Wpisy z tagiem: Liga Światowa

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Bezprecedensowa seria wpadek w Lidze Światowej byłaby łatwiejsza do zniesienia, gdyby nie rządził nimi nałogowy kolekcjoner sukcesów Andrea Anastasi. Jeśli on przegrywa, sprawa robi się poważna.

Owszem, Polakom zdarzyło się już rozpocząć otwierające sezon rozgrywki od czterech porażek. Raz. Działo się to jednak w starożytności, w roku 1999, kiedy wychodzili z wieków dla naszej siatkówki ciemnych, nieśmiało skradali się do bardzo szeroko pojętej czołówki, frajdę dawały nam pojedyncze urywane sety. A oberwali wtedy czterokrotnie od broniącej srebra Rosji.

Teraz wystartowali jako triumfatorzy poprzedniej edycji. Faworyci, ćwiczeni przez włoskiego selekcjonera od dwóch lat, z niemal nietkniętą kadrą. Jeśli spojrzeć, co się dzieje u konkurencji – poszarpanej gwałtownymi ruchami personalnymi, czasem wręcz szerokimi wymianami pokoleń – pracują w błogim spokoju i stabilizacji. A ulegli nie tylko Brazylii, lecz także radykalnie odmłodzonej Francji, której medale się nie śnią. I marne to pocieszenie, że opierali się jej polscy siatkarze aż po tie-breaki, skoro wcześniej Amerykanie i Bułgarzy bili trójkolorowych we wszystkich meczach. Trzeba brać już pod uwagę najbardziej brutalny scenariusz: Polacy zostaną drugimi w historii LŚ obrońcami tytułu, którzy nie doskoczą nawet do turnieju finałowego.

Czyżby Anastasi pomylił się, redukując liczbę sparingów do ledwie dwóch gierek z Serbią? Przesadził z obciążeniami treningowymi, dlatego jego ludzie tak wolno odzyskują – choć chyba odzyskują – wigor? A może reprezentację na pułapie medalowym rzeczywiście utrzymywał niemal samotnie Bartosz Kurek, przed nieudaną wyprawą do ligi rosyjskiej zbijający spod sufitu?

Odpowiedzi „tak” na dwa pierwsze pytania brzmiałyby o tyle uspokajająco, że od Anastasiego, imponująco doświadczonego multimedalisty, możemy oczekiwać refleksji i wyciągnięcia trafnych wniosków na przyszłość.

Twierdząca odpowiedź na trzecie pytanie brzmiałaby już bardzo niepokojąco, bo nakazywałaby zrewidować optymistyczny, dość powszechny pogląd o potencjale naszej siatkówki. W reprezentacyjnej rezerwie trzymamy skrzydłowych kieszonkowych (191 cm Michała Kubiaka, 189 cm Michała Ruciaka i 195 cm Jakuba Jarosza to gabaryty w ścisłej czołówce rzadkie, a razem wzięte wręcz niespotykane), z ataku też nie strzela klasyczny bombardier (przysposabiany z innej pozycji Zbigniew Bartman), więc Łukasz Żygadło musiałby się nieźle nakombinować, by uczynić ich grę komfortową. A przecież tam, gdzie wytrwał w klubie dłużej (Trento), i tam, gdzie porozgrywa w przyszłym sezonie (Zenit Kazań), piłka fruwała lub będzie fruwała na drugie piętro, do wielkoludów. Zupełnie inny wymiar siatkówki.

Co więcej, nieobecność weterana Pawła Zagumnego (w poprzedniej LŚ regularnie wyręczał Żygadłę w chwilach kryzysu) oraz osadzenie w rezerwie młodego Fabiana Drzyzgi – bezlitośnie konsekwentne, tylko on nie dotknął boiska – pozbawia Polaków alternatywy. Możliwości wyrazistej zmiany na pozycji organizującego grę, która np. w piątek pomogła sensacyjnie zwyciężyć Francuzom. Oby włoski trener nie wpędzał samego siebie w pułapkę...

W każdym razie dotkliwą serię porażek podpisanych przez poprzednich selekcjonerów, Daniela Castellaniego i Raúla Lozano, przyjąć ze spokojem byłoby łatwiej. Oni otwarcie hierarchizowali turnieje, wpadki podczas pomniejszych mogli wytłumaczyć celem dalekosiężnym, donioślejszym – w tym sezonie byłyby nim mistrzostwa Europy. Anastasi działa inaczej. To zawodowiec uzależniony od wygrywania, zainspirował naszych siatkarzy do bezprecedensowego parcia na medal – brali kolejno brąz LŚ, brąz ME, srebro Pucharu Świata, złoto LŚ. Nawet w majowym, tym rozegranym w podstawowym składzie sparingu z Serbią mową ciała – czy raczej: wrzaskiem ciała – dawał do zrozumienia, że porażki nie zniesie.

Jeśli zatem siatkarze przegrywają pod jego dowództwem, to tylko dlatego, że mu zwyczajnie nie wyszło. Znów mu nie wyszło – poprzedni sezon zwieńczyła bolesna klapa olimpijska. Teraz po wspomnianym majowym zwycięstwie nad Serbami obejrzał przegrany rewanż, a potem serial niepowodzeń rozciągnął się na pięć odcinków. Tak długiego jego zagraniczni poprzednicy nie oglądali. Tak długiego kibice reprezentacji Polski nie oglądali od 2002 roku.

Archiwum
Tagi