Wpisy z tagiem: Alex Ferguson

poniedziałek, 13 maja 2013

„Alex Ferguson, najwybitniejszy trener osiadły. José Mourinho, najwybitniejszy trener wędrowiec. Pep Guardiola, najwybitniejszy trenerski debiutant. Właściciele najgłośniejszych współczesnych nazwisk w swoim fachu sprawiają, że nadciąga lato potężnych ruchów tektonicznych na futbolowych szczytach.” Wróciłem z urlopu, to i od razu sporządziłem felieton do dzisiejszej „Gazety”. Przeczytacie go tutaj. Uprzedzam, że leży za ścianą płaczu.

środa, 08 maja 2013

Wstrząsnął całą planetą piłki, ale swojemu Manchesterowi United spróbuje chyba oszczędzić krwawej rewolucji. I zapewnić jej aksamitną.

Gdy planowane rozstanie ujawniły gazety, 71-letni Alex Ferguson musiał natychmiast odpowiedzieć jasną deklaracją. Notowany na nowojorskiej giełdzie Manchester nie może trzymać w niepewności akcjonariuszy w sprawach fundamentalnych dla przyszłości spółki.

A w żadnym klubie piłkarskim zmiana trenera nie była i pewnie nigdy nie będzie zdarzeniem tak traumatycznym jak na Old Trafford.

Zniebazstąpił tam Szkot niedługo po boskiej ręce Maradony, która ukarała Anglię na mundialu w 1986 roku. Miliony kibiców nie znają świata bez Manchesteru według Fergusona. Doniesienia o jego abdykacji spadły na mnie w wakacyjnej głuszy i kiedy doskoczyłem do Twittera, kiedy naczytałem się patetycznych porównań do rezygnacji Benedykta XVI, najpierw spontanicznie pomyślałem o zbiegu okoliczności ­– Szkot panował przez 26,5 roku, dokładnie tyle, ile w Watykanie rządził Karol Wojtyła, którego pontyfikat był najdłuższym w XX wieku. A przecież futbol odmierza czas w obłędnym tempie, niechętnych nieustającym wywrotom konserwatystów wśród prezesów prawie nie uświadczysz, tutaj pojedynczy mecz, ba, trwający mgnienie oka epizod strąca z tronu gigantów. Wybrany na największy klub poprzedniego stulecia Real Madryt w trakcie manchesterskiego jedynowładztwa Fergusona zdążył wpuścić do szatni 24 szefów.

Jeśli sprowadzić tę opowieść do prostej buchalterii tytułów, będzie Szkot zaledwie jednym z wielkich. Na największego wyrasta, gdy uświadomimy sobie, że od osiągnięcia przezeń bezprecedensowych sukcesów (Puchar Zdobywców Pucharów) z prowincjonalnym szkockim Aberdeen do teraz – wspaniałych triumfów Manchesteru – minęły trzy dekady. Że Old Trafford zastał w zgliszczach – na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli – i wzniósł na nich imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Globalnie popularne, z kolekcją 38 nowych trofeów, dzięki którym w angielskich tabelach wszech czasów zdetronizowało Liverpool.

Odejdzie Alex Ferguson po 1500. meczu. Żaden inny trener nie utrzymał się na szczycie tak długo. Szkot wytrwał tam kilka piłkarskich epok, wychodził nietknięty z najcięższych opresji, zdumiewał umiejętnością adaptacji do zmieniających się warunków, taktyczną elastycznością, świadomością swoich ograniczeń, nieskończoną chęcią uczenia się. Ostatnio przeżywał wręcz najznakomitszy okres w ociekającej złotem karierze, choć konkurenci – wsparci gargantuiczną fortuną Romana Abramowicza (Chelsea) i jeszcze wyższą górą emirackich petrodolarów (Manchester City) – potężnieli z każdym sezonem. Zupełnie jakby czas dla niego nie istniał. Pisałem o tym wielokrotnie (obszernie m.in. tutaj), nie ma sensu się powtarzać, zwłaszcza w chwilowym wychynięciu z urlopowych zaświatów.

Wychynąłem i aż mi się zdało dziwne, że Tottenham, Chelsea oraz reszta ferajny z Premier League wyjdzie dziś na boisko. Prędzej bym się spodziewał, że odwołają następny sezon. By w spokoju przeboleć.

Kiedy jednak ochłonąłem, pomyślałem, że Szkot wcale nie rezygnuje. I zacząłem hipotetyzować.

Gdyby z dnia na dzień zniknął, pożegnałby się z okrutną bezwzględnością, którą rezerwował dla przeciwników – wszak sam uczynił Manchester jedyną wielką futbolową firmą, która zapomniała, jak należy działać po rozstaniu z przywódcą szatni. Nie ma w tej sprawie właściwie żadnego doświadczenia, mogłaby nie zapobiec krwawej rewolucji, przecież szatnia na Old Trafford stanie się najzwyklejszą piłkarską szatnią, w której tłoczą się najróżniejsze osobowości, niekoniecznie uległe dowolnemu wprowadzonemu przełożonemu. Inaczej z Fergusonem w dyrektorskim garniturze.

Nie uwierzę, że poczynań trenera, którego sam pasuje na dziedzica, nie będzie nadzorował.

Że nie ustali zasad współpracy pozwalających mu zachować wpływ, oczywiście w sposób na tyle dyskretny, by nie podważyć autorytetu nowego szefa. I że nowy szef nie zaakceptuje propozycji z rozentuzjazmowaną wdzięcznością. Zwłaszcza faworyta nie tylko bukmacherów Davida Moyesa wyobrażam sobie w konsultacjach z poprzednikiem – jak wiadomo, nie tylko rywalem, ale i świetnym kumplem.

Nie uwierzę też, że swoją monumentalną wszechobecnością Ferguson nie pomoże utrzymać etosu ciężkiej pracy i zrozumienia dla zasady, że „nikt nie jest większy niż klub”.

Że zezwoli na inną politykę transferową (może weźmie wręcz za nią odpowiedzialność?) niż werbowanie piłkarzy trochę zakapiorowatych, bardzo zadziornych i nieustępliwych, do ostatniej kropli potu walecznych, wzajemnie się dla siebie poświęcających.

Że łatwo porzuci znane w Anglii jako „mind games” słowne wojny, którymi podnosi morale swoich ludzi, a deprymuje rywali.

Że wreszcie od razu ucichną lamenty nad jego przemożnym oddziaływaniem na arbitrów, którzy mają ulegać jego charyzmie i Manchester faworyzować, choćby podświadomie.

Czy łagodzenie wstrząsu wystarczy, by United utrzymali w Premier League władzę absolutną, nie wiemy. Wiemy, że nadpobudliwa, żądająca natychmiastowej satysfakcji nowoczesność, właściwie wyklucza nadejście następcy Fergusona – nikt nie poczeka czterech sezonów, zanim trener dorwie pierwszego trofeum. Innego końca świata nie będzie.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Nie umiem oryginalnie podsumować mistrzostwa Anglii znów wziętego przez drużynę z Old Trafford, nadal wyróżniającą się cechami, którym swego czasu składałem hołdy w notkach „Złota proporcja Manchesteru” oraz „United Colors of Manchester”. Tym razem rozrywającego emocje na strzępy finiszu nie będzie, sezon upływa na monotonnym pojękiwaniu, że liga angielska wyłoni mistrza najmarniejszego od lat, że na szczyt wypychał manchesterczyków momentami niemal w pojedynkę Robin van Persie, że bez morderczej do pewnego momentu skuteczności Holendra nowi mistrzowie nigdy nie zdołaliby uciec sąsiadom z City.

To oczywiście po stokroć nieprawda, w Manchesterze United nade wszystko nie ma ludzi niezastąpionych, wyjąwszy tylko bezlitośnie panującego – bezlitośnie i dla poddanych, i dla reszty kraju – sir Aleksa Fergusona. Dlatego proponuję zmienić perspektywę. I przypomnieć sobie, że w minionym sezonie „Czerwone Diabły” przegrały walkę o tytuł słabszym od City stosunkiem bramek, natomiast w sezonie 2009/2010 uległy Chelsea jednym punktem.

A to oznacza, że drużynę Manchesteru United dzieliło półtora punkciku, by utrzymywać panowanie w Anglii przez siedem ostatnich sezonów. Półtora punkciku. Na tak długim dystansie – od jesieni 2006 do wiosny 2013 – to mniej niż zero.

poniedziałek, 11 marca 2013

Dopiero wróciłem z wyprawy do Bundesligi, więc awanturą o Wayne’a zająłem się z opóźnieniem. Odpuścić nie umiałem, w tej sprawie jednak nie tylko o nadpobudliwość mediów się rozbiega. Felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj, a cały nasz poniedziałkowy magazyn (jedyne wydanie w tygodniu leżące za ścianą płaczu) znajdziecie tu.

wtorek, 12 lutego 2013

Realem szarpie permanentny stan wyjątkowy, Manchester United posuwa się od zwycięstwa do zwycięstwa w błogim spokoju. Jutro w Madrycie zderzą się w największym szlagierze 1/8 finału Ligi Mistrzów.

To istna futbolowa wojna światów. Najpotężniejszych obok Barcelony globalnych korporacji, których szatniami władają najbardziej charyzmatyczni i najsławniejsi – znów: obok odpoczywającego Pepa Guardioli – trenerzy.

Obu nie interesuje żaden wynik poniżej zdobycia trofeum. Obaj mają powody, by Champions League poświęcić się absolutnie, rozgrywki krajowe spychając na margines. Dla José Mourinho liga hiszpańska zmalała do drugorzędnej, bowiem Real pogubił już zbyt wiele punktów, by nadal wierzyć w obronę tytułu. Dla Aleksa Fergusona pojedyncze mecze ligi angielskiej straciły na znaczeniu, bowiem Manchester uciekł konkurentom na taką odległość, że trudno sobie wyobrazić, jak mógłby tytułu nie odzyskać.

Dlatego wyspiarze przystępują do starcia w pełnym komforcie – oni już sezon raczej na pewno będą mieli udany i w Madrycie powalczą, by upiększyć go do wspaniałego. Inaczej piłkarze Realu. Dla nich każda następna runda Ligi Mistrzów

będzie miała wymiar finału.

Jeśli uporają się z MU, o ocalenie sezonu zagrają w ćwierćfinale. A potem w półfinale. Aż ewentualnie dotrwają do właściwego decydującego starcia, 25 maja na Wembley.

Mourinho wpadł w tarapaty, jakich dotąd nie znał. W rozgrywkach krajowych wszędzie albo zdobywał mistrzostwo, albo zniżał się w najgorszym razie do wicemistrzostwa, tymczasem dziś w lidze hiszpańskiej Real snuje się na trzecim miejscu, za lekceważonymi sąsiadami z Madrytu. Napadają na niego media, zamiast swoim zwyczajem uwieść szatnię, naraził się gwiazdorom – nazywanemu „Świętym” kapitanowi Ikerowi Casillasowi oraz wicekapitanowi Sergio Ramosowi. Jeśli nie wygra upragnionego dziesiątego Pucharu Europy, zostanie spektakularnie wylany. Poniesie najboleśniejszą klęskę w karierze.

A jeśli wygra, weźmie najcenniejsze trofeum z trzecim klubem. Podpisałby wyczyn bez precedensu. Z Madrytu odchodziłby Mourinho jako mocny kandydat na trenera wszech czasów.

W dwumeczu z Manchesterem to Real uchodzi za faworyta. Gdy nadchodzą wyzwania najwyższej rangi, drużyna ma się jednoczyć – wspólny cel zagłusza niesnaski. A jej czysto sportowa przewaga ma wynikać ze zrównoważenia i kompletności składu. „Czerwonym Diabłom” wytyka się przede wszystkim lukę w środku pola, pozbawionego i pancernego fundamentu, i elementu wizjonerstwa. Inaczej mówiąc, odpowiednika madryckiego duetu Sami Khedira – Xabi Alonso, ewentualnie swojej wersji Mesuta Özila. O defensywnego pomocnika Ferguson w ogóle bowiem przed sezonem nie zabiegał, natomiast importowanemu z Bundesligi Shinjiemu Kagawie brakuje natchnienia.

Wyspiarzy nie napędza też, pomimo snajperskiej niezawodności Robina van Persiego, jednostka o mocy Cristiano Ronaldo. Rok 2013 należy na razie do niego – na Santiago Bernabéu opanowuje boisko gwałtem, przyłożył już hat trickami Celcie, Getafe i Sevilli, potęgą strzałów z dystansu i kilkudziesięciometrowych sprintów przysłania wszystkich konkurentów na świecie. Piłkarz pocisk. W dodatku potwornie zmotywowany, by wreszcie wydrzeć Leo Messiemu nagrodę dla najlepszego gracza na planecie.

Nawet kontuzja bramkarza nie spowodowała wyrwy na madryckich tyłach. Zdawało się, że zastąpienie go musi okazać się niemożliwe, że skoro Iker Casillas od lat nie wychodził spomiędzy słupków nigdy, to teraz każdy obrońca poczuje się jakby grał przed pustą bramką. Nie poczuł się – sprowadzony w trybie alarmowym Diego López interweniuje pewnie.

Przyznając atuty Realowi, pamiętajmy

o wielkim paradoksie Manchesteru.

Zwłaszcza Anglicy w relacjonowaniu jego zwycięskiego ligowego pochodu skupiają się nade wszystko na słabości rywali. Na systematycznym rozpadaniu się autorytetu trenera Roberto Manciniego u sąsiadów z City, wiecznym chaosie w Chelsea, postępującej marginalizacji Arsenalu. Nie słychać, by ktokolwiek w najnowszym Fergusonowym dziele dostrzegł wielkość. Docenia się co najwyżej mentalną siłę ligowych liderów. Rozpiera ich niezgoda na porażkę, dzięki niej regularnie – z częstotliwością przynajmniej w dużym futbolu niepowtarzalną – wygrywają mecze, w których najpierw tracą gola.

Oczywiście trudno zakładać, że w Madrycie zobaczymy Manchester w wydaniu krajowym. Goście raczej nie wyjdą na boisko roztargnieni („i tak prędko naprawimy ewentualną wpadkę”), być może oddadzą też piłkę rywalom, którzy swój żywioł znajdują, jak wiadomo, w piorunujących kontrnatarciach. Sprawne przechodzenie z obrony do ataku to od zawsze pojęcie kluczowe dla strategii Mourinho. Pozostaje tylko pytanie, czy piłkarzom Fergusona nie poplącze nóg – już na własnej połowie! – agresywny madrycki pressing.

Kiedy obaj wielcy trenerzy pierwszy raz zetknęli się ze sobą, świat pierwszy raz usłyszał o Mourinho, a Fergusonowi pewnie nie przyszło do głowy, że za kilka lat wśród jego następców będzie się wymieniać tamtego czupurnego Portugalczyka.

Trwała wiosna 2004 roku, FC Porto pruło po sensacyjny triumf w Lidze Mistrzów. Gdyby jednak w 1/8 finału sędzia Walentin Iwanow kardynalnie się na ich korzyść nie pomylił i nie anulował prawidłowego gola Paula Scholesa, to być może Manchester United grałby dalej. A gdyby grał dalej, to Mourinho nie wziąłby Pucharu Europy już na początku kariery. A gdyby nie wziął, Roman Abramowicz nie uznałby go za fachowca ponad wszystkich i nie zaciągnął natychmiast do Chelsea. A gdyby nie zaciągnął, Mourinho nie zostałby tak prędko dwukrotnym mistrzem Anglii. A gdyby nie został, być może Massimo Moratti nie oddałby mu Interu Mediolan. A gdyby nie oddał, Mourinho nie zdobyłby tak prędko swojego kolejnego Pucharu Europy.

Oto efekt motyla po piłkarsku. Tamten szczęśliwy epizod pomógł Mourinho błyskawicznie stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych szkoleniowców, który następnie potwierdzał doskonałe kompetencje w firmach finansujących mu luksusowe, mierzone w dziesiątkach milionów euro transfery – w Chelsea, Interze, Realu. I zapracował na tłum wrogów oraz reputację cynika dążącego do sukcesu po trupach, bez względu na cenę. Zupełnie jak Ferguson.

Mourinho stoi nad przepaścią. Raz już był wylany z pracy (przez Abramowicza), ale dopiero dziś po raz pierwszy walczy, żeby nie zostać brutalnie wykopanym, lecz odejść z godnością, w glorii zwycięzcy.

To go drastycznie różni od dzisiejszego rywala. Ferguson może tylko abdykować.

sobota, 29 września 2012

Manchester United

Gdybym miał wskazać najefektowniejsze, najbardziej porywające zjawisko we współczesnym angielskim futbolu, to wyróżniłbym wściekłą nawałnicę, którą urządza rywalom przegrywający Manchester United - najchętniej u siebie, najchętniej zraniony kilkoma golami. Często nęka mnie wtedy podejrzenie, że piłkarze „Czerwonych Diabłów” nie nacierają według taktycznego planu, lecz wgniatają przeciwnika w jego bramkę siłą woli, porażeni obsesyjną niezgodą Aleksa Fergusona na porażkę. Tak się w walce zatracają, że wpadają w trans zwyczajnie wykluczający grę metodyczną, prowadzoną w pełnym kontakcie z rozumem.

Kiedy dziś przegrywali najpierw 0:2, a potem 1:3, byłem diabelnie przekonany, że naiwniaki z Tottenhamu wywołały aferę na Old Trafford z chłopięcą nieodpowiedzialnością, skazując się na spore przykrości w końcówce meczu. Gdybym nie gapił się w telewizor w samotności, gotów byłbym pójść na gruby zakład, że gospodarze się odkują i zagarną trzy punkty. Moja pewność siebie brała się ze wspomnień - choć symbolem nadnaturalnej zdolności MU do wygrywania przegranych meczów pozostaje niezapomniany finał Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium, ja od dawna kojarzę ją nade wszystko ze znęcaniem się nad Tottenhamem, który dziś zwyciężył na Old Trafford po 23 latach.

Jesienią 2001 roku londyńczycy ośmielili się wbić „Czerwonym Diabłom” trzy gole jeszcze przed przerwą. Zapłacili pięcioma po przerwie:



Wiosną 2009 roku londyńczycy prowadzili na Old Trafford 2:0 po niespełna godzinie gry. Przegrali 2:5, bramki tracąc w 57., 67., 68., 71. i 79. minucie. To było tornado:

Wklejam tamte dreszczowce, bo utkwiły mi w pamięci jako niesłychanie sugestywne ilustracje sławnej never-say-die- attitude (nie tłumaczę, nie umiem zgrabnie, każda polska wersja jakoś niegramotnie mi brzmi), porównywalne z legendarnym półfinałem Ligi Mistrzów z Juventusem (od 0:2 do 3:2 w Turynie). Zarazem dzisiejszy - kolejny - pościg za Tottenhamem, choć tym razem nieudany, paradoksalnie wzmocnił we mnie przeświadczenie, że talent do wstawania z martwych to najpiękniejsza zaleta żołnierzy Fergusona. Mijają lata i całe futbolowe epoki, pokolenia przychodzą i odchodzą, a oni wciąż tym bardziej żyją, im bardziej są nieżywi. W tym sezonie umieli złamać Southampton, który dwukrotnie obejmował prowadzenie (zwycięski cios zadali w doliczonym czasie gry), oraz Liverpool, który obejmował prowadzenie raz (tam okoliczności były osobliwe, przyznajmy). W zeszłym sezonie zremisowali z Chelsea, z którą do 50. minuty przegrywali 0:3, oraz pokonali Manchester City, z którym do 52. minuty przegrywali 0:2 (zwycięski cios w doliczonym czasie gry).

Ciąg dalszy niechybnie nastąpi, Ferguson gwarantuje swoim fanom chroniczne zawroty głowy. A ja rozstaję się z wami z propozycją, byście podzielili się na forum ulubionymi, może wyjątkowo niesamowitymi comebacks (znów brakuje mi polskiego języka). Najchętniej poczytałbym - i kliknął w jutiubowe linki - o meczach mniej znanych, o których nie wiedziałem. Podzielicie się?

PS Dopisuję już po północy. Oto przed chwilą Barcelona dopiero po raz pierwszy w historii wygrała ligowy mecz, który przegrywała do 88. minuty.

czwartek, 05 stycznia 2012

Manchester United

Pal licho, że przegrali, i to rozgnieceni przez Newcastle trzema golami. Znaczniejsze, że wyglądali poniżej wszelkiej krytyki - nie mieli ani idei, ani pasji, a już na pewno nie mieli ochoty umrzeć za zwycięstwo lub remis. W Sylwestra też im się nie powiodło, ale przynajmniej drużynę Blackburn oblegali, momentami usiłując ją w całości wepchnąć między słupki. Wczoraj tylko pokornie przyjmowali ciosy. I stało się - w drugiej kolejce z rzędu pozwolili sobie wbić trzy bramki, czego Manchester United nie przeżył od 2004 roku.

Nie przepadam za najprostszą, acz popularną diagnozą, że wszystko wyjaśnia brak rozgrywającego (w domyśle - Wesleya Sneijdera, który ponoć był do wyjęcia z Interu Mediolan). W ograniczonym stopniu jako wszechuzasadnienie akceptuję też sugestie, że Alex Ferguson przesadził z rotacją w składzie - choć bezdyskusyjnie przesadził, zwłaszcza w Lidze Mistrzów. Łatwiej uwierzyć mi, że jego drużynę rozłożyła zaraza kontuzji, która zwłaszcza defensywę rozpuściła do konsystencji maślanej. Że strata Paula Scholesa jest odczuwalna przede wszystkim jako strata lidera o bezcennych atutach mentalnych (ponoć nigdy nie został potraktowany przez szefa suszarką!), pozytywnie wpływającego na całą szatnią. I że wreszcie David De Gea być może w Hiszpanii wielkim bramkarzem był, ale w Anglii zwraca uwagę głównie tym, że jest wiotki jak źdźbło trawy - a jeśli nawet wyręcza go Anders Lindegaard, to też nie wnosi ze sobą na boisko klasy światowej, co w boleści musi wpędzać zwłaszcza drużynę, którą jeszcze przed chwilą chronił specjalista formatu Edwina van der Sara.

Jeśli zanalizujemy ostatnie miesiące Manchesteru United, to dostrzeżemy, jak mówił klasyk, ciemność. Przerażająco mroczną ciemność, pomimo ładnie wyglądającej pozycji wicelidera w lidze angielskiej - z niewielką stratą do lidera.

Do końca września działo się świetnie. A potem działo się już tylko coraz marniej.

Liga Mistrzów? Nie porażka, lecz druzgocąca klęska, bo w miernie obsadzonej grupie mocniejsi okazali się nawet piłkarze FC Basel, a pokonać zdołali mistrzowie Anglii wyłącznie debiutantów z Otelul Galati. Kompromitacja.

Puchar Ligi Angielskiej? Mocniejsze okazało się Crystal Palace, unoszące się na pułapach średnich drugiej ligi. Kompromitacja.

Derby Manchesteru? Traumatyczne 1:6 na własnym stadionie. Kompromitacja.

Inne ligowe starcia z drużynami czołówki lub zakradającymi się do czołówki? W Liverpoolu udało się jeszcze - z trudem - zremisować, wczoraj w Newcastle nie udało się nawet przypomnieć, że gangi Fergusona nie poddają się bez krwawej wymiany ciosów. Na swoich trawach też Manchester Utd tej ostatniej drużyny pobić nie zdołał.

Słowem, od września ludzie Fergusona nie odnieśli ani jednego zwycięstwa naprawdę wartościowego, wypracowanego z mocnym przeciwnikiem (chyba, że za takiego uznamy lubianą przez nas wszystkich do obłędu małą Barcelonkę ze Swansea;-)). A wszystkie pozostałe starcia wagi superciężkiej, z najsilniejszymi w lidze, stoczą na obcych stadionach - Arsenalu, Chelsea, Tottenhamu, Manchesteru City. I stoczą je bez Nemanji Vidicia, czyli najtwardszej skały obronnej...

Niedzielny pojedynek z „hałaśliwymi sąsiadami” z Manchesteru staje się dla nich niemal grą o przetrwanie. Prawdopodobnie pierwszą z wielu w nadchodzących miesiącach. Jeśli „Czerwone Diabły” odpadną jeszcze z Pucharu Anglii, to straszyć ich zacznie - pamiętajmy, że zesłanie do Ligi Europejskiej traktują jak wyrok - widmo sezonu bez żadnego trofeum.

Takie się już oczywiście w erze Aleksa Fergusona zdarzały. Ale sezonu, w którym nie było ani tytułu, ani wiosny w Pucharze Europy, Manchester United nie przeżył od połowy lat 90.

Wayne Rooney

PS A w ogóle to przypominam/informuję, że jestem też na Facebooku. Tutaj.

środa, 28 grudnia 2011

Immortality, Alex Ferguson, David Beckham, Ryan Giggs

70. urodziny Aleksa Fergusona, które w sobotę będziemy celebrować zamiast tradycyjnego Sylwestra, zbiegły się z głośnymi doniesieniami o kontraktowych propozycjach dla dwóch jego wychowanków. David Beckham ma zarabiać w Paris Saint Germain blisko 10 mln euro rocznie, co nie uczyni go najwyżej opłacanym współczesnym piłkarzem, ale pozwoli mu utrzymać pozycję bezdyskusyjnie najwyżej opłacanego oldboja. Pozycję wicelidera w tej nieoficjalnej konkurencji utrzyma prawdopodobnie Ryan Giggs, który dotąd pobierał niespełna połowę podanej kwoty, a niebawem również podpisze nową umowę z Manchesterem United.

Beckham znów zdyskontuje swoją moc marketingową, ale rynkową wartość zawdzięcza nie tylko jej - to jeden z piłkarzy ocenianych często niesprawiedliwie, bowiem jego reklamowa wszechobecność przysłaniała niekłamaną wartość sportową, zademonstrowaną nie tylko w MU i Realu Madryt, ale też podczas krótkiego wypadu do Milanu oraz w zakończonym właśnie, zwycięskim sezonie ligi amerykańskiej w Los Angeles Galaxy. Giggsa na murawie zatrzymają natomiast niekwestionowane kompetencje piłkarskie, dzięki którym bije kolejne rekordy długowieczności.

Niewykluczone, że jesienią 2012 roku obaj zaczną ścigać się jako kandydaci na rekordzistów w Lidze Mistrzów. Beckham rozpocznie sezon po 37., a Giggs tuż przed 39. urodzinami, więc jedynego godnego konkurenta w kontynentalnej czołówce znajdą w Javierze Zanettim, obecnie 38-letnim (i wynagradzanym w Interze nędznymi trzema milionami za rok).

Gdyby zresztą obaj bohaterowie z Old Trafford dociągnęli na murawie do czterdziestki, staliby się naturalnymi następcami innych członków tamtej manchesterskiej drużyny, który najpierw zdobywali pierwszy w erze Aleksa Fergusona Puchar Europy, a potem ani myśleli kończyć karierę. Przecież Peter Schmeichel między słupkami Manchesteru City stał jeszcze jako niespełna 40-latek. Jego zmiennik - Raimond van der Gouw - skończył 44 lata, zanim rozegrał swój ostatni ligowy mecz, w którym w dodatku zdobył bramkę (dla holenderskiego AGOVV Apeldoorn). Teddy Sheringham gola w Premier League strzelił niedługo przed 41. urodzinami, a w drugoligowym Colchester grał także po 42. urodzinach. Dopiero tuż przed czterdziestką z boiska zszedł obrońca Ronny Johnsen, który Norwegię reprezentował  - w zwycięskim meczu z Argentyną - jeszcze jako 38-latek. W tym samym wieku w Premier League utrzymywali się jeszcze Dwight Yorke (potrafił w dodatku zostać bohaterem meczu z Arsenalem) czy Dennis Irwin. Tak, nieśmiertelny, wiecznie nienasycony futbolem Alex Ferguson wychował całą zgraję nieśmiertelnych, wiecznie nienasyconych futbolem graczy.

Jeśli bowiem Beckhama, uśmiercanego jako piłkarz od wielu sezonów, ciągnie do Paryża, to nie ciągnie go tylko do podboju kolejnej - po Los Angeles i Mediolanie - mekki celebrytów, lecz także poważnego sportu. Choć szerokiej publice łatwiej pamiętać stawiane mu przez roznamiętnionych Azjatów kuriozalne pomniki (od buddyjskiego w Bangkoku po czekoladowy w Tokio), niż wyrazy uznania w plebiscycie FIFA na najlepszego gracza globu (w 1999 r. przegrał tylko z Rivaldo, a w 2001 r. tylko - minimalnie - z Luisem Figo), to pozostaje on atletą wybitnym. Być może najlepiej dośrodkowującym piłkarzem w epoce nowożytnej; wyzbytym egoizmu stachanowcem, na murawie unikającym efekciarstwa, skłonnym do rzetelnej dłubaniny w defensywie; perfekcjonistą lubianym w każdej szatni; megagwiazdorem, który w swoim celebryckim statusie nigdy nie widział powodu, by zaniedbywać obowiązki profesjonalnego sportowca.

W przyszłym roku Beckham prawdopodobnie przyćmi wielu uczestników igrzysk w Londynie, gdy jako reprezentant Anglii notoryczną frustrację mundialową spróbuje choć częściowo wynagrodzić rodakom satysfakcją z medalu olimpijskiego. A potem z boiska nie zejdzie, jak sądzę, jeszcze długo. Fizycznie wytrzyma, bo się idealnie prowadził. Mentalnie wytrzyma, bo lubi grać. Być może zresztą poczuje - powiedzą mu? - iż nie ma alternatywy. Jest zbyt prostolinijny, nieciekawy jako mówca i pozbawiony charyzmy, żeby przedłużyć futbolowy żywot w roli trenera, działacza czy eksperta. Wrażenie wywołuje tylko w milczeniu - na boisku, podczas sesji fotograficznej, uśmiechając się do tłumu.

Dlatego już dziś powinniśmy się spodziewać, że po kolejne rekordy długowieczności ruszy cały manchesterski tercet. Ferguson nie ustąpi, dopóki nie przeciwstawi się kolejnemu po Chelsea klubowi utuczonemu na wschodnim kapitale (sławni „hałaśliwi sąsiedzi” z City), a jeśli zdoła zdobyć kolejny Puchar Europy, stanie się najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach (trzy trofea, dwie porażki w finale). Beckham już obiecywał, że planuje kopać co najmniej do czterdziestki. Giggs spróbuje wyśrubować własny rekord jako najstarszy strzelec gola w Lidze Mistrzów (kiedy we wrześniu wkładał go Benfice, miał 37 lat i 289 dni). A może także zostać najstarszym uczestnikiem finału?

Na razie jest nim Edwin van der Sar (40 lat, 211 dni). Oczywiście były bramkarz Manchesteru United.

niedziela, 11 grudnia 2011

Moneyball, Brad Pitt, sabermetria w Champions League. Fot. Sony Pictures

Wchodzący na nasze ekrany hollywoodzki przebój opowiada o micie wielbionego w Ameryce baseballu, który zainspirował rewolucję w całym sporcie - także piłce nożnej. Rewolucję wznieconą, gdy na boiska wtargnęła matematyka.

Yogi Berra - były baseballista i trener tak legendarny, że imię na jego cześć dostał miś z kreskówek wytwórni filmowej Hanna-Barbera - słynął z niezapomnianych bon motów. Na pytanie o tajemnicę sukcesu w jego dyscyplinie odpowiadał, że „w 90 proc. decydują o nim atuty mentalne, a w drugiej połowie atuty atletyczne”. Na pytanie, dlaczego przestał jadać w restauracji Ruggeri's w St. Louis: „Nikt już tam nie chodzi. Za duży tłok”. Przysięgał też, że „co najmniej połowa kłamstw, które o nim rozpowszechniają, to bzdury”.

Nie upychałbym w akapicie cytatów wyjętych z kompletnie odmiennych okoliczności, gdyby nie tchnęły logiką charakterystyczną dla stereotypowego trenera sprzed lat - nie baseballowego, lecz w dowolnym sporcie zespołowym. Drużynami tradycyjnie nie kierowali zimni racjonaliści o analitycznych umysłach, lecz szamani ufający własnemu doświadczeniu, intuicji czy wręcz nieokreślonemu instynktowi. Przetrwali zresztą do dziś. Selekcjoner naszej kadry futbolowej Franciszek Smuda chętnie przyznaje, że przed podjęciem decyzji taktycznej wsłuchuje się w głos z nieba, laptop służy mu za podstawkę pod herbatę, a klasowego gracza rozpoznaje po sposobie, w jakim stawia kroki na schodach. Ale najwybitniejsi piłkarscy fachowcy stawiają na metody naukowe, serio myślą o sformułowaniu ogólnej teorii wygrywania.

Dlatego proszą o pomoc głównego bohatera „Moneyball”.

Ten bohater to rebeliant, który odrzuca wszystkie święte zasady budowania drużyny udoskonalane przez przeszło sto lat istnienia baseballu. Postanowi je odrzucić, gdy jako generalny menedżer dysponujących wielokrotnie niższym od konkurentów budżetem Oakland Athletics zrozumie, że w mistrzostwach Ameryki jest skazany na klęskę. Jego gwiazdy uciekają do hojniejszych pracodawców, a na wartościowych następców go nie stać. Rywale szydzą, że jest dostarczycielem organów dla bogaczy.

Zdesperowany Billy Beane (postać autentyczna, w Oakland rządzi do dziś, w filmie gra go Brad Pitt) bierze na asystenta przypadkowo poznanego Petera Branda (postać fikcyjna, będący jej pierwowzorem Paul DePodesta nie zezwolił na użycie swojego nazwiska, w filmie - Jonah Hill), absolwenta ekonomii w Yale i matematycznego geniusza, który opracował niekonwencjonalną, radykalną koncepcję selekcjonowania zawodników.

Ten otyły, fajtłapowaty jajogłowy w okularach, sprawiający wrażenie niezdolnego do przetruchtania kilku metrów do autobusu, zderzy się z przywiązanymi do starych schematów trenerami i skautami, czyli fachowcami zajmującymi się oceną kompetencji graczy. Oni wiedzą, co czyni baseballistę znakomitym: dzięki dobrej koordynacji oko - ruch celnie piłkę rzuca lub odbija pałką; dzięki fizycznej sile mocno ją rzuci lub daleko wybije; dzięki talentowi sprinterskiemu będzie zdobywał tzw. bazy; dzięki specyficznej boiskowej inteligencji właściwie oceni zamiary przeciwnika i wybierze możliwie najkorzystniejszy sposób odbicia piłki; dzięki zdolności błyskawicznego podejmowania decyzji wybierze optymalne rozwiązanie taktyczne. Słowem, do sukcesu niezbędny jest cały szereg zalet atletycznych i mentalnych.

Fanatyk statystyk Peter Brand myśli inaczej. Rekomenduje zawodników z rzucającymi się w oczy wadami, przez konkurencję notorycznie odrzucanych, którzy jednak dysponują pojedynczą pożądaną u klasowego baseballisty cechą w stopniu wybitnym. A potem sportowców uznanych niekiedy wręcz za przypadki beznadziejne ustawia tak, by się wzajemnie uzupełniali. Strategię opiera na maskowaniu ich przywar i eksponowaniu zalet, planuje perfekcyjnie zsynchronizowaną współpracę grupy, chce wynieść grę na wyższy poziom zespołowości.

I prowokuje nieuchronny konflikt. Siwiejący klubowi skauci wściekają się, że wpycha im do szatni patałachów, a gołowąs odpowiada algorytmami, które mają rzekomo obiecywać zwycięstwa. Kompromis ani nawet dyskusja są niemożliwe, strony mówią innymi językami. W trakcie sezonu menedżer Billy Beane odsprzedaje konkurencji czołowego gracza Oakland, inaczej bowiem nie jest w stanie nakłonić trenera (Philip Seymour Hoffman), by ten składał drużynę w sposób zalecany przez Branda.

Riders zaczynają wygrywać. Seryjnie. Ustanawiają rekord wszech czasów, zwycięską passę rozciągając do 20 meczów. Mistrzostwa przy swoich ograniczeniach nie zdobywają, ale wyciskają maksimum z haniebnie skromnego budżetu. Kiedy ich metodę przejmują bogacze z Boston Red Sox, zdobywają tytuł, na który czekali 86 lat.

Każde drgnienie mięśnia

Fabuły Bennetta Millera nie wolno oglądać jak rzetelnej w szczegółach najnowszej historii baseballu, ale oddaje ona klimat wielkiego, niemal cywilizacyjnego przełomu w zawodowym sporcie, w którym epokę romantyczną, przepełnioną spontanicznością i naznaczoną przesądami, wyparła nowoczesność - wierząca w wysoką technologię, minimalizowanie kosztów i maksymalizowanie zysków, usiłująca zamienić gry zespołowe w naukę ścisłą.

Amerykanie od lat 90. rozwijają sabermetrię, wyrafinowaną analizę statystyczną dążącą do „znalezienia obiektywnej wiedzy o baseballu”, której nazwę wywiedli z akronimu SABR oznaczającego organizację Society for American Baseball Research zajmującą się popularyzacją dyscypliny. Propagowali ją i uprawiali ludzie spoza środowiska. Jak astronauta Eric Walker, poeta Carson Cistulli, ekonomista Bill James, biolog David Smith czy statystyk Nate Silver, który system do prognozowania przebiegu karier zawodników wykorzystywał z powodzeniem w polityce. W 2008 roku przewidział zwycięzców wyborów do Kolegium Elektorskiego w 49 z 50 stanów i wyniki rywalizacji o wszystkie 35 miejsc w Senacie.

Fascynaci baseballu byli pionierami w świecie gier drużynowych, ten sport bowiem wyklucza indywidualne akcje - w przeciwieństwie do płynnych piłki nożnej, koszykówki czy hokeja na lodzie. Futbolowy wirtuoz Diego Maradona, koszykarski Michael Jordan czy hokejowy Wayne Gretzky mogą przemierzyć całe boisko i przedryblować wszystkich przeciwników, w baseballu do triumfu prowadzi wyłącznie oparta na schemacie praca zbiorowa.

Ale nauka wdarła się wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie kluby sportowe rozrosły się w globalne korporacje obracające setkami milionów euro rocznie. Jeśli klasowy futbolista zarabia co najmniej 1-2 miliony za sezon, to warto wynająć tabun analityków, którzy zredukują ryzyko błędnego wyboru. I pozwolą objąć kontrolą każdą sekundę gry.

Dlatego kluby z czołowych lig starają się umieścić w bazie danych każde drgnienie każdego mięśnia piłkarza przebywającego na murawie. Wykorzystują technologię używaną w lotnictwie, by sprowadzić mecz do ciągu liczb i umożliwić trenerom rozszyfrowywanie go ze sprawnością Cyphera z „Matrixa”, który w pulsujących na monitorze sznurach cyfr „nie dostrzegał już kodu, lecz brunetki, blondynki i rudowłose”. Dzięki komputerowym programom, których jednorazowe użycie kosztuje kilkanaście tysięcy euro, trenerzy wiedzą, jaki dystans przebiegli przez 90 minut ich gracze, ile razy ruszyli pełnym sprintem, jak często truchtali, czy chętniej podają piłkę na prawe skrzydło, czy na lewe, czy podają ją celnie w 50 proc., czy wręcz w 80 proc. prób, czy swoją obecnością w składzie zwiększają - np. umiejętnym poruszaniem się - odsetek dokładnych podań całej drużyny.

Najcenniejsze jest to, czego ludzkie oko nie wychwyci. Jeden z trenerów orędowników naukowej rewolucji w piłce, zwany „Profesorem”, ekonomista z wykształcenia Arsene Wenger najchętniej zatrudnia futbolistów potrzebujących maksymalnie 3,2 sekundy na sekwencję: przyjęcie piłki - podjęcie decyzji - podanie. Kto reaguje choćby o 0,1 sekundy wolniej, musi zachwycać bajeczną techniką lub innym olśniewającym atutem, by wyszarpać kontrakt w londyńskim Arsenalu.

A ci, którzy już tam grają, poznają do bólu obiektywne przyczyny trenerskich decyzji. Gdy w 2002 roku znakomity, lecz starzejący się napastnik Dennis Bergkamp z pretensją w głosie zapytał, dlaczego zaczął być regularnie odwoływany z boiska w końcówkach meczów, zobaczył komputerowy wydruk i usłyszał: „Popatrz, po 70. minucie zaczynasz biegać znacznie mniej. Po co masz tracić siły, skoro maleje szansa, że strzelisz gola? Nie wolisz zaoszczędzić energię na następną kolejkę?”. Gdy w 2004 roku Wenger chciał pozyskać piłkarza środka pola o wytrzymałości maratończyka, odsiał wszystkich kandydatów przemierzających w trakcie gry mniej niż 14 km i zaproponował pracę niezbyt jeszcze znanemu, wyłowionemu z Olympique Marsylia nastolatkowi Matthieu Flaminiemu.

Wenger to nienasycony innowator, nad stworzeniem najdoskonalszego narzędzia do analizy meczu pracował z zaangażowaną w sport firmą paliwową, dzięki czemu powstał oceniający występ piłkarza Castrol Performance Index. Program dzieli boisko na sektory i każdemu przypisuje współczynnik prawdopodobieństwa, że drużyna konstruująca akcję ofensywną strzeli gola, jeśli ma piłkę w tym właśnie sektorze. Następnie wartościuje wszystkie zachowania gracza - jeśli dzięki jego odbiorowi, podaniu czy dryblingowi rośnie/maleje szansa na bramkę, to można ten wzrost/spadek podać w liczbach. A po ostatnim gwizdku liczby zsumować. Wnioski zależą od inteligencji i kreatywności trenerów. Wenger po każdym meczu otrzymuje 60-stronicowy raport.

Uderzanie głową

Trenerzy często potrzebują wsparcia, zanim nauczą się wyciągać z danych właściwe wnioski. Autor znakomitych książek o futbolu Simon Kuper wytropił, dlaczego jeden z najwybitniejszych fachowców w historii, Alex Ferguson z Manchesteru United, podjął w 2001 roku sensacyjną decyzję o sprzedaniu do rzymskiego Lazio obrońcy Jaapa Stama. Prasa przypuszczała, że piłkarz rozjuszył szefa wydaniem autobiografii ujawniającej sekrety szatni, tymczasem studiujący statystyki trener zauważył, że Holender coraz rzadziej odbiera piłkę rywalowi. I uznał, że piłkarz, dobiegający wówczas trzydziestki, wszedł w smugę cienia.

Stam spędził jednak jeszcze kilka udanych sezonów w lidze włoskiej, bo Ferguson źle zinterpretował dane. Jego gracz nie wchodził w bezpośrednie starcia, bo nie musiał - nabrał doświadczenia, mądrzej się przemieszczał po murawie, lepiej przewidywał następstwo zdarzeń, więc dopadał piłki, zanim dotarła do przeciwnika.

Najbardziej spektakularny w nowożytnym futbolu błąd transferowy, którego istotę pojęliśmy m.in. dzięki wynalezieniu baseballowej sabermetrii, popełnił Real Madryt. W 2003 roku pragnący stworzyć drużynę wszech czasów prezes Florentino Perez pozbył się Claude'a Makelele. Ten specjalista od boiskowej czarnej roboty - jego zadanie polegało na neutralizowaniu ataków rywala - wolno biegał, miał marną technikę, nie umiał grać głową, kopał piłkę tylko na odległość kilku metrów, zazwyczaj wybierał zagrania bardzo bezpieczne - do tyłu i w bok. Co więcej, przekroczył trzydziestkę. Kompletnie nie pasował do kolekcjonowanych w Madrycie megagwiazd obwołanych nośnym marketingowo „Galacticos”.

Po transferze złożony z wirtuozów Real popadł jednak w kryzys, a nieefektowny Makelele przeżył pięć pięknych lat w londyńskiej Chelsea, która niebawem - po pół wieku - odzyskała mistrzostwo Anglii. Tłumaczy Mike Forde, opiekun liczącego 32 miliony danych zbioru analiz 13 tys. meczów, który latał na pielgrzymki do Oakland, by poznać metodologię sportretowanego w „Moneyball” Billy'ego Beane'a: „Oglądając mecz, nie dostrzeżesz Makelele. Oglądając dane, stwierdzisz, że wszędzie go pełno. Większość graczy pracuje najintensywniej, kiedy jest zwrócona twarzą do bramki przeciwnika, najchętniej w fazie ataku. Francuz aktywizuje się, kiedy piłkę ma przeciwnik. Wykonuje wtedy 84 proc. pracy na poziomie wysokiej intensywności, to dwukrotnie więcej niż partnerzy z drużyny”.

Wzgardzony w Madrycie piłkarz zyskał taką renomę, że dziś zleca się jego następcom, by odgrywali „rolę Makelele”. Ale niewyraźny był do bólu. Goli nie strzelał wcale, więc po dwóch sezonach podczas meczu kończącego mistrzowski sezon Chelsea koledzy zaciągnęli go do wykonywania rzutu karnego. Nawet wtedy, stojąc samotnie przed bramkarzem, nie trafił do bramki. Udało się dopiero po dobitce.

Wysłannicy klubów piłkarskich najpierw latali po naukę do baseballowych guru od analizy gry, a następnie podjęli współpracę z firmami Prozone, Amisco czy Opta, które proponują coraz bardziej zaawansowane obliczenia rozbijające mecz na 2500 tworzących go incydentów i 350 różnych zachowań piłkarzy. Najtrudniej było odmienić mentalność trenerów, naukowcy skarżyli się, że w wielu szatniach najmocniejszej na świecie ligi angielskiej panuje „antyintelektualna atmosfera” i głęboka nieufność wobec wszystkiego, co wyliczy program, jeśli nie widać tego okiem nieuzbrojonym. - Rozmowy z trenerami przypominają uderzanie głową w ceglany mur - mówił dr Bill Gerrard z uniwersytetu w Leeds. Ale w końcu mur runął, dziś wszyscy zatrudniają armie analityków i opieczętowują ich odkrycia klauzulą „ściśle tajne”.

Rewolucję przyspieszyły zacieśniające się biznesowe związki amerykańskiego i europejskiego sportu. Gdy zwycięzcę piłkarskiej Ligi Mistrzów Liverpool kupił właściciel wspominanego wyżej baseballowego Red Sox Boston (tego samego, który odzyskał wielkość dzięki sabermetrii), dyrektorem ds. strategii natychmiast mianował Damiena Comollego, bliskiego przyjaciela głównego bohatera „Moneyball”.

Matematyk gwiazdą sportu

Świat futbolu powoli przekonuje się, że intuicja to nie wszystko. Przed ćwierćfinałem mundialu w 2006 roku Argentyńczycy zadbali głównie o to, by na murawę wchodzić w „odpowiedniej” - wedle przesądu - kolejności. A Niemcy przygotowali się na wszystko. Przed rozstrzygającą serią rzutów karnych bramkarz Jens Lehmann dostał kartkę z dokładnymi instrukcjami, jak reagować. Wnikliwą analizę strzeleckich nawyków rywali umożliwiła gigantyczna baza danych trenerskiego maniaka statystyk Huuba Stevensa: „Julio Cruz - stój wyprostowany, ani drgnij, rzuć się w prawy róg”; „Hernan Crespo - długi rozbieg - prawy róg, krótki rozbieg - lewy” - tak został opisany każdy przeciwnik. Każdy trafnie, choć nie wszystkie strzały Lehmann zdołał obronić. Gdyby Maxi Rodriguez uderzył „z całej siły w prawy róg”, to bramkarz potrzebowałby jeszcze łutu szczęścia, bo czas reakcji człowieka jest ograniczony. Dwa strzały Niemiec jednak zatrzymał i wprowadził drużynę do półfinału mistrzostw świata. Argentyńczycy nie mieli pojęcia, że podbiegają do piłki obnażeni do rosołu.

Trzy lata później stojący między słupkami Manchesteru Unated Ben Foster został bohaterem finału Pucharu Ligi Angielskiej, bo po dogrywce, zanim stanął oko w oko z rywalami, wykonywane przez nich rzuty karne obejrzał na iPodzie.

Niebawem stanie się to normą. Trenerzy siatkówki też coraz częściej stoją obok boiska ze słuchawkami na uszach, przez które otrzymują informacje od przyrośniętych do laptopów współpracowników analizujących grę w czasie rzeczywistym. Zawodnicy muszą pracować również głową, bo przed meczami dostają - podobnie jak piłkarze czołowych drużyn - obszerne dossier o przeciwnikach i taktyczne zalecenia do wykucia na blachę. W przyszłości będą monitorowani już w trakcie gry. Wystarczy okleić ich kilkoma mikroczipami, by trener znał ich aktualne tętno, dostrzegł, że zaczęli wolniej biegać. I podjął decyzję o usunięciu ich z boiska.

Technologia całkiem sportu nie zdehumanizuje, bo żaden procesor nie obliczy, kiedy gwiazdora zacznie zdradzać żona albo zdechnie mu ulubiona papuga, co wywoła u niego chandrę, a wraz z nią nieuchronny spadek formy. Ale pozyskiwanie graczy robiących dobre wrażenie na trenerze odchodzi do lamusa. Wszyscy wymienieni wyżej zatrudniani przez europejskie kluby spece od digitalizacji piłki nożnej to bliżsi bądź dalsi znajomi Beane'a, który na długo przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „Moneyball” zyskał w USA status celebryty. Oni na razie są anonimowi, ale rośnie prawdopodobieństwo, że następną po trenerze José Mourinho niegrającą megagwiazdą futbolu zostanie matematyk.
środa, 16 listopada 2011

Giovanni Trapattoni, Ireland's manager, Juventus, Euro 2012

Należy do Opus Dei, opiekował się reprezentacją Watykanu, a na mecze zabiera butelkę święconej wody (skrapia nią boisko), więc w katolickiej Irlandii od początku nie był ciałem obcym. Tubylcy nie tylko prędko docenili jego trenerskie kompetencje, ale zwyczajnie Włocha polubili - za oryginalne, barwne wywiady, odwagę publicznego przemawiania skutkującą cudacznymi wpadkami językowymi, pasję do futbolu, intensywność przeżywanych emocji. (Już swój drugi wpis w historii blogu ozdobiłem jego spektakularnym występem). Aż uznali, że Giovanni Trapattoni stał się jednym z nich, Irlandczyków. Kiedy po awansie na Euro 2012 do oczodołów napłynęły mu łzy, dublińska prasa wzdychała, że wzruszyły cały kraj jeszcze bardziej niż wyczyny reprezentacji.

Włoch jest wyjątkowy. I to nie tylko dlatego, że wiosną skończy 73 lata, a w czerwcu zostanie najstarszym trenerem w całej historii futbolowych mistrzostw kontynentu.

Osiągnięcia w tym fachu porównywać trudno, szkoleniowcy działają w bardzo różnych warunkach. Wybitnych podzieliłem kiedyś z grubsza na osiadłych (ze sztandarowym przykładem Aleksa Fergusona wytrzymującego w Manchesterze United od ćwierć wieku) oraz globtroterów (ze sztandarowym przykładem podróżującego po Europie Jose Mourinho). Ale można ich też posegregować na specjalistów od pracy w klubie lub reprezentacji. Albo na trenerów, którzy odnosili duże sukcesy skumulowane na krótkim dystansie czasu (pamiętacie Arrigo Sacchiego?), i trenerów długowiecznych, utrzymujących klasę przez kilka piłkarskich epok.

Trapattoni nie króluje w żadnej z zaproponowanych kategorii. Jego wyjątkowość polega na tym, że w każdej się sprawdził - rewelacyjnie lub przynajmniej bardzo dobrze.

W Juventusie rządził w sumie przez kilkanaście lat i to głównie dzięki zdobytym w Turynie sześciu mistrzostwom kraju uchodzi za najbardziej utytułowanego klubowego trenera w dziejach calcio.

Lokalnie zasłużył się też w Interze Mediolan, Bayernie Monachium, Benfice Lizbona i Red Bull Salzburg, z którymi wygrywał ligi włoską, niemiecką, portugalską i austriacką, stając się jedynym obok Ernsta Happela trenerem zwycięzcą lig z czterech różnych krajów.

Stał się również jedynym obok Udo Lattka zdobywcą trzech najcenniejszych klubowych łupów europejskich - Pucharu Europy, Pucharu UEFA (trzykrotnie!) oraz Pucharu Zdobywców Pucharów.

Ale w galerii międzynarodowych sław jest także rekordzistą samotnym - tylko on wziął wszystkie trofea sygnowane przez UEFA i jeszcze dołożył do nich Puchar Interkontynentalny.

W reprezentacjach wiodło mu się zmiennie. Jako selekcjoner Włochów nie dość, że podpisał swoim nazwiskiem sensacyjną mundialową katastrofę z Koreą (fakt, że rywale zawarli sojusz z arbitrem) i klęskę na Euro 2004, to jeszcze rozjuszył i zarazem wpędził w rozpacz rodaków, nie zabierając na MŚ przeżywającego trzecią młodość Roberto Baggio. Z Irlandczykami już jednak pobawił się ładnie - na zeszłoroczny mundial jeszcze ich nie zaciągnął (przegrał baraż z Francją po osławionym zagraniu ręką Thierry’ego Henry’ego), ale teraz awansował z nimi mistrzostwa Europy, co dotąd udało im się tylko raz - w 1988 roku. A zastał w szatni kompletny rozgardiasz. - Kiedy przyjechałem, piłkarze nawet nie odbierali telefonów z federacji - wspomina. - Na zgrupowania jeździło się albo nie, decydował aktualny nastrój powołanego. Teraz wszystko wygląda inaczej. Jak komórka zadzwoni, to fruwają, żeby odebrać. By do tego doprowadzić, brałem przykład z Gianniego Agnellego, który mawiał: „Nie tyle jestem w stanie coś zmienić, ale mam obowiązek tego dokonać”. Teraz nawet nie świętowałem z piłkarzami, bo nie mógłbym patrzeć, jak pływają w rzece piwa. Lekcje się skończyły, profesor wrócił do domu.

Do mnie najsugestywniej przemawia ostatnie podane wyżej kryterium analizy dorobku trenera - dystans czasowy, na jakim osiąga sukcesy.

Pierwsze mistrzostwo Włoch Trapattoniego (sezon 1976/77, Juventus) od zdobytego niedawno mistrzostwa Austrii (sezon 2006/07, Red Bull Salzburg) dzieli 30 lat. Pierwsze mistrzostwo Włoch od awansu na mistrzostwa Europy - 34 lata. To dokładnie tyle, ile dziewiczy sukces dwa lata młodszego Aleksa Ferguson (awans do najwyższej ligi szkockiej z dzieciakami z St. Mirren) dzieli od tegorocznego tytułu w Premier League. Obaj debiutowali zresztą w odstępie kilku miesięcy. I obaj zaczęli pracować jako nastolatkowie, co może wyjaśniać, dlaczego nie wyobrażają sobie wegetowania w nieróbstwie. - Setki razy słyszałem, że moje metody są anachroniczne, jestem skończony, wyglądam jak relikt z muzeum. A ja jestem wiecznym innowatorem. Wiem, że nigdy nie całkiem zapanuję nad wydarzeniami na boisku, ale dążę i zawsze będzie dążył do totalnej kontroli nad nimi - mówi Trapattoni.

Okres jego sportowej pomyślności można rozciągnąć jeszcze na karierę zawodniczą. Na boisku nawygrywał się w koszulce Milanu - po dwa razy w Pucharze Europy i Serie A, po razie Pucharze Zdobywców Pucharów, Pucharze Interkontynentalnym i Pucharze Włoch. - Nie wiem, ile zdobyłem, musiałbym usiąść i policzyć. Smak zwycięstwa czuję tylko przez chwilę. Kiedy coś osiągnę, zaczynam myśleć o następnym wyzwaniu. To jak dziura w twoim wnętrzu, której nigdy nie da się wypełnić - tłumaczy.

Tak, to bez wątpienia będzie najbardziej wyjątkowy selekcjoner na Euro 2012. Po tym turnieju spróbuje awansować z Irlandią na MŚ w Brazylii. Kontrakt przedłuży niebawem. Jeśli znów mu się powiedzie, poleci na mundial jako 75-latek.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi