Wpisy z tagiem: Liga Europiejska

środa, 15 maja 2013

Odkąd ośmielił się wleźć do szatni Chelsea, zdawałem sobie sprawę, że na jego londyńską mitręgę będę spoglądał z niecodziennej perspektywy – niepowodzeń nie zapiszę mu na minus, za to przy ewentualnych sukcesikach postawię spory plus.

Wszystko przez skandalicznie szkodliwe warunki pracy. Wiadomo było, że przyjęty zostanie z wrogością lub rezerwą (przez osobników chorobliwie życzliwych bliźnim), a zawsze wierzyłem, że wdychanie trujących substancji uniemożliwia prawidłowe funkcjonowanie trenerskiego mózgu. Sam zresztą był sobie Hiszpan winny, że naraził się londyńczykom jako agresywny trener Liverpoolu. No i sam posadę wziął, nikt go pod pistoletem nie trzymał.

Wykluczałem zarazem scenariusz, w którym Benítez zdobywa w Chelsea sympatię, nie mówiąc już o rozkochaniu w sobie trybun oraz szatni. To typ odpychająco zimny, może wręcz zasługujący, by obwołać go modelowym przykładem trenera antypatycznego. Piłkarzy traktowanych jak figury na szachownicy umiał przesuwać z sensem, inteligencją emocjonalną nie błyszczał. Do dziś pamiętam, jak ostatecznie przesądził o swoim losie w Interze Mediolan, fatalnie wybierając moment, by publicznie oskarżyć właściciela Massimo Morattiego o bierność transferową, ponoć sabotującą jego trenerski trud. Zaatakował Hiszpan zaraz po triumfie w klubowych mistrzostwach świata, szatnia chyba jeszcze tonęła w bąbelkach. Zapaskudził święto. I niedługo potem został wykopany.

Tam niedyplomatycznie kończył, w Londynie niedyplomatycznie zaczynał, kontynuował, być może także skończy. Zamiast się przezornie poprzymilać, stękał, że dostał drużynę marnie przygotowaną fizycznie (przygotowaną, dodajmy, przez ulubieńca wszystkich Roberto di Matteo), a potem agresją odpowiadał na agresję. Kibicom wypominał, że śpiewają przeciw niemu zamiast śpiewać dla piłkarzy. Pracodawcy wyrzucał, że zatrudnianiem trenera tymczasowego – ostentacyjnie tymczasowego – drużynę destabilizował, zamiast dawać jej stabilność, czyli fundament sukcesu.

I sezon mijał wedle prostego schematu. Jeśli Benítez mylnie wyselekcjonował jedenastkę, straceńczo zwlekał ze zmianami, zmieniał niezrozumiale lub popełniał jakikolwiek błąd, to popełniał grzech ciężki. Jeśli błędu uniknął, to chwała wam, piłkarzom.

Dzisiaj, trzymając się wspomnianej logiki, przeszkodzić piłkarzom nie zdołał. W ogóle w Lidze Europejskiej przeszkadzał im chyba umiarkowanie, skoro turlali się od rundy do rundy. Aż zdobyli trofeum.

Z Londynem rozstanie się w chłodzie, bez odciśnięcia na drużynie piętna i nadania jej całkiem nowego kształtu, zniechęcającego następcę do radykalnych ruchów (choć sytuację niewątpliwie uporządkował). I nawet jeśli w przyszłości David Luiz zapanuje nad środkiem boiska i tam spełni się jako piłkarz, może nawet stanie się legendą Chelsea, pewnie mało kto wspomni, że to właśnie Benítez postanowił odepchnąć go od defensywy (poprzednicy tylko takie posunięcie rozważali). Powtórzmy: Hiszpan miał do odbębnienia rolę p.o. trenera, którego szwendanie się trzeba jakoś przecierpieć. Dzisiejszy triumf to tylko przyjemny skutek uboczny przykrości, jaka dotknęła kibiców Chelsea.

Mnie ów skutek uboczny przypomniał jednak przede wszystkim, jak rewelacyjną wydajność demonstruje Benítez przez całą karierę. Gdybyśmy oceniali kompetencje trenerów przez ich umiejętność odnajdywania się w różnych kulturach i na różnych poziomach sportowych, niełatwo byłoby wskazać godnego konkurenta – Hiszpan dwa kluby wyniósł z drugiej do pierwszej ligi hiszpańskiej (Extremadura, Tenerife), w trzech krajach zdobywał trofea (Hiszpania, Anglia, Włochy, znów Anglia), z aż trzema drużynami wygrywał europejskie puchary (Valencia, Liverpool, Chelsea).

Tego ostatniego wyczynu dokonał w XXI wieku tylko on. Jak na znienawidzonego przybłędę, całkiem nieźle.

Co nie znaczy, że czarny charakter nie narobił złego – Roman Abramowicz dostał kolejną szkołę futbolowego życia. Znów się upewnił, że może do woli i bez sensu wywijać trenerami, może nawet seryjnie wynajmować „tymczasowych”, a jakieś trofeum i tak zawsze mu wpadnie.

Archiwum
Tagi