Wpisy z tagiem: Zlatan Ibrahimovic

środa, 13 kwietnia 2016

Zlatan Ibrahimović, Liga Mistrzów

Próbuje od 2001 r., a osiągnął ledwie jeden półfinał. Nie ma innego tak wybitnego piłkarza, którego dorobek w Lidze Mistrzów byłby tak nędzny.

We wtorek po raz piąty z rzędu zatrzymał się na ćwierćfinale, bo jego Paris Saint-Germain uległo Manchesterowi City 0:1.

Ibrahimović zasłużenie uchodzi za wirtuoza, zdolnego do wyczarowywania zagrań bajecznych, o których inni nie umieją nawet pomyśleć. Jego popisowy numer, kombinacja wspaniałej techniki i sprawności posiadacza czarnego pasa w taekwondo, to uderzenie piłki piętą, wykonywane na dowolnej wysokości – strzelił dzięki niemu mnóstwo goli w klubach i reprezentacji Szwecji. Jest Zlatan – mało kto mówi lub pisze o nim po nazwisku – graczem w swej oryginalności niepowtarzalnym, jest charyzmatycznym liderem na boisku, jest błyskotliwą osobowością poza nim. Przedstawia się jako „bóg” i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale to nie bufonada Wałęsy, on traktuje wizerunek megagwiazdora z dystansem. I dowcipem – kiedy obiecuje paryżanom, że jeśli postawią jego pomnik zamiast wieży Eiffla, to przedłuży z klubem kontrakt.

I gdybyśmy skupili się na trofeach krajowych, to jego dorobek rzeczywiście odzwierciedlałby reputację piłkarza zjawiskowego. Przez 15 lat z Ajaxem, Juventusem, Interem, Barceloną, Milanem i PSG szwedzki napastnik aż 13 razy zdobywał mistrzostwo Holandii, Włoch, Hiszpanii i Francji (ale dwa utracił wskutek afery Calciopoli) – byłby tu absolutnym rekordzistą, gdyby nie jego przyjaciel, podążający za nim od klubu do klubu brazylijski obrońca Maxwell. 11 oficjalnie uznanych tytułów Ibrahimovicia to tyle, ile uzbierali razem wzięci Messi (siedem) i Ronaldo (cztery).

Jeśli jednak zanalizujemy jego bilans w LM, to otrzymamy wynik szokująco mizerny, poniżej godności nawet znacznie mniej renomowanych piłkarzy. Odkąd Ibrahimović w 2001 r. przepadł wraz z Ajaxem w eliminacjach, wystąpił we wszystkich edycjach – raz odpadając w fazie grupowej, cztery razy w 1/8 finału, osiem razy w ćwierćfinale i raz w półfinale. To ostatnie osiągnięcie zawdzięcza jedynemu sezonowi spędzonemu w Barcelonie, ale nawet tamtych chwil raczej nie wspomina z przyjemnością – w obu meczach z Interem trener Pep Guardiola odwoływał go z boiska po godzinie gry. To właśnie na Camp Nou przeżył zresztą najbardziej prestiżową porażkę. On, wokół którego wszędzie kręci się świat, przez galaktykę Messiego został odrzucony.

Łatkę „zawodzi w ważnych momentach” przylepiamy piłkarzom zbyt lekkomyślnie, niekiedy próbuje się ją wmusić nawet Ronaldo, który we wtorek rozłupał hat trickiem Wolfsburg. I być może właśnie on zademonstrował nam, czym się różni prawdziwy nadpiłkarz od gracza do miana nadpiłkarza jedynie aspirującego.

Gdy Real znalazł się na krawędzi, Ronaldo wpadł na boisko z takim impetem, jakby nie zamierzał się oglądać na kumpli z drużyny i awans do półfinału chciał zapewnić w pojedynkę. Wola triumfu go rozsadzała, potworną energię wkładał i w ofensywę, i w defensywę. Piłkarz tornado.

A wokół Zlatana było tego wieczoru niemal bezwietrznie. Znów. Owszem, we wtorek można go było usprawiedliwiać nieobecnością pomocników – do kontuzjowanego Verrattiego dołączył w trakcie gry Thiago Motta – oraz dziwaczną ideą trenera Laurenta Blanca (znienacka rozkazał podwładnym grać w nieprzećwiczonym systemie 3-5-2). Ale w idealnej sytuacji spudłował. Ale w meczu przed tygodniem zmarnował karnego. Ale w skandalicznych okolicznościach przegrał wtedy również pojedynek oko w oko z bramkarzem. Solidnie pracował na przygnębiającą statystykę – w bieżącej edycji LM wykorzystał ledwie 18 proc. klarownych okazji do strzelenia gola, największą wśród wszystkich zawodników, którzy mieli ich ponad 10.

I jeśli zajrzymy jeszcze głębiej w przeszłość, dostrzeżemy kolejne powody, by ogłosić, że akurat Ibrahimović istotnie „zawodzi w ważnych momentach”. Oczywiście gdy uznamy, że „ważne momenty” to nade wszystko wiosenne wieczory w LM. Przecież przed rokiem wyleciał z boiska z czerwoną kartką już w 31. minucie meczu 1/8 finału z Chelsea.

Można powiedzieć, że prześladował go pech – kiedy odszedł z Interu, to Inter natychmiast wygrał LM, a kiedy opuścił Barcelonę, to Barcelona też natychmiast wygrała LM. Można jednak zaproponować inną interpretację – że on albo drużynę całkowicie sobie podporządkowuje i przez to czyni ją niewystarczająco silną na najwyższym poziomie rywalizacji, albo musi uciekać z drużyny niechętnej do podporządkowania mu się. Paradoks Zlatana najwyraźniej widać było w Milanie, który ze swoim liderem częściej wygrywał (we włoskiej w Serie A), ale bez lidera prezentował często lepszy futbol.

Jesienią Szwed skończy 35 lat, ale starzeje się ładnie, w tym sezonie pobije pewnie swój snajperski rekord – w 43 meczach PSG strzelił 39 goli, potrzebuje jeszcze trzech. Zabawia się jednak wyłącznie we Francji, w której jego klub ma taką przewagę, że szuka inwestorów dla konkurentów. By ich wzmocnić. To też charakterystyczne dla listy zasług Zlatana – aż siedem krajowych tytułów uzyskał w barwach drużyn o gigantycznej przewadze nad rywalami, wcześniej we Włoszech korzystał wraz z Interem na wspomnianej aferze Calciopoli.

I wypadałoby go uznać za naturalnego kandydata na najbardziej niespełnionego wirtuoza współczesnego futbolu, gdyby nie wątpliwości, czy aby Ibrahimović nie uważa, że jeśli Zlatan nie wygrał Ligi Mistrzów, to tym gorzej dla Ligi Mistrzów.

środa, 02 kwietnia 2014

Słyszysz: Paris Saint Germain, myślisz: Ibrahimović. Słyszysz: Ibrahimović, myślisz: genialny artysta, który wprawia Europę w uniesienie, ale nie umie jej podbić.

Teoretycznie nie wypada redukować do pojedynczego solisty supergrupy, którą tworzą gwiazdy wykradzione z włoskiej Serie A, na czele z Thiago Silvą – już chyba bezspornie najlepszym obrońcą świata. Jak jednak oprzeć się współczesnemu środkowemu napastnikowi, być może nie najwybitniejszemu, lecz najbardziej błyskotliwemu, natchnionemu, osobnemu?

„Piłkarz z YouTube’a” to pogardliwe określenie rzekomego wirtuoza, który urzeka tylko na umiejętnie zmontowanych wideo – zawierającymi udane, niekiedy wręcz bajeczne zagrania wyłuskane z bezliku byle jakich. Ibrahimovicia można by nazwać piłkarzem z YouTube’a z zupełnie innych powodów – niemal w każdym meczu wyczarowuje kopnięcia lub muśnięcia piłki, na jakie nie stać nikogo innego. Z braku umiejętności, wyobraźni albo predyspozycji atletycznych. Tylko Szwed łączy zwalistą sylwetkę z baletową lekkością ruchów i skłonnością do wymyślania rozwiązań nie z tej Ziemi, dlatego czasem wbije gola z przewrotki wykonanej 30 metrów od bramki, innym razem użyje swojej ulubionej pięty (najchętniej na wysokościach drugiego piętra), ewentualnie odpali rakietę z rzutu wolnego. Nie strzela najczęściej, ale strzela niepodrabialnie.

Tylko ta chroniczna niezdolność do zdobycia jakiegokolwiek poważnego międzynarodowego trofeum... Przede wszystkim – Pucharu Europy, świętego Graala klubowego futbolu, bez którego pełnego spełnienia nie osiągnie żaden wybitny gracz. Przewędrował już Ibrahimović przez ligę holenderską, włoską, hiszpańską i francuską, wszędzie zdobywał mistrzostwo kraju (gdyby nie afera Calciopoli uzbierałby ich 10 w minionych 12 sezonach, właśnie zmierza po kolejne), niemal wszędzie rozbłyskiwał na najjaśniejszą gwiazdę. Ale LM sprawia wrażenie stworzonej, by go prześladować, i to wyjątkowo okrutnie. Kiedy zajrzał do Barcelony Pepa Guardioli, to akurat na sezon pomiędzy oboma zwycięskimi. Kiedy opuścił Inter, to Inter natychmiast wygrał wszystko. Kiedy zaciągnął się do Milanu, to dopiero wtedy, gdy ten wyspecjalizowany w europejskich pucharach klub zszedł w fazę schyłkową.

Nie ma nikogo innego, kto próbuje tak długo, a osiągnął tak niewiele. Odkąd Ibrahimović porzucił Szwecję, zamierza się na Champions League sezon w sezon – to jego 14. edycja z rzędu. Dorobek? Jeden marny półfinał.

Chelsea, z którą dziś zagra, zmierza po swój siódmy w erze Abramowicza. José Mourinho też sięga przynajmniej tego pułapu niemal wszędzie, gdzie rządzi – w Porto, Chelsea, Interze, Realu. Ale jego aktualni piłkarze zachowują się czasem, jakby uwierzyli w uporczywe zapewnienia trenera, że brakuje im dojrzałości. Miewają chwile słabości dla drużyn Mourinho raczej nietypowe. A Zlatan po trzydziestce odleciał. Gra piękniej i skuteczniej (40 gole w 42 meczach sezonu) niż kiedykolwiek, rozszerzył repertuar o przygotowywanie ataków innym, w klubie go nie tyle akceptują jako lidera, ile czczą. Nic dziwnego, wystarczy zerknąć na kilka jego boiskowych dzieł, by uznać za niepojęte, że nigdy nie doskoczył do podium plebiscytu Złota Piłka.

piątek, 17 lutego 2012

Zlatan Ibrahimovic. Autobiografia

Żołądkowałem się już felietonowo, że wydawane u nas biografie futbolistów smakują jak trociny, bowiem opowiadają o chłopcach, których niemal cała życiowa aktywność sprowadza się do ganiania za piłką - w każdym razie tyle wynika z ich wynurzeń, i to wynurzeń najpewniej wygładzanych przez piarowców. Autobiografia Ibrahimovicia smakuje nieporównanie lepiej. Jest inna, jak odmieńcem jest on sam. Ostra, bezkompromisowa, pozwalająca rzeczywiście poznać bohatera. Posłowie do niej pisałem z przyjemnością, wam polecam lekturę. Na razie daję wyżej okładkę wydania szwedzkiego, polski przekład ukaże się w marcu.

Teraz chcę wspomnieć tylko o owej osobności Zlatana, o której już blogowałem - w książce Ibrahimovic przypomina nam, że jest (prostym) chłopakiem z Rosengård, co kilka stron, to chyba najczęściej powtarzana fraza. Pochodzi z etnicznego getta na przedmieściach Malmoe, jego rodzice rozwiedli się, kiedy był dwuletnim brzdącem, ojca oglądał głównie pijanego, w młodości nie dojadał, notorycznie kradł i nie umiał wyobrazić sobie, jak trzeba być majętnym, żeby mieszkać w willach, które widywał w dzielnicach zamożniejszych. Ta przeszłość tkwi w nim głęboko, sprawia, iż w życiu motywuje go - jak sam przyznaje - parzące pragnienie zemsty, a przede wszystkim wpędza w nieuleczalny, wyzierający spomiędzy wersów kompleks, co jest chyba najbardziej zaskakującym odkryciem dla czytelnika, który zna tego bezczelnego gwiazdora z boiska i publicznych wystąpień.

Tak, z autobiografii wyłania się nam Ibrahimovic osobliwie wielowymiarowy, bowiem ów kompleks łączy z narcyzmem oraz przeświadczeniem o własnej wyjątkowości. I rzeczywiście, jest wyjątkowy. Niebanalnie ułożył sobie nawet życie prywatne, bo związał się z kobietą o 11 lat starszą (nawiasem mówić, nazywa ją, matkę swoich synów, jakże wdzięcznym evilsuperbitchdeluxe). Nie sposób go też zaklasyfikować jako Szweda, skoro dowiadujemy się, że w 1994 roku kibicował na mundialu Brazylijczykom - i to na mundialu, na którym jego rodacy wypadli rewelacyjnie, zdobywając sensacyjny brąz. Czytamy: „Moi koledzy kompletnie potracili głowy: chcieli mieć autografy wszystkich wielkich gwiazd Niebiesko-białych, a zwłaszcza jednego piłkarza, Thomasa Ravelliego. Był bohaterem nad bohaterami, ponieważ obronił kilka rzutów karnych na mistrzostwach świata w USA w 1994 roku. Osobiście nigdy o nim nie słyszałem, ale uznałem, że wypadało coś powiedzieć. Nie chciałem się skompromitować (...)” By pojąć, jakim odmieńcem był nastoletni Zlatan, trzeba wyobrazić sobie młodego polskiego piłkarza, który nigdy nie słyszał o Jerzym Dudku albo Arturze Borucu. Albo w czasach drużyny Kazimierza Górskiego kibicował Holandii.

Ibrahimovic kibicował Romario i Bebeto, absolutnego idola miał - naprawdę go ubóstwiał - Ronaldo. Oczywiście tego oryginalnego, brazylijskiego. Zaintrygował mnie jego kazus. Skoro tylu fanów miewa kłopot z zaakceptowaniem w reprezentacji Polski francuskojęzycznego Obraniaka, to co by pomyślało o powołaniach dla szwedzkojęzycznego właściciela szwedzkiego paszportu, który czuje się obywatelem rewiru, owszem, położonego w Szwecji, lecz mentalnie wręcz eksterytorialnego?

Archiwum
Tagi