Wpisy z tagiem: Siatkówka

środa, 16 maja 2012

Londyn 2012

Niby dawno go jako reprezentanta Polski skreśliłem, niby pogodziłem się, że dla kraju już nie zagra, ale... Mimo wszystko męczy mnie sprawa Mariusza Wlazłego.

To potencjalnie najznakomitszy przedstawiciel polskich gier drużynowych. Marcin Gortat nie ośmieliłby się pewnie nawet marzyć o takiej pozycji w hierarchii koszykarskiej, jaką bełchatowski gwiazdor zajmuje w siatkarskiej. Ba, nawet bohater wiosny Robert Lewandowski ma nad sobą więcej futbolowych napastników niż Wlazły atakujących.

Gdyby tenże Lewandowski - on przecież też bogaci się nie w reprezentacji Polski, lecz w klubie, w kadrze zyskuje się głównie chwałę czysto sportową - zrezygnował z udziału w Euro 2012, porzuciłby drużynę ze skromnymi szansami na choćby sukcesik. A Wlazły, który nie leci na igrzyska, traci realną szansę na olimpijski medal. Albo wręcz na dorównanie legendom Wagnera. Z przyjemnością oklaskujemy sukcesy biegaczki narciarskiej, młociarzy, kolarek czy innego chodziarza, ale ewentualne złoto siatkarzy w Londynie przyćmiłoby, jak przypuszczam, wszystko, co wydarzyło się w naszym sporcie po upadku komuny. Może nawet odloty Małysza.

Siatkarze Andrei Anastasiego oczywiście nie są faworytami turnieju olimpijskiego, jeśli nie wyskaczą medalu, nikt sensacji nie ogłosi. Ale szanse mają, różnice w czołówce są nieznaczne, obecność najwydajniejszego polskiego bombardiera mogłaby, wobec mizerii na jego pozycji, przesądzić.

Nie chcę wikłać się tutaj w zagmatwane niuanse trudnych relacji naszego czołowego siatkarza z kadrą, zdaję sobie sprawę, że może on mieć swoje racje, że z medialnego szumu informacyjnego kibice całej prawdy nie wyłowią. Jedno pozostaje jednak bezdyskusyjne - nawet teraz o jego powrót zabiegał raczej prezes PZPS Mirosław Przedpełski, Wlazły nie chwytał się każdego dostępnego sposobu, by za wszelką cenę dla Polski grać. Jeśli jemu nie wytkniemy braku sportowej ambicji, to komu?

niedziela, 22 kwietnia 2012

Pokłon dla Skry Bełchatów za siedem lat władzy absolutnej, pokłon dla Resovii, która ją właśnie zdetronizowała.

Przebieg finału musiał usatysfakcjonować. Mecze były wyładowane twardym, męskim graniem, akcje często się ciągnęły, choć siatkarze strzelali z takiego kalibru, że piłka nie miała prawa utrzymać się w powietrzu. Mamy ligę na światowym poziomie, dla naszych innych gier zespołowych niedostępnym.

Nie mam czasu obficiej blogować o tym szokującym finiszu rozgrywek - cały weekend skrzy się skrajnymi sportowymi emocjami, w redakcji zamęt - wpadłem tylko na chwilę, by zwrócić uwagę na drobiazg, dość znaczący drobiazg, który wyróżnia Resovię spośród innych mistrzów krajów.

Otóż mistrzowie z Bełchatowa, Kędzierzyna-Koźla czy wcześniej Częstochowy wygrywali w kolorze biało-czerwonym, zagraniczną mieli w drużynie tylko domieszkę - mniejszą lub większą. Dopiero teraz, po raz pierwszy w historii, bohaterami finału zostali obcokrajowcy: Niemiec Georg Grozer, Czech Lukáš Ticháček, Białorusin Olieg Achrem, Amerykanin Paul Lotman.

Refleksje na gorąco? Po pierwsze, szkoda, że drużynę opuszcza Grozer - mam nadzieję, że nie rozpadnie się cała i nie trzeba będzie zgodnie z rzeszowską tradycją budować jej od zera. Po drugie, mam nadzieję, że porażka Skry, w sporej mierze tworzącej polską kadrę, nie wróży nam źle przed igrzyskami w Londynie. Po trzecie, nie zamykajmy zbyt pochopnie epoki, ja tam nie wykluczam, że do następnego sezonu bełchatowianie znów przystąpią jako faworyci.

Tagi: Siatkówka
15:46, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 marca 2012

Skra Bełchatów, Liga Mistrzów siatkarzy

Finał Ligi Mistrzów był piękny i dramatyczny, stał na kapitalnym poziomie sportowym, zapadł w pamięć także z powodu łez bełchatowskich siatkarzy, którzy czuli, że od zwycięstwa dzieliły ich drobiazgi okiem nieuzbrojonym niedostrzegalne. Z tym większą przykrością słucham i czytam komentatorów usiłujących sprowadzić wspaniały spektakl do sędziowskiej pomyłki, by wmówić kibicom, że Skra została obrabowana.

Otóż nie została. Przeciwnie, do finału siatkarze zostali przez działaczy zaniesieni na rękach.

W pierwszej rundzie nie wygrali nawet swojej grupy, do awansu wystarczyło im wyprzedzić przeciętniutkie ACH Volley Ljubljanę oraz Budvanską Rivijerę.

Z drugiej rundy, w której trzeba już przetrwać ciężki dwumecz, zostali zwolnieni.

Z trzeciej rundy, w której skala trudności jeszcze wzrasta, zostali zwolnieni.

W ostatecznej rozgrywce byli gospodarzami.

W półfinale dostali jako rywala Arkas Izmir, uczestnika łódzkiego turnieju bezapelacyjnie najwątlejszego, choć elementarna sportowa logika nakazywałaby raczej rozstawić tworzące drugą parę Zenit Kazań i Trento, czyli najmocniejsze kluby poprzedniej edycji Ligi Mistrzów.

Turków złamali bełchatowianie w trzech setach, a potem mieli więcej czasu na regenerację sił niż mistrzowie Rosji i mistrzowie Włoch, bowiem na boisko wskoczyli wcześniej.

Słowem, drogę na szczyt przebyli w lektyce. Trudno sobie wyobrazić przywileje, które jeszcze bardziej by ją uprzyjemniły. Wolny los w finale?

Trudno też sobie wyobrazić, co musi się wydarzyć, by Skra wreszcie zdobyła upragnione trofeum, skoro nie udało się w okolicznościach tak sprzyjających. I pomimo trzech meczboli w finale.

Piszę to z bólem, bo nie chcę kwestionować wysiłku Bogu ducha winnych siatkarzy, ale prawda jest brutalna: do zdobycia klubowego wicemistrzostwa Europy wystarczyło im zdystansować reprezentantów Czarnogóry (15. miejsce jej ligi w rankingu CEV), Słowenii (11.) oraz Turcji (7.). Nie musieli pokonać żadnej wielkiej firmy. Nadal są najbardziej faworyzowaną drużyną na kontynencie.

W pięć lat zorganizowali turniej finałowy trzykrotnie, choć wszystkie inne miasta czyniły to po jednym razie. Na boisku nigdy doń nie awansowali, w rundach pucharowych wygrali w tym okresie siedem z 14 meczów. Intuicja podpowiada nam, że należą do ścisłej czołówki, ale nigdy tego nie udowodnili. Ilekroć wpadali w Final Four na Rosjan, przegrywali. A zawsze działo się to w ich hali.

Pokręcone, zachęcające do notorycznego kombinowania siatkarskie regulaminy wyprodukowały już mnóstwo paradoksów. Kolejny polega na tym, że choć Skra jest multimedalistą Ligi Mistrzów (brąz, brąz, srebro), to jedynymi polskimi klubami, które własnoręcznie przebiły się do turnieju finałowego, pozostają Mostostal Kędzierzyn-Koźle i Jastrzębski Węgiel. Na drugi stopień podium się nie dostały, ale sportowo osiągnęły więcej.

niedziela, 04 grudnia 2011

Reprezentacja Polski, Andrea Anastasi, siatkówka, Puchar Świata

Paradoks pierwszy: choć Puchar Świata ma blask szczerego srebra i bezapelacyjnie jest sukcesem siatkarzy imponującym, to nie umiem sobie przypomnieć ani jednego turnieju, na którym Polacy przegrali tyle meczów w równie zawstydzających okolicznościach: z Iranem prowadzili 16:11 w czwartym secie, by go oddać; Brazylię rozwalali w decydujących, wydawało się, chwilach 13:8; Rosję w tie-breaku nokautowali 14:9.

Paradoks drugi: choć porażki poniesione w tychże okolicznościach chwały nie przynoszą, to czy nie wolno nam w świątecznym, pomedalowym nastroju odwrócić perspektywy i zakrzyknąć triumfalnie, że drobiazgi dzieliły naszą drużynę od kompletu (!) zwycięstw w morderczym maratonie 11 gier na dystansie 15 dni? Że bliżej pobicia „Canarinhos” niż w sobotę nie byli Polacy od blisko dekady?

Na podium prestiżowych imprez zaczęli ponownie wskakiwać - po całej wieczności bez odrywania się od ziemi - w 2006 r., ale zdołalibyśmy przedstawić poważne argumenty dla tezy, że właśnie bieżący sezon przebiegał szczególnie wyjątkowo. Trener Andrea Anastasi wyrzeźbił przecież drużynę całkowicie autorską, zaskakującą nie tylko wynikami. To on wyobraził sobie w roli atakującego Zbigniewa Bartman (na co dzień przyjmującego), którego dotąd kojarzyliśmy z boiskowym rozedrganiem z pogranicza ADHD, według wielu fachowców czyniącego go niezdolnym do poważnych międzynarodowych igrzysk. On pasował na kapitana Marcina Możdżonka. Nie zabrał do Japonii uchodzącego za wręcz najlepszego polskiego środkowego Daniela Plińskiego. Ośmielił się odsunąć Piotra Gruszkę, czyli żywy pomnik zbudowany z przeszło 400 meczów w kadrze. Przywrócił reprezentacji usuniętego z niej w zeszłym roku - w dość niesmacznych okolicznościach - Łukasza Żygadłę, a potem jeszcze zareagował z bezceremonialnością heretyka, gdy tego samego Żygadłę wysunął przed nietykalnego dotąd Pawła Zagumnego.

Radykalnymi ruchami uświadomił nam, jak bogatymi zasobami ludzkimi dysponujemy. Na Pucharze Świata żonglował nazwiskami do zatracenia, z pomysłami trafiał, rekordową przyjemność zaoferował kibicom chyba w zwycięskim dreszczowcu z Włochami, kiedy obejrzeliśmy, jak krasnalowaty w standardach siatkarskich Michał Ruciak rewelacyjnie wyręcza słabującego tego dnia kolosa Bartosza Kurka. O przestronności kadry niech zresztą świadczy fakt, że nie ma ani jednego siatkarza, który zdobył wszystkie medale od 2006 roku - mundialu, mistrzostw Europy (dwukrotnie), Ligi Światowej i PŚ.

Gdyby ten ostatni sukces był wyrwany z kontekstu, mielibyśmy prawo zadawać pytanie, czy nie trąci trochę przypadkiem - jeśli siatkarze lecą do Azji w trakcie sezonu klubowego, wyciągnięci znienacka z kieratu ligowego, to turniej musi być mocno improwizowany. Ale drużyny sięgającej podium na trzech imprezach z rzędu takimi podejrzeniami obrażać nie wolno. Wypada raczej typować, że w roku 2012, w którym Polacy unikną mordęgi kwalifikacji olimpijskich, biało-czerwoni błysną wreszcie tam, gdzie w erze nowożytnej siatkówki odpadali dotąd w ćwierćfinałach. Na igrzyskach.

Trener Anastasi zdobyłby w Londynie czwarty medal z naszą reprezentacją. Tyle uzbierał też Wagner. Pościg za legendą trwa.

piątek, 30 września 2011

W startującej właśnie lidze siatkarzy rozbłyskują kolejne zagraniczne gwiazdy, ale faworytem pozostaje broniąca tytułu, panująca w kraju od siedmiu sezonów Skra Bełchatów, która na rynku transferowym nie szaleje.

Finansowo PlusLiga nadal ustępuje ligom włoskiej i rosyjskiej, a także czołowym klubom tureckim, ale dysponuje atutami czyniącymi ją fenomenem osobnym w całym naszym sporcie - po Europie roznosi się sława Polski jako krainy nadzwyczaj przyjaznej siatkówce, więc obcokrajowcy lgną do naszych pełnych hal także dlatego, że mogą tutaj poczuć się idolami roztańczonych tłumów. Sprzyja nam w dodatku ogólnoeuropejska recesja, poważni konkurenci polskich drużyn zbiednieli m.in. przez zapaść Grecji. A niewykluczone, że przez kłopoty Włoch zbiednieją wkrótce jeszcze rywale z Serie A.

By docenić potężniejącą ligę polską, wystarczy uświadomić sobie, ile siły ognia przybyło podczas wakacji faworytom. Bohaterowi poprzedniego sezonu Mariuszowi Wlazłemu ze Skry oraz rzeszowskiemu kanonierowi Gyorgy'emu Grozerowi wyzwania rzucą atakujący reprezentacji Włoch Michał Łasko (Jastrzębie) i atakujący reprezentacji Francji Antonin Rouzier (Zaksa Kędzierzyn-Koźle). Nie są to jeszcze siatkarze formatu Miljkovicia czy Michajłowa, ale przewyższają ich już tylko najlepsi na swojej pozycji gracze na świecie.

Zatrudnia ich kwartet firm, które tworzą lokalną elitę - o wyraźnie okazalszych od reszty stawki budżetach, mniej lub bardziej otwarcie mierzących w mistrzostwo kraju. I popierających swoje aspiracje coraz śmielszymi posunięciami transferowymi. W Resovii piłkę Grozerowi będzie wystawiał jego dawny znajomy z Friedrichshafen, były triumfator Ligi Mistrzów Lukáš Ticháček; Zaksę uskrzydli wracający do Polski Guillaume Samica; do Jastrzębia zlecieli reprezentanci USA Russell Holmes i Brian Thornton, Holender Rob Bontje oraz podebrani warszawskiej Politechnice, wypromowani przez Andreę Anastasiego kadrowicze - Michał Kubiak ze Zbigniewem Bartmanem.

Ale siatkarze o rozpoznawalnych nazwiskach przyjmują już również zaproszenia z uboższych klubów. Jeśli gdański beniaminek zdołał przyciągnąć fińskiego atakującego Mikko Oivanena, Fart Kielce - francuskiego rozgrywającego Pierre'a Pujola, AZS Indykpol Olsztyn - bułgarskiego przyjmującego Metodiego Ananiewa, a Delecta Bydgoszcz - zwolnionego przez Skrę Stephane'a Antigę, to mamy prawo oczekiwać, że poziom całych rozgrywek się podniesie. Mecze nabiorą intensywności, zdobywanie punktów będzie kosztowało więcej wysiłku, nasi siatkarze przywykną do gry wymagającej pełniejszej koncentracji i pełniejszego zaangażowania. Tych ostatnich, dodajmy, wciąż chronią przepisy zezwalające na przebywanie na boisku maksymalnie trzech obcokrajowców jednocześnie. Przepisy prawdopodobnie sprzeczne z prawem unijnym, lecz błogosławione z punktu widzenia interesu polskich graczy.

Przy zamaszystych transferowych ruchach miażdżącej większości klubów, złota od 2005 roku, zazwyczaj pewnie zwyciężająca w finale Skra ledwie drgnęła. Jej szefowie ewidentnie widzą w niej perfekcyjnie pracujący bolid, którego przed kolejnym wyścigiem wystarczy wypolerować. O ile doświadczony Holender Wytze Kooistra (najlepiej punktujący środkowy w minionym sezonie Serie A) będzie chciał wtargnąć do podstawowej szóstki, o tyle młodzi Serbowie Konstantin Cupković (24 lata) i Aleksandar Atanasijević (20 lat) konkurencji z reprezentantami Polski - odpowiednio Bartoszem Kurkiem i Mariuszem Wlazłym - raczej na razie nie wytrzymają. Co nie oznacza, że nie doczekają wspaniałej przyszłości. Zwłaszcza Atanasijević, najskuteczniejszy siatkarz juniorskiego mundialu, uchodzi za bajecznie zdolnego.

Skry nadal nie sposób traktować inaczej jak absolutnego faworyta rozgrywek. Przeciwnicy znów przeprowadzali czystki w szatni i sprowadzali nowych ludzi na newralgiczne pozycje, bełchatowianom służy błoga stabilizacja. I długie, relaksujące wakacje wielu z nich. Wlazły, Winiarski i Pliński zrezygnowali w tym sezonie z gry w reprezentacji, dla Hiszpanii nie skakał wystawiający Miguel Falasca. Powinni być wypoczęci i głodni walki, a dwaj pierwsi - zepchnięci ostatnio w cień przez polskich brązowych medalistów mistrzostw Europy - także zdeterminowani, by przypomnieć, że to oni są najjaśniejszymi gwiazdami naszej siatkówki. Jaśniejszymi nawet od nadlatujących stadami renomowanych obcokrajowców.

Tagi: Siatkówka
11:41, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi