Wpisy z tagiem: ekstraklasa Borussia Dortmund

niedziela, 23 grudnia 2012

Popodsumowujemy sobie w najbliższych dniach. Wrzucę tutaj to, co nawypisywałem do „Gazety”, ale nie tylko to - sami wiecie, na blogu ciut więcej miejsca niż na kurczącym się papierze.

Najlepsi

Bez wątpienia należeli do ścisłej czołówki na swoich pozycjach w całej Europie. Kuba Błaszczykowski do 13 goli w 40 meczach Borussii dołożył 16 asyst i zwłaszcza wiosną, pod nieobecność jesienią znów natchnionego Mario Götzego, nadawał pęd całej drużynie. Łukasz Piszczek jesienią utrzymał nie tylko (wraz ze wszystkimi dortmundczykami) mistrzostwo Bundesligi, ale również pozycję najwyżej ocenianego bocznego defensora w rankingu „Kickera”. A przecież konkurencję miał więcej niż zacną, zdystansował nawet od lat sławionego ponad granicami Philipa Lahma.

O ile Błaszczykowski pada niekiedy od kontuzji, o tyle Piszczek wydolność jak z Wielkiej Pardubickiej łączy z końskim zdrowiem, a ponieważ walczy czysto i unika żółtych kartek, w kończącym się roku opuścił ledwie 3 z 47 spotkań Borussii.

Gwiazdor

Brakuje go na boisku jeszcze rzadziej - zdarzyło się raz, kiedy we wrześniowym meczu z Mönchengladbach (wygranym 5:0) trener Klopp magazynował energię swoich gwiazd na przebój Ligi Mistrzów z Manchesterem City. A mówi się o nim wielokrotnie więcej, bombardowany transferowymi plotkami polski kibic mógł nabrać świętego przekonania, że za kilka miesięcy Robert Lewandowski będzie wybierał między wyprawą do Manchesteru United a Realu Madryt.

Jemu do samego szczytu hierarchii środkowych napastników było jednak nieco dalej niż Błaszczykowskiemu i Piszczkowi na swoich pozycjach. Rozwija się wspaniale - wszechstronnością wykracza poza rolę snajpera, zmężniał na atletę wykańczającego obrońców fizycznie, wymuszaniem fauli pracuje na własne strzeleckie okazje, bo dośrodkowania z rzutów wolnych pozwalają mu wykorzystać jeden z naczelnych atutów, czyli grę głową. Podstawowy zarzut: niesatysfakcjonująca skuteczność, wyrażona między innymi statystyką z Ligi Mistrzów, w której Lewandowski oddał jesienią najwięcej wśród wszystkich uczestników - aż 11 - celnych strzałów z pola karnego. Snajperską wydajnością (30 goli, 46 meczów w klubie) ustępował nawet rywalowi z Bundesligi Huntelaarowi (33/46), a co dopiero mówić o Messim, Falcao, Ibrahimoviciu, van Persiem, Neymarze czy Cavanim. Ba, jesienią z wyższą częstotliwością od Polaka ostrzeliwali bramki młodziutki El Shaarawy czy rewelacyjny w lidze angielskiej Michu.

Jeśli na zakup Lewandowskiego nie porwie się Manchester United, o czym, jak dotąd, donoszą wyłącznie źródła kompletnie niewiarygodne (angielska prasa, także ta niepoważna, internetowych rewelacji o uzgodnionych warunkach kontraktu nie podchwytuje), to niełatwo mu będzie o zmianę barw będącą awansem sportowym lub przynajmniej utrzymaniem obecnego pułapu. Juventus raczej pożądanej pensji mu nie zaoferuje, zresztą turyńczycy już od zeszłego sezonu zasadzają się na Fernando Llorente (tańszego, skonfliktowanego z Athletikiem Bilbao). Chelsea oraz Manchester City, do którego też jest dortmundczyk wpychany, od dawna natomiast najchętniej importują z Półwyspu Iberyjskiego, gdzie szaleją drapieżcy kolumbijscy - wspomniany Falcao (jako snajper rozdzielił Messiego i Ronaldo, być może najlepszy dziś środkowy napastnik świata) oraz Jackson Martinez (jesienią 14 bramek w 18 meczach Porto). A przecież Barcelona pewnie niedługo na rynek rzuci jeszcze Davida Villę...

Upadek

Wojciecha Szczęsnego ci sami internetowi konfabulanci wysyłali niedawno do Barcelony, eksperci obwoływali go jednym z najzdolniejszych młodych golkiperów Europy, bramkę reprezentacji Polski wydawał się zagarnąć na stałe. W 2012 roku zawalił Euro, miesiącami się leczył, poprzegrywał wszystko z Arsenalem (od lutowego 0:4 z przygniecionym kryzysem Milanem po grudniową klęskę z czwartoligowym Bradford w Pucharze Ligi). Artur Boruc najpierw leniuchował na bezrobociu, by następnie spocząć w rezerwie słabego Southampton. Tomasz Kuszczak z klubu legendy spadł do prowincjonalnego Brighton. Łukasz Fabiański wiotczeje do byłego piłkarza, w tym roku rozegrał w Arsenalu 180 minut. Nawet Przemysław Tytoń, jeszcze przed chwilą wielbiony przez fanów z Eindhoven jako „zabójca karnych”, stracił zaufanie trenera PSV. Gdziekolwiek spojrzeć, tam dziurawe rękawice.

Najdroższy

Jeśli rzeczywiście kosztował 2,6 mln euro, jest najdroższym obok Leonardo Bittencourta 18-latkiem w Bundeslidze od 2009 roku. A jeśli nawet kosztował Arkadiusz Milik mniej, to i tak ostatecznie dowiódł, że Niemcy powariowały - wybuchła tam autentyczna moda na polskich piłkarzy. Tam, czyli w najdynamiczniej rozwijającej się lidze Europy.

Oskarżeni

Dortmundczycy, ze szczególnym uwzględnieniem Lewandowskiego, który nie strzelił gola dla Polski od 702 minut. Że niby pod flagą biało-czerwoną im się nie chce grać. Kto nie rozumie, dlaczego w kadrze wyglądają marniej niż w Borussii, prawdopodobnie generalnie niewiele rozumie.

Uwiąd reprezentacyjny...

Polscy piłkarze nie pokonali nikogo z baaardzo szeroko pojętej czołówki rankingu FIFA. Uporali się tylko z Łotwą (zajmowała w dniu rozgrywania meczu 74. miejsce), Słowacją (39.), Andorrą (199.), Mołdawią (141.), RPA (76.) i Macedonią (81.). Jeśli dołożymy do ponurego bilansu ostatnie miejsce w najsłabszej grupie mistrzostw Europy, których byliśmy gospodarzami (taki splot okoliczności pewnie nie powtórzy się już nigdy, prędzej piłka nożna zostanie zlikwidowana), to nie uciekniemy od bezlitośnie oczywistej konkluzji, że przeżyliśmy jeden z najsmutniejszych, o ile nie najsmutniejszy rok w historii polskiej kadry.

... i klubowy

Bohaterowie tzw. ekstraklasy nie wypadli okazalej. Wrocławscy mistrzowie kraju natychmiast po zdobyciu tytułu zostali zdemontowani, po czym w kwalifikacjach Champions League przegrali 1:6 dwumecz ze szwedzkim Helsingborgiem (padł w następnej rundzie, 0:4 z Celtikiem), a w kwalifikacjach Ligi Europejskiej - 4:10 z Hannoverem. Chorzowscy wicemistrzowie kraju pożegnali się natomiast z międzynarodowymi rozgrywkami spektakularnym 0:7 z Viktorią Pilzno. To była podwójna kompromitacja totalna, gdyby nasi ligowcy operowali pojęciem honoru, musieliby uznać, że zostali znieważeni. A przecież Lech Poznań i Legia Warszawa też odpadali w zderzeniu z przeciwnikami co najwyżej przeciętnymi - odpowiednio AIK Sztokholm oraz Rosenborgiem.

Słowem, gdyby wymazać cuda dortmundzkie, polski kibic miałby za sobą rok upiorny. Z naszymi na emigracji było tak źle, że za wydarzenia uznawaliśmy dopuszczenie do boiska Adriana Mierzejewskiego (to podstawowa jedenastka kadry!) na tureckim wygwizdowie, przyzwoite podrygi Kamila Glika w szarym średniaku Serie A, kilka sensownych kopnięć Macieja Rybusa w Tereku Groznym, wstępne przyruchy Grzegorza Krychowiaka w maleńkim Reims. Nędza. Gwiazdy Borussii wyglądają na tle nadwiślańskiego krajobrazu jak milionerzy po Harvardzie zabłąkani między niepiśmiennymi parobkami.

Mistrzowie niereprezentacyjni

Europejskiej zguby się spodziewaliśmy, odkąd byle jaka runda wiosenna wyłoniła byle jakich zwycięzców - ani lepszych, ani gorszych od pokonanych konkurentów, sprawiających wrażenie przypadkowych, topornych w akcji. Śląsk i Ruch to pierwszy w historii duet mistrza i wicemistrza bez ani jednego piłkarza drużyny narodowej. Żaden nie zmieścił się nawet w rozszerzonej - 23 powołanych plus 3 rezerwowych - kadrze na Euro 2012.

Odtrącony

Przez kibiców, którzy kiedyś wybrali go na selekcjonera przez aklamację, a teraz wściekle protestują, gdy usłyszą, że zatrudnić zamierza go ich klub. Przez media, które najpierw napawały się jego chropowatą swojskością („nie jestem miękkim ch... robiony”) po kilkuletnim wysłuchiwaniu wyniosłych tyrad holenderskiego obywatela świata. Przez piłkarzy, którzy ustami Lewandowskiego odebrali mu jakiekolwiek trenerskie kompetencje. Przez całe środowisko, które nie składa mu żadnych ofert. Czy Franciszek Smuda osiągnie jeszcze jakikolwiek sukces? Czy od zapomnienia ocali go wkrótce właściciel Wisły Kraków, która przeżyła rok jeszcze bardziej przygnębiający niż eksselekcjoner, najczarniejszy pod rządami Bogusława Cupiała?

Nadzieja

O selekcjonera Waldemara Fornalika, dotąd praktykującego tylko na opłotkach poważnego futbolu, mocno się obawiałem, tymczasem inauguracyjne miesiące przebiegały zachęcająco. Okazał się rzetelnym, uporządkowanym urzędnikiem, który niewiele mówi, ale sumiennie pracuje. I nawet grudniowy sparing reprezentacji w wersji podrezerwowej ułożył w przyzwoite widowisko sportowe, co się dotąd w tym gatunku nie zdarzało.

Zbawiciel

Powitany z jeszcze większym entuzjazmem niż tamten towarzyszący początkowi kadencji Smudy. Na tle poprzednika - gburowatego dyletanta, z dowcipem wyrafinowanym jak konstrukcja maczugi, wywołującego obciach w kraju i za granicą - Zbigniewowi Bońkowi wystarczy być, a kibicowski lud odpowiada uniesieniem. Wystarczy, że nowy prezes mówi biegle po polsku, że nie popełnia gafy każdym gestem, że powyjmuje trupy z szaf pozostawione przez Grzegorza Laty, który doił PZPN na bezprecedensową skalę, gigantyczne pieniądze rozdając - jak się okazało - nawet kierowcom. Na razie trwa zatem słynne, do zanudzenia obiecywane w kampanii wyborczej „poprawianie wizerunku” związku, według mnie wśród zadań prezesa zadanie stosunkowo błahe. I populistyczne mizdrzenie się do kibiców (obniżanie cen biletów na kadrę, zdjęcie godła PZPN z koszulek). Teraz czekamy, aż zza uwodzicielskiego makijażu wyłoni się twardy konkret. Misja najważniejsza - opanowanie istniejących od wieczności, ostatnio pielęgnowanych przez Jerzego Engela, bałaganu i partaniny w szkoleniu młodzieży.

Naprawiacze

Położyli łapy na tzw. ekstraklasie. Chcą poprawić formułę doskonałą - podzielić zwycięstwa na te za trzy punkty i te za półtora, pokroić tabelę, dosztukowywać kolejki dogrywkowe. Tyleż ambitne, co prekursorskie, nudziarze z różnych lig angielskich czy hiszpańskich na to nie wpadli. Pozazdrościłem inwencji, od siebie zaproponuję jeszcze, żeby unowocześnić również piłkę (wymieńmy ją na kwadratową i z plasteliny), słupek (niech razi prądem i rechocze po niecelnych strzałach) oraz obuwie (niech kopią w szpilkach). Wtedy przynajmniej wszystkie detale będą się ze sobą ładnie komponować.

Boniek ideę poparł, a ja się założę, że we Włoszech z niczym podobnym by nie wyskoczył. Wstydziłby się.

Złotousty

„Nie może być tak, że przed każdym meczem musimy pytać pana prezesa, czy nasze rodziny mogą przyjechać na mecz, czy nie, czy dostaniemy dla nich bilety, czy nie. Wszyscy dostają bilety bez problemu, tylko nasze rodziny ich nie mają. Pan prezes mówi w wywiadzie, że ma świetny kontakt z drużyną, ale ja tego nie zauważyłem. Za każdym razem, kiedy ustalaliśmy coś z prezesem, to te ustalenia nie trzymały się później kupy. Musiałem do 23 w nocy załatwiać rzeczy wiążące się z totalnymi bzdurami”-  komentował na gorąco porażkę z Czechami na Euro 2012, bez wątpienia najbardziej bolesną w jego reprezentacyjnej karierze, kapitan Błaszczykowski. I stało się jasne, że tego turnieju nie można było nie przerżnąć. I stało się jasne, że miną lata, zanim fani - oni dyszeli ze złości po porażce, on wyjechał z duperelami - te słowa kapitanowi wybaczą. Jeśli w ogóle wybaczą.

Balast

Nasza ekstraklasa urosła do stadionowego mocarstwa. I ze względu na oferowany fanom standard, i ze względu na przestronność trybun. Wrocławskie mieszczą 42 771 widzów, poznańskie - 41 609, gdańskie - 38 000, wiślackie - 33 326, a legijne - 31 284 (jest osobliwością, że zdecydowanie najludniejsze miasto oszacowało swój potencjał kibicowski najniżej), co daje średnią blisko 38 tys. - gdyby za kryterium przyjąć rozmiar pięciu największych obiektów, liga polska zaglądałaby do czołowej dziesiątki w Europie. Wyraźnie ustępowałaby angielskiej, hiszpańskiej czy niemieckiej, lecz coraz mocniej naciskała holenderską czy grecką. Wyższa klasa średnia. Niestety, z wielu powodów stadiony zieją pustkami, a w metropoliach wrocławskiej i gdańskiej bardziej opłaca meczu nie organizować, niż go organizować. A może jednak nie Euro 2012 było klęską największą?

Archiwum
Tagi