Wpisy z tagiem: Bundesliga Jrgen Klopp

wtorek, 06 sierpnia 2013

Kiedy zastanawiam się nad specyfiką pracy trenera, przypominają mi się słowa Krzysztofa Kieślowskiego, który mówił, że film nigdy nie jest ukończony, że reżyser go w pewnym momencie po prostu porzuca i wypuszcza na ekrany. Trener też nigdy nie ma drużyny ukończonej, ale nadchodzi dzień, w którym musi ją wypuścić na boisko. A w każdym razie powinien tak myśleć – jeśli uzna, że dzieło ukończył, wykona pierwszy krok ku zgubie. Zdaje sobie z tego sprawę Pep Guardiola, który po sezonie 2008/2009, będącym jego opus magnum w Barcelonie, najbardziej obawiał się deprawującej stabilizacji i nieustannie udoskonalał doskonałe.

Monachijski Bayern zastał kataloński trener w identycznym momencie – nasycony spektakularnym, najwspanialszym rokiem w historii klubu, czyli zagrożony rozprężającym samozadowoleniem. Stanął jednak Guardiola przed zadaniem trudniejszym. Na Camp Nou rządził głównie ułożonymi chłopcami, których lubię sobie wyobrażać z piłką przy poduszce, a gdy podpadł mu niegrzeczny Zlatan Ibrahimovic, to bezzwłocznie się go pozbył, nie bacząc na gigantyczną stratę finansową. W Bayernie wszedł w stado osobników wyjątkowo narowistych, wystarczy wspomnieć galopujących po skrzydłach Robbena, Ribery’ego czy Philippa Lahma, wokół których wiruje jeszcze gwiazdozbiór legend przeszłości – od Beckenbauera, przez Hoenessa, po Rummenigge i Sammera – w trudnych chwilach niechętnie korzystających z okazji, by pomilczeć. A jednak wykonuje Guardiola w tych delikatnych okolicznościach ruchy zamaszyste, tamte manewry barcelońskie zdają się przy monachijskim nieznacznym retuszowaniem. A to wyrzuci na skrzydło środkowego napastnika Mario Mandżukicia. A to wrzuci w środek pola urodzonego bocznego obrońcę Philipa Lahma. A to rozbije mur zbudowany z Javiego Martineza i Schweinsteigera, by znaleźć przestrzeń dla rozgrywającego Thiago Alcantary. A to wycofa Martineza do defensywy. W zakończonym przed chwilą pucharowym meczu z czwartoligowym Schwarz-Weiss Rehden znów kombinował, bo Robben – dotąd sądziliśmy, że stworzony, by fruwać po obu flankach – do przerwy krążył bardzo daleko od linii bocznych. A na treningach sprawdzał nawet Guardiola w centrum ataku Ribery’ego...

Przekształcanie monachijskiego 4-2-3-1 w 4-1-4-1 oznacza, że nowy trener Bayernu próbuje zorientować drużynę – ingerując w mechanizm, przypomnijmy, idealnie zrównoważony – nieco bardziej ofensywnie, co jest zresztą niezbędne, jeśli chce wykorzystać tłum graczy wybitnie kreatywnych. Już w poprzednim sezonie gęsty, teraz wzbogacony jeszcze o wspomnianego Alcantarę i Mario Götzego, do których musimy dostawić zaniedbywanego dotąd Shaqiriego. Na razie uderza jednak nie tyle kierunek eksperymentów, co ich skala. Jakby Guardiola stawał na głowie, by od pierwszego meczu nikt nie wypominał mu, że przejął gotowy cudzy film i że pozostaje mu co najwyżej dodać od siebie kilka drobnych korekt w montażu.

Najpierw każdy jego gest wywoływał euforię. Od wydanego przed przed inauguracyjnym treningiem na Allianz Arenie ­– pierwszym w historii Bundesligi płatnym, pierwszym transmitowanym na żywo w telewizji – polecenia, by na katalońską modłę trawę przyciąć i ją polać, po kategoryczny zakaz podawania piętą. Piłka między stopami Bayernu ma podróżować w obłędnym tempie, wszelkie ozdobniki to spowalniający ją balast. Miodowy miesiąc jednak minął, zanim na dobre rozpoczął się sezon, gazety już ośmielają się stawiać przy nazwisku Guardioli znaki zapytania. Sam trener publicznie zachwyca się pojętnością piłkarzy, którzy przenoszą na boisko wszystko, czego sobie zażyczy, oni czasem zdradzają ambiwalentne odczucia. Robben wzdychał do mikrofonów, że „to ważne, by nie czynić futbolu zbyt skomplikowanym”, 34-letni Claudio Pizarro wyznał, że nigdy nie spotkał trenera, który tyle zmieniał”.

A porażka z Borussią Dortmund w Superpucharze przypomniała mi, że w Jürgenie Kloppie odkryje być może przeciwnika bardziej przykrego w walce niż José Mourinho. Na Camp Nou bił się z wrogiem o równorzędnym potencjale – i Barcelona, i Real Madryt miały „obowiązek” wygrywać. W Niemczech nie ma o tym mowy, tam tylko Bayern „musi”, Borussia nadal zaledwie „może”. Choć w transfery i pensje dortmundczycy inwestują coraz więcej, to przy monachijczykach wciąż są – i jeszcze długo będą – łachmaniarzami, ostatnio znów pokrzywdzonymi – wyszarpaniem im Götzego oraz destabilizującą szatnię awanturą o Lewandowskiego. Klopp rywalizuje więc z Guardiolą z komfortową świadomością, że jeśli ulegnie, to widownia zrecenzuje go, co oczywiście zrozumiałe, łagodnie, wskazując na ubóstwo dortmundzkiej kadry.

Kibicujemy w erze trenerskich megagwiazd, wokół zderzeń ich osobowości kręcą najbardziej porywające piłkarskie fabuły. Jeśli walka Bayernu z Borussią przyćmiła ostatnio nieco wojnę madrycko-katalońską, bowiem to szlagier niemiecki, a nie El Clasico, odbył się w glorii finału Ligi Mistrzów, to rywalizacja Guardioli i Kloppa być może uczyni dla atrakcyjności pojedynku na szczycie Bundesligi jeszcze więcej. Kimże przy tym starciu tytanów są Gerardo Martino z Barcelony, w Europie anonimowy, oraz Carlo Ancelotti z Realu, fachowiec wybitny, lecz pozbawiony medialnego sex appealu? Napięcie w opowieści dortmundzko-monachijskiej rośnie nieprzerwanie od trzech sezonów, aż po kulminację na Wembley, a niewykluczone, że czwarty rok będzie jeszcze bardziej fascynujący. I zakończony potworną udręką bądź ekstazą, czego nakazuje się spodziewać skala oczekiwań wyrażona przez Lahma, który wierzy, że Guardiola wyniesie Bayern na poziom w piłce reprezentacyjnej zajmowany przez Hiszpanię.

Archiwum
Tagi