Wpisy z tagiem: Pele

czwartek, 29 marca 2012

Maradona, Pele, Zidane. Ten w środku być może był największy, ale sam nie sprawdzę, muszę zaufać kronikom, bo zachwycał, zanim się urodziłem. Ten z lewej ucieleśnia moje najwspanialsze kibicowskie wspomnienie z dzieciństwa, czyli mundial w 1986 roku, który stał się mitem założycielskim mojej futbolowej szajby. Tego z prawej uważam za najwybitniejszego wśród wszystkich, których widziałem dotychczas jako człowiek dorosły. Kryterium posługuję się w tym werdykcie skrajnie subiektywnym - zwyczajnie dawało mi gapienie się na jego grę tyle frajdy, ile chyba nigdy nie da mi Leo Messi.

Nie umiałem się oprzeć, musiałem to tutaj wkleić:

Diego Maradona, Pele, Zinedine Zidane

Oni są gigantami z przeszłości, ci poniżej mają przemożny wpływ na piłkę nożną współczesną. Najpierw popatrzcie na Johana Cruyffa i Pepa Guardiolę, w których futbolowa popkultura często widzi dziś reprezentantów Imperium Dobra:

Johan Cruyff, Josep Guardiola

Reprezentant Imperium Dobra znał się też z Jose Mourinho i jeszcze wówczas nie przypuszczał, że w przyszłości będzie zajadle walczył z nim jako reprezentantem Imperium Zła:

Jose Mourinho, Pep Guardiola

A Mourinho zapewne nie przypuszczał, iż jasnej strony mocy będzie bronił maluch tak zręczny, że mistrzowie Jedi powinni zgasić miecze i jeszcze raz zastanowić się, czy nie zmarnowali życia, bo powinni byli zająć się wymachiwaniem kończynami dolnymi, koniecznie z udziałem niewielkiej nadmuchiwanej kuli. Ten chłopiec to nie tylko teraźniejszość, ale chyba i przyszłość futbolu:

Leo Messi

Chcecie zobaczyć więcej niesamowitych futbolowych zdjęć, to kliknijcie tutaj.

wtorek, 27 marca 2012

Superbohaterowie. Diego Maradona, Pele, Leo Messi, Cristiano Ronaldo

„Urodziłem się dla piłki nożnej, tak jak Beethoven urodził się dla muzyki, a Michał Anioł dla malarstwa” - powiedział oficjalnej stronie FIFA jak zwykle skromny Pele. „Chyba zmienili mu lekarstwa. To ja w takim razie jestem Ronem Woodem, Keithem Richardsem i Bono w jednej osobie, bo ucieleśniam pasję w futbolu” - skomentował w weekend jak zwykle subtelny Diego Maradona.

Obaj giganci, którzy rozminęli się w czasie, więc nigdy nie zmierzyli na murawie, agresywnie rywalizują na słowa od lat, usiłując osobiście przyczynić się do rozstrzygnięcia, kto był największym wśród wielkich. Nie rozstrzygnęli, nie rozstrzygną i w ogóle nikt nie rozstrzygnie, bo nie dysponujemy żadnymi narzędziami pozwalających choćby podjąć próbę rozstrzygnięcia. Pele wygrał więcej - aż trzykrotnie złoto mundialu - ale w reprezentacji Brazylii otaczali go wirtuozi, a w europejskim klubie nigdy się nie sprawdził. Maradona wygrał mniej - mundial tylko raz - ale w reprezentacji Argentyny, podobnie zresztą jak w Napoli, tłumu wirtuozów nie miał.

Nie rozstrzygniemy też, kto bardziej zawodzi po zakończeniu kariery. Pele stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, który stara się nigdy nie wywoływać kontrowersji, a Maradona beznadziejnym trenerem i niezrównoważonym awanturnikiem, który kontrowersje wywołuje w odruchu bezwarunkowym.

Debata o najlepszym współcześnie piłkarzu też może okazać się nie do rozstrzygnięcia. A mamy powody zakładać, że jak wiek XX należał do Maradony i Pelego, tak wiek XXI jeszcze przez wiele lat będziemy uważać za erę Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Obaj różnią się diametralnie (naturalny wszechtalent kontra wytrenowany terminator), ale też obaj w różny sposób wywierają na wyniki zbyt wyraźne piętno i wywierają go na zbyt długim dystansie czasu, by porównywać ich do jakiegokolwiek rywala z boiska. To superbohaterowie toczący osobny pojedynek na szczycie. Batman kontra Superman, The Beatles kontra Pink Floyd, Mann kontra Dostojewski, chianti kontra single malt.

Messi wygrał (na razie) więcej, ale przez całą karierę przebywa w idealnym świecie. Tam, gdzie się wychował; otoczony wirtuozami tworzącymi najlepiej zsynchronizowaną i najbardziej wyrafinowaną orkiestrę w futbolu; u dyrygenta, dla którego podstawowym kryterium oceny przydatności innych graczy jest umiejętność współpracy z argentyńskim liderem. A także podporządkowania mu się. Ronaldo wygrał (na razie) mniej, ale szaleje w drużynach „zwyczajnych” (czytaj: przystosowujących styl do aktualnych okoliczności), do których musiał wyemigrować. I niewykluczone, że Argentyńczyk w Barcelonie wytrzyma po ostatni dzień kariery, a Portugalczyk jeszcze co najmniej raz klub zmieni - na Bayern, Milan czy inną firmę o godnej jego nazwiska renomie lub przyjętej do arystokracji za pieniądze szejków.

Jeśli tak, to w jakimś sensie będzie ich dzielić to, co dzieli dziś ich aktualnych trenerów. Niełatwo zmierzyć, czy więcej osiągnął Josep Guardiola, który kataloński zna od kołyski i czerpie z długofalowej filozofii klubu, czy Jose Mourinho, który wciąż podbija nowe światy.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że polemiki między Messim i Ronaldo - a także między ich zwolennikami, że pozwolę sobie pofantazjować - nigdy nie będą przypominać niekończącej się dyskusji między Pelem i Maradoną.

Ten ostatni znów zaapelował, by wreszcie zostawić Messiego w spokoju i przestać dywagować, czy zdystansuje swego wielkiego poprzednika, ale przy okazji dodał, że jedną korzyść z debaty widzi: „Ten kolorowy z FIFA nie lubi, kiedy zbyt wiele się o nas mówi”. Pił oczywiście do Pelego.

Archiwum
Tagi