Wpisy z tagiem: Juventus Turyn

niedziela, 26 lutego 2017

Juventus Turyn jak wulkan, Massimiliano Allegri

W Turynie zadyma goni zadymę, a ja obserwuję ten serial z uciechą zoologa, który podgląda stado małp nowo odkrytego gatunku, ponieważ lubię, gdy upadają tzw. stare piłkarskie porzekadła, uchodzące za prawdy przenajświętsze, obowiązujące w każdych okolicznościach. A mit o „dobrej atmosferze w szatni” jako warunku koniecznym do wygrywania jest wiecznie żywy. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 06 czerwca 2015

Neymar, finał Ligi Mistrzów, FC Barcelona - Juventus

Ostatnie dotknięcie ostatniego meczu w Lidze Mistrzów to gol. Ideał. I adekwatne podsumowanie sezonu perfekcyjnego - przed Barceloną nikt nie zdobył potrójnej korony dwukrotnie.

Andrea Pirlo płakał, choć najcenniejsze klubowe trofeum już unosił. Gianluigi Buffon cierpiał wewnątrz, jakby do nieszczęść przywykł - dziś znów interweniował z fenomenalnym wyczuciem, ale znów nie wygrał. I pozostanie najwybitniejszych aktywnym piłkarzem bez triumfu w Champions League.

Najpierw myślałem o pokonanych, których nie umiem nawet odfajkować jako przegranych. Nie, piłkarze Juventusu - choć oni na pewno się ze mną nie zgodzą - to w najgorszym razie niewygrani. Wzlecieli wyżej niż ktokolwiek przypuszczał, dopisując kolejny rozdział do fascynujących opowieści z minionych edycji rozgrywek. Zdumiewały nas wściekłe psy z Atlético, po garach dawali heavymetalowcy z Borussii. A teraz turyńczycy. Bez nich wszystkich Liga Mistrzów byłaby uboższa.

„La Gazzetta dello Sport” powitała dzisiaj na okładce czytelników gigantycznym „Podemos!”, co po hiszpańsku oznacza „Możemy!”, ale przede wszystkim jest nazwą antyestablishmentowej partii politycznej, która buntuje się przeciw dyktaturze najbogatszych. Naturalne skojarzenie - Juventus, podobnie jak poprzednicy z Madrytu i Dortmundu, rzucił wyzwanie superklubom. Realowi Madryt skutecznie.

Czy mógł zatrzymać także Barcelonę? Początek sugerował, że faworyci spełnią oczekiwania kibiców, pewnych swego i żądających nie zwycięstwa nad Juve, lecz niezapomnianego show. Przypomnieli, że nieskazitelną momentami wielkość ich drużyny ilustrują ludzie z drugiego lub wręcz trzeciego planu. Nawet Sergio Busquets, gracz w standardach katalońskich przeznaczony do najprostszych robótek - defensywne przynieś, podaj, pozamiataj - rozpoczął mecz roztańczony i już w inauguracyjnym kwadransie wykonał dwa piruety na piłce. Do przerwy manewrował bezbłędnie, był chyba najlepszy na boisku.

A Leo Messi, który zwykł bez pytania nikogokolwiek o zgodę wybierać, w jaki sposób zapanuje nad meczem, tym razem ewidentnie miał fantazję na dłuższe przerzuty. I już pierwszy przerzut zainicjował akcję, która dała Barcelonie gola. A następne rozwinęły się w natarcia, po których turyńczycy mogli wyzionąć ducha, zanim gra na dobre się zaczęła. Ocaleli dzięki centrymetrom, ułamkom sekund, mikroskopijnej niedokładności Katalończyków. I refleksowi Buffona.

Działo się zgodnie ze scenariuszem, którzy chyba wszyscy katalońscy fani rozpisali na długo przed finałem, zaskoczyły co najwyżej nazwiska - Ivana Rakiticia, który bramkę zdobył, oraz Andrea Iniesty, który dał mu asystę. Od lutego nie zdarzyło, by jakikolwiek gol dla Barcelony padł bez bezpośredniego udziału nikogo z tercetu atakujących. Ale Messi znów trzymał na boisku pełną władzę. Najczęściej dotykał piłki, najczęściej podawał, dryblował częściej niż cała jedenastka Juventusu, to po jego upadkach sędzia odgwizdywał faule. Rozgrywał. Stadion Olimpijski w Berlinie przyjmował tłum legend - Jesse Owens ośmieszał tu Adolfa Hitlera, mistrzostwo świata zdobywali Pirlo i Buffon, ciosy głową rozdawał Zinedine Zidane, rekordy bił sprinter Usain Bolt. A teraz wylądował Messi.

To mimo wszystko nie był jego wieczór, o czym ośmielam się pisać tylko dlatego, że od nadpiłkarza oczekujemy, by unosił się nad murawą. Barcelona generalnie pozwoliła turyńczykom na długie minuty nadziei i nie dominowała nad rywalami totalnie, jak w finałach sprzed sześciu i czterech lat, gdy Pep Guardiola nie wymyślał taktyki, lecz komponował symfonię, potem kongenialnie interpretowaną na boisku. Wiadomo, Luis Enrique nie jest natchnionym prorokiem. Ale kataloński repertuar wzbogacił tak, że piłkarze co rusz gnali z wieloosobowym kontratakiem na turyńską bramkę.

Teraz oczywiście wybuchnie dyskusja, czy Barcelona AD 2015 nie jest aby potężniejsza od Barcelony AD 2009.

Pamiętam tiki-takę w jej szczycie, to był najlepszy futbol, jaki podziwiałem w dorosłym życiu, to było również absolutne spełnienie estetyczne. Wiem też, że porównania oparte na wrażeniach i wspomnieniach są, delikatnie mówiąc, ryzykowne. Ale są też twarde dane.

Barcelona pod Guardiolą zdobyła wtedy mistrzostwo kraju z 87 punktami. Barcelona pod Luisem Enrique zdobyła ich 94.

Barcelona pod Guardiolą strzeliła w lidze 105 goli. Barcelona pod Luisem Enrique nastrzelała ich 110.

Barcelona pod Guardiolą straciła w lidze 35 bramek. Barcelona pod Luisem Enrique straciła ich tylko 21.

Barcelona pod Guardiolą cierpiała przed 180 minut półfinałów Ligi Mistrzów i przepchnęła Chelsea dzięki kopnięciu ostatniej szansy Andrea Iniesty. Barcelona pod Luisem Enrique wychłostała w półfinale Bayern Monachium.

A finały? Cóż, one nie służą do demonstrowania pięknej gry, lecz do zwyciężania, to definicja tyleż wytarta, co bezlitośnie prawdziwa. Dyskusje o wyższości tamtej Barcelony nad obecną lub odwrotnie będą trwały, bo fani między meczami również muszą się jakoś kibicowsko realizować, choćby jałowo. A ci w katalońskich barwach wiodą życie najsłodsze, w minionej dekadzie fetowali aż cztery triumfy w Lidze Mistrzów. Jako jedyni. Ba, tylko Barcelona uzbierała ich tyle w XXI wieku.

W nagrodę zmierzy się 11 sierpnia z Sevillą - królową Ligi Europejskiej, inną machiną do wygrywania, choć operującą na innym poziomie. To też drużyna z czterema kontynentalnymi trofeami w bieżącym stuleciu. Są takie tylko dwie. Wreszcie obejrzymy Superpuchar w najściślejszym tego słowa znaczeniu.

Piłkarze z Turynu spoglądają na rywali jak na wyższą cywilizację, ale ufać im nie wolno. To włoska specjalność – maksimum pokory pogodzić z minimum uległości. Chwycą się każdego sposobu, by dzisiejszy finał Ligi Mistrzów wygrać.

Włosi zaczęli pisać o Barcelonie per „Marsjanie” w złotej erze trenera Pepa Guardioli, gdy świat debatował, czy nie podziwia aby najwspanialszej drużyny w dziejach futbolu. Potem przestali, bo katalońska drużyna zaczęła błądzić całkiem po ludzku, ale ostatnio kosmiczna metaforyka wróciła. Wróciła przede wszystkim wraz z reaktywacją Leo Messiego, który znów jest nie tyle najlepszy na boisku, ile wygląda na przedstawiciela innego gatunku.

– To obcy, który zniża się do grania z ludźmi. Możemy żyć tylko nadzieją, że 6 czerwca zejdzie na ziemię, czyli na poziom zwykłego człowieka – mówi o Argentyńczyku Gianluigi Buffon, 37-letni bramkarz Juventusu, który bronił strzały wszystkich wirtuozów XXI wieku. Szanse na zwycięstwo szacował po półfinale na 35 procent.

Zanim w 2006 r. afera Calciopoli zatopiła turyńczyków w drugiej lidze, obaj finaliści operowali na podobnym pułapie – należeli do szerokiej czołówki najbardziej renomowanych klubów w Europie. Ba, historycznie Juventus znaczył wręcz więcej, bo najcenniejsze trofeum zdobywał dwa razy, a Barcelona – ledwie raz. Ale od tamtej pory futbol wykonał skok w nadprzestrzeń. Nastała epoka wszechpotężnych marketingowo superklubów, wśród których królują mistrzowie Hiszpanii i o doścignięciu których marzą mistrzowie Włoch.

Na razie turyńczycy widzą w Barcelonie wyższą planetę, która krąży hen wysoko nad nimi, daleko ponad orbitą okołoziemską. Jeśli dziś znów zwycięży, jej piłkarze wzniosą trofeum po raz czwarty w minionej dekadzie (2006, 2009, 2011, 2015) i nadadzą jeszcze piękniejszego blasku wizerunkowi najmocniejszej futbolowej firmy naszych czasów. Kadra się zmienia – nie ma już w niej nikogo z podstawowego składu w finale sprzed 9 lat – co pewien czas rozhisteryzowane media ogłaszają „kryzys”, ale z Ligi Mistrzów Katalończykom tylko dwukrotnie zdarzyło się wypaść przed półfinałem.

A na sam szczyt wrócili paradoksalnie dopiero teraz, gdy po kilku sezonach kopiowania stylu gry wyćwiczonego do perfekcji w czasach Guardioli – tiki-taki – do szatni wszedł trener, który odważył się zarządzić radykalną woltę. Uporczywe przetrzymywanie piłki przestało być świętością i najwyższą wartością, Barcelona postawiła bowiem na futbol uniwersalny. Potrafi zwyciężać dzięki piorunującym kontratakom, choć do niedawna z ich powodu co najwyżej przegrywała – sama tym sposobem natarcia gardziła. Chętniej też śle kilkudziesięciometrowe podania, by jednym nagłym ruchem przerzucić piłkę do napastników – to też było w przeszłości poniżej katalońskiej godności, większość akcji należało rozegrać w tempie kontemplacyjnym, poprzedzając je grą wstępną w środku pola.

Którego spośród krążących po Berlinie katalońskich kibiców nie zagadnąłem o finałową prognozę, odpowiadał, że faworyt rozbije Juventus trzema albo czterema golami. Oni nie czują żadnego niepokoju, nie umieją sobie wyobrazić męki w dogrywce czy choćby wyrównanych 90 minut, oni oczekują niezapomnianego show. Estetycznej frajdy bez zbędnych emocji. Skoro ich piłkarze w półfinale roznieśli na strzępy Bayern – ceniony tym wyżej, że dowodzony przez Guardiolę – to dlaczego mieliby cierpieć przez Juventus, którego od dekady nikt nie widział w najważniejszych wieczorach Champions League? Usłyszałem nawet teorię, że jak Hiszpania po minimalnie wygranych finałach turniejów w 2008 i 2010 r. znokautowała reprezentację Włoch podczas Euro 2012 (4:0), tak Barcelona po „zwykłych” finałowych zwycięstwach nad Manchesterem United w 2009 i 2011 r. podsumuje hegemonię nokautem na mistrzach Serie A.

Włosi tę wprost nieprzyzwoitą katalońską pewność siebie by zrozumieli, bo sami w kółko przypominają, jak wiele dzieli ich od rywali. Im berliński Stadion Olimpijski kojarzy się bardzo przyjemnie, to tutaj w 2006 r. – zaraz po pierwszym przywołanym triumfie w LM Barcelony – zdobyli mistrzostwo świata. Ile minęło od tamtej pory, widać jednak choćby po metryce wszystkich trzech piłkarzy Juventusu, którzy dla mundialowego złota się zasłużyli. 37-letni Buffon, 36-letni Andrea Pirlo oraz 34-letni Andrea Barzagli (przesiedział finał w rezerwie) będą dzisiaj prawdopodobnie najstarsi na boisku. Przynajmniej dopóty, dopóki trener gości nie wpuści na boisko 35-letniego Xaviego, szykującego się do wylotu do ligi katarskiej, gdzie dodrepcze do schyłku kariery.

Barcelona wiosną 2006 r. wchodziła w swoją złotą erę. Najobfitszą w trofea w historii, a także bezprecedensowo wydajną biznesowo – jej przychody z 259 mln urosły do 484 mln euro rocznie. Przychody turyńczyków, wówczas zbliżone, niemal nie drgnęły (od 251 mln do 279 mln), oni bowiem wchodzili w erę najmroczniejszą. I słońce nad ich nowiutkim stadionem dopiero powoli wschodzi, sam Buffon na wczorajszej konferencji przyznawał, że choć powrót na europejski szczyt został zaplanowany, to miał potrwać dłużej, że tegoroczny awans zaskoczył w klubie wszystkich, od piłkarzy po szefostwo. Cała Italia do upadłego przypomina oszczędnościową politykę transferową, przez którą podstawowa jedenastka, wyjąwszy pozyskanego w czasach prosperity Buffona, kosztowała Juventus mniej niż Barcelonę jeden Neymar albo Luis Suárez.

To również dlatego turyńczycy – właściwie to w ogóle wszyscy Włosi – widzą w drużynie z Camp Nou inną cywilizację, dalece bardziej rozwiniętą. Oni wyraźnie ustępują jej i sportowo, i komercyjnie, i pod każdym możliwym względem marketingowym. Obłędnie popularna globalnie Barcelona sprzedaje rocznie blisko 1,2 mln koszulek. Juventus – ledwie 375 tys.

Barcelona, Real Madryt i Bayern. To przywoływane wyżej superkluby, które przynajmniej w półfinale LM zabawiają się już z przyzwyczajenia, niemal sezon w sezon. Zarazem jednak w trzecim finale z rzędu zderzają się z nimi ludzie, na których nikt nie stawiał. W 2013 r. na pobicie Bayernu porywała się Borussia Dortmund. W 2014 r. Atlético dzieliły sekundy od triumfu nad Realem. W 2015 r. na planetę Barcelona wyprawia się Juventus. Czy jemu pierwszemu się uda? Od poprzednich śmiałków różni go także to, że podobnie jak faworyci dzisiejszego finału mierzy w potrójną koronę.

O sensacji marzy cały kraj. Jak Barcelona jest zżyta z Katalonią, tak jej rywale od dekad uchodzą za klub ogólnowłoski – na jego stadion ciągną tłumy z najodleglejszych regionów, ponoć kibicuje mu 14 mln Włochów. Z okazji finału specjalne samoloty i autokary do Berlina podstawiono nie tylko w Turynie, ale również w Mediolanie, Bergamo, Rzymie, Bolonii, Weronie, a nawet sycylijskiej Katanii. Skoro celem podróży jest inna planeta, to od ziemi oderwała się cała Italia.

Juventus wzniósł przed swoją bramką fortecę będącą jedynym dziś wspomnieniem legendy o mistrzostwie włoskiej defensywy. Czy wytrzyma oblężenie atakujących o sile rażenia wprost absurdalnej, prawdopodobnie bezprecedensowej w historii?

Jedna ze świętych prawd futbolu uczy, że mecze rozstrzygają się w środku pola, ale Barcelona zniewala i mąci. Barcelona zmusza, by wodzić maślanymi oczami za Leo Messim, Luisem Suárezem i Neymarem, coraz powszechniej wyświęcanymi na najbardziej wirtuozerski ofensywny tercet, jaki widział świat.

Inna prawda głosi, że piłka nożna wyewoluowała do gry bardziej drużynowej niż kiedykolwiek wcześniej, więc nie sposób skutecznie się bronić inaczej niż całą lub niemal całą jedenastką, ale Włosi sami redukują turyńską defensywę do twarzy Gianluigiego Buffona, Leonardo Bonucciego i Giorgio Chielliniego. Znanych już pod skrótem BBC, wymyślonym jako przeciwwaga dla Garetha Bale’a, Karima Benzemy i Cristiano Ronaldo, czyli madryckiego tria BBC, które Juventus powstrzymał w półfinale Ligi Mistrzów. I choć w czwartek badania lekarskie wykluczyły finałowy występ Chielliniego, to jego zastępca – Andrea Barzagli – drastycznie jakości obrony nie obniży. Ani nie odmieni jej charakterystyki. Gabarytowo jest bliźniakiem sławniejszego kolegi (identyczne 186 cm wzrostu), łagodniejszy charakter w mniejszym stopniu naraża go na czerwoną kartkę, na berlińskim stadionie zdobywał w 2006 r. mistrzostwo świata. Ta zmiana może co najwyżej zniechęcić trenera Massimiliano Allegriego do typowego dla Juventusu przejścia w trakcie meczu do gry z trzema środkowymi obrońcami, bo kolejnemu w hierarchii Angelo Ogbonnie zdecydowanie brakuje już doświadczenia, w Lidze Mistrzów zagrał jedynie w przegranym jesienią meczu w Pireusie.

Nie ustalimy, czy barcelońska linia napadu istotnie zasługuje na najwyższe kwantyfikatory – jakimi narzędziami porównać ją z Di Stéfano, Puskásem i Gento, mitycznymi atakującymi Realu ze schyłku lat 50.? – czy korzysta z choroby mediów, które chcą, by każdego dnia padał spektakularny rekord albo działa się historia. Ale statystyki wyglądają absurdalnie dobrze. W bieżącym sezonie Messi, Neymar i Suárez natłukli razem 120 goli. To wynik niespotykany przed dekadami, gdy napastnicy mieli na boisku więcej pustej przestrzeni, to więcej niż dorobek całego Juventusu, to więcej niż dorobek dowolnej drużyny klubowej w Europie, wyjąwszy Bayern Monachium i Real Madryt.

A przecież w akcji argentyńsko-brazylijsko-urugwajski tercet też wygląda absurdalnie dobrze. To najbardziej nieprzewidywalny rój napastników – trener Luis Enrique do upadłego powtarza, że pozwala im podążać za instynktem i latać, gdzie się komu zachce, a oni z tej wolności korzystają, by wywoływać u rywali zawroty głowy i trzymać ich na skraju permanentnego załamania nerwowego. Barcelońscy pomocnicy wymieniają mniej podań niż w minionych latach, bo ich zadania się uprościły. Piłka ma co rusz wlatywać w ofensywny trójkąt, bo tam obrońcy wroga muszą się zagubić.

Leo Messi, który przez kilkanaście miesięcy walczył z samym sobą i regularnie wymiotował podczas meczów lub treningów, odzyskał szczytową formę atletyczną. Znów unosi się nad murawą i zatraca się w dryblingu, znów poraża dynamiką. A po pomoc udał się m.in. do Włoch – Giuliano Posera, 59-letniego lekarza sportowego, dietetyka, kinezjologa, homeopatę etc., zarekomendował mu Martin Demichelis, przyjaciel z reprezentacji Argentyny. Po raz ostatni lekarza od lat współpracującego z włoskimi klubami Messi odwiedził kilka dni przed finałem, bo kuracja zadziałała wspaniale. Piłkarz zasuwa jak opętany, choć jest najintensywniej eksploatowanym uczestnikiem berlińskiego finału. Spędził na boisku 5226 minut, przy zaledwie 4605 Bonucciego, czołowego pracusia w Juventusie. To ponad 10 godzin różnicy!

Argentyńczyka coraz bardziej nie wypada ometkowywać mianem „napastnika” czy „skrzydłowego”, bo wciąż się rozwija i wszechstronnieje, ma ochotę wpływać na mecz bardziej i bardziej, kontroluje coraz większe obszary boiska. To on jest głównym rozgrywającym drużyny, potrafi też poharować w odbiorze piłki, lubi akcję zainicjować i zakończyć. A ponieważ rozbłyskuje także talent Neymara, to momentami odnosimy wrażenie, że na pewne techniczne niedomagania cierpi... Suárez. Nie dlatego, że mu czegokolwiek brakuje – w lidze angielskiej umiał solowo zdemontować każdą defensywę – ale dlatego, że obok biegają wirtuozi jeszcze wybitniejsi.

Do 120 goli trzej superbohaterowie dołożyli jeszcze 55 asyst, a styl gry czyni ich dla Bonucciego i Barzaglego rywalami bardziej niewygodnymi niż zatrzymani w półfinale Bale i Ronaldo. Może się okazać, że włoskim drągalom łatwiej spacyfikować muskularnych atakujących z Madrytu, niż nadążyć za Messim, Suárezem i Neymarem – ruchliwymi, uwielbiającymi przepuszczać piłkę między nogami obrońcy. Argentyńczyk udanie dryblował w tej edycji LM 134 razy, podczas gdy w Realu tylko Isco uzbierał ponad 50 skutecznych zwodów. Urugwajczyk i Brazylijczyk sieją zamęt także wtedy, gdy piłki nie dotykają – skutecznie wyciągając rywali z ich nominalnych pozycji, by rozszczelnić defensywę.

Przechytrzyć Juventus jest wyjątkowo trudno, bo to grupa – mówimy już o całej jedenastce – bardzo zdyscyplinowana, po utracie piłki zwarta i skupiona na utrzymywaniu właściwych odległości między piłkarzami. I pod tym względem w swoim kraju wyjątkowa, wszak legenda o mistrzostwie włoskiej obrony dawno straciła aktualność. W minionym sezonie średnią goli na mecz (2,69) Serie A przebiła i ligę hiszpańską (2,66), i ligę angielską (2,57). Ale tam nie ma nikogo dysponującego siłą rażenia choćby zbliżoną do katalońskiej. Jeśli Barcelona muru turyńskiego jeszcze nie skruszyła, to prawdopodobnie tylko dlatego, że nigdy się na niego w Lidze Mistrzów nie natknęła. 

czwartek, 14 maja 2015

Juventus Turyn, Liga Mistrzów, Serie A, Massimiliano Allegri

Liga Mistrzów zachęca nas ostatnio, by sukcesu nie podpisywać pojedynczym nazwiskiem, lecz zajrzeć głębiej w przeszłość. Kiedy przed dwoma laty wygrywał ją panzerny Bayern, trener Jupp Heynckes kontynuował nieukończone dzieło Louisa van Gaala - w pewnym sensie zdobyli trofeum obaj. Kiedy przed rokiem triumfował rozgwieżdżony Real Madryt, widzieliśmy, że drużyna Carlo Ancelottiego odruchowo odwołuje się do kontrataków wpojonych jej przez José Mourinho. A teraz, gdy zwycięża rzetelny Juventus - w Berlinie zmierzy się 6 czerwca z Barceloną - sam Massimo Allegri co rusz przypomina, że jedynie wykańcza rezydencję, której fundamenty wylał Antonio Conte.

I pewnie ma rację. Skoro on pracuje w Turynie 10 miesięcy, a poprzednik wytrwał na posadzie trzy lata - i wznosił drużynę niemal od gołej ziemi! - to prawdopodobnie są współautorami sukcesu. Zwłaszcza, że przed bieżącym sezonem nie było transferowej rewolucji, był zaledwie retusz. Nawiasem mówiąc, wszystkie przywołane roszady trenerskie łączy pewna analogia - fachowców czupurnych, lubiących wojować z całym światem zastępowali fachowcy równie kompetentni, lecz stonowani, momentami wręcz nudnawi.

Zmiany nastąpiły w Juventusie detaliczne, co nie oznacza, że nie wpłynęły na drużynę zasadniczo. Trenerowi Conte zostanie zapamiętana tyrada, podczas której grzmiał, że „jeśli masz w portfelu 10 euro, to nie wejdziesz do restauracji, w której danie kosztuje 100 euro”. Niewystarczającymi finansami tłumaczył niepowodzenia w LM, choć turyńczycy przegrywali tam z jeszcze biedniejszym Galatasaray. Mówiąc inaczej, wysłał mocny sygnał - on, wielki motywator - że jego piłkarze nie potrafią.

Allegri nie wmawiał podwładnym, że się nie nadają, lecz skrupulatnie przygotowywał sposób na każdego przeciwnika. I drużyna, która przed listopadem 2014 roku wygrała dwa z 11 meczów LM (z Kopenhagą i Malmö...), od listopada pozostaje niepokonana (wygrała sześć, zremisowała trzy razy).

Włosi nie byli na to gotowi. Świadczy o tym choćby termin finału Pucharu Włoch - zaplanowanego na 7 czerwca, nazajutrz po berlińskim finale Champions League (zostanie zmieniony, wystąpi w nim Juventus). Świadczy o tym też ton, w jakim dwumecz z Realem zapowiadano w mediach. Zaroiło się od wykresów uzmysławiających, że madrycki kolos wypracowuje dwukrotnie wyższy przychód (550 mln wobec 280 mln euro rocznie), że sprzedaje czterokrotnie więcej koszulek (1,58 mln wobec 0,38 mln), że co sezon bawi się w półfinale LM, a Juventus przez dekadę raz przecisnął się do ćwierćfinału.

To twarde fakty, ale zarazem wyraz dekadenckich nastrojów we Włoszech, które czują, że czołówka im uciekła. I cierpią tym bardziej, że runęły z samego szczytu.

W latach 80. tamtejsze kluby zatrudniały wszystkich najwybitniejszych graczy na planecie - od Maradony po Zico, od Platiniego po van Bastena. Ich liga była futbolową wersją NBA, nawet średniakom wystarczało pieniędzy na zagraniczne gwiazdy. W latach 90. sezon w sezon albo zdobywały europejskie trofeum, albo przegrywały dopiero w finale. Na początku XX wieku wciąż miały kilka wielkich firm, które umiały poszaleć w Champions League. Aż przyszedł kryzys. Głęboki i wieloaspektowy. Potentatów rozbiła afera Calciopoli; plany zmodernizowania archaicznych stadionów zniweczyła przegrana walka o organizację Euro 2012; obcokrajowcy rzucili się do masowej ucieczki wskutek kurczących się budżetów; zapaść w szkoleniu odcięła dopływ świeżej krwi. Reprezentacja kraju nie przetrwała fazy grupowej dwóch ostatnich mundiali, a Włosi w degrengoladzie futbolowej ujrzeli odzwierciedlenie degrengolady całego kraju - skorumpowanego, ze starzejącym się społeczeństwem.

Juventus najszybciej odwrócił trend - czytaj: zaczął się bogacić - ale i jego kadra przypomina, że Włochów stać głównie na piłkarzy niechcianych przez najbogatszych. Nie byłoby wszak ataku zestawionego z Carlosa Teveza i Álvaro Moraty, gdyby nie odtrąciły ich Manchester City i Real Madryt. Słodkie czasy luksusowych zakupów przypomina tylko 37-letni Gianluigi Buffon, pozyskany w 2001 roku za 40-50 mln euro (wedle różnych źródeł) i do dziś utrzymujący status najdroższego bramkarza w historii. A jedyną postacią wszechutytułowaną - niegdyś były ich w Turynie i całej Italii tłumy - pozostał rok młodszy Andrea Pirlo, triumfator i mundialu, i Ligi Mistrzów.

Kiedy się spojrzy na nich, a także pożądanych przez Europy Paula Pogbę oraz Artura Vidala oraz wytrawnych obrońców reprezentacji Włoch, to sukces Juventusu, choć zaskakujący, wydaje się nieubłaganie logiczny. Nienormalne były raczej poprzednie edycje LM, w których turyńczycy, w kraju niezwyciężeni, mordowali się z drużynami pokroju Nordsjælland czy FC Kopenhaga.

W berlińskim finale nie będą faworytami. Jak zwykle. Może się okazać, że drągalom w typie Chielliniego czy Bonucciego łatwiej spacyfikować muskularnych Ronaldo i Bale’a niż nadążyć za Messim, Suarezem i Neymarem - ruchliwymi, uwielbiającymi przepuszczać piłkę między nogami rywala. I niewykluczone, że nawet sama Italia będzie się bała powtórki z finału Euro 2012, w którym Hiszpania rozniosła Włochy 4:0. Pobrzmiewa to już w słowach Buffona, który obiecuje, że on i koledzy włożą w walkę całe serca, ale Barcelonę uważa za silniejszą technicznie, psychicznie i fizycznie (sic!).

Przed starciami z Realem turyńczycy też potulnie pochylali głowy. Nawet przed rewanżem, po zwycięstwie u siebie. A potem wychodzili na boisku bez lęku i z zimną krwią dążyli do celu. Drużyny z ich etyką pracy nie wolno skreślać nigdy.

środa, 13 maja 2015

I znów nie będzie El Clásico w finale, dla mnóstwa fanów kulminacji Ligi Mistrzów wyśnionej. Barcelona awansowała, ale Real Madryt uległ Juventusowi. Potędze, która wstała z martwych.

Real, firma pielęgnująca kult indywidualności, to bogata historia skupowanych za dziesiątki milionów megagwiazd. Ale także bogata historia piłkarzy niewystarczająco medialnych i zdolnych – czasem także wychowanków – którzy musieli odejść, by sławnym solistom ustąpić. A potem się na Madrycie mścili.

Przed dekadą przeżył to Fernando Morientes. Wydalony do AS Monaco wrócił z tym klubem, by wyrzucić Real z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale. Zdobył bramkę w obu meczach, został królem strzelców rozgrywek.

Alvaro Morata korony dla snajpera nad snajperami nie weźmie, ale też śni na jawie. W Madrycie spędził sześć lat, przed tym sezonem został sprzedany, by Real ugodzić w półfinale. I przed tygodniem w Turynie, i wczoraj w Madrycie. I ostał się jako jedyny uczestnik rozgrywek, który może obronić trofeum.

Real po wczorajszym remisie 1:1 na szczycie się nie utrzyma. Podobnie jak wszyscy obrońcy tytułu od 1990 roku. Znów nie obejrzymy finału, który zdawał się naturalną, wręcz nieuniknioną kulminacją epoki, w której jeden mecz spotężniał do meczu nad meczami. Kiedyś mieliśmy wiele równorzędnych szlagierów klubowych, teraz wszystkie przyćmiła wojna katalońsko-madrycka. El Clásico, jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek nowoczesnego futbolu.

Najcennniejsze klubowe trofeum zdobywały w ostatnio i Barcelona, i Real. Ale w finale się nie spotkały. Albo zderzały się wcześniej, albo odpadały w półfinałach, w najgorszym razie ćwierćfinałach. W minionych latach opierają się im m.in. rywale, którzy przy obu ociekających złotem supermocarstwach wyglądają na łachmaniarzy. Rok 2013: Borussia Dortmund. 2014: Atlético Madryt. 2015: Juventus.

Turyńczycy na wspaniały kwartet pomocników – Andrea Pirlo, Paul Pogba, Claudio Marchisio, Arturo Vidal – wydali tyle pieniędzy, ile wystarczyłoby na ćwiartkę lśniącego pod madryckimi jupiterami Jamesa Rodrígueza. A na wszystkich piłkarzy z pola mniej, niż Real na jednego Cristiano Ronaldo.

Oni wstali z martwych. Na finał czekają od 12 lat również dlatego, że po aferze Calciopoli z europejskich aren znienacka zniknęli. Odebrano im tytuły mistrzowskie; zostali karnie wtrąceni do lochów drugiej ligi; przeżyli rejteradę gwiazd; kiedy wydostali się z Serie B, to w Serie A przez dwa sezony człapali na miarę siódmego miejsca, co oznaczało najmarniejsze wyniki od półwiecza.

Najpierw odzyskali władzę we Włoszech – panują tam od czterech sezonów, po wojnie się to im w Serie A nie zdarzyło. W Lidze Mistrzów ruszali się dotąd ślamazarnie, wyrzucało ich z niej nawet Galatasaray Stambuł. Niemoc przełamali dopiero pod przywództwem trenera Massimo Allegriego, którego pobłogosławił właśnie sam Marcello Lippi.

– Massimo przypomina mnie – ogłosił trenerski mistrz świata, w Italii autorytet absolutny. – Obaj objęliśmy Juventus w wieku 46 lat, obaj od ręki zdobyliśmy mistrzostwo kraju, obaj wytrwale wspinaliśmy się w hierarchii, pracując na wszystkich poziomach – mówił przed madryckim meczem Lippi, któremu obecna drużyna kojarzy z jego własną, finalistką Champions League w 2003 r. Obie miały rosnąć taktycznie i psychologiczne aż do osiągnięcia bardzo wysokiej samoświadomości swoich atutów i wad, która pozwala rozprawić się z każdym przeciwnikiem.

Ta samoświadomość sprawiła, że choć turyńczycy wygrali u siebie z Realem 2:1, to zachowywali pokorę, powtarzając, iż w rewanżu potrzebują cudu. I rzeczywiście, uspokoić nie miał prawa ich nawet sobotni remis rywali z Valencią, bo piłkarzom Realu trudno było cokolwiek po tamtym meczu zarzucić. Zaatakowali gości z pasją, w obłędnym tempie, wrogie pole karne płonęło. Zatrzymał ich jednak niewiarygodny pech – trzykrotnie obijali słupek i poprzeczkę, Ronaldo zmarnował rzut karny, strzały z fantastycznym wyczuciem bronił bramkarz Diego Alves. Turyński obrońca Giorgio Chiellini stwierdził, że „mogli nawbijać osiem lub nawet 10 goli”. Słowem, on i jego koledzy zdawali sobie sprawę, że nawet jeśli zagrają najlepiej, jak umieją, na Real może to nie wystarczyć.

Wystarczyło. I futbolowa Europa znów uczy się włoskiego. Dowiaduje się, że radykalnie manipulować ustawieniem w trakcie meczu umie nie tylko rozpoznawalny ponad granicami Pep Guardiola, lecz również niemal anonimowy Allegri. I przypomina sobie, że Andrea Pirlo oraz Gianluigi Buffon już występowali w finale w Berlinie, gdzie zmierzą się z Barceloną szóstego czerwca. Występowali w 2006 r., gdy udekorowano ich złotem mundialu.

Rozgrywający Pirlo – żywa legenda – wygrał już w futbolu wszystko. Bramkarz Buffon – też żywa legenda – jest chyba najwybitniejszym obok Zlatana ibrahimovicia aktywnym piłkarzem, który nie triumfował w Lidze Mistrzów.

A Juventus? Niewykluczone, że poświętuje najwspanialszy sezon w dziejach klubu. Wciąż ma szansę na potrójną koronę.

niedziela, 10 maja 2015

Właściciele wielkich futbolowych firm z Włoch to osobny gatunek, gdzie indziej niespotykany. A ich królem królów jest dynastia Agnellich, wielbiona nie tyle w Turynie, ile w całej Italii. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

wtorek, 05 maja 2015

Niegdyś te dwie słynne firmy toczyły równorzędne batalie, teraz zwycięstwo piłkarzy z Turynu nad Realem Madryt (2:1) jest sensacją. I dzieli ich 90 minut od finału Ligi Mistrzów.

Poprzednią edycję rozgrywek Królewscy wygrali pomimo Ikera Casillasa. Trener Carlo Ancelotti wpadł wówczas na karkołomny pomysł, by legendarnego bramkarza wpuszczać między słupki w LM, a w lidze hiszpańskiej wystawiać Diego Lopeza. I niewiele brakowało, by słono za to zapłacił. Casillas reagował niepewnie, notorycznie myląc się zwłaszcza przy wyskakiwaniu do dośrodkowań. I np. zanim piłkarze Realu rozbili w półfinale Bayern, sami mogli stracić kilka goli. Z jego winy.

Casillas ma przydomek „Święty”, ale stał się bardzo ludzki. Wciąż popełnia sporo błędów, wciąż należy do najsłabszych w podstawowej jedenastce Realu. Gdyby był dawnym Ikerem, czyli bramkarzem wybitnym, pewnie złapałby piłkę po dzisiejszym strzale Carlosa Teveza. Nie jest, więc odbił ją pod nogi Alvaro Moraty. Wychowanek Realu przystawił nogę i jest teraz w LM jej uczestnikiem najbliższym obrony trofeum. Kto by to wymyślił przed sezonem, gdy przenosił się z Madrytu do Turynu, czyli przeżywał sportową degradację?

Gospodarze zaczęli mecz lepiej i ze zdumiewającą pewnością siebie. Zdumiewającą, bo ich w półfinale nie było od 12 lat, a madrytczycy zabawiają się w nim bez przerwy od 2011 r. Bo jesienią bukmacherzy wyżej stawiali nie tylko Real, Barcę czy Bayern, ale też Atletico, Chelsea, Man City, PSG. I wiecznie przegrany w Europie Arsenal!

Pewność siebie ulotniła się natychmiast po stracie gola, którego Real wbił po sprytnym podaniu w pole karne Daniego Carvajala, wirtuozerskiej asyście Jamesa Rodrigueza i uderzeniu głową Cristiano Ronaldo. Ale wróciła po solowym rajdzie Teveza, który zakończył się rzutem karnym dla Juve. Strzelał sam faulowany. 2:1 i turyńczycy mogli ustawić się w głębokiej defensywie. Czyli poćwiczyć styl gry, którego w Serie A raczej nie stosują. Tam panują totalnie.

Przez Ligę Mistrzów dotąd przemykali się chyłkiem, trochę niezauważeni. A to przepchnęli niezbyt działające na wyobraźnię AS Monaco, a to wpadli na pogrążoną w zapaści Borussię, z grupy też wygramolili się z pozycji wicelidera – po potwornie ciężkiej przeprawie z Olympiakosem Pireus. Ale imponowali pewną, skrupulatnie zorganizowaną obroną. Gdyby Giorgio Chiellini nie pośliznął się w pierwszym meczu 1/8 finału z dortmundczykami, turyńczycy przed wczorajszym wieczorem utrzymywaliby czyste konto od 569 minut. I tym się zdecydowanie wśród półfinalistów LM wyróżniają – Real, Barcelona i Bayern to drużyny zorientowane ofensywnie, wszystkie traciły gole częściej.

Teraz turyńczykom było tym łatwiej, że faworytom brakowało kreatywności. Brakowało nadającego ich atakom harmonię i rytm Luki Modricia; Gareth Bale znów wyglądał, jakby inwestował ostatnio wyłącznie w siłownię; beznadziejnie grał przesunięty do środka pola Sergio Ramos. A Juventus, kiedy była potrzeba, umiał przytrzymać piłkę. Gola Moraty poprzedziła akcja utkana z 27 podań. To rekord tej edycji LM. Rozanieleni kibice w drugiej połowie zaintonowali hymn kraju, którego drugi wers brzmi: „Italia się przebudziła”.

Słowa wyjątkowo adekwatne, bo przedstawiciele pogrążonej w kryzysie ligi włoskiej – prezes Juve nazywa ją pogardliwie „hubem przesiadkowym dla zdolnych piłkarzy” – też wreszcie się ocknęli. Turyńczycy skradają się do finału LM, a o finał Ligi Europejskiej biją się i Napoli, i Fiorentina. I na razie to Serie A zdobyła w bieżącym sezonie najwięcej punktów w rankingu UEFA.

Piłkarze Juventusu nie osiągnęli wyniku idealnego, rywalowi do awansu wystarczy w rewanżu minimalne zwycięstwo. Ale okoliczności wybitnie im sprzyjają. Właśnie zdobyli mistrzostwo kraju, więc sobotni mecz z Cagliari może sobie odpuścić każdy, kto ma jakiekolwiek zadrapanie, natomiast ścigający Barcelonę Real podejmie Valencię, rywala bardzo wymagającego.

Jeśli turyńczycy w Madrycie przetrwają, ożyją piękne wspomnienia całych futbolowych Włoch. Finał odbędzie się w Berlinie, gdzie Buffon, Pirlo i Barzagli zdobyli w 2006 r. mistrzostwo świata.

poniedziałek, 04 maja 2015

Juventus Turyn, Serie A, liga włoska, Massimiliano Allegri

Nawet właściciel turyńskiego klubu wzdycha, że jego piłkarze mają szkodliwie mizerną konkurencję. W weekend znów obronili mistrzostwo Włoch, w kraju trzymają władzę absolutną.

To ich przewaga nad Realem przed wtorkowym półfinałem Ligi Mistrzów. Nie muszą już zaprzątać sobie głów rywalizacją w Serie A, podczas gdy rywale z Madrytu w kraju toczą wściekły wyścig z Barceloną.

Nie dość, że turyńczycy zdobyli tytuł czwarty raz z rzędu, to jeszcze z każdym sezonem potężnieją. Najpierw uciułali cztery punkty więcej od wicemistrza, potem – dziewięć, w minionej edycji rozgrywek – 17. Teraz mają przewagę ciut mniejszą (15), ale przed nimi jeszcze cztery serie gier, mogą ją powiększyć. W każdym razie od miesięcy nie przeżyli dnia, w którym czuliby się zagrożeni.

Czteroletnie panowanie to w najsilniejszych ligach europejskich ewenement. W Hiszpanii nie zdarzyło się od dwóch dekad. W Anglii – nigdy. Podobnie jak w Niemczech, w których rozgrywki uchodzą za zmonopolizowane przez Bayern Monachium. Włochy przeżyły wprawdzie przed chwilą długą hegemonię Interu, ale wynikała ona z nadzwyczajnych okoliczności – korupcyjna afera Calciopoli obaliła tradycyjną hierarchię i pozbawiła mediolańczyków poważnej konkurencji.

Minionego lata pod Juventusem też zatrzęsła się ziemia. Porzucił go trener Antonio Conte, który obawiał się, że nie zdoła dłużej utrzymywać piłkarzy w stanie wyższej gotowości bojowej, a na szefach klubu nie zdołał wymóc obietnicy, że zainwestują w wielomilionowe transfery pozwalające planować skok na Ligę Mistrzów. Jego następcę – wcześniej pracował we wrogim Milanie, został wylany na 11. miejscu w tabeli, wielokrotnie prowokował turyńczyków – kibice witali, mówiąc delikatnie, z ostentacyjną niechęcią. Ale Massimiliano Allegri spisał się doskonale. A nawet lepiej.

Misję dostał niesłychanie trudną. Wchodził do szatni po nie tyle trenerze, ile guru – porywającym podwładnych płomiennymi mowami i generalnie wściekłym parciem na trofea. I do szatni wspaniale zasłużonych dla włoskiego futbolu weteranów, wśród których był wypchnięty przezeń z Milanu Andrea Pirlo.

Zdobył ich zaufanie, bo okazał się fachowcem dojrzałym, elastycznym, pozbawionym przerośniętego ego, działającym z wyczuciem. Wielu trenerów po objęciu posady najchętniej pozrywałoby z klubowych ścian wszystkie zdjęcia poprzednika, by nie został po nim ślad, tymczasem Allegri nie zmienił nawet ustawienia 3-5-2, w europejskiej czołówce niezbyt popularnego. Dopiero w trakcie sezonu przyuczał podwładnych do gry z czterema obrońcami i drugą linią w kształcie rombu, ale czynił to powoli, ostrożnie, metodycznie. Nie chciał zaburzyć równowagi, chciał spokojnej ewolucji drużyny. I nie wydawał liderom drużyny rozkazów, lecz pertraktował, wypytywał, jak ich zdaniem Juventus powinien grać. Wśród wielkich współczesnych osobowości trenerskich, apodyktycznych i często w swym mniemaniu nieomylnych, jest przypadkiem unikalnym.

Po rozwrzeszczanym Conte przyszedł zatem stonowany Allegri. Albo, jak mówią Włosi – szefa pracującego sercem zastąpił szef pracujący mózgiem. I być może dlatego Juventus zdołał wzlecieć na pułap półfinału LM, na którym nie było go od 12 lat. Z naiwnym taktycznie poprzednim trenerem odpadał nawet po starciach z Galatasaray Stambuł.

Na boisku turyńczycy mają przede wszystkim twarz Carlosa Teveza. Na diagramach pokazujących, gdzie dotyka piłki, widać, jak z typowego goleadora przepoczwarzył się w zawodnika buszującego z dala od bramki, organizującego całą ofensywę drużyny. Jego kreatywność okazała się bezcenna zwłaszcza wobec malejącego wpływu na grę Pirlo – świadczą o nim wszystkie statystyki – kontuzji Paula Pogby, powolnego odzyskiwania formy po urazie kolana przez Arturo Vidala.

Dwóch ostatnich pożądają najbogatsze zagraniczne firmy, ale Juventus jako jedyny we Włoszech może utrzymywać gwiazdy. Ten klub to pałac stojący pośród ruin. Tylko turyńczycy grają na nowoczesnym, należącym do nich i obudowanym komercyjnie stadionie, i tylko oni dysponują stabilną, rozsądnie retuszowaną kadrą. Ba, jedenastka oparta na defensywie wyjętej z reprezentacji Włoch – Buffon, Chiellini, Bonucci, Barzagli – spacerującym przed nimi Pirlo, a także rakietowych środkowych pomocnikach Vidalu, Marchisio i Pogbie należy do najstabilniejszych w całej Europie.

I choć ten ostatni prawdopodobnie odejdzie – zapewne za kilkadziesiąt milionów euro – to nie zanosi się, by ktokolwiek Juventusowi prędko zagroził. Upadłe potęgi mediolańskie tkwią w kryzysie niespotykanym w tym mieście od dekad, Romę i Napoli ograniczają niedomagania marketingowe, reszta Serie A to biedota. Dlatego mistrz panuje totalnie – najwięcej goli wbija, najmniej traci, najczęściej celnie strzela, konstruuje najwięcej akcji ofensywnych.

Turyński prezes Andrea Agnelli fetuje wygrane, ale zarazem jest nieco sfrustrowany nędzą otoczenia. Wzdycha, że ligowy stadion ma średnio 64 lata, że jego klub jest jedynym robiącym postęp, że agresja wokół boisk nigdy nie pozwoli włoskim klubom doścignąć Barcelony, Realu, Manchesteru Utd czy Bayernu, uzyskającym pół miliarda rocznego przychodu (Juve ledwie przekracza 300 mln). A w Milanie oraz Interze nie widzi konkurentów, lecz sojuszników w międzynarodowym promowaniu całej Serie A, bez których wielkości także jego klub nie będzie wielki.

sobota, 07 lutego 2015

Juventus, jak powszechnie wiadomo, mknie jak opętany po czwarte mistrzostwo Włoch z rzędu, wyczyn nie widziany w tej części Turynu od przedwojnia. I nie widywany współcześnie w czołowych ligach – hiszpańskiej, niemieckiej czy angielskiej. Juventus, jak powszechnie wiadomo, dysponuje najbardziej stabilną i zarazem najrozsądniej konstruowaną kadrą w całej lidze włoskiej – z reprezentującą także Włochy obroną, drugą linią z wirtuozerskim Pirlo i najzdolniejszym w Serie A Pogbą, napastnikiem petardą Tevezem etc. Juventus, jak powszechnie wiadomo, ma też najsłodsze perspektywy na przyszłość, bo zbudował własny, pozwalający komercyjnie rozkwitać stadion, podczas gdy najgroźniejsi – teoretycznie najgroźniejsi – konkurenci mają je na razie wyłącznie w postaci planów architektonicznych.

Nie mogę teraz obficiej blogować, ale dzisiaj – gdy po wyrównującym golu Milanu turyńczycy odpowiedzieli po kilkudziesięciu sekundach – znów nabrałem głębokiego przekonania, że absolutna dominacja w kraju ich deprawuje i uprzykrza życie w Lidze Mistrzów. Serie A nie jest już żadnym wyznacznikiem klasy drużyny, Serie A co najwyżej nadmiernie uspokaja, nie pozwala dostrzec swoich wad, łudzi. Jak Bayernowi w zeszłym sezonie roku zaszkodziła wszechprzewaga w Bundeslidze, tak Juventusowi bruździ – bardziej – wielosezonowa wszechprzewaga w lidze włoskiej. Turyńscy piłkarze właściwie nie znają gry w stanie zagrożenia. W tym sezonie w kraju przegrywali w sumie tylko przez osiem minut – jedną w meczu z Romą, jedną w meczu z Genoą oraz sześć w zremisowanym meczu w Sassuolo. Popatrzcie, jak to wygląda na tle innych faworytów Ligi Mistrzów:



 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi