Wpisy z tagiem: siatkówka

niedziela, 17 grudnia 2017

klubowe mistrzostwa świata, siatkówka, Skra Bełchatów

Klubowe mistrzostwa świata w wykonaniu siatkarzy Skry Bełchatów podzieliłbym na trzy etapy. Najpierw świętowaliśmy tzw. triumf organizacyjny, czyli zaproszenie do turnieju, które było pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia sportowego. Następnie obejrzeliśmy łatwiutkie zwycięstwa nad słabiutkimi rywalami z Chin oraz Argentyny, których przydzieliło Skrze pomyślne losowanie. Aż dotarliśmy do meczów o poważną stawkę, z realnymi potęgami – Zenitem Kazań, Cucine Lube Civitanovą oraz Sadą Cruzeiro.

Wtedy przerżnęli bełchatowianie wszystko. 0:3 z Rosjanami, 0:3 z Włochami, 0:3 z Brazylijczykami. Aż mi się w trakcie oglądania przypomniało, jak w młodości kumple wołali na mnie przez chwilę „Stecu 09”, bo przekonywałem ich, że Widzew wyeliminuje Eintracht z Pucharu UEFA, a Widzew wziął i na złość mi oberwał we Frankfurcie 0:9.

Siatkarze Skry nie wypadli beznadziejnie. Próbowali się stawiać Zenitowi, w sobotnim w półfinale wszystkie sety przegrali minimalnie, oklapli dopiero dzisiaj. Im jednak dłużej – czy raczej: krócej – na nich patrzyłem, tym bardziej dzwoniło mi w głowie, że na udział w imprezie o szumnej nazwie „klubowe mistrzostwa świata” zwyczajnie nie zasłużyli. Zresztą wepchnęli się tam, starym siatkarskim zwyczajem, dzięki dzikiej karcie.

Doświadczenie mają tu olbrzymie. Zanim w 2015 r. Skra jedyny raz awansowała do turnieju finałowego Ligi Mistrzów rękami swoich siatkarzy, aż trzykrotnie występowała tam jako gospodarz, wyłącznie ze względów pozasportowych – w 2008, 2010 i 2012 r. A teraz jeszcze podarowała sobie KMŚ... To w siatkówce nic niezwykłego, mówimy o dyscyplinie skażonej mnóstwem patologii, ale bełchatowianie przelicytowali wszystkich. Nikt inny nie otrzymał w prezencie zaproszenia do prestiżowych imprez klubowych aż czterokrotnie.

O czym przypominam, bo do programowej pogardy dla sportowych reguł gry w siatkówce przywykliśmy, zobojętniała nam, coraz częściej jej nie zauważamy. A jeśli nawet zauważamy, to stękamy i unosimy się oburzeni, że tę dyscyplinę zatruwają jacyś nieokreśleni „inni”, w domyśle – działacze organizacji międzynarodowych.

Nieprawda. My, Polacy, w niszczycielskim procederze aktywnie uczestniczymy. Siatkówka to nie „oni”, lecz „my”. A kończącej się właśnie w Krakowie imprezie towarzyszy ponury paradoks, stanowiący przykry dowód naszej winy. Oto Polska jako jedyny kraj wystawiła w klubowych MŚ aż dwóch swoich przedstawicieli akurat w momencie, w którym zasługuje na wyróżnienie w jeszcze mniejszym stopniu niż zazwyczaj. Wiosną żaden nasz klub nie doskoczył wszak do turnieju finałowego Ligi Mistrzów – po pięciu latach nieprzerwanego udziału w elicie.

Generalnie nie istnieją żadne sportowe kryteria, według których mielibyśmy prawo zaciągać do KMŚ i Zaksę, i Skrę. Nawet w europejskim rankingu lig nasza ustępuje i rosyjskiej, i włoskiej, i tureckiej. Światowa siatkówka chorowała, choruje i, obawiam się, jeszcze długo pochoruje. Również z powodu zarazków rozpryskiwanych przez Polaków.

Tagi: siatkówka
20:49, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
niedziela, 02 lipca 2017

siatkówk, mistrzostwa świata juniorów. Fot. FIVB

Wszyscy znamy ponurą legendę o sportowcach młodych zdolnych, którzy nie dojrzewają na spełnionych dorosłych, ale akurat mistrzostwo świata juniorów zdobyte przez polskich siatkarzy rokuje doskonale.

Kiedy wzięli je w 1997 r. w Bahrajnie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Piotr Gruszka, Paweł Zagumny – przeżyło swój szczyt w 2006 r., zdobywając srebro prawdziwego mundialu. A kiedy wzięli je w 2003 r. w Teheranie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Michał Winiarski, Mariusz Wlazły – wzbiło się na szczyt w 2014 r. zdobywając złoto prawdziwego mundialu. (Oczywiście wszyscy wymienieni grali także razem i nasza reprezentacja, będąca w sporej mierze miksem przedstawicieli obu generacji, uzbierała jeszcze trochę innych medali).

Skoro zatem dzisiaj Polacy wygrali w Brnie juniorskie MŚ 2017, to mamy powody oczekiwać, że w następnej dekadzie pooklaskujemy kolejny skok na podium prawdziwego mundialu. Przyzwyczailiśmy się, że nasze siatkarskie pisklęta pięknieją z czasem na skrzydlatych mistrzów.

Grupa, która rozbiła przed chwilą Kubę, jest jednak szczególna. Nie dlatego, że tworzą ją młodzieńcy charakterni, czupurni – czasem aż nazbyt – i generalnie nakazujący podejrzewać, że wyrosną na sukinsynów, których wolałbyś mieć po swojej stronie siatki. I nie dlatego, że  jej liderem został akurat Jakub Kochanowski – jak na pozycję środkowego konusowaty (199 cm), a jednak rozstrzygający o wynikach, zdolny uzbierać najwięcej punktów w zespole (patrz sobotni półfinał z Brazylią). Nie, reprezentację z rocznika 1997 (z niewielką domieszką rocznika 1998) wyróżnia to, że nie przegrywa nigdy. W sensie ścisłym – nigdy.

Ponoć dzisiejszy finał był 50. meczem, jaki rozegrała. Piszę „ponoć”, bo w siatkówce niełatwo ustalić podstawowe fakty, archiwa porównywalne z piłkarskimi czy koszykarskimi nie istnieją, granice między towarzyskimi meczami oficjalnymi a nieoficjalnymi bywają płynne. Polegam więc na ludziach, którzy doliczyli się właśnie 50. spotkań. W komplecie zwycięskich.

Do fundamentalnych danych mamy jednak dostęp. Otóż Polacy zdobywali kolejno mistrzostwo Europy kadetów, mistrzostwo świata kadetów, mistrzostwo Europy juniorów oraz mistrzostwo świata juniorów, a także triumfowali w turnieju na olimpijskich festiwalu młodzieży Europy. I te mecze, finałowe oraz eliminacyjne, są już udokumentowane, zresztą niektóre zdołałem nawet obejrzeć.

3:0 z Białorusią, 3:0 ze Słowacją, 3:2 z Włochami, 3:0 z Danią, 3:1 z Rosją, 3:0 z Francją, 3:0 z Serbią, 3:0 z Turcją, 3:1 z Włochami, 3:1 z Bułgarią, 3:1 z Iranem, 3:0 z Chile, 3:0 z Chińskim Tajpej, 3:1 z Japonią, 3:0 z Chinami, 3:1 z Iranem, 3:2 z Argentyną, 3:0 z Czechami, 3:0 z Bułgarią, 3:0 z Danią, 3:0 z Węgrami, 3:0 z Niemcami, 3:2 z Francją, 3:0 z Ukrainą, 3:0 z Niemcami, 3:1 ze Słowenią, 3:0 z Bułgarią, 3:1 z Rosją, 3:1 z Ukrainą, 3:0 z Marokiem, 3:0 z Czechami, 3:0 z Kanadą, 3:2 z Chinami, 3:0 z Kubą, 3:2 z Iranem, 3:2 z Brazylią, 3:0 z Kubą – oto trwająca trzy lata podróż naszych młodych siatkarzy przez 37 zwycięstw w meczach o stawkę. To się nie zdarza nie tylko w polskim sporcie, to wyczyn na skalę globalną.

Nigdy się nie zagapili, nie ulegli zmęczeniu, nie dopadła ich skazująca na porażkę chandra. W akcji wyglądają nie tyle na pewnych siebie, ile na bezczelnych. Kiedy w sobotę patrzyłem, jak pomimo prowadzenia 2:0 w setach pozwalają Brazylii wydłużyć walkę o tie-breaka, nawet przez ułamek sekundę nie wątpiłem, że wypełnią misję. A dzisiaj, kiedy w drugiej partii urządzili sobie demolkę chyba nie dość sugestywnie odzwierciedloną wynikiem 25:10, zrobiło mi się Kubańczyków zwyczajnie szkoda.

Oglądałem już taki finał mundialu. Dorosłego mundialu – przed 11 laty w tokijskiej hali Yoyogi Polacy też nie odebrali Brazylii nawet seta, a w drugim uciułali 12 punktów. Byliśmy dla nich wyrozumiali, w końcu zderzyli się z supergrupą uchodzącą za najwspanialszą w dziejach dyscypliny. A tamten turniej był jej opus magnum, odleciała wówczas na swój szczyt.

Nie chcę porównywać siatkarskich dzieciaków do gigantów sportu, ale zdaje mi się bardzo budujące, że trafiło nam się pokolenie, które nie wie, co to znaczy przegrać. Któremu starcia z potęgami, Brazylijczykami czy Rosjanami, kojarzą się wyłącznie przyjemnie. Które finał właściwie odfajkowuje. I które na czterech imprezach mistrzowskich bierze cztery złota.

Znawcy wyczynowego sportu często podkreślają, jak ważne bywa przyzwyczajenie do wygrywania. Poczucie, że wygrywanie to stan naturalny. Jeśli się nie mylą, to mamy juniorów zbratanych ze zwyciężaniem tak bardzo, że bardziej się już nie da.

Tagi: siatkówka
19:48, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 09 kwietnia 2017

Paweł Zagumny. Fot. Kuba Atys

Zszedł z boiska po raz ostatni, więc zwyczajnie wypadało złożyć mu hołd. W końcu wybitniejszego reprezentanta Polski w grach zespołowych w XXI wieku nie podziwialiśmy. Cotygodniowy felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj. A u góry jedno z moich ulubionych zdjęć, oczywiście autorstwa Kuby Atysa - Zagumny wraz z Danielem Plińskim przygniatają Piotra Gruszkę po zdobyciu złota mistrzostw Europy.

Tagi: siatkówka
19:13, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 18 sierpnia 2016

Obwieszoną medalami dekadę męskiej reprezentacji psują występy olimpijskie. Dotkliwie przeciętne, zawsze na miarę ćwierćfinału. Niepokojące jest to, że ten w Rio nawet nie zaskakuje.

Kulminację przeżyliśmy na złotym mundialu przed dwoma laty, podczas którego w szatni spotkali się najwybitniejsi przedstawiciele obu generacji juniorskich mistrzów świata – Michał Winiarski, Mariusz Wlazły (rocznik 1983) oraz Paweł Zagumny (1977). Brakowało w tej supergrupie jedynie Piotra Gruszki (1977). On nie zdążył, z oczywistych względów wszedł w schyłek kariery wcześniej niż rówieśnik z pozycji rozgrywającego.

Kiedy weterani – absolutnie kluczowi na tamtym niesamowitym turnieju – zrezygnowali z gry dla kraju, stało się jasne, że złota reprezentacja przestaje istnieć. I spodziewaliśmy się, że będziemy musieli swoje odcierpieć, jak każda drużyna przechodząca przemianę pokoleniową. Nie spodziewaliśmy się jednak, że straty okażą się jeszcze większe.

Atakującego Wlazłego zaczął wyręczać Bartosz Kurek, który w Rio wyrastał ponad drużynę. Tu udało się utrzymać wysoki poziom.

Przyjmującego Winiarskiego zastąpił Michał Kubiak. Gracz klasowy, jednak nieporównywalny z poprzednikiem – najbardziej utytułowanym wśród współczesnych polskich siatkarzy, triumfatorem Ligi Mistrzów przez kilka lat współtworzącym w Trento najsilniejszą drużynę klubową świata. W dodatku w Rio Kubiak grał poniżej swoich możliwości. On, kapitan, który najśmielej powtarzał, że interesuje go tylko złoto.

Wreszcie w buty rozgrywającego Zagumnego miał wskoczyć Fabian Drzyzga. Właśnie tu ponieśliśmy stratę, której nie oczekiwaliśmy. Drzyzga w pewnym momencie właściwie zniknął. Zmalał w reprezentacji do rezerwowego. Najgłośniej było o nim wtedy, gdy wypływały informacje o jego trudnych relacjach z trenerem Stéphane’em Antigą. Okazało się, że abdykował nie jeden, lecz obaj mistrzowscy rozgrywający. I piłkę wystawia w kadrze Grzegorz Łomacz, przez całą karierę – w październiku skończy 29 lat – zawodnik na poziomie ligowym, któremu nikt nie wróżył skakania wokół podium imprez mistrzowskich. Jemu nie sposób niczego zarzucić. W Rio wypadł poprawnie, a momentami nawet lepiej niż poprawnie. Ale on daje głównie rzetelność i sumienne wykonywanie zaleceń taktycznych. Nie stać go na zaoferowanie czegoś ekstra, co charakteryzuje wystawiających ze światowego szczytu. Tu Polacy odstają od czołówki bodaj najbardziej, i to nie ze względu na ledwie 187 cm wzrostu Łomacza (choć przewagę atletyczną Amerykanie mieli w środę miażdżącą).

Reprezentacji Antigi drastycznie ubyło zatem jakości. I za bardziej zaskakujący niż ćwierćfinałowa porażka na igrzyskach powinniśmy właściwie uznać popis na ubiegłorocznym Pucharze Świata, podczas którego nasi siatkarze grali jak opętani. Po dziesięciu zwycięstwach z rzędu ulegli dopiero Włochom. Nowa drużyna miała się rodzić w bólach, a rozkwitła w mgnieniu oka.

Nie sposób jednak usprawiedliwić stylu, w jakim Polacy pozwolili się wypędzić z Rio. Nie sposób nie zauważyć najbardziej niepokojącego trendu z możliwych – otóż nowa reprezentacja po doskonałym starcie sprzeciętniała i już do świetnej formy nie wróciła. Szokująca porażka w ćwierćfinale mistrzostw Europy ze Słowenią, ledwie trzecie miejsce w europejskich kwalifikacjach olimpijskich (ocalała po horrorze z Niemcami), słabiuteńki występ w Lidze Światowej (piąte miejsce), wreszcie beznadzieja w Rio. To nie tak, że siatkarze rozczarowali nagle, akurat w najważniejszym momencie. Ich wynik to logiczne zwieńczenie całego sezonu.

Tak samo logiczne jest kwestionowanie – choć potrzeba tu analizy i fundamentalnych rozmów z selekcjonerem – pozycji Antigi, który wygląda na opuszczonego przez bardziej doświadczonego Philippe’a Blaina (dlaczego asystent nie uczestniczy już aktywnie w przerwach w grze, jak podczas mundialu?). Przybywa poszlak, by sądzić, że w reprezentacyjnej szatni zwyczajnie brakuje chemii.

Przyzwyczailiśmy się już, że największe triumfy wypalają Polaków. Że następujący po nich sezon bywa wręcz tragiczny. Po srebrze MŚ w 2006 r. (na jakikolwiek medal czekaliśmy ćwierć wieku) trener Raúl Lozano bezsilnie przyglądał się, jak jego podwładni przegrywają na ME z Belgią. Po złocie ME w 2009 r. (pierwszym w historii) Daniel Castellani podpisał swoim nazwiskiem miejsca 13-18 na mundialu. W podobne kłopoty wpadają właściwie wszyscy, może z wyjątkiem Brazylii. Amerykanie wygrali igrzyska w Pekinie, by na następnych dać ciała totalnie, jak Polska w Rio (wyskoczyli z grupy na pozycji lidera, w ćwierćfinale oberwali do zera od rozbitych Włochów), marnie wypadali też na mundialach (zresztą od dwóch dekad nie zdobyli na nich medalu). A Rosjanie – mistrzowie olimpijscy z Londynu – stoczyli się ostatnio prawie na swoje historyczne dno. Skaczą między piątymi a ósmymi miejscami.

Na te wahania wpływa też patologiczny system siatkarskich rozgrywek. Najbardziej rozbudowany w sportach zespołowych, sprawiający, że nie zdarzają się już imprezy, na których wszyscy faworyci są przygotowani perfekcyjnie lub prawie perfekcyjnie. W tej grze trwają permanentne igrzyska ludzi schorowanych, przemęczonych fizycznie i psychicznie. Przewidzieć przyszłość naszej reprezentacji jest trudniej niż kiedykolwiek w XXI w. dlatego, że przeżywa najbardziej gwałtowną przemianę kadrową, ale również dlatego, że w czołówce panuje bezprecedensowy zamęt.

Na ostatnim mundialu złoto wzięli Polacy, srebro – Brazylijczycy, brąz – Niemcy. Potem była LŚ, na której podium obsadziły Francja, Serbia i USA. Następnie w PŚ Amerykanie tylko lepszym stosunkiem setów wyprzedzili przebudzonych znienacka Włochów. Potem wicemistrzostwo Europy wyskakali Słoweńcy. LŚ wygrała Serbia, która na igrzyska się nawet nie zakwalifikowała. Aż w Rio totalną klęskę poniosła Francja, dla wielu główny faworyt turnieju... Za każdym razem wygrywa kto inny. Na siatkarskim podium jeszcze nigdy nie było tak niestabilnie. Coraz częściej rozstrzyga przypadek. A ponieważ chciwość działaczy nie zna granic, to meczów stale przybywa. Polacy rozegrali ich w sezonie przedolimpijskim 38. Chciałoby się napisać – rekord nie do pobicia, ale nie, bonzowie z FIVB na pewno coś wymyślą.

I w tych czasach zamętu wystarcza niekiedy drobiazg, by obalić hierarchię. Pogrążeni od lat w kryzysie Włosi wstali, gdy naturalizowali jednego zawodnika Osmany’ego Juantorenę. Zyskali ogromną siłę ognia. Co dla nas o tyle znaczące, że również czekamy na Kubańczyka, wygrywającego w Kazaniu Ligę Mistrzów – Wilfredo Leóna. Dzięki niemu również polska reprezentacja może znienacka nieprawdopodobnie urosnąć w ofensywie.

Tagi: siatkówka
18:08, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Nasi siatkarze muszą w ćwierćfinale pokonać USA, żeby wykonać ostatnią misję. W XXI wieku zdobywali medale wszędzie, tylko nie na igrzyskach.

Odkąd naszej męskiej siatkówce godność przywrócił Raúl Lozano, a potem jego dzieło kontynuowali – lub kontynuują – trenerzy Daniel Castellani, Andrea Anastasi i Stéphane Antiga, wskakiwaliśmy na podium wszelkich możliwych imprez. Mundial – dwa medale. Puchar Świata – dwa medale. Mistrzostwa Europy – dwa medale. Liga Światowa – dwa medale. Tylko na igrzyskach się nie udało.

Turniej olimpijski w siatkówce jest bardzo specyficzny. Nikt nie nazwie go najtrudniejszym, bo klucz geograficzny sprawia, że brakuje potęg. Na przykład Serbii, triumfatorki tegorocznej LŚ. Ale też najłatwiej się tu boleśnie pośliznąć. Bo faza grupowa to zazwyczaj jedynie rywalizacja o rozstawienie w ćwierćfinale (teraz było inaczej przez Amerykanów, którzy niespodziewanie ulegli Kanadzie), a ćwierćfinał oddziela strefę medalową od katastrofy. To pierwszy ważny mecz na turnieju. I jeśli drużyna z ambicjami go przegra, to czuje się, jakby na igrzyskach w ogóle jej nie było. Nikt nie pamięta, co się działo w grupie.

Polacy przeżyli ćwierćfinałowe rozczarowanie trzykrotnie. W 2004 r. ulegli Brazylii, która wzięła potem złoto. W 2008 r. ulegli – po horrorze, decydowały milimetry i sędziowskie pomyłki – Włochom. W 2012 r. ulegli Rosji, która też zdobyła potem złoto.

Czy tym razem są faworytami? Nie. Ale Amerykanie też nimi nie są. Z fazy grupowej nie wolno wyciągać żadnych wniosków, o czym przekonali się najbliżsi rywale Polaków – przed czterema laty wyskoczyli do ćwierćfinału z pozycji lidera, by oberwać od czwartych w grupie Włochów do zera. A generalnie czołówka w męskiej siatkówce tak się spłaszczyła, że właściwie nikt nie wyrasta ponad innych. Właściwie każdy turniej wygrywa kto inny.

Drużyna USA ma wszystko, by zagrozić każdemu. Wysokich, agresywnie atakujących skrzydłowych, na czele z doskonale znanym z Ligi Mistrzów, lubiącym znęcać się nad polskimi drużynami Matthew Andersonem. Zręcznego rozgrywającego dojrzewającego w lidze włoskiej. Doświadczonych środkowych. Wściekle niebezpieczny serwis. Wszechstronni, znakomici atletycznie gracze uprawiają bardzo dobrze zorganizowaną siatkówkę (od trzech sezonów grają praktycznie w tym samym składzie!). Kto wie, czy nie tworzą dzisiaj reprezentacji najbardziej kompletnej, o największym potencjale.

Owszem, w Rio zaczęli od sensacyjnej porażki 0:3 z Kanadą, a następnie nie sprostali Włochom. Od tamtej pory jednak zwyciężają, rosną z każdym meczem. Oni też nabierali rozpędu przed rozstrzygającą fazą pucharową – jak Polacy, trener Antiga zapowiadał przed turniejem, że jego ludzie moc mają poczuć 17 sierpnia, w dniu ćwierćfinału.

O naszych siatkarzy się niepokoimy. Widzimy ewidentne atuty – zbijającego jak opętany Bartosza Kurka, superrezerwowego Rafała Buszka, nieprzewidywalnie serwującego Mateusza Bieńka, wybijającą się na tle konkurencji asekurację i generalnie zdolność do gry inteligentnej, modyfikowanej w zależności od przeciwnika. Zarazem jednak dostrzegamy, że nie odpalił Mateusz Mika (chyba w zgodnej opinii niezbędny do dużej wygranej), że rozgrywający Grzegorz Łomacz raczej nie wzbije się ponad rzetelność i sumienność. I nie wiemy, jak traktować dotychczasowe zwycięstwa. Jedynemu przeciwnikowi o medalowych aspiracjach, czyli Rosji, Polacy nie dali rady. A w grupie, w której bili się Amerykanie, mecze wydawały się mieć wyższą intensywność. I być może nasi siatkarze dopiero w ćwierćfinale poczują, że aby dofrunąć do olimpijskiego podium, trzeba latać w zupełnie innym tempie.

Wątpliwości są nieuniknione, ale nadmierny optymizm lub pesymizm nie ma sensu. Kto dzisiaj „wie”, jak będzie, ten zmyśla. Z USA za kadencji Antigi Polacy mierzyli się siedem razy – dwa razy wygrali, pięć razy przegrali. Jednak w najważniejszym meczu minionego sezonu, w japońskim Pucharze Świata, to oni byli górą. Ba, triumfowali w imponującym stylu. Amerykanie wręcz im gratulowali jako najsilniejszemu przeciwnikowi, z którym zagrali.

Dzisiejsze starcie unieważni jednak wszystkie poprzednie z minionych lat. W siatkówce igrzyska są ponad wszystkim, o czym najlepiej wiedzą właśnie Amerykanie, którzy mogą krzywo odbijać piłkę przez cztery lata, by pod olimpijską flagą przeobrazić się w wirtuozów. Zwłaszcza wtedy, gdy poczują doniosłość chwili.

Polacy reagowali w minionych latach inaczej. A dzisiaj kibice wierzą w nich mniej niż w Londynie czy Pekinie. Co akurat nie ma najmniejszego znaczenia. Przywykliśmy, że najsłabiej wypadają wtedy, gdy dekorujemy ich medalami jeszcze przed pierwszym meczem. A najlepiej – gdy nie spodziewamy się po nich niczego.

piątek, 08 kwietnia 2016

Plusliga

Nigdy nie przekonywał mnie amerykański pomysł na system rozgrywek ligowych, podzielonych na trwający całą wieczność sezon zasadniczy oraz mijającą w mgnieniu oka fazę play-off. Mordują się najlepsi koszykarze NBA miesiącami, żeby ustalić kwestię w gruncie rzeczy błahą – czyli rozstawienie w walce o mistrzostwo – a potem w kilka tygodni ustalają kwestię najważniejszą, czyli to, kto zasługuje na mistrzostwo. Nie całkiem pojmuję, jak kibice czołowych drużyn mogą ekscytować się pierdyliardem meczów sezonu zasadniczego, w którym zasadnicze jest tylko to, że zasadniczo nie ma w nim prawie niczego do wygrania.

Zwierzam się ze swojej fobii akurat dzisiaj, ponieważ właśnie kończy się runda zasadnicza polskiej ligi siatkarzy, która w trybie awaryjnym odeszła od formuły typowej dla sportów amerykańskich – zamiast wielopiętrowych play-off lider zagra z wiceliderem o złoto, a trzeci w tabeli będzie się naparzał z czwartym o brąz. Odeszła ze wspaniałym skutkiem, bardziej interesującego sezonu niż bieżący nie pamiętam.

Dotąd wszystko, co działo się przed play-off, właściwie mnie nie obchodziło. Oglądałem mecze, zdarzały się wśród nich mecze wspaniałe, ale nawet wspaniałe i szlagierowe zdawały mi się nieco pozbawione ciężaru gatunkowego. Czasami nie znałem nawet dokładnie wyglądu tabeli, bo nie potrafiłem sobie wmówić, że przesunięcie się jedno miejsce wte czy wewte ma rzeczywiście doniosłe znaczenie. Owszem, na przebieg rywalizacji o medale wpływało, ale czy aż tak, by awanturować się o to przez 80 proc. rozgrywek?

Dopiero teraz każdy mecz sporo ważył, dopiero teraz trzeba było śledzić tabelę pilnie i z emocjami, dopiero teraz nikt nie mógł pozwolić sobie na chwilę zagapienia czy niechlujstwa. Zabić potrafił wręcz pojedynczy set, o czym boleśnie przekonali się siatkarze Resovii, którzy przez partię oddaną przed chwilą słabiuteńkiemu Będzinowi stracą prawdopodobnie szansę na obronę mistrzostwa kraju. A jeśli nie stracą, to dlatego, że w ostatniej kolejce seta Skra Bełchatów – też sensacyjnie, podejmie bowiem BBTS Bielsko-Biała. Wreszcie przez cały sezon mecze toczyły się o stawkę nie przynudzająco teoretyczną, lecz w najwyższym stopniu praktyczną. Wszystko było hitem.

Spisuję te kilka zdań, by złożyć nowemu systemowi hołd i w ogóle wyrazić swój zachwyt, ponieważ za wszystkim stoi paradoks – rewolucji nie wywołała refleksja, że poprzednie reguły były do chrzanu, lecz przeprowadzono ją awaryjnie, by przed igrzyskami w Rio oddać czas reprezentacji Polski. To zresztą doskonale oddaje kuriozalną osobność siatkówki. Choć jej szefowie (mówię o skali światowej, nie krajowej) gmerają w przepisach i regulaminach maniacko, to korekta najfajniejsza zdarzyła się właściwie przypadkiem. I grozi nam powrót do starego, czyli nudnego.

W każdym razie dla mnie nudnego – zdaję sobie sprawę, że każdy system na zalety i wady, a ja wyżej nie nad wszystkimi się pochyliłem. I jestem ciekawy, co myślą czytelnicy mojego bloga, choć nie wiem, czy uchowali się jeszcze wśród Was kibice siatkówki.

Tagi: siatkówka
18:11, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 10 stycznia 2016

To był najmocniej zapadający w pamięć mecz polskich siatkarzy od złotego mundialu. I kuriozalny turniej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: siatkówka
22:40, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 04 stycznia 2016

siatkówka, piłka do siatkówki

To się może wydarzyć tylko w siatkówce. Polacy są mistrzami świata, a niepokoimy się, czy awansują na turniej olimpijski. Eliminacje rozpoczynają wtorkowym meczem z Serbią.

Gdyby siatkarze mieli w Berlinie napaść na pociąg, a nie grać, pociąg byłby opancerzony, pędziłby jak opętany i miałby uzbrojoną po zęby eskortę. Zaproszenie do Rio otrzyma tylko zwycięzca kwalifikacji, a zabiegają o nie wszyscy najznaczniejsi: mistrzowie świata Polacy, mistrzowie olimpijscy Rosjanie, mistrzowie Europy Francuzi. Gdzie indziej to nie do pomyślenia (wystarczy choćby sprawdzić obsadę turnieju koszykarzy w Rio), ale siatkówka od lat króluje w wymyślaniu kuriozalnych regulaminów. Czasem nakłaniających drużyny do przekrętu, czasem zwyczajnie wypaczających rywalizację.

A przede wszystkim wyrażających pogardę dla zdrowia siatkarzy. Tak jest i teraz, gdy uczestnicy kwalifikacji zostali wyrwani z rozgrywek klubowych (krajowych i europejskich) i zmuszeni do walki niemal bez przygotowań. Dlaczego olimpijskich przedstawicieli Europy nie mogły wyłonić październikowe mistrzostwa kontynentu, skoro turniej berliński to właśnie kalka mistrzostw kontynentu, tyle że nieco okrojona? To wiedzą jedynie działacze, którzy w dodatku sprawili, że najbardziej wyeksploatowani są teoretycznie najlepsi, czyli rywalizujący wszędzie: w Lidze Światowej aż po fazę finałową, w Pucharze Świata czy we wspomnianych ME.

Jak Polacy. Oni rozegrali w ubiegłym roku 31 meczów o stawkę. Ich wtorkowi rywale Serbowie – 21. Czwartkowi rywale Belgowie – 18. Piątkowi rywale Niemcy – 13. Biało-czerwoni uchodzą w tym gronie za bezdyskusyjnych faworytów, co dość naturalne, skoro po triumfie na mundialu zajęli czwarte miejsce w LŚ, a potem w fantastycznym stylu frunęli przez PŚ, na najniższy stopień podium spadając dopiero w ostatniej kolejce po jedynej na imprezie porażce z Włochami. Ale czas nastał taki, że ostrożność należy zachować właściwie przed każdym meczem.

Bo czołówka się rozszerzyła i ścieśniła zarazem – większość decydujących o medalach meczów Polaków rozstrzygają tie-breaki. Bo jedyny w minionym roku mecz z Serbią (w turnieju finałowym LŚ) siatkarze Stéphane’a Antigi przegrali (oczywiście 2:3, w ostatniej partii było 13:15). Bo po sezonie reprezentacyjnym rozstawali się w koszmarnych nastrojach, z ME uciekali po traumatycznym ćwierćfinale ze Słowenią (przegrali oczywiście 2:3, w ostatniej partii było 14:16). I niosąca ich miesiącami pewność siebie mogła, a może nawet musiała ulecieć.

Przywoływanie meczów, w których o wynikach przesądzały drobiazgi, ma sens, bo nikt dzisiaj nie wie, jak poturbowani psychicznie i fizycznie siatkarze zachowają się w chwilach krytycznych. W dodatku wątpliwości dotyczą zawodników kluczowych. I prowadzącego grę Fabiana Drzyzgi, który po utracie wsparcia arcydoświadczonego Pawła Zagumnego stracił spokój i równowagę, swoją postawą niepokoił już podczas LŚ, a podczas ME sprowokował trenera Antigę do publicznego ogłoszenia, że naczelnym problemem reprezentacji jest właśnie rozegranie. I atakującego Bartosza Kurka, najpierw najrzadziej schodzącego z boiska w reprezentacji Polski, a potem zmuszonego do permanentnego uwijania się nad siatką w klubie z powodu kontuzji Joachima Schöpsa.

Jego pech przypomina, że kłopoty do Berlina przywieźli niemal wszyscy (u Niemców zabraknie skrzydłowego Roberta Kromma). A największe – w sensie ścisłym, bo mierzą 218 cm – spadły na Rosjan, których opuścił (oficjalnie z powodów rodzinnych) Dmitrij Muserski obwołany już przez prezesa tamtejszej federacji zdrajcą. Oni też przeżyli potworny rok 2015, bo klęski ponosili wszędzie: od LŚ (11 porażek z rzędu), przez PŚ (poza podium, olbrzymia strata do liderów), po ME (ćwierćfinałowe 0:3 z Włochami), a jednocześnie również rozegrali mnóstwo meczów (28).

Dlatego faworytami kwalifikacji są Francuzi. Oni nie naskakali się w PŚ (w całym roku rozegrali tylko 22 spotkania), a w LŚ oraz ME zdobywali złoto i teraz narzekają co najwyżej, że ostatnio brakowało im trochę sparingów, by wypolerować współpracę. U nich jako jedynych w ścisłej czołówce niemal wszyscy reprezentanci grają w ligach zagranicznych, w dodatku są rozrzuceni po świecie, od Polski i Niemiec, przez Włochy, po Turcję. Francuzom nasi siatkarze również w jedynym ubiegłorocznym meczu ulegli. Oczywiście 2:3, w ostatnim secie półfinału LŚ było 15:17...

Żeby zatem awansować w tym tygodniu do Rio, trzeba dokonać wyczynu naprawdę doniosłego, na miarę złota ME. I prawdopodobnie trudniejszego niż skok na podium podczas samych igrzysk. Nade wszystko trzeba jednak w Berlinie przetrwać, czyli zająć tam co najmniej trzecie miejsce. Srebrni i brązowi medaliści polecą bowiem w maju na interkontynentalne eliminacje w Tokio, które reprezentacjom z Europy – każdym – przegrać będzie już bardzo trudno.

Tagi: siatkówka
18:13, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 listopada 2015

Reprezentacją kraju obcokrajowcy rządzą od dekady, stale obsadzają też 90 proc. najbardziej prestiżowych posad w klubach. Dysproporcja niespotykana nigdzie indziej. Mamy marnych trenerów czy uprzedzonych prezesów? Obszerny tekst do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: siatkówka
10:50, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 października 2015

Bliżej im do poziomu mistrzów świata czy drużyny, która w ćwierćfinale mistrzostw Europy obrywa od Słowenii? Odpowiedź brzmi pocieszająco, ale moment jest krytyczny.

Nazajutrz po porażce 2:3 nastroje w hotelu Vitosha Park najlepiej oddał, choć wcale nie miał takiej intencji, rzecznik reprezentacji i jej były rozgrywający Mariusz Szyszko, który poinformował, że trwa „akcja ewakuacyjna”. Jakby upychani pojedynczo w różnych samolotach siatkarze nie tyle wracali do domów, ile uciekali z terenu zakażonego, niebezpiecznego dla życia lub zdrowia.

A wysiłek, jaki włożyli Polacy w sezon reprezentacyjny, idealnie zilustrował Włodzimierz Sadalski. Mistrz olimpijski z Montrealu, dziś szef szkolenia w PZPS, rzucił, by zwrócić uwagę na ich sylwetki. Michał Kubiak miał stracić pięć kilogramów ze swojej dotychczasowej, „ligowej” wagi. A libero Paweł Zatorski nawet sześć. – W Sofii byli już potwornie zmęczeni, więc w ostatnim secie ćwierćfinału decydowała grawitacja. Słoweńcy mieli więcej mocy, by się jej opierać, frunęli dłużej i wyżej – wzdychał Sadalski.

„Zmęczenie” to najpopularniejsze pojęcie opisujące tegoroczne zmagania siatkarzy. Zmagania poprzedzone majowym zgrupowaniem w Spale, otwarte międzykontynentalnym podróżowaniem po Lidze Światowej, z kulminacją w morderczym Pucharze Świata w Japonii, zwieńczone mistrzostwami Europy. Złowrogie słowo rozbrzmiewało tak często, że nawet gdyby siatkarze nie czuli zmęczenia, to prawdopodobnie wmówilibyśmy im, że czują.

Czy redukowanie przyczyn porażki do kondycji fizycznej siatkarzy – która „musiała” spaść – jest uprawnione?

Można mieć wątpliwości, gdy spojrzymy na Włochów. Ich sezon wyglądał identycznie, a w środę rozbili do zera Rosję i wytrzymali do półfinału ME. Wątpliwości jednak maleją, gdy przyjrzymy się detalom. Gdy dostrzeżemy Osmany’ego Juantorenę, naturalizowanego Kubańczyka, który debiutował w nowej reprezentacji dopiero na PŚ i natychmiast jął odgrywać kluczową rolę. Gdy przypomnimy sobie, że po konflikcie w kadrze kierować grą zaczął znienacka młodziutki Simone Giannelli, w fazie eliminacyjnej LŚ wpuszczany na boisko tylko epizodycznie. On znużenie musi odczuwać później, bo wszystko jest dla niego nowym, ekscytującym doświadczeniem, tak jak dla Mateusza Bieńka, który jako jedyny wśród Polaków wytrwał w podstawowej szóstce bez żadnej przerwy od inauguracji sezonu z Rosją w Gdańsku do zakończenia w Sofii ze Słowenią. Tyle że on pełni funkcję mniej newralgiczną niż Giannelli.

I najważniejsze: Włosi awansowali na igrzyska, zatem wystartowali w ME (są współgospodarzami, grali u siebie) spełnieni, zrelaksowani i świadomi, że przedolimpijski stres się skończył. Tymczasem Polakom stanął przed oczami cel ponad wszystkie, czyli kwalifikacje w Berlinie (5-10 stycznia). I sami nazywali mistrzostwa Europy towarzyskimi.

Gdyby Stéphane Antiga zabrał tu kilku rezerwowych, przyjęlibyśmy to ze zrozumieniem, zresztą trener przyznał wczoraj, że taki wariant rozważał. W istocie jednak wybór miał pozorny, skoro sami siatkarze rwali się do kontynuowania walki w kolejnym turnieju. Zdawali sobie sprawę, że jego ranga zmalała, a zarazem chcieli czym prędzej zrekompensować sobie niepowodzenie w Japonii. Prawdopodobnie zakładali nawet – czego się nigdy głośno nie deklaruje – że poprawią sobie humory stosunkowo niewielkim wysiłkiem, bo grupę w pierwszej rundzie wylosowali słabszą niż kiedykolwiek w jakichkolwiek rozgrywkach mistrzowskich (z Belgią, Słowenią i Białorusią). Porównywalną mieli chyba tylko w eliminacjach LŚ w 2008 r., gdy ówczesny selekcjoner Raul Lozano zażyczył sobie przed igrzyskami Chin, Japonii oraz Egiptu.

Wyżęte do granic organizmy siatkarze odbudują, pozostaje pytanie, czy wyleczą głowy. O ile bowiem po PŚ mieli prawo czuć się arcymocni (odnieśli 10 zwycięstw, podobnie jak lepsi o pojedyncze sety Amerykanie oraz Włosi), o tyle teraz ponieśli bezdyskusyjną sportową klęskę. Ona mogła zachwiać ich przekonaniem o własnej wartości, w krytycznych momentach bezcennym. Antiga wskazał zresztą wczoraj na konkretny aspekt techniczny gry wymagający wyraźnej poprawy. Nie wymieniał nazwisk, lecz powiedział, że zbijający potrzebują precyzyjniej wystawianej piłki, a na pytanie o powrót Pawła Zagumnego odparł, że „jest możliwy”. Fabian Drzyzga, który doskonale rozgrywał przy 38-letnim już koledze, usłyszał podany między wierszami komunikat, że bez wsparcia weterana wygląda gorzej.

Selekcjoner już namawiał Zagumnego na powrót. Wczoraj nie protestował też, gdy pytaliśmy go o ewentualne negocjacje z Mariuszem Wlazłym i Michałem Winiarskim, choć podkreślał, że każdego zawodnika niezaangażowanego w długodystansowe przygotowania trudno wszczepić do drużyny, niezależnie od jego klasy. Ich powroty są raczej nierealne, ale dyskusja wróci, więc siatkarze będą słyszeli, że zaufanie do ich umiejętności jest ograniczone. Antiga musi działać ostrożnie, by nie naruszyć tej trudnej do zdefiniowania równowagi – chemii? – w szatni, która przesądza o sukcesach w sportach zespołowych.

On wciąż karierę trenerską rozpoczyna, jednak obok stoi Philippe Blain. Więcej niż asystent, doświadczony 12 latami prowadzenia reprezentacji Francji. A popisy Polaków w roku 2015, pomimo słoweńskiej klapy, i tak zasługują na duży plus. Po mundialu ogłaszałem w „Wyborczej”, że złota reprezentacja przestaje istnieć, a jej następczyni już w LŚ wypadła bardzo dobrze. Gra na PŚ wyglądała jeszcze lepiej, zrecenzować można ją nawet jako „fantastyczną”. I paradoksalnie to tam siatkarze ponieśli jedyną porażkę, do ME na dobrą sprawę w ogóle się nie przygotowywali.

Bo to były ME towarzyskie, właściwe odbędą się w styczniu. Tam Polacy zagrają z Niemcami, Serbią, Słowacją (stworzą prawdopodobnie grupę A), Rosją, Bułgarią, Francją i Finlandią (prawdopodobna grupa B). Triumfator otrzyma zaproszenie na igrzyska, druga i trzecia drużyna poleci w maju na interkontynentalne eliminacje do Japonii, skąd awansować będzie stosunkowo łatwo. Nawet jeśli środowy wypadek uczy, że przysłówka „łatwo” najbezpieczniej używać w siatkówce dopiero po ostatniej akcji.

Tagi: siatkówka
22:58, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi