodach. Ale najwybitniejsi piłkarscy fachowcy stawiają na metody naukowe, serio myślą o sformułowaniu ogólnej teorii wygrywania. Dlatego proszą o pomoc głównego bohatera „Moneyball”. Ten bohater to rebeliant, który odrzuca wszystkie święte zasady budowania drużyny udoskonalane przez przeszło sto lat istnienia baseballu. Postanowi je odrzucić, gdy jako generalny menedżer dysponujących wielokrotnie niższym od konkurentów budżetem Oakland Athletics zrozumie, że w mistrzostwach Ameryki jest skazany na klęskę. Jego gwiazdy uciekają do hojniejszych pracodawców, a na wartościowych następców go nie stać. Rywale szydzą, że jest dostarczycielem organów dla bogaczy. Zdesperowany Billy Beane (postać autentyczna, w Oakland rządzi do dziś, w filmie gra go Brad Pitt) bierze na asystenta przypadkowo poznanego Petera Branda (postać fikcyjna, będący jej pierwowzorem Paul DePodesta nie zezwolił na użycie swojego nazwiska, w filmie - Jonah Hill), absolwenta ekonomii w Yale i matematycznego geniusza, który opracował niekonwencjonalną, radykalną koncepcję selekcjonowania zawodników. Ten otyły, fajtłapowaty jajogłowy w okularach, sprawiający wrażenie niezdolnego do przetruchtania kilku metrów do autobusu, zderzy się z przywiązanymi do starych schematów trenerami i skautami, czyli fachowcami zajmującymi się oceną kompetencji graczy. Oni wiedzą, co czyni baseballistę znakomitym: dzięki dobrej koordynacji oko - ruch celnie piłkę rzuca lub odbija pałką; dzięki fizycznej sile mocno ją rzuci lub daleko wybije; dzięki talentowi sprinterskiemu będzie zdobywał tzw. bazy; dzięki specyficznej boiskowej inteligencji właściwie oceni zamiary przeciwnika i wybierze możliwie najkorzystniejszy sposób odbicia piłki; dzięki zdolności błyskawicznego podejmowania decyzji wybierze optymalne rozwiązanie taktyczne. Słowem, do sukcesu niezbędny jest cały szereg zalet atletycznych i mentalnych. Fanatyk statystyk Peter Brand myśli inaczej. Rekomenduje zawodników z rzucającymi się w oczy wadami, przez konkurencję notorycznie odrzucanych, którzy jednak dysponują pojedynczą pożądaną u klasowego baseballisty cechą w stopniu wybitnym. A potem sportowców uznanych niekiedy wręcz za przypadki beznadziejne ustawia tak, by się wzajemnie uzupełniali. Strategię opiera na maskowaniu ich przywar i eksponowaniu zalet, planuje perfekcyjnie zsynchronizowaną współpracę grupy, chce wynieść grę na wyższy poziom zespołowości. I prowokuje nieuchronny konflikt. Siwiejący klubowi skauci wściekają się, że wpycha im do szatni patałachów, a gołowąs odpowiada algorytmami, które mają rzekomo obiecywać zwycięstwa. Kompromis ani nawet dyskusja są niemożliwe, strony mówią innymi językami. W trakcie sezonu menedżer Billy Beane odsprzedaje konkurencji czołowego gracza Oakland, inaczej bowiem nie jest w stanie nakłonić trenera (Philip Seymour Hoffman), by ten składał drużynę w sposób zalecany przez Branda. Riders zaczynają wygrywać. Seryjnie. Ustanawiają rekord wszech czasów, zwycięską passę rozciągając do 20 meczów. Mistrzostwa przy swoich ograniczeniach nie zdobywają, ale wyciskają maksimum z haniebnie skromnego budżetu. Kiedy ich metodę przejmują bogacze z Boston Red Sox, zdobywają tytuł, na który czekali 86 lat. Każde drgnienie mięśnia Fabuły Bennetta Millera nie wolno oglądać jak rzetelnej w szczegółach najnowszej historii baseballu, ale oddaje ona klimat wielkiego, niemal cywilizacyjnego przełomu w zawodowym sporcie, w którym epokę romantyczną, przepełnioną spontanicznością i naznaczoną przesądami, wyparła nowoczesność - wierząca w wysoką technologię, minimalizowanie kosztów i maksymalizowanie zysków, usiłująca zamienić gry zespołowe w naukę ścisłą. Amerykanie od lat 90. rozwijają sabermetrię, wyrafinowaną analizę statystyczną dążącą do „znalezienia obiektywnej wiedzy o baseballu”, której nazwę wywiedli z akronimu SABR oznaczającego organizację Society for American Baseball Research zajmującą się popularyzacją dyscypliny. Propagowali ją i uprawiali ludzie spoza środowiska. Jak astronauta Eric Walker, poeta Carson Cistulli, ekonomista Bill James, biolog David Smith czy statystyk Nate Silver, który system do prognozowania przebiegu karier zawodników wykorzystywał z powodzeniem w polityce. W 2008 roku przewidział zwycięzców wyborów do Kolegium Elektorskiego w 49 z 50 stanów i wyniki rywalizacji o wszystkie 35 miejsc w Senacie. Fascynaci baseballu byli pionierami w świecie gier drużynowych, ten sport bowiem wyklucza indywidualne akcje - w przeciwieństwie do płynnych piłki nożnej, koszykówki czy hokeja na lodzie. Futbolowy wirtuoz Diego Maradona, koszykarski Michael Jordan czy hokejowy Wayne Gretzky mogą przemierzyć całe boisko i przedryblować wszystkich przeciwników, w baseballu do triumfu prowadzi wyłącznie oparta na schemacie praca zbiorowa. Ale nauka wdarła się wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie kluby sportowe rozrosły się w globalne korporacje obracające setkami milionów euro rocznie. Jeśli klasowy futbolista zarabia co najmniej 1-2 miliony za sezon, to warto wynająć tabun analityków, którzy zredukują ryzyko błędnego wyboru. I pozwolą objąć kontrolą każdą sekundę gry. Dlatego kluby z czołowych lig starają się umieścić w bazie danych każde drgnienie każdego mięśnia piłkarza przebywającego na murawie. Wykorzystują technologię używaną w lotnictwie, by sprowadzić mecz do ciągu liczb i umożliwić trenerom rozszyfrowywanie go ze sprawnością Cyphera z „Matrixa”, który w pulsujących na monitorze sznurach cyfr „nie dostrzegał już kodu, lecz brunetki, blondynki i rudowłose”. Dzięki komputerowym programom, których jednorazowe użycie kosztuje kilkanaście tysięcy euro, trenerzy wiedzą, jaki dystans przebiegli przez 90 minut ich gracze, ile razy ruszyli pełnym sprintem, jak często truchtali, czy chętniej podają piłkę na prawe skrzydło, czy na lewe, czy podają ją celnie w 50 proc., czy wręcz w 80 proc. prób, czy swoją obecnością w składzie zwiększają - np. umiejętnym poruszaniem się - odsetek dokładnych podań całej drużyny. Najcenniejsze jest to, czego ludzkie oko nie wychwyci. Jeden z trenerów orędowników naukowej rewolucji w piłce, zwany „Profesorem”, ekonomista z wykształcenia Arsene Wenger najchętniej zatrudnia futbolistów potrzebujących maksymalnie 3,2 sekundy na sekwencję: przyjęcie piłki - podjęcie decyzji - podanie. Kto reaguje choćby o 0,1 sekundy wolniej, musi zachwycać bajeczną techniką lub innym olśniewającym atutem, by wyszarpać kontrakt w londyńskim Arsenalu. A ci, którzy już tam grają, poznają do bólu obiektywne przyczyny trenerskich decyzji. Gdy w 2002 roku znakomity, lecz starzejący się napastnik Dennis Bergkamp z pretensją w głosie zapytał, dlaczego zaczął być regularnie odwoływany z boiska w końcówkach meczów, zobaczył komputerowy wydruk i usłyszał: „Popatrz, po 70. minucie zaczynasz biegać znacznie mniej. Po co masz tracić siły, skoro maleje szansa, że strzelisz gola? Nie wolisz zaoszczędzić energię na następną kolejkę?”. Gdy w 2004 roku Wenger chciał pozyskać piłkarza środka pola o wytrzymałości maratończyka, odsiał wszystkich kandydatów przemierzających w trakcie gry mniej niż 14 km i zaproponował pracę niezbyt jeszcze znanemu, wyłowionemu z Olympique Marsylia nastolatkowi Matthieu Flaminiemu. Wenger to nienasycony innowator, nad stworzeniem najdoskonalszego narzędzia do analizy meczu pracował z zaangażowaną w sport firmą paliwową, dzięki czemu powstał oceniający występ piłkarza Castrol Performance Index. Program dzieli boisko na sektory i każdemu przypisuje współczynnik prawdopodobieństwa, że drużyna konstruująca akcję ofensywną strzeli gola, jeśli ma piłkę w tym właśnie sektorze. Następnie wartościuje wszystkie zachowania gracza - jeśli dzięki jego odbiorowi, podaniu czy dryblingowi rośnie/maleje szansa na bramkę, to można ten wzrost/spadek podać w liczbach. A po ostatnim gwizdku liczby zsumować. Wnioski zależą od inteligencji i kreatywności trenerów. Wenger po każdym meczu otrzymuje 60-stronicowy raport. Uderzanie głową Trenerzy często potrzebują wsparcia, zanim nauczą się wyciągać z danych właściwe wnioski. Autor znakomitych książek o futbolu Simon Kuper wytropił, dlaczego jeden z najwybitniejszych fachowców w historii, Alex Ferguson z Manchesteru United, podjął w 2001 roku sensacyjną decyzję o sprzedaniu do rzymskiego Lazio obrońcy Jaapa Stama. Prasa przypuszczała, że piłkarz rozjuszył szefa wydaniem autobiografii ujawniającej sekrety szatni, tymczasem studiujący statystyki trener zauważył, że Holender coraz rzadziej odbiera piłkę rywalowi. I uznał, że piłkarz, dobiegający wówczas trzydziestki, wszedł w smugę cienia. Stam spędził jednak jeszcze kilka udanych sezonów w lidze włoskiej, bo Ferguson źle zinterpretował dane. Jego gracz nie wchodził w bezpośrednie starcia, bo nie musiał - nabrał doświadczenia, mądrzej się przemieszczał po murawie, lepiej przewidywał następstwo zdarzeń, więc dopadał piłki, zanim dotarła do przeciwnika. Najbardziej spektakularny w nowożytnym futbolu błąd transferowy, którego istotę pojęliśmy m.in. dzięki wynalezieniu baseballowej sabermetrii, popełnił Real Madryt. W 2003 roku pragnący stworzyć drużynę wszech czasów prezes Florentino Perez pozbył się Claude'a Makelele. Ten specjalista od boiskowej czarnej roboty - jego zadanie polegało na neutralizowaniu ataków rywala - wolno biegał, miał marną technikę, nie umiał grać głową, kopał piłkę tylko na odległość kilku metrów, zazwyczaj wybierał zagrania bardzo bezpieczne - do tyłu i w bok. Co więcej, przekroczył trzydziestkę. Kompletnie nie pasował do kolekcjonowanych w Madrycie megagwiazd obwołanych nośnym marketingowo „Galacticos”. Po transferze złożony z wirtuozów Real popadł jednak w kryzys, a nieefektowny Makelele przeżył pięć pięknych lat w londyńskiej Chelsea, która niebawem - po pół wieku - odzyskała mistrzostwo Anglii. Tłumaczy Mike Forde, opiekun liczącego 32 miliony danych zbioru analiz 13 tys. meczów, który latał na pielgrzymki do Oakland, by poznać metodologię sportretowanego w „Moneyball” Billy'ego Beane'a: „Oglądając mecz, nie dostrzeżesz Makelele. Oglądając dane, stwierdzisz, że wszędzie go pełno. Większość graczy pracuje najintensywniej, kiedy jest zwrócona twarzą do bramki przeciwnika, najchętniej w fazie ataku. Francuz aktywizuje się, kiedy piłkę ma przeciwnik. Wykonuje wtedy 84 proc. pracy na poziomie wysokiej intensywności, to dwukrotnie więcej niż partnerzy z drużyny”. Wzgardzony w Madrycie piłkarz zyskał taką renomę, że dziś zleca się jego następcom, by odgrywali „rolę Makelele”. Ale niewyraźny był do bólu. Goli nie strzelał wcale, więc po dwóch sezonach podczas meczu kończącego mistrzowski sezon Chelsea koledzy zaciągnęli go do wykonywania rzutu karnego. Nawet wtedy, stojąc samotnie przed bramkarzem, nie trafił do bramki. Udało się dopiero po dobitce. Wysłannicy klubów piłkarskich najpierw latali po naukę do baseballowych guru od analizy gry, a następnie podjęli współpracę z firmami Prozone, Amisco czy Opta, które proponują coraz bardziej zaawansowane obliczenia rozbijające mecz na 2500 tworzących go incydentów i 350 różnych zachowań piłkarzy. Najtrudniej było odmienić mentalność trenerów, naukowcy skarżyli się, że w wielu szatniach najmocniejszej na świecie ligi angielskiej panuje „antyintelektualna atmosfera” i głęboka nieufność wobec wszystkiego, co wyliczy program, jeśli nie widać tego okiem nieuzbrojonym. - Rozmowy z trenerami przypominają uderzanie głową w ceglany mur - mówił dr Bill Gerrard z uniwersytetu w Leeds. Ale w końcu mur runął, dziś wszyscy zatrudniają armie analityków i opieczętowują ich odkrycia klauzulą „ściśle tajne”. Rewolucję przyspieszyły zacieśniające się biznesowe związki amerykańskiego i europejskiego sportu. Gdy zwycięzcę piłkarskiej Ligi Mistrzów Liverpool kupił właściciel wspominanego wyżej baseballowego Red Sox Boston (tego samego, który odzyskał wielkość dzięki sabermetrii), dyrektorem ds. strategii natychmiast mianował Damiena Comollego, bliskiego przyjaciela głównego bohatera „Moneyball”. Matematyk gwiazdą sportu Świat futbolu powoli przekonuje się, że intuicja to nie wszystko. Przed ćwierćfinałem mundialu w 2006 roku Argentyńczycy zadbali głównie o to, by na murawę wchodzić w „odpowiedniej” - wedle przesądu - kolejności. A Niemcy przygotowali się na wszystko. Przed rozstrzygającą serią rzutów karnych bramkarz Jens Lehmann dostał kartkę z dokładnymi instrukcjami, jak reagować. Wnikliwą analizę strzeleckich nawyków rywali umożliwiła gigantyczna baza danych trenerskiego maniaka statystyk Huuba Stevensa: „Julio Cruz - stój wyprostowany, ani drgnij, rzuć się w prawy róg”; „Hernan Crespo - długi rozbieg - prawy róg, krótki rozbieg - lewy” - tak został opisany każdy przeciwnik. Każdy trafnie, choć nie wszystkie strzały Lehmann zdołał obronić. Gdyby Maxi Rodriguez uderzył „z całej siły w prawy róg”, to bramkarz potrzebowałby jeszcze łutu szczęścia, bo czas reakcji człowieka jest ograniczony. Dwa strzały Niemiec jednak zatrzymał i wprowadził drużynę do półfinału mistrzostw świata. Argentyńczycy nie mieli pojęcia, że podbiegają do piłki obnażeni do rosołu. Trzy lata później stojący między słupkami Manchesteru Unated Ben Foster został bohaterem finału Pucharu Ligi Angielskiej, bo po dogrywce, zanim stanął oko w oko z rywalami, wykonywane przez nich rzuty karne obejrzał na iPodzie. Niebawem stanie się to normą. Trenerzy siatkówki też coraz częściej stoją obok boiska ze słuchawkami na uszach, przez które otrzymują informacje od przyrośniętych do laptopów współpracowników analizujących grę w czasie rzeczywistym. Zawodnicy muszą pracować również głową, bo przed meczami dostają - podobnie jak piłkarze czołowych drużyn - obszerne dossier o przeciwnikach i taktyczne zalecenia do wykucia na blachę. W przyszłości będą monitorowani już w trakcie gry. Wystarczy okleić ich kilkoma mikroczipami, by trener znał ich aktualne tętno, dostrzegł, że zaczęli wolniej biegać. I podjął decyzję o usunięciu ich z boiska. Technologia całkiem sportu nie zdehumanizuje, bo żaden procesor nie obliczy, kiedy gwiazdora zacznie zdradzać żona albo zdechnie mu ulubiona papuga, co wywoła u niego chandrę, a wraz z nią nieuchronny spadek formy. Ale pozyskiwanie graczy robiących dobre wrażenie na trenerze odchodzi do lamusa. Wszyscy wymienieni wyżej zatrudniani przez europejskie kluby spece od digitalizacji piłki nożnej to bliżsi bądź dalsi znajomi Beane'a, który na długo przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „Moneyball” zyskał w USA status celebryty. Oni na razie są anonimowi, ale rośnie prawdopodobieństwo, że następną po trenerze José Mourinho niegrającą megagwiazdą futbolu zostanie matematyk.
środa, 16 listopada 2011
Należy do Opus Dei, opiekował się reprezentacją Watykanu, a na mecze zabiera butelkę święconej wody (skrapia nią boisko), więc w katolickiej Irlandii od początku nie był ciałem obcym. Tubylcy nie tylko prędko docenili jego trenerskie kompetencje, ale zwyczajnie Włocha polubili - za oryginalne, barwne wywiady, odwagę publicznego przemawiania skutkującą cudacznymi wpadkami językowymi, pasję do futbolu, intensywność przeżywanych emocji. (Już swój drugi wpis w historii blogu ozdobiłem jego spektakularnym występem). Aż uznali, że Giovanni Trapattoni stał się jednym z nich, Irlandczyków. Kiedy po awansie na Euro 2012 do oczodołów napłynęły mu łzy, dublińska prasa wzdychała, że wzruszyły cały kraj jeszcze bardziej niż wyczyny reprezentacji. Włoch jest wyjątkowy. I to nie tylko dlatego, że wiosną skończy 73 lata, a w czerwcu zostanie najstarszym trenerem w całej historii futbolowych mistrzostw kontynentu. Osiągnięcia w tym fachu porównywać trudno, szkoleniowcy działają w bardzo różnych warunkach. Wybitnych podzieliłem kiedyś z grubsza na osiadłych (ze sztandarowym przykładem Aleksa Fergusona wytrzymującego w Manchesterze United od ćwierć wieku) oraz globtroterów (ze sztandarowym przykładem podróżującego po Europie Jose Mourinho). Ale można ich też posegregować na specjalistów od pracy w klubie lub reprezentacji. Albo na trenerów, którzy odnosili duże sukcesy skumulowane na krótkim dystansie czasu (pamiętacie Arrigo Sacchiego?), i trenerów długowiecznych, utrzymujących klasę przez kilka piłkarskich epok. Trapattoni nie króluje w żadnej z zaproponowanych kategorii. Jego wyjątkowość polega na tym, że w każdej się sprawdził - rewelacyjnie lub przynajmniej bardzo dobrze. W Juventusie rządził w sumie przez kilkanaście lat i to głównie dzięki zdobytym w Turynie sześciu mistrzostwom kraju uchodzi za najbardziej utytułowanego klubowego trenera w dziejach calcio. Lokalnie zasłużył się też w Interze Mediolan, Bayernie Monachium, Benfice Lizbona i Red Bull Salzburg, z którymi wygrywał ligi włoską, niemiecką, portugalską i austriacką, stając się jedynym obok Ernsta Happela trenerem zwycięzcą lig z czterech różnych krajów. Stał się również jedynym obok Udo Lattka zdobywcą trzech najcenniejszych klubowych łupów europejskich - Pucharu Europy, Pucharu UEFA (trzykrotnie!) oraz Pucharu Zdobywców Pucharów. Ale w galerii międzynarodowych sław jest także rekordzistą samotnym - tylko on wziął wszystkie trofea sygnowane przez UEFA i jeszcze dołożył do nich Puchar Interkontynentalny. W reprezentacjach wiodło mu się zmiennie. Jako selekcjoner Włochów nie dość, że podpisał swoim nazwiskiem sensacyjną mundialową katastrofę z Koreą (fakt, że rywale zawarli sojusz z arbitrem) i klęskę na Euro 2004, to jeszcze rozjuszył i zarazem wpędził w rozpacz rodaków, nie zabierając na MŚ przeżywającego trzecią młodość Roberto Baggio. Z Irlandczykami już jednak pobawił się ładnie - na zeszłoroczny mundial jeszcze ich nie zaciągnął (przegrał baraż z Francją po osławionym zagraniu ręką Thierry’ego Henry’ego), ale teraz awansował z nimi mistrzostwa Europy, co dotąd udało im się tylko raz - w 1988 roku. A zastał w szatni kompletny rozgardiasz. - Kiedy przyjechałem, piłkarze nawet nie odbierali telefonów z federacji - wspomina. - Na zgrupowania jeździło się albo nie, decydował aktualny nastrój powołanego. Teraz wszystko wygląda inaczej. Jak komórka zadzwoni, to fruwają, żeby odebrać. By do tego doprowadzić, brałem przykład z Gianniego Agnellego, który mawiał: „Nie tyle jestem w stanie coś zmienić, ale mam obowiązek tego dokonać”. Teraz nawet nie świętowałem z piłkarzami, bo nie mógłbym patrzeć, jak pływają w rzece piwa. Lekcje się skończyły, profesor wrócił do domu. Do mnie najsugestywniej przemawia ostatnie podane wyżej kryterium analizy dorobku trenera - dystans czasowy, na jakim osiąga sukcesy. Pierwsze mistrzostwo Włoch Trapattoniego (sezon 1976/77, Juventus) od zdobytego niedawno mistrzostwa Austrii (sezon 2006/07, Red Bull Salzburg) dzieli 30 lat. Pierwsze mistrzostwo Włoch od awansu na mistrzostwa Europy - 34 lata. To dokładnie tyle, ile dziewiczy sukces dwa lata młodszego Aleksa Ferguson (awans do najwyższej ligi szkockiej z dzieciakami z St. Mirren) dzieli od tegorocznego tytułu w Premier League. Obaj debiutowali zresztą w odstępie kilku miesięcy. I obaj zaczęli pracować jako nastolatkowie, co może wyjaśniać, dlaczego nie wyobrażają sobie wegetowania w nieróbstwie. - Setki razy słyszałem, że moje metody są anachroniczne, jestem skończony, wyglądam jak relikt z muzeum. A ja jestem wiecznym innowatorem. Wiem, że nigdy nie całkiem zapanuję nad wydarzeniami na boisku, ale dążę i zawsze będzie dążył do totalnej kontroli nad nimi - mówi Trapattoni. Okres jego sportowej pomyślności można rozciągnąć jeszcze na karierę zawodniczą. Na boisku nawygrywał się w koszulce Milanu - po dwa razy w Pucharze Europy i Serie A, po razie Pucharze Zdobywców Pucharów, Pucharze Interkontynentalnym i Pucharze Włoch. - Nie wiem, ile zdobyłem, musiałbym usiąść i policzyć. Smak zwycięstwa czuję tylko przez chwilę. Kiedy coś osiągnę, zaczynam myśleć o następnym wyzwaniu. To jak dziura w twoim wnętrzu, której nigdy nie da się wypełnić - tłumaczy. Tak, to bez wątpienia będzie najbardziej wyjątkowy selekcjoner na Euro 2012. Po tym turnieju spróbuje awansować z Irlandią na MŚ w Brazylii. Kontrakt przedłuży niebawem. Jeśli znów mu się powiedzie, poleci na mundial jako 75-latek.
sobota, 05 listopada 2011
Uwierzylibyśmy trenerom piłkarskim, że siedzą na najbardziej chybotliwych stołkach świata, gdyby nie istniał Alex Ferguson. Imperium w Manchesterze zaczął budować ćwierć wieku temu, 6 listopada 1986 roku. Nie tylko przetrwał. Urósł ponad klub, przecież największy na świecie. Jego najsłynniejszą metodę wychowawczą - a zarazem obrosłą legendami tajemnicę szatni, którą chciałby zobaczyć na własne oczy każdy fan na planecie - nazywają „suszarką”. Szkocki trener przykleja swoją twarz do twarzy ruganego piłkarza, by wyryczeć delikwentowi całą wściekłość z bliska, dopiero gdy obaj stykają się nosami. - Jak z tobą kończy, wszystkie włosy masz za głową - opowiadał przed laty walijski napastnik Mark Hughes. Ale zaszczyt bycia pierwszą ofiarą „suszarki” należy nie do gracza, lecz kierowcy klubowego autobusu - Ferguson napadł na niego, zanim przepracował w klubie 48 godzin. Blisko 70-letni dziś trener (okrągłe urodziny będzie obchodził w Sylwestra) ostro pogrywał w szatni i ostro pogrywał poza szatnią. Gdy w 1986 roku przejął Manchester United, postanowił wzniecić totalną rewolucję - rozprawić się z pijackimi obyczajami rozpowszechnionymi w całej lidze angielskiej. Nieuleczalnych moczymordów usuwał z klubu, innych reformował. Piłkarzy nadzorował osobiście, nachodząc ich w domach. Potrafił zapukać do drzwi Ryana Giggsa, jeśli podejrzewał, że jego wychowanek schodzi na złą drogę. I zdarzyło się pewnego wieczoru, że za progiem zobaczył grupkę młodych obu płci, otwartą puszkę piwa oraz na wpół roznegliżowanego piłkarza - wtedy już zjawiskowego lewoskrzydłowego - prasującego koszulę. Towarzystwo szykowało się do wieczornego wypadu. Niezaproszony gość wyrzucił wszystkich z wyjątkiem młodocianego gospodarza, którego czekała właśnie słynna ponad granicami „suszarka”. Nigdy nie dowiemy się, czy gdyby tamta impreza się udała, Giggs zostałby potem najczęściej dekorowanym brytyjskim futbolistą, rozegrał w MU blisko 900 meczów, tej jesieni strzelił gola jako najstarszy - miał 37 lat i 289 dni - uczestnik Ligi Mistrzów w całej jej historii i w ogóle bił wszelkie rekordy długowieczności. Wiemy tylko, że Ferguson zastał klub w zgliszczach - na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli - i wzniósł na nich imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Globalnie popularne (ze szczególnym uwzględnieniem Dalekiego Wschodu), o wartości szacowanej przez „Forbesa” na 1,86 mld dolarów, trofea kolekcjonujące uporczywie, sezon w sezon. W ćwierć wieku United uzbierali ich 37 - od krajowych po najcenniejsze międzynarodowo. W angielskich tabelach wszech czasów zdetronizowali najbardziej nielubiany Liverpool, w kontynentalnej Lidze Mistrzów regularnie doskakują do finału lub półfinału. Odkąd w 1999 roku ich trener dostał dochrapał się tytułu szlacheckiego, prasa pisze o nim po prostu SAF, czyli sir Alex Ferguson. Jeśli sprowadzić futbol do prostej buchalterii tytułów, będzie Szkot zaledwie jednym z wielkich. Na największego wyrasta, gdy uświadomimy sobie, że od doprowadzenia przezeń prowincjonalnego szkockiego Aberdeen do największych sukcesów w historii (Puchar Zdobywców Pucharów) do teraz - czasów wspaniałych triumfów Manchesteru - minęło 28 lat. Dziś poprowadzi drużynę „Czerwonych Diabłów” po raz 1409. Żaden inny trener nie utrzymał się na szczycie tak długo. Szkot wytrwał tam kilka piłkarskich epok, wychodził nietknięty z najcięższych opresji, zdumiewał umiejętnością adaptacji do zmieniających się warunków, taktyczną elastycznością, świadomością swoich ograniczeń, nieskończoną chęcią uczenia się. Zupełnie jakby czas - chyba największy wróg trenerów, żaden nie wygrywa z jego upływem - dla niego nie istniał. Nikt już nie pamięta, że w 1990 roku na Old Trafford kibice wywieszali transparent: „Trzy lata wymówek i wciąż gówno z tego wynika. Żegnamy, Fergie”. Nikt nie pamięta, że w 1995 roku w telefonicznej sondzie przeprowadzonej przez „Manchester Evening News” 53 proc. przepytanych żądało jego odejścia. Nikt wreszcie nie pamięta, że ostatecznie skończony wydawał się ledwie sześć lat temu, gdy MU zajął w Lidze Mistrzów ostatnie miejsce w słabej grupie - z Villarrealem, Benficą, Lille. Chwile zniechęcenia miewał. W 2001 roku niepotrzebnie ogłosił w trakcie sezonu, że po jego zakończeniu odejdzie na emeryturę, i drużyna mu się rozlazła. Zawsze się jednak podnosił i wracał, choć futbol zmieniał się dynamiczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Sam Ferguson opowiada o inwazji nauki, która zrewolucjonizowała medycynę sportową i dietę, pozwoliła zapobiegać urazom, umożliwiła zindywidualizowanie treningu i nakłonienie organizmu gracza do krańcowego wysiłku, a zarazem sprawiła, że organizm potrafi znieść nieznaną wcześniej intensywność pojedynczych meczów i całego sezonu. Ale przede wszystkim zmusiła go, by został wiecznym studentem. Zawzięcie pracującym studentem. - Dzisiaj byłoby niemożliwe działać tak jak w 1986 roku. Rozrosło się to wszystko do wielkiej bestii, nikt nie zdołałby zajmować się wszystkim osobiście. Kluczowe stało się delegowanie zadań. Poza piłkarzami jest jeszcze około 40 osób, które składają mi raporty - mówił Szkot w zeszłym roku. Do niewiedzy umie się przyznać publicznie, kiedyś opowiedział, że potrzebuje asystenta Carlosa Queiroza, bo sam jest „dinozaurem” w sprawach przygotowania fizycznego. I zachwycał się niezwykłymi dla niego wynalazkami współpracownika, który sprowadził do klubu pięciu fizjoterapeutów, dietetyka, trenera fitness, a nawet ortoptystę (według słownika optycznego to spec „wad widzenia obuocznego”). Ale podstawowe zasady, na których Ferguson ufundował potęgę, nie drgnęły. Najważniejsza brzmi: żaden piłkarz, choćby najgenialniejszy, nie jest większy niż klub, w każdym chcę widzieć żołnierza gotowego umrzeć na murawie i bezwyjątkowo podporządkowanego mojemu przywództwu. Przepędzał Szkot najjaśniejsze gwiazdy, na czele z futbolowym celebrytą nad celebrytami Davidem Beckhamem, który przed ucieczką do Realu Madryt dostał w twarz - lekarze założyli mu szwy - kopniętym przez trenera butem. Za te gwałtowne rozstania i w ogóle łatwość pozbywania się gigantów, czasami poprzedzonego wręcz podsycaniem ledwie tlącego się konfliktu, często go krytykowano. Kpiono, że wina Beckhama, stuprocentowego profesjonalisty, polegała głównie na tym, iż ożenił się z piosenkarką o głośnym nazwisku. Bywa SAF wobec podwładnych surowy i nieprzejednany, ale w ich starciach ze światem zewnętrznym jest też bezwarunkowo lojalny. Rio Ferdinand mówi, że czują się bezpiecznie i ufają szefowi w stu procentach, bo zawsze staje w ich obronie. A Giggs uzupełnia: „Kocha w tej robocie wszystko. Kocha oglądać swoich piłkarzy, kocha patrzeć, jak się rozwijają. Jest niewiarygodnie pracowity i zaangażowany. Kiedy po wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów wracamy do domów o czwartej nad ranem, możemy być pewni, że na trening o ósmej przyjdzie pierwszy, a wyjdzie z klubu jako ostatni”. (Według „Timesa” przyjeżdża codziennie o 7.15. A do publicysty „Daily Telegraph” Henry’ego Wintera dzwonił w sprawie przedmowy do książki jeszcze wcześniej;-)). Ferguson dobiera ludzi nadających na ściśle określonych falach - trochę zakapiorowatych, bardzo zadziornych i nieustępliwych, do ostatniej kropli potu walecznych, wzajemnie się dla siebie poświęcających. Lubi piłkarzy w typie krwawego obrońcy Nemanji Vidicia i wychowanego w złej dzielnicy napastnika Wayne’a Rooneya, czyli utalentowanych łobuzów urodzonych do morderczej fizycznej pracy. Wynajduje charyzmatycznych liderów inspirujących kolegów do szukania granic swoim możliwości, jak Steve Bruce, który ból uważał za wymówkę mięczaków i pchał się na boisko z poważnymi kontuzjami, albo Roy Keane - niezapomniany kiler ze środka pola, który swego czasu skrytykował „zjadaczy kanapek z krewetkami”, czyli widzów z lóż biznesowych niezdolnych do hałaśliwego wspierania drużyny, gdy ta jest w kryzysie i na murawie cierpi. Tłumu wirtuozów na Old Trafford nie uświadczysz. Ba, nie znajdziesz innego zespołu ze ścisłej europejskiej czołówki, który do tego stopnia wirtuozami by gardził. Opowiada Patrice Evra, lewy obrońca: „To klub robotników, musisz szanować tę kulturę i pracować ciężko. Nikt nie będzie ci gratulował po każdym zwycięstwie. Trener powie co najwyżej: dobra robota, synu. Pewnego dnia prowadziliśmy do przerwy 2:0, a on wszedł do szatni i zrobił nam suszarkę. Wrzeszczał, że powinniśmy strzelić pięć goli, że ludzie płacą, by nas oglądać, a my ich nie szanujemy”. Zasady Ferguson wyniósł z domu. Dorastał w robotniczej dzielnicy Glasgow, od zawsze uczył się, jak ważne jest dla lokalnej społeczności poczucie więzi i etos wzajemnego pomagania sobie. W młodości pracował w stoczni, działał tam w związkach zawodowych, potem został gorącym zwolennikiem i jednym z najhojniejszych prywatnych darczyńców laburzystów. W poglądach utwierdziły go okoliczności śmierci matki, która zmarła kilka tygodni po objęciu przez niego posady w Manchesterze. Wstrząsnęły nim okropne warunki w szpitalu - przeciążeni obowiązkami lekarze i pielęgniarki nie mieli czasu dla pacjentów, którzy „odchodzili pozbawieni godności”. Gdy kilka lat później usłyszał od dziennikarza, że haruje tyle ile liderka torysów Margaret Thatcher, wściekł się i zażądał, by nigdy nie porównywano go „do tej kobiety”. A obecnemu liderowi konserwatystów Davidowi Cameronowi zarzucał, że nie rozumie zwykłych ludzi, bo wychowywał się w elitarnej szkole Eaton i studiował w Oksfordzie. Laburzystów wspiera nie tylko finansowo. Byłemu premierowi Tony’emu Blairowi doradzał w trakcie kampanii wyborczej, nakłaniając go do zmiany retoryki na mniej agresywną i codziennego korzystania z usług masażysty. Przyjaźni się z jego spin doktorem Alistairem Campbellem, z następcą Blaira Gordonem Brownem wymienia się książkami - opowieściami o mechanizmach władzy i wybitnych przywódcach, które wzbogacają jego warsztat trenerski. Twierdzi, że o sztuce budowania drużyny najwięcej dowiedział się z biografii Lincolna, Kennedy’ego i innych prezydentów USA, bowiem powodzenie w jego fachu zależy - podobnie jak powodzenie politycznych liderów - od umiejętności godzenia ze sobą trudnych osobowości, poskramiania wybujałych ego i budowania relacji między graczami. Trener MU posiadł ją jak nikt inny, dlatego w szatni może trzymać znacznie więcej klasowych wyczynowców niż konkurencja, niezdolna do uwięzienia znakomitości na ławce rezerwowych. To mistrz zarządzania bogatymi zasobami ludzkimi, ale czasami też mistrz utrzymywania piłkarzy w fałszywej nadziei, wmawiania im, jak niesłychanie są potrzebni, sugerowania, że wciąż zachowują szansę, by stać się najważniejszymi (przypadek naszego Tomasza Kuszczaka, który długo łudził się, że wskoczy między słupki na stałe, bo co jakiś czas był tam wpuszczany). Gdyby Ferguson nie potrafił lawirować między głowami spragnionych gry podwładnych, miałby szatnię permanentnie zaczadzoną urażonymi ambicjami. A ponieważ lawiruje z fenomenalnym wyczuciem, dysponuje najszerszą kadrą w Europie, dzięki czemu nawet w czasach zarazy - gdy szatnię dziesiątkują kontuzje - nie lamentuje, że nie ma kogo wystawić na mecz. To działa także w drugą stronę - trener daje mniej znaczącym podwładnym przyjemne przeświadczenie, że pełnią istotne funkcje, a zarazem utrzymuje znaczniejsze postaci w stanie permanentnego zagrożenia - tam prawie nikt nie wie, czy wystąpi w następnym meczu. Jeszcze raz Patrice Evra: „Dla niego jest normą, że zagrałeś dobrze. Chcesz mieć pewność, że wystąpisz za kilka dni, musisz zagrać wybitnie”. W traktowaniu piłkarzy Ferguson też ewoluował i choć np. nadal nie przepada za celebrytami, toleruje u nich więcej. Nie chodzi już też sam po domach - gdy włoski nastolatek Federico Macheda, rozochocony kilkoma debiutanckimi golami, zaczął odwiedzać kasyna, to trener jakoś dotarł do stojących przed nimi bramkarzy i ci wiedzieli, że mają gołowąsa nie wpuszczać. Jak bardzo Szkot się zmienił - czy „suszarką” częstuje piłkarzy rzadziej, czy dryl w drużynie generalnie zelżał - ustalić trudno. Trzeba by konfrontacji kilku pokoleń zawodników, którzy donieśliby, jak w szatni było, a jak jest. Wielu ludzi angielskiej piłki znających realia z Old Trafford upiera się jednak, że Szkot złagodniał, bo zmieniły się czasy - gwiazdorzy podpisują kontrakty obfitsze niż kiedykolwiek, już jako nastolatkowie zamieszkują w pałacach, przyzwyczaili się do uwielbienia całej planety, a po transferze do najlepszych klubów przeważnie sami dbają o siebie. Zachowują się profesjonalnie, przestrzegają diety, nie chcą stracić tego, co mają. I cały czas oddalają się od trenera mentalnie - na początku kariery był niemal ich rówieśnikiem, teraz osiągnął wiek dziadka, który z plikami na iPoda z podwładnymi się raczej nie wymieni. - Styl na suszarkę przestał działać. Poznałem Fergusona 20 lat temu i widzę, że teraz jest inny. Przyjacielski w stosunku do graczy - mówi były trener Chelsea Avram Grant. Co najbardziej zdumiewające, Szkot dopiero teraz przeżywa najznakomitszy okres w swojej ociekającej złotem karierze. Ba, zbiera tytuły w tempie niespotykanym na Wyspach od przeszło ćwierć wieku, choć konkurenci - wsparci gargantuiczną fortuną Romana Abramowicza (londyńska Chelsea) i jeszcze wyższą górą emirackich petrodolarów (Manchester City) - potężnieją z każdym sezonem. Najgorsza dla nich wiadomość brzmi: sir Alex nie wyhamowuje, z pasją kształci następne pokolenie (często wystawia młodszą drużynę niż najsławniejszy wychowawca Arsene Wenger), wciąż zaraża ich pulsującą energią i uwodzi aurą władcy absolutnego, chce wyławiać zdolnych chłopców ze wszystkich kontynentów (jeśli pozwolą przepisy, bo „Barcelona właśnie ściągnęła Chińczyka i Japończyka”). Przygotowuje strategię na następną dekadę? Dwie? Z jego aktualnej seniorskiej kadry można by złożyć jedenastkę: De Gea (21 lat) - Rafael (21), Smalling (22), Jones (19), Fabio (21) - Anderson (23), Cleverley (22) - Nani (25), Rooney (26), Wellbeck (21) - Hernandez (23). A na ławce posadzić Evansa (23), Younga (26) czy Valencię (26). Ci ludzie mają przed sobą całą wieczność gry na najwyższym poziomie! Im dłużej ich szef wytrwa, tym bardziej oddali od Manchesteru przerażającą perspektywę szukania następcy - kiedy Ferguson odejdzie, wywoła trzęsienie Old Trafford z krańca skali Richtera. Wystarczy przypomnieć sobie, że przed dziesięcioma laty, gdy Szkot planował emeryturę, szefowie klubu chcieli oddać piłkarzy w ręce Svena-Gorana Erikssona. Trenera, który ostatnio znajdował posadę dosłownie wszędzie - Manchester City, reprezentacja Meksyku, Notts County, Wybrzeże Kości Słoniowej, Leicester - ale żadnej nie utrzymał dłużej niż rok. Na razie Fergusona zdejmuje pewnie zgroza na samą myśl, że wtedy rodzina omal go nie przekabaciła, by rzucił futbol i został regularnym dziadkiem, takim, co to z ławki rozczula się widokiem ćwierkających ptaszków, a nie zarządza zgrają gagatków o temperamencie Rooneya. Dziennikarze wciąż go nagabują, czy nie ma już dość całodobowego funkcjonowania na najwyższych obrotach, a on albo rzuca, by nie zadawali kretyńskich pytań, albo spokojnie tłumaczy, że dekady ciężkiej harówy nie uprawniają nikogo do tego, by założyć kapcie i odpoczywać. Tak zrobił jego ojciec, który odszedł na emeryturę jako 65-latek. Po roku bezczynności zmarł. Również dlatego Ferguson, choć do rychłej emerytury się nie przymierza, już ją zaplanował: będzie więcej podróżował, czytał więcej książek historycznych, uczył się języków i gry na fortepianie. Ale to odległa przyszłość. Na razie rozmyśla o następnym ćwierćwieczu w Manchesterze. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||