Wpisy z tagiem: siatkówka

czwartek, 04 października 2018

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

W piątkowe popołudnie w Turynie zepsuł się tramwaj. Linii numer 4, na Corso Filippo Turati. Wysiadłem i dwa kilometry do hali, w której mieli grać na siatkarskim mundialu Brazylijczycy z Amerykanami oraz Polacy z Włochami, pokonałem pieszo. Przez całe dwa kilometry byłem wredny.

Szedłem z czterema nastoletnimi, przygodnie spotkanymi Włoszkami – fankami siatkówki – którym z bezlitosną złośliwością wykładałem, dlaczego ich drużyny nikt nie lubi. Opowiadałem, jak gospodarze kombinują albo bezczelnie oszukują, by zaciągnąć swoich na podium. Jak sobie dobrali rywali w I rundzie, jak sfingowali losowanie grup II rundy i inne takie. Najpierw się dziwiły, potem były zszokowane, aż wreszcie przestały mi wierzyć, więc przedstawiłem dowody. Działałem poirytowany i zdegustowany – nie z powodu awarii tramwaju, bo spacerowało się przyjemnie, lecz z powodu regulaminowych idiotyzmów i krętactw, które zatruwały mistrzostwa. Pisałem o nich kilkakrotnie, w gazecie oraz na blogu (jeszcze tutaj) ale włoskie media niczego nie zauważały, więc kibicki nie miały zielonego pojęcia, że dzieje się skandal. Interesowało je, czy Juantorena porządnie odbierze serwis, Giannelli precyzyjnie wystawi, Zaytsev skutecznie zbije. W kwestie pozaboiskowe nie wnikały.

Kiedy się rozstaliśmy, zobaczyłem, jak rezerwowi Brazylii rozbijają 3:0 rezerwowych USA (kazali środkowemu przyjmować zagrywkę...), a Polacy po objęciu gwarantującego awans do strefy medalowej prowadzenia 1:0 również wypuszczają na boisko rezerwy i przegrywają 2:3 z Italią. Z ośmiu piątkowych setów zaledwie jeden (!) był normalny, tylko w jednym obu stronom zależało na zwycięstwie – w przededniu półfinałów! Wyobrażacie sobie, że na futbolowym mundialu ćwierćfinały odbębnia się byle jak i byle kim, bo nikt lub prawie nikt nie potrzebuje już wygrać?!

Miałem się wtedy ambiwalentnie, po jaźni krążyła zarówno satysfakcja z imponującej serii naszych siatkarzy, którzy w rozstrzygających meczach z Serbią oraz Włochami wygrali siedem setów z rzędu, jak wstręt do całego turnieju. Właściwie wszystko, od samiutkiego początku, było w nim złe lub fatalne – sztuczne rozciągnięcie w czasie na początku (w pierwszej rundzie zawodnicy się zwyczajnie nudzili) i nagłe przyspieszenie w końcówce (ostatnie cztery mecze Polaków w cztery dni); nagromadzenie uczestników beznadziejnie słabych (osławione 25:6 Rosji z Tunezji, rekordowa różnica w historii) i przez to beznadziejnie nudnych spotkań (choćby odpstryknięcie przez naszych zespołu Portoryka); wspomniane uprzywilejowanie gospodarzy i natłok meczów pozbawionych stawki, dla obu lub jednego z przeciwników; korekty w interpretacji przepisów gry w trakcie rywalizacji. Nie chce mi się znów wyliczać wszystkich drobnych niedoróbek oraz grubych zwyrodnień, w każdym razie uważałem, że trwa najgorsza sportowa w impreza, z jaką się w życiu zetknąłem. Siatkówka od lat patologiami stała, teraz została przekroczona masa krytyczna. Nie wiedziałem jeszcze, że nazajutrz Bartosz Kurek i spółka ocalą wszystko dzięki swojej klasie, słuchałem za to i czytałem, jak kibice (zwłaszcza kibice innych sportów) z turnieju okrutnie szydzą albo pogardliwie kręcą bekę, używali sobie całkiem słusznie, ten mundial zasłużenie stał się pośmiewiskiem.

Pardon, siatkówka zasłużenie stała się pośmiewiskiem.

Najgorsze, że za kulisami – tam, gdzie nie sięga wzrok kibica wpatrzonego w ekran lub nawet siedzącego na trybunach – wcale nie wrzało. Właściwie wszyscy zgodnie się zgadzali, że dyscyplina „poważnie choruje”, „ma problem” lub wręcz „dotknęła dna”, ale zaraz dodawali, że nic nie da się zrobić. Albo przywykli i zobojętnieli, albo nie wyrywają się do srania we własne gniazdo, albo nie wierzą w jakiekolwiek próby interwencji. Zresztą nawet nie zawsze wiadomo, kto odpowiada za najgłupsze pomysły i najgorsze szachrajstwa, ponieważ działacze FIVB szkodzą schowani. I jeszcze te dołujące reakcje zagadniętych Włochów, którzy zamiast czuć obciach, wzruszają ramionami...

Zanim Polacy wystrzelili ponad wszystkich – w finale zlali Brazylię prawie tak, jak ona zlała ich w 2006 roku, w szczycie swej potęgi wzniesionej przez Bernardo Rezende – zamierzałem na podsumowanie mistrzostw opublikować niniejszy tekst w gazecie, utrzymując go w tonie nekrologu. Zacząłem pisać w nocy z piątku na sobotę, mając świeżo w pamięci scenki ze spaceru do hali Pala Alpitour. Potem uległem nastrojowi, czysty sport znów stał się najważniejszy, nasi siatkarze obrali zbyt efektowną trajektorię swego lotu po złoto, bym zasmradzał wszystkim fetowanie oszałamiającego sukcesu. Wstrzymałem się, ale rzecz siedzi we mnie głęboko, uczciwość nakazuje gęgać.

Dlatego jako intelektualne ćwiczenie proponuję alternatywną historię mundialu. Historię mniej radosną – zakończoną czwartym miejscem. Zmodyfikujmy nieco rzeczywistość i wyobraźmy sobie, że ostatnie rozdziały wyglądają tak:

1) Polacy ulegają 2:3 Argentynie, która nie ma już nic do wygrania, do II rundy telepie się ciągana przez kuriozalny regulamin (tak było).

2) Polacy obrywają 1:3 od Francji (tak było).

3) Polacy niszczą Serbię do zera, ale trochę uwiera nas świadomość, że rywale wyszli na boisko kompletnie zrelaksowani, awansowali wcześniej (tak było).

4) Polacy znów odprawiają Serbię 3:0, ale po pierwszym, wyrównanym secie, przeciwnicy ponownie grają już uspokojeni, właściwie awansowali do półfinału (tak było). I siatkarze z niejakim rozgoryczeniem ironizują w rozmowach z dziennikarzami, że „wszyscy im się podkładają” – ich irytacja jest zrozumiała, ale również internetowe insynuacje kibiców są zrozumiałe, skoro organizatorzy turnieju sami zakwestionowali powagę tylu meczów (tak było).

5) Polacy ulegają Włochom 2:3, ale po urwaniu im jednego seta odfajkowują resztę wieczoru rezerwami (tak było).

6) Polacy przegrywają w półfinale tie-breaka i cały mecz 2:3 z USA (tu pierwsza zmiana w stosunku do faktów, odwracamy wynik decydującego seta), nazajutrz czeka ich bój nie o złoto, lecz o brąz.

7) Polacy tym razem nie wytrzymują serbskiego naporu. Nic zresztą zaskakującego, jak wygrywać seryjnie przy wyrównanych siłach w czołówce?

Zastrzegam: niczego nikomu nie odbieram, drużyna Vitala Heynena zatriumfowała całkowicie zasłużenie. Uruchamiam moją i waszą wyobraźnię, by pokazać, jak absurdalny kształt miał arcyprestiżowy przecież turniej. Otóż przy powyższym scenariuszu:

1) Polacy na dystansie tygodnia, od niedzieli do niedzieli, kopaliby się z Serbią aż trzykrotnie (a regulamin dopuszczał nawet ewentualność czterech spotkań). Umiecie sobie wyfantazjować, że piłkarze Adama Nawałki grają na z Senegalem w fazie grupowej, by następnie zagrać w ćwierćfinale, a na samym końcu zagrać o brąz?

2) Polacy po łatwej, lekkiej i przyjemnej I rundzie przegrywają PIĘĆ z SIEDMIU meczów, ale finiszują w ściśłej czołówce, osiągając sukces niewidziany od jesieni 2015 roku. Co więcej, dwa zwycięstwa odnoszą w okolicznościach szczególnych, podejrzanych, w starciu z rywalem mogącym pozwolić sobie na wpadkę. Podsumowując: żadne z siedmiu spotkań nie daje pełnej satysfakcji, nawet udane zostawiają mnóstwo wątpliwości. Umiecie sobie wyfantazjować, że na mundialu w innym sporcie można stanąć tuż obok podium po oddaniu PIĘCIU z SIEDMIU ostatnich meczów?

3) Polacy wysłuchują od zdezorientowanej publiczności, że umieją wygrać tylko wtedy, gdy po drugiej siatki stoją manekiny. I siatkarze są tutaj niewinni, bo nie oni ustalają regulaminy, i kibice reagują w sposób naturalny, bo dostrzegają rażącą dysproporcję między prawdą boiska a prawdą tablicy wyników. Znów: umiecie sobie wyfantazjować mundial w innej dyscyplinie, którego system tylokrotnie i na tak zaawansowanym etapie rywalizacji podsuwa mecze bez pełnego zaangażowania przynajmniej jednego z przeciwników, czyli wypłukuje sport ze sportu?

Dywaguję z duszą na ramieniu, zdając sobie sprawę z odświętnego charakteru chwili i delikatności kontekstu – co bardziej rozanielony złotem czytelnik może mnie posądzić o zamiar przybrudzenia medalu, ot, typowy wybryk ojkofoba. Ja jednak abstrahuję od rangi sportowego wyczynu Polaków, zwracam jedynie uwagę, jak horrendalnie niedorzeczny jest system rozgrywek, który zaproponowany scenariusz w ogóle umożliwia. Gdyby ów wariant zaistniał, nie zdołalibyśmy w ogóle sklasyfikować występu naszej drużyny, ba, nawet siatkarze i trenerzy nie potrafiliby oszacować, ile dokonali. Czy wypadałoby im przypominać, że skończyli znacznie powyżej celu postawionego przez PZPS (awans do czołowej „szóstki”), czy raczej kajać się, że dotarli do niego przez PIĘĆ porażek w SIEDMIU ostatnich meczach? Nawiasem mówiąc, o Serbach też nie wiadomo, co sądzić – niby wyskakali półfinał, ale przegrali cztery z pięciu ostatnich spotkań, a w sumie aż pięciokrotnie schodzili z boiska pokonani. To ma być czwarty zespół mistrzostw świata?

Awanturuję się do dzisiaj, gdy 99,99 proc. miłośników siatkówki machnęło ręką i zajęło się celebrowaniem polskiej potęgi, ponieważ nie chciałbym, żeby mój ulubiony obok piłki nożnej sport stawał się jeszcze bardziej pośmiewiskiem niż się stał. A jest nim, powtarzam, całkowicie słusznie. Przy biernej postawie środowiska, które narzeka co najwyżej rutynowo, zżyło się z brudnymi regułami gry jak mieszkańcy okolic zbyt przeżartych korupcją, by w ogóle pamiętali, że istnieją inne metody na załatwianie spraw z urzędnikiem niż rozdawanie łapówek. I chwalą tych stosunkowo wstrzemięźliwych łaskawców, którzy z obywatela przynajmniej nie zedrą.

W siatkówce słyszę to dawna – jeśli mamy „tylko” mały przekręt, to już jest dobrze, cieszmy się, że udało się przynajmniej tyle. I nie widać żadnych widoków na poprawę pogody. W 2010 roku, kiedy Włosi wraz z szychami z FIVB poprzednio zatracili się w bezwstydnym szachrajstwie na mundialu, wydawało się, że szefostwo pięknego sportu otrzeźwieje i kolejne afery prędko nie wybuchną. Niestety, ci na górze nadal masakrują dyscyplinę. Minęło osiem lat i prawie doświadczyłem najgorszej sportowej imprezy w życiu. Ocalili ją tylko polscy siatkarze.

Tagi: siatkówka
19:04, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 01 października 2018

Bartosz Kurek. Mistrzostwa świata w siatkówce 2018. Fot. Kuba Atys

W niedzielę rano przypomniałem sobie grudzień 2006. Wychodziłem w tokijskiego hotelu Keio – w Shinjuku, mieszkałem naprzeciw drapacza chmur o znajomo brzmiącej nazwie STEC Building – i rzuciłem, chyba do fotoreportera Kuby Atysa (jego zdjęcia w notce), że właśnie jedyny raz w życiu byłem na finale mundialu, w którym zagrały Polska i Brazylia. Rozmawiałem wtedy długo z trenerem Raulem Lozano, od którego rozpoczął się powrót naszych siatkarzy do światowej czołówki, i jemu tego nie powiedziałem, ale tak pomyślałem. Bo jak to, do cholery, miało się powtórzyć?! Tutaj nie wystarczy nawet posiadanie kolejnej fantastycznej reprezentacji, potrzeba jeszcze splotu okoliczności umożliwiającego grę o złoto akurat z „Canarinhos”. A Polacy, jak wiadomo, do finałów w grach zespołowych zaglądają raz na kilka stuleci.

Minęło 12 lat i zaczynam się przyzwyczajać. Wczoraj patrzyłem z bliska, jak Polacy tłuką się z Brazylijczykami o mundialowy triumf, po raz trzeci. Po wyprawie do Japonii i wypadzie do Katowic zajechałem do Turynu.

Oczywiście znów tłukli się siatkarze, królowie naszych sportów drużynowych. Wprawili mnie w bezbrzeżne zdumienie (nie tylko mnie, trochę się tu nagadałem z ludźmi z różnych krajów), bo przed turniejem nie miałem specjalnych oczekiwań. Uważałem, że znajdujemy się w okresie przejściowym, że teraz trzeba wykręcić wynik jedynie przyzwoity, czekać na przyszłość – nieuchronnie w kolorach złota, srebra i brązu, wszak nadciąga generacja chyba jeszcze zdolniejsza niż poprzednie. Poza tym w roku 2019 zacznie działać kubański czynnik X, który uruchomi niejaki Wilfredo León. Nie widzę żadnych granic, widzę tylko możliwości.

Tekstami o mundialu zasypałem ostatnio portal „Wyborczej”. Na blog wklejam tylko mały trójpak. Tutaj znajdziecie główną gazetową opowieść o podróży do złota, która wyglądała jeszcze bardziej niesamowicie niż poprzednia, z francuskimi przewodnikami Stéphane’em Antigą i Philippe’em Blainem. Tutaj przeczytacie coponiedziałkowy felieton, tym razem specyfice współczesnego polskiego siatkarza, którzy w reprezentacji kraju przechodzi samego siebie. Tutaj leżą główne przyczyny sukcesy. A tutaj wkleiłem rzecz o naszym przemyśle wypuszczającym wyczynowca za wyczynowcem, który działa niezależnie od jakości menedżerów aktualnie zarządzających dyscypliną. Machina pracuje, przyszłość rodzimej siatkówki wydaje się dość bezpieczna.

A przyszłość obecnej reprezentacji? Doświadczenia z nieodległej przeszłości muszą skłaniać do zastanawiania się, kiedy wypali się jej związek z Vitalem Heynenem. Na razie podwładni opowiadają o nim z entuzjazmem, ale naoglądałem się już trenerów, których cechy najpierw były zalety, by stopniowo przeradzać się w wady. I to niekoniecznie dlatego, że trenerzy się zmieniali. Po prostu ludzie się ze sobą męczą – zwłaszcza z szefami, ze szczególnym uwzględnieniem szefów działających niestandardowo. (Przykład najświeższy, z innej dyscypliny, nazywa się Adam Nawałka). Belg to osobowość bardzo angażująca, bezdyskusyjnie największy oryginał w korowodzie zagranicznych selekcjonerów reprezentacji Polski, jego osobność dostrzeże każdy, kto choć przez chwilę poobserwuje jego styl. Trzymajmy kciuki, by obecny układ nie zużył się w kluczowym momencie, czyli sezonie olimpijskim. Najwyższy czas uciec od reguły, że nasi importowani trenerzy największe sukcesy osiągają na początku kadencji, a potem następuje nieunikniony, bolesny zjazd. Trzymajmy się tylko tej, że skoro mamy mundial, to Polska naskakuje na Brazylię.

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018. Fot. Kuba Atys

Tagi: siatkówka
10:42, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
niedziela, 23 września 2018

 Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

Na halę wchodzi szycha ze światowych władz siatkówki i zanim rozsiądzie się w loży, myśli sobie: „Co by tu jeszcze spieprzyć?”. Tak to z grubsza wygląda.

Bonzowie z FIVB masakrują zwłaszcza mundial, czyli turniej najbardziej prestiżowy po olimpijskim – już w 2010 roku pobili wszelkie rekordy, ich krętactwa wywołały wówczas bunt, Brazylijczycy poddawali mecze ostentacyjnie. Niby wydaje się zatem, że niewiele zostało do zepsucia, ale tzw. działacz wciąż udowadnia, że im więcej zepsuł, tym więcej zdoła jeszcze dopsuć.

Trwający w Bułgarii i Włoszech mundial to tradycyjnie również jeden wielki skandal, inaczej się w tym sporcie nie da.

Rywalizują aż 24 zespoły, choć poza Europą w ledwie kilku krajach siatkówka ma poziom zbliżony do profesjonalnego – stąd biorą się słabeusze, którzy przegrywają wszystko, ciułając na set średnio 16,7 (Dominikana), 18,6 (Tunezja) czy 18,4 (Portoryko) punktów. Kto chce założyć na szyję medal, musi zmęczyć aż 12 meczów, więcej niż w jakimkolwiek rozpoznawalnym sporcie drużynowym. Z powodu zagmatwanych, karkołomnych logicznie zasad jest możliwe, że zagrasz cztery razy (!) z tym samym przeciwnikiem – i w rundzie pierwszej, i w drugiej, i w trzeciej, i w finałowej. We wstępnej fazie dzień przerwy goni dzień przerwy, więc rywalizacja jest rozrzedzona aż do zanudzenia na śmierć wielu siatkarzy, którzy albo odbębniają łatwy mecz, albo czekają. Kibice codziennie wypytują dziennikarzy, jak wyłania się tych, którzy awansują, ale tego nie wiedzą często nawet zawodnicy i trenerzy. Przed turniejem nie wystarczy uważnie wczytać się w regulamin, bo regulamin jest płynny, może zmienić się w każdej chwili – w zależności od potrzeb, ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb gospodarzy, uprzywilejowanych w tej dyscyplinie jak nigdzie indziej. Nie wiadomo, czy więcej w tym bałaganie nonsensu, czy krętactw.

I gdy sądziliśmy, że nic już nas nie zaskoczy, ulepszacze rozgrywek z FIVB wzbili się na jeszcze wyższy poziom – tam, gdzie myśl normalnego kibica nie sięga. Znienacka, w samym środku mistrzostw, okazało się, że usunęli z siatkówki jedno od zawsze istniejących w niej z zagrań. W jakim celu, jak zwykle nie wiadomo, tu nie ma zwyczaju z niczego się tłumaczyć.

Na czym polega korekta? Otóż przy walce o sporną piłkę nad siatką, gdy zawodnik nie uderza  jej, lecz próbuje przepchnąć – wykorzystując ręce przeciwnika – wolno mu tylko wykonać ruch do przodu, bez kręcenia nadgarstkiem i skierowywania piłki w bok. Relacjonuję mniej więcej i niepewny, czy obejmuję sprawę rozumem, bo konkretów nigdzie nie opublikowano, przekazano jedynie sędziom, jak mają po nowemu interpretować przepisy. Wyeliminowano zatem odruch wytrenowywany latami, będący głęboko wdrukowanym nawykiem. I to w trakcie mistrzostw.

Wojciech Drzyzga – były siatkarz reprezentacji kraju, obecnie komentator telewizyjny – mówi, że to tak, jakby nakazać piłkarzom strzelać z rzutu karnego wyłącznie z czuba. Ja bym analogię zmodyfikował i porównał wymysł FIVB do zabronienia piłkarzom dryblowania. Pozbywamy się wszak zagrania trudnego, często świadczącego o technicznym zaawansowaniu zawodnika. Dziwactwo nieprawdopodobne, wręcz niekomentowalne. Znikają resztki wątpliwości – siatkówka specjalizuje się w organizowaniu mistrzostw najgorszych, obrażających inteligencję kibica, wyrażających pogardę dla sportowców.

Robi się zarazem coraz mniej zrozumiałe, dlaczego środowisko to akceptuje. Oburzają się zgodnie właściwie wszyscy – zawodnicy i trenerzy aktywni, zawodnicy i trenerzy byli, komentatorzy i eksperci. Oburzenie nie przekłada się jednak na niczyje działanie. Za kuriozalne zmiany jak zwykle odpowiadają jacyś tajemniczy „oni”, choć najlepsi uczestnicy mundialu mają potężną władzę, bez nich nie byłoby niczego. Liczba członków FIVB (ponoć 221, kto by pomyślał, że istnieje aż tyle krajów) to czysta fikcja, wystarczyłby konsensus między potentatami, by wymóc na działaczach wszystko, przecież Włosi, Amerykanie, Brazylijczycy (FIVB szefuje ich rodak Ary Graca!), Serbowie czy Rosjanie są niezbędni, inaczej turniej nie mógłby być kontynuowany.

Owszem, to środki nadzwyczajne, normalny szantaż. Czy jednak sytuacja nie jest nadzwyczajna? Czy sytuacja nie jest nadzwyczajna permanentnie? Czy po awanturze podczas meczu Polski z Argentyną nie stało się jasne, że kolejne skandale – w fazie rozstrzygającej o medalach – wybuchnąć muszą, nowe przepisy gry czynią je nieuniknionymi? Im więcej patologii, tym bardziej nie pojmuję, dlaczego wszyscy ją akceptują. Bo chyba nie dlatego, że każdy czasem jest gospodarzem, więc na przekrętach każdy kiedyś skorzysta?

Tagi: siatkówka
16:53, rafal.stec
Link Komentarze (102) »
niedziela, 17 grudnia 2017

klubowe mistrzostwa świata, siatkówka, Skra Bełchatów

Klubowe mistrzostwa świata w wykonaniu siatkarzy Skry Bełchatów podzieliłbym na trzy etapy. Najpierw świętowaliśmy tzw. triumf organizacyjny, czyli zaproszenie do turnieju, które było pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia sportowego. Następnie obejrzeliśmy łatwiutkie zwycięstwa nad słabiutkimi rywalami z Chin oraz Argentyny, których przydzieliło Skrze pomyślne losowanie. Aż dotarliśmy do meczów o poważną stawkę, z realnymi potęgami – Zenitem Kazań, Cucine Lube Civitanovą oraz Sadą Cruzeiro.

Wtedy przerżnęli bełchatowianie wszystko. 0:3 z Rosjanami, 0:3 z Włochami, 0:3 z Brazylijczykami. Aż mi się w trakcie oglądania przypomniało, jak w młodości kumple wołali na mnie przez chwilę „Stecu 09”, bo przekonywałem ich, że Widzew wyeliminuje Eintracht z Pucharu UEFA, a Widzew wziął i na złość mi oberwał we Frankfurcie 0:9.

Siatkarze Skry nie wypadli beznadziejnie. Próbowali się stawiać Zenitowi, w sobotnim w półfinale wszystkie sety przegrali minimalnie, oklapli dopiero dzisiaj. Im jednak dłużej – czy raczej: krócej – na nich patrzyłem, tym bardziej dzwoniło mi w głowie, że na udział w imprezie o szumnej nazwie „klubowe mistrzostwa świata” zwyczajnie nie zasłużyli. Zresztą wepchnęli się tam, starym siatkarskim zwyczajem, dzięki dzikiej karcie.

Doświadczenie mają tu olbrzymie. Zanim w 2015 r. Skra jedyny raz awansowała do turnieju finałowego Ligi Mistrzów rękami swoich siatkarzy, aż trzykrotnie występowała tam jako gospodarz, wyłącznie ze względów pozasportowych – w 2008, 2010 i 2012 r. A teraz jeszcze podarowała sobie KMŚ... To w siatkówce nic niezwykłego, mówimy o dyscyplinie skażonej mnóstwem patologii, ale bełchatowianie przelicytowali wszystkich. Nikt inny nie otrzymał w prezencie zaproszenia do prestiżowych imprez klubowych aż czterokrotnie.

O czym przypominam, bo do programowej pogardy dla sportowych reguł gry w siatkówce przywykliśmy, zobojętniała nam, coraz częściej jej nie zauważamy. A jeśli nawet zauważamy, to stękamy i unosimy się oburzeni, że tę dyscyplinę zatruwają jacyś nieokreśleni „inni”, w domyśle – działacze organizacji międzynarodowych.

Nieprawda. My, Polacy, w niszczycielskim procederze aktywnie uczestniczymy. Siatkówka to nie „oni”, lecz „my”. A kończącej się właśnie w Krakowie imprezie towarzyszy ponury paradoks, stanowiący przykry dowód naszej winy. Oto Polska jako jedyny kraj wystawiła w klubowych MŚ aż dwóch swoich przedstawicieli akurat w momencie, w którym zasługuje na wyróżnienie w jeszcze mniejszym stopniu niż zazwyczaj. Wiosną żaden nasz klub nie doskoczył wszak do turnieju finałowego Ligi Mistrzów – po pięciu latach nieprzerwanego udziału w elicie.

Generalnie nie istnieją żadne sportowe kryteria, według których mielibyśmy prawo zaciągać do KMŚ i Zaksę, i Skrę. Nawet w europejskim rankingu lig nasza ustępuje i rosyjskiej, i włoskiej, i tureckiej. Światowa siatkówka chorowała, choruje i, obawiam się, jeszcze długo pochoruje. Również z powodu zarazków rozpryskiwanych przez Polaków.

Tagi: siatkówka
20:49, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
niedziela, 02 lipca 2017

siatkówk, mistrzostwa świata juniorów. Fot. FIVB

Wszyscy znamy ponurą legendę o sportowcach młodych zdolnych, którzy nie dojrzewają na spełnionych dorosłych, ale akurat mistrzostwo świata juniorów zdobyte przez polskich siatkarzy rokuje doskonale.

Kiedy wzięli je w 1997 r. w Bahrajnie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Piotr Gruszka, Paweł Zagumny – przeżyło swój szczyt w 2006 r., zdobywając srebro prawdziwego mundialu. A kiedy wzięli je w 2003 r. w Teheranie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Michał Winiarski, Mariusz Wlazły – wzbiło się na szczyt w 2014 r. zdobywając złoto prawdziwego mundialu. (Oczywiście wszyscy wymienieni grali także razem i nasza reprezentacja, będąca w sporej mierze miksem przedstawicieli obu generacji, uzbierała jeszcze trochę innych medali).

Skoro zatem dzisiaj Polacy wygrali w Brnie juniorskie MŚ 2017, to mamy powody oczekiwać, że w następnej dekadzie pooklaskujemy kolejny skok na podium prawdziwego mundialu. Przyzwyczailiśmy się, że nasze siatkarskie pisklęta pięknieją z czasem na skrzydlatych mistrzów.

Grupa, która rozbiła przed chwilą Kubę, jest jednak szczególna. Nie dlatego, że tworzą ją młodzieńcy charakterni, czupurni – czasem aż nazbyt – i generalnie nakazujący podejrzewać, że wyrosną na sukinsynów, których wolałbyś mieć po swojej stronie siatki. I nie dlatego, że  jej liderem został akurat Jakub Kochanowski – jak na pozycję środkowego konusowaty (199 cm), a jednak rozstrzygający o wynikach, zdolny uzbierać najwięcej punktów w zespole (patrz sobotni półfinał z Brazylią). Nie, reprezentację z rocznika 1997 (z niewielką domieszką rocznika 1998) wyróżnia to, że nie przegrywa nigdy. W sensie ścisłym – nigdy.

Ponoć dzisiejszy finał był 50. meczem, jaki rozegrała. Piszę „ponoć”, bo w siatkówce niełatwo ustalić podstawowe fakty, archiwa porównywalne z piłkarskimi czy koszykarskimi nie istnieją, granice między towarzyskimi meczami oficjalnymi a nieoficjalnymi bywają płynne. Polegam więc na ludziach, którzy doliczyli się właśnie 50. spotkań. W komplecie zwycięskich.

Do fundamentalnych danych mamy jednak dostęp. Otóż Polacy zdobywali kolejno mistrzostwo Europy kadetów, mistrzostwo świata kadetów, mistrzostwo Europy juniorów oraz mistrzostwo świata juniorów, a także triumfowali w turnieju na olimpijskich festiwalu młodzieży Europy. I te mecze, finałowe oraz eliminacyjne, są już udokumentowane, zresztą niektóre zdołałem nawet obejrzeć.

3:0 z Białorusią, 3:0 ze Słowacją, 3:2 z Włochami, 3:0 z Danią, 3:1 z Rosją, 3:0 z Francją, 3:0 z Serbią, 3:0 z Turcją, 3:1 z Włochami, 3:1 z Bułgarią, 3:1 z Iranem, 3:0 z Chile, 3:0 z Chińskim Tajpej, 3:1 z Japonią, 3:0 z Chinami, 3:1 z Iranem, 3:2 z Argentyną, 3:0 z Czechami, 3:0 z Bułgarią, 3:0 z Danią, 3:0 z Węgrami, 3:0 z Niemcami, 3:2 z Francją, 3:0 z Ukrainą, 3:0 z Niemcami, 3:1 ze Słowenią, 3:0 z Bułgarią, 3:1 z Rosją, 3:1 z Ukrainą, 3:0 z Marokiem, 3:0 z Czechami, 3:0 z Kanadą, 3:2 z Chinami, 3:0 z Kubą, 3:2 z Iranem, 3:2 z Brazylią, 3:0 z Kubą – oto trwająca trzy lata podróż naszych młodych siatkarzy przez 37 zwycięstw w meczach o stawkę. To się nie zdarza nie tylko w polskim sporcie, to wyczyn na skalę globalną.

Nigdy się nie zagapili, nie ulegli zmęczeniu, nie dopadła ich skazująca na porażkę chandra. W akcji wyglądają nie tyle na pewnych siebie, ile na bezczelnych. Kiedy w sobotę patrzyłem, jak pomimo prowadzenia 2:0 w setach pozwalają Brazylii wydłużyć walkę o tie-breaka, nawet przez ułamek sekundę nie wątpiłem, że wypełnią misję. A dzisiaj, kiedy w drugiej partii urządzili sobie demolkę chyba nie dość sugestywnie odzwierciedloną wynikiem 25:10, zrobiło mi się Kubańczyków zwyczajnie szkoda.

Oglądałem już taki finał mundialu. Dorosłego mundialu – przed 11 laty w tokijskiej hali Yoyogi Polacy też nie odebrali Brazylii nawet seta, a w drugim uciułali 12 punktów. Byliśmy dla nich wyrozumiali, w końcu zderzyli się z supergrupą uchodzącą za najwspanialszą w dziejach dyscypliny. A tamten turniej był jej opus magnum, odleciała wówczas na swój szczyt.

Nie chcę porównywać siatkarskich dzieciaków do gigantów sportu, ale zdaje mi się bardzo budujące, że trafiło nam się pokolenie, które nie wie, co to znaczy przegrać. Któremu starcia z potęgami, Brazylijczykami czy Rosjanami, kojarzą się wyłącznie przyjemnie. Które finał właściwie odfajkowuje. I które na czterech imprezach mistrzowskich bierze cztery złota.

Znawcy wyczynowego sportu często podkreślają, jak ważne bywa przyzwyczajenie do wygrywania. Poczucie, że wygrywanie to stan naturalny. Jeśli się nie mylą, to mamy juniorów zbratanych ze zwyciężaniem tak bardzo, że bardziej się już nie da.

Tagi: siatkówka
19:48, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 09 kwietnia 2017

Paweł Zagumny. Fot. Kuba Atys

Zszedł z boiska po raz ostatni, więc zwyczajnie wypadało złożyć mu hołd. W końcu wybitniejszego reprezentanta Polski w grach zespołowych w XXI wieku nie podziwialiśmy. Cotygodniowy felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj. A u góry jedno z moich ulubionych zdjęć, oczywiście autorstwa Kuby Atysa - Zagumny wraz z Danielem Plińskim przygniatają Piotra Gruszkę po zdobyciu złota mistrzostw Europy.

Tagi: siatkówka
19:13, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 18 sierpnia 2016

Obwieszoną medalami dekadę męskiej reprezentacji psują występy olimpijskie. Dotkliwie przeciętne, zawsze na miarę ćwierćfinału. Niepokojące jest to, że ten w Rio nawet nie zaskakuje.

Kulminację przeżyliśmy na złotym mundialu przed dwoma laty, podczas którego w szatni spotkali się najwybitniejsi przedstawiciele obu generacji juniorskich mistrzów świata – Michał Winiarski, Mariusz Wlazły (rocznik 1983) oraz Paweł Zagumny (1977). Brakowało w tej supergrupie jedynie Piotra Gruszki (1977). On nie zdążył, z oczywistych względów wszedł w schyłek kariery wcześniej niż rówieśnik z pozycji rozgrywającego.

Kiedy weterani – absolutnie kluczowi na tamtym niesamowitym turnieju – zrezygnowali z gry dla kraju, stało się jasne, że złota reprezentacja przestaje istnieć. I spodziewaliśmy się, że będziemy musieli swoje odcierpieć, jak każda drużyna przechodząca przemianę pokoleniową. Nie spodziewaliśmy się jednak, że straty okażą się jeszcze większe.

Atakującego Wlazłego zaczął wyręczać Bartosz Kurek, który w Rio wyrastał ponad drużynę. Tu udało się utrzymać wysoki poziom.

Przyjmującego Winiarskiego zastąpił Michał Kubiak. Gracz klasowy, jednak nieporównywalny z poprzednikiem – najbardziej utytułowanym wśród współczesnych polskich siatkarzy, triumfatorem Ligi Mistrzów przez kilka lat współtworzącym w Trento najsilniejszą drużynę klubową świata. W dodatku w Rio Kubiak grał poniżej swoich możliwości. On, kapitan, który najśmielej powtarzał, że interesuje go tylko złoto.

Wreszcie w buty rozgrywającego Zagumnego miał wskoczyć Fabian Drzyzga. Właśnie tu ponieśliśmy stratę, której nie oczekiwaliśmy. Drzyzga w pewnym momencie właściwie zniknął. Zmalał w reprezentacji do rezerwowego. Najgłośniej było o nim wtedy, gdy wypływały informacje o jego trudnych relacjach z trenerem Stéphane’em Antigą. Okazało się, że abdykował nie jeden, lecz obaj mistrzowscy rozgrywający. I piłkę wystawia w kadrze Grzegorz Łomacz, przez całą karierę – w październiku skończy 29 lat – zawodnik na poziomie ligowym, któremu nikt nie wróżył skakania wokół podium imprez mistrzowskich. Jemu nie sposób niczego zarzucić. W Rio wypadł poprawnie, a momentami nawet lepiej niż poprawnie. Ale on daje głównie rzetelność i sumienne wykonywanie zaleceń taktycznych. Nie stać go na zaoferowanie czegoś ekstra, co charakteryzuje wystawiających ze światowego szczytu. Tu Polacy odstają od czołówki bodaj najbardziej, i to nie ze względu na ledwie 187 cm wzrostu Łomacza (choć przewagę atletyczną Amerykanie mieli w środę miażdżącą).

Reprezentacji Antigi drastycznie ubyło zatem jakości. I za bardziej zaskakujący niż ćwierćfinałowa porażka na igrzyskach powinniśmy właściwie uznać popis na ubiegłorocznym Pucharze Świata, podczas którego nasi siatkarze grali jak opętani. Po dziesięciu zwycięstwach z rzędu ulegli dopiero Włochom. Nowa drużyna miała się rodzić w bólach, a rozkwitła w mgnieniu oka.

Nie sposób jednak usprawiedliwić stylu, w jakim Polacy pozwolili się wypędzić z Rio. Nie sposób nie zauważyć najbardziej niepokojącego trendu z możliwych – otóż nowa reprezentacja po doskonałym starcie sprzeciętniała i już do świetnej formy nie wróciła. Szokująca porażka w ćwierćfinale mistrzostw Europy ze Słowenią, ledwie trzecie miejsce w europejskich kwalifikacjach olimpijskich (ocalała po horrorze z Niemcami), słabiuteńki występ w Lidze Światowej (piąte miejsce), wreszcie beznadzieja w Rio. To nie tak, że siatkarze rozczarowali nagle, akurat w najważniejszym momencie. Ich wynik to logiczne zwieńczenie całego sezonu.

Tak samo logiczne jest kwestionowanie – choć potrzeba tu analizy i fundamentalnych rozmów z selekcjonerem – pozycji Antigi, który wygląda na opuszczonego przez bardziej doświadczonego Philippe’a Blaina (dlaczego asystent nie uczestniczy już aktywnie w przerwach w grze, jak podczas mundialu?). Przybywa poszlak, by sądzić, że w reprezentacyjnej szatni zwyczajnie brakuje chemii.

Przyzwyczailiśmy się już, że największe triumfy wypalają Polaków. Że następujący po nich sezon bywa wręcz tragiczny. Po srebrze MŚ w 2006 r. (na jakikolwiek medal czekaliśmy ćwierć wieku) trener Raúl Lozano bezsilnie przyglądał się, jak jego podwładni przegrywają na ME z Belgią. Po złocie ME w 2009 r. (pierwszym w historii) Daniel Castellani podpisał swoim nazwiskiem miejsca 13-18 na mundialu. W podobne kłopoty wpadają właściwie wszyscy, może z wyjątkiem Brazylii. Amerykanie wygrali igrzyska w Pekinie, by na następnych dać ciała totalnie, jak Polska w Rio (wyskoczyli z grupy na pozycji lidera, w ćwierćfinale oberwali do zera od rozbitych Włochów), marnie wypadali też na mundialach (zresztą od dwóch dekad nie zdobyli na nich medalu). A Rosjanie – mistrzowie olimpijscy z Londynu – stoczyli się ostatnio prawie na swoje historyczne dno. Skaczą między piątymi a ósmymi miejscami.

Na te wahania wpływa też patologiczny system siatkarskich rozgrywek. Najbardziej rozbudowany w sportach zespołowych, sprawiający, że nie zdarzają się już imprezy, na których wszyscy faworyci są przygotowani perfekcyjnie lub prawie perfekcyjnie. W tej grze trwają permanentne igrzyska ludzi schorowanych, przemęczonych fizycznie i psychicznie. Przewidzieć przyszłość naszej reprezentacji jest trudniej niż kiedykolwiek w XXI w. dlatego, że przeżywa najbardziej gwałtowną przemianę kadrową, ale również dlatego, że w czołówce panuje bezprecedensowy zamęt.

Na ostatnim mundialu złoto wzięli Polacy, srebro – Brazylijczycy, brąz – Niemcy. Potem była LŚ, na której podium obsadziły Francja, Serbia i USA. Następnie w PŚ Amerykanie tylko lepszym stosunkiem setów wyprzedzili przebudzonych znienacka Włochów. Potem wicemistrzostwo Europy wyskakali Słoweńcy. LŚ wygrała Serbia, która na igrzyska się nawet nie zakwalifikowała. Aż w Rio totalną klęskę poniosła Francja, dla wielu główny faworyt turnieju... Za każdym razem wygrywa kto inny. Na siatkarskim podium jeszcze nigdy nie było tak niestabilnie. Coraz częściej rozstrzyga przypadek. A ponieważ chciwość działaczy nie zna granic, to meczów stale przybywa. Polacy rozegrali ich w sezonie przedolimpijskim 38. Chciałoby się napisać – rekord nie do pobicia, ale nie, bonzowie z FIVB na pewno coś wymyślą.

I w tych czasach zamętu wystarcza niekiedy drobiazg, by obalić hierarchię. Pogrążeni od lat w kryzysie Włosi wstali, gdy naturalizowali jednego zawodnika Osmany’ego Juantorenę. Zyskali ogromną siłę ognia. Co dla nas o tyle znaczące, że również czekamy na Kubańczyka, wygrywającego w Kazaniu Ligę Mistrzów – Wilfredo Leóna. Dzięki niemu również polska reprezentacja może znienacka nieprawdopodobnie urosnąć w ofensywie.

Tagi: siatkówka
18:08, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Nasi siatkarze muszą w ćwierćfinale pokonać USA, żeby wykonać ostatnią misję. W XXI wieku zdobywali medale wszędzie, tylko nie na igrzyskach.

Odkąd naszej męskiej siatkówce godność przywrócił Raúl Lozano, a potem jego dzieło kontynuowali – lub kontynuują – trenerzy Daniel Castellani, Andrea Anastasi i Stéphane Antiga, wskakiwaliśmy na podium wszelkich możliwych imprez. Mundial – dwa medale. Puchar Świata – dwa medale. Mistrzostwa Europy – dwa medale. Liga Światowa – dwa medale. Tylko na igrzyskach się nie udało.

Turniej olimpijski w siatkówce jest bardzo specyficzny. Nikt nie nazwie go najtrudniejszym, bo klucz geograficzny sprawia, że brakuje potęg. Na przykład Serbii, triumfatorki tegorocznej LŚ. Ale też najłatwiej się tu boleśnie pośliznąć. Bo faza grupowa to zazwyczaj jedynie rywalizacja o rozstawienie w ćwierćfinale (teraz było inaczej przez Amerykanów, którzy niespodziewanie ulegli Kanadzie), a ćwierćfinał oddziela strefę medalową od katastrofy. To pierwszy ważny mecz na turnieju. I jeśli drużyna z ambicjami go przegra, to czuje się, jakby na igrzyskach w ogóle jej nie było. Nikt nie pamięta, co się działo w grupie.

Polacy przeżyli ćwierćfinałowe rozczarowanie trzykrotnie. W 2004 r. ulegli Brazylii, która wzięła potem złoto. W 2008 r. ulegli – po horrorze, decydowały milimetry i sędziowskie pomyłki – Włochom. W 2012 r. ulegli Rosji, która też zdobyła potem złoto.

Czy tym razem są faworytami? Nie. Ale Amerykanie też nimi nie są. Z fazy grupowej nie wolno wyciągać żadnych wniosków, o czym przekonali się najbliżsi rywale Polaków – przed czterema laty wyskoczyli do ćwierćfinału z pozycji lidera, by oberwać od czwartych w grupie Włochów do zera. A generalnie czołówka w męskiej siatkówce tak się spłaszczyła, że właściwie nikt nie wyrasta ponad innych. Właściwie każdy turniej wygrywa kto inny.

Drużyna USA ma wszystko, by zagrozić każdemu. Wysokich, agresywnie atakujących skrzydłowych, na czele z doskonale znanym z Ligi Mistrzów, lubiącym znęcać się nad polskimi drużynami Matthew Andersonem. Zręcznego rozgrywającego dojrzewającego w lidze włoskiej. Doświadczonych środkowych. Wściekle niebezpieczny serwis. Wszechstronni, znakomici atletycznie gracze uprawiają bardzo dobrze zorganizowaną siatkówkę (od trzech sezonów grają praktycznie w tym samym składzie!). Kto wie, czy nie tworzą dzisiaj reprezentacji najbardziej kompletnej, o największym potencjale.

Owszem, w Rio zaczęli od sensacyjnej porażki 0:3 z Kanadą, a następnie nie sprostali Włochom. Od tamtej pory jednak zwyciężają, rosną z każdym meczem. Oni też nabierali rozpędu przed rozstrzygającą fazą pucharową – jak Polacy, trener Antiga zapowiadał przed turniejem, że jego ludzie moc mają poczuć 17 sierpnia, w dniu ćwierćfinału.

O naszych siatkarzy się niepokoimy. Widzimy ewidentne atuty – zbijającego jak opętany Bartosza Kurka, superrezerwowego Rafała Buszka, nieprzewidywalnie serwującego Mateusza Bieńka, wybijającą się na tle konkurencji asekurację i generalnie zdolność do gry inteligentnej, modyfikowanej w zależności od przeciwnika. Zarazem jednak dostrzegamy, że nie odpalił Mateusz Mika (chyba w zgodnej opinii niezbędny do dużej wygranej), że rozgrywający Grzegorz Łomacz raczej nie wzbije się ponad rzetelność i sumienność. I nie wiemy, jak traktować dotychczasowe zwycięstwa. Jedynemu przeciwnikowi o medalowych aspiracjach, czyli Rosji, Polacy nie dali rady. A w grupie, w której bili się Amerykanie, mecze wydawały się mieć wyższą intensywność. I być może nasi siatkarze dopiero w ćwierćfinale poczują, że aby dofrunąć do olimpijskiego podium, trzeba latać w zupełnie innym tempie.

Wątpliwości są nieuniknione, ale nadmierny optymizm lub pesymizm nie ma sensu. Kto dzisiaj „wie”, jak będzie, ten zmyśla. Z USA za kadencji Antigi Polacy mierzyli się siedem razy – dwa razy wygrali, pięć razy przegrali. Jednak w najważniejszym meczu minionego sezonu, w japońskim Pucharze Świata, to oni byli górą. Ba, triumfowali w imponującym stylu. Amerykanie wręcz im gratulowali jako najsilniejszemu przeciwnikowi, z którym zagrali.

Dzisiejsze starcie unieważni jednak wszystkie poprzednie z minionych lat. W siatkówce igrzyska są ponad wszystkim, o czym najlepiej wiedzą właśnie Amerykanie, którzy mogą krzywo odbijać piłkę przez cztery lata, by pod olimpijską flagą przeobrazić się w wirtuozów. Zwłaszcza wtedy, gdy poczują doniosłość chwili.

Polacy reagowali w minionych latach inaczej. A dzisiaj kibice wierzą w nich mniej niż w Londynie czy Pekinie. Co akurat nie ma najmniejszego znaczenia. Przywykliśmy, że najsłabiej wypadają wtedy, gdy dekorujemy ich medalami jeszcze przed pierwszym meczem. A najlepiej – gdy nie spodziewamy się po nich niczego.

piątek, 08 kwietnia 2016

Plusliga

Nigdy nie przekonywał mnie amerykański pomysł na system rozgrywek ligowych, podzielonych na trwający całą wieczność sezon zasadniczy oraz mijającą w mgnieniu oka fazę play-off. Mordują się najlepsi koszykarze NBA miesiącami, żeby ustalić kwestię w gruncie rzeczy błahą – czyli rozstawienie w walce o mistrzostwo – a potem w kilka tygodni ustalają kwestię najważniejszą, czyli to, kto zasługuje na mistrzostwo. Nie całkiem pojmuję, jak kibice czołowych drużyn mogą ekscytować się pierdyliardem meczów sezonu zasadniczego, w którym zasadnicze jest tylko to, że zasadniczo nie ma w nim prawie niczego do wygrania.

Zwierzam się ze swojej fobii akurat dzisiaj, ponieważ właśnie kończy się runda zasadnicza polskiej ligi siatkarzy, która w trybie awaryjnym odeszła od formuły typowej dla sportów amerykańskich – zamiast wielopiętrowych play-off lider zagra z wiceliderem o złoto, a trzeci w tabeli będzie się naparzał z czwartym o brąz. Odeszła ze wspaniałym skutkiem, bardziej interesującego sezonu niż bieżący nie pamiętam.

Dotąd wszystko, co działo się przed play-off, właściwie mnie nie obchodziło. Oglądałem mecze, zdarzały się wśród nich mecze wspaniałe, ale nawet wspaniałe i szlagierowe zdawały mi się nieco pozbawione ciężaru gatunkowego. Czasami nie znałem nawet dokładnie wyglądu tabeli, bo nie potrafiłem sobie wmówić, że przesunięcie się jedno miejsce wte czy wewte ma rzeczywiście doniosłe znaczenie. Owszem, na przebieg rywalizacji o medale wpływało, ale czy aż tak, by awanturować się o to przez 80 proc. rozgrywek?

Dopiero teraz każdy mecz sporo ważył, dopiero teraz trzeba było śledzić tabelę pilnie i z emocjami, dopiero teraz nikt nie mógł pozwolić sobie na chwilę zagapienia czy niechlujstwa. Zabić potrafił wręcz pojedynczy set, o czym boleśnie przekonali się siatkarze Resovii, którzy przez partię oddaną przed chwilą słabiuteńkiemu Będzinowi stracą prawdopodobnie szansę na obronę mistrzostwa kraju. A jeśli nie stracą, to dlatego, że w ostatniej kolejce seta Skra Bełchatów – też sensacyjnie, podejmie bowiem BBTS Bielsko-Biała. Wreszcie przez cały sezon mecze toczyły się o stawkę nie przynudzająco teoretyczną, lecz w najwyższym stopniu praktyczną. Wszystko było hitem.

Spisuję te kilka zdań, by złożyć nowemu systemowi hołd i w ogóle wyrazić swój zachwyt, ponieważ za wszystkim stoi paradoks – rewolucji nie wywołała refleksja, że poprzednie reguły były do chrzanu, lecz przeprowadzono ją awaryjnie, by przed igrzyskami w Rio oddać czas reprezentacji Polski. To zresztą doskonale oddaje kuriozalną osobność siatkówki. Choć jej szefowie (mówię o skali światowej, nie krajowej) gmerają w przepisach i regulaminach maniacko, to korekta najfajniejsza zdarzyła się właściwie przypadkiem. I grozi nam powrót do starego, czyli nudnego.

W każdym razie dla mnie nudnego – zdaję sobie sprawę, że każdy system na zalety i wady, a ja wyżej nie nad wszystkimi się pochyliłem. I jestem ciekawy, co myślą czytelnicy mojego bloga, choć nie wiem, czy uchowali się jeszcze wśród Was kibice siatkówki.

Tagi: siatkówka
18:11, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 10 stycznia 2016

To był najmocniej zapadający w pamięć mecz polskich siatkarzy od złotego mundialu. I kuriozalny turniej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: siatkówka
22:40, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Archiwum
Tagi