Wpisy z tagiem: Robert Lewandowski

środa, 19 kwietnia 2017

Robert Lewandowski, Liga Mistrzów

2013: finał Ligi Mistrzów. 2014: ćwierćfinał. 2015: półfinał. 2016: półfinał. 2017: ćwierćfinał. Robert Lewandowski krąży wokół trofeum, ale wciąż go nie dotknął, ostatnio nawet nieco się od łupu oddalił. A czas płynie – dla wyczynowego sportowca szybciej niż dla nas – i w przyszłym roku nasz supernapastnik dobiegnie do trzydziestki.

Niebawem awansuje też do kategorii „najwybitniejsi aktywni piłkarze, którzy nie zdobyli Pucharu Europy”. Grona ekskluzywnego, tam, gdzie przebywają 39-letni Gianluigi Buffon czy 35-letni Zlatan Ibrahimovic. Bardziej będzie przypominał tego drugiego, i to nie dlatego, że również jest napastnikiem – po prostu Włoch wziął już złoto na mundialu, natomiast Szwed, choć słusznie cieszy się sławą wirtuoza, szaleje jedynie w aspekcie krajowym. W Lidze Mistrzów wiecznie przegrywał, aż zleciał do Ligi Europy.

Lewandowski również kolekcjonuje zaszczyty – drużynowe oraz indywidualne – wyłącznie na poziomie lokalnym. Był mistrzem Polski i królem strzelców tzw. ekstraklasy, wkrótce zostanie po raz piąty mistrzem Bundesligi i, być może, po raz trzeci królem strzelców Bundesligi. A z reprezentacją narodową, podobnie jak Ibrahimoviciowi, trudno mu będzie pogonić wszystkich na mundialu.

Dlatego nadciągają poważne dylematy. Trwać w Bayernie, który zresztą raczej nie będzie chciał rozstania, czy jednak wyrywać gdzie indziej? Monachium pozostanie potężny, ani mi w głowie wrzeszczeć, że potrzebuje totalnej rewolucji, bo nie wytrzymał zderzenia z Realem Madryt. Istnieją jednak dostrzegalne gołym okiem powody, by sądzić, że wymaga sporej rekonstrukcji. Gdy na Santiago Bernabéu trener Carlo Ancelotti rzucił wszystko, co ma najlepszego, to oglądaliśmy bardzo dojrzałych skrzydłowych (34-letni Franck Ribery i 33-letni Arjen Robben) oraz zmierzających ku schyłkowi karier Philippa Lahma i Xabiego Alonso, a jedynakiem przed 25. urodzinami był David Alaba. Czy odświeżanie drużyny przebiegnie łagodnie? A nawet jeśli przebiegnie łagodnie, to czy Bayern nie odczuje przykrych skutków ubocznych okresu przejściowego w Lidze Mistrzów?

Najcenniejsze klubowe trofeum będzie lub już jest obsesją Lewandowskiego, dla najwybitniejszych futbolistów to prawdopodobnie odruch bezwarunkowy. Gigant o jego gabarytach musi też mierzyć w Złotą Piłkę. Do tego trzeba jednak idealnych wyborów i niezbędnego w sporcie łutu szczęścia, samodzielnie można co najwyżej tłuc statystyczne rekordy. Ja już w grudniu 2015 roku przekonywałem, że pozostaje jedynie kwestią czasu, kiedy monachijski napastnik zagra w Realu, i nadal się tamtego proroctwa trzymam. Strategia madryckiego króla Florentino Pereza polega bowiem na tym, że co pewien czas prezentuje on sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo) – tymczasem napastnik Bayernu wciąż nie ma tu konkurencji.

I liczę, jeśli wolno mi zboczyć na chwilę w myślenie magiczne, że nieubłagana logika dziejów połączy kandydata na polskiego piłkarza wszech czasów z najbardziej utytułowanym klubem wszech czasów. Gdyby jednak życie miało się potoczyć inaczej, to też może być pięknie, ja jako kibic życzę mu tylko jednego – Robert, nigdy nie bądź Zlatanem.

niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

środa, 12 października 2016

Robert Lewandowski

Tylko raz w kadencji selekcjonera Adama Nawałki zdarzyło się, że zszedł z boiska w trakcie meczu nietowarzyskiego. Ubiegłej jesieni, przy prowadzeniu 6:0 z ofermami z Gibraltaru.

Megagwiazdorów współczesnego futbolu, na sławę zasługujących nade wszystko w klubach, podejrzewa się niekiedy o to, że reprezentację narodową zaniedbują. Od służby dla kraju niekoniecznie się wymigują - raczej miewają problemy z pełną koncentracją, podświadomie dają z siebie ciut mniej, niżby mogli. Robert Lewandowski też bywał oskarżany.

Globalne dane nie tyle są niezbijalnym dowodem jego niewinności, ile sugerują niepoczytalność prokuratorów. Polski supernapastnik wystąpił u Nawałki - można powiedzieć: w erze rządów w reprezentacji oświeconych - we wszystkich spotkaniach o stawkę. Przebywał na murawie przez 1656 z 1680 minut, czyli przez 98,6 procent czasu gry. I w tych 18 meczach - eliminacji mistrzostw Europy, turnieju finałowego mistrzostw Europy oraz eliminacji mistrzostw świata - strzelił 19 goli. Czasami wywołując wrażenie, że strzela siłą woli. Jak w horrorach ze Szkocją czy Armenią, gdy Polaków ratowały wykonane przez niego ostatnie dotknięcia piłki przed końcowym gwizdkiem.

Co więcej, wpływ Lewandowskiego na wyniki stale rośnie. Nie tylko w sensie snajperskim, choć i tutaj dynamika wzrostu imponuje, skoro kapitan reprezentacji zdobył sześć z jej ostatnich ośmiu bramek. Lewandowski to cała machina oblężnicza w jednym muskularnym ciele, to nadpobudliwy wszystkorób (brzmi brzydko, ale adekwatnie), który gania ze wschodu na zachód i z południa na północ, przyjmuje i rozdaje kuksańce, broni i przechwytuje piłkę, inspiruje i dyscyplinuje kolegów, podaje i strzela. Mózg, serce i płuca drużyny. Wszechpiłkarz.

Wypada mieć tylko nadzieję, że przyboczni z polskiej szatni nie zawiodą i nie zapaskudzą mu kariery. Że nie poprzestaną na pytaniu, co kapitan może zrobić dla nich, lecz spróbują sprawdzić, co oni mogą zrobić dla kapitana. Że przez ich opieszałość - lub niezdarność - nazwiska Lewandowskiego nie umieścimy w przyszłości obok nazwisk Alfredo Di Stefano, George’a Besta, Ryana Giggsa czy George’a Weaha, czyli na liście wybitnych futbolistów, którzy nigdy nie wystąpili na mundialu.

niedziela, 19 czerwca 2016

Jak atletycznie są bliźniakami, tak mentalnie przebywają na dwóch krańcach galaktyki. Ale na nasze szczęście to Polak walczy po jasnej stronie mocy. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

czwartek, 03 marca 2016

Terminator Robert Lewandowski

To było niewyobrażalne, a staje się bardzo realne. Jeśli Bayern przegra w sobotę w Dortmundzie, walka o mistrzostwo Bundesligi rozgorzeje ponownie. A ludzi niezastąpionych lider ma tylko dwóch – bramkarza Manuela Neuera i kapitana reprezentacji Polski.

Bayern nie porywa. Owszem, wytrwale młóci punkty i w środę z Mainz poniósł dopiero pierwszą w sezonie porażkę na własnym stadionie (pozostałe 15 meczów u siebie wygrał), ale ostatni pokaz przytłaczającej siły dał na początku listopada, gdy rozbił w Lidze Mistrzów Arsenal 5:1. W tym roku albo wydziera nieznaczne zwycięstwa z wysiłkiem, albo – mowa tu o poważniejszych wyzwaniach – nie wygrywa. Nawet w Turynie, w którym najpierw wgniótł gospodarzy w ich własne pole karne i prowadził 2:0, a po przerwie pozwolił im wrócić do życia. Juventus wyrównał, mógł nawet wygrać, odzyskał nadzieję na awans do ćwierćfinału LM.

A ponieważ przez Bundesligę jak opętana pędzi Borussia – w tym roku niepokonana i w kraju, i w Lidze Europejskiej – zredukowała stratę do lidera do pięciu punktów. I gdyby go w sobotnim szlagierze pokonała, stanęłaby tuż za plecami Bayernu.

Nikt się tego nie spodziewał i dlatego, że dortmundczycy mieli powoli zyskiwać nową tożsamość po zamianie trenera Jürgena Kloppa na Thomasa Tuchela, i dlatego, że trwa epoka panowania monachijczyków o skali dotąd niespotykanej. Bayern już wcześniej utrzymywał tytuł przez trzy kolejne sezony, ale nigdy nie utrzymywał przez trzy sezony aż tak gigantycznej przewagi. Wiosną 2013 r., jeszcze za rządów trenera Juppa Heynckesa, uciekł wicemistrzowskiej Borussii na dystans 25 pkt, wiosną 2014 r. wyprzedził ją o 19 pkt, a wiosną 2015 r. dzieliło go od Wolfsburga „skromne” 10 pkt głównie z tego powodu, że w końcówce sezonu monachijczycy kompletnie odpuścili i przegrali trzy z ostatnich czterech meczów.

Pep Guardiola testował wówczas głębokich rezerwowych i zdarzało mu się nie powołać Roberta Lewandowskiego do meczowej kadry. Ale teraz, gdy jest o co grać, wyciska z niego maksimum. U trenera, który zasadniczo nie ufa klasycznym środkowym napastnikom i początkowo również na Polaka spoglądał podejrzliwie, Lewandowski awansował na gracza niezbędnego. Co wiemy nie tylko z chętnie wypowiadanych pochwał, ale też decyzji Hiszpana.

Po raz ostatni Lewandowskiego nie było na boisku w ostatnim kwadransie meczu w Mönchengladbach 5 grudnia. Od tamtej pory wychodził w podstawowym składzie zawsze i zawsze pracuje przez pełne 90 minut. I w dziewięciu spotkaniach Bundesligi, i w dwóch w Lidze Mistrzów, i w dwóch krajowego pucharu. Nawet wtedy, gdy trzeba odfajkować wyjazd do drugoligowego Bochum. Od 1170 minut Polak gra bez przerwy. I rzeczywiście wygląda niekiedy na niezastąpionego, to on strzelił osiem z dziesięciu pierwszych goli Bayernu w tym roku, ratując punkty w przeciętnych występach monachijczyków.

Guardiola chętnie tasuje nazwiskami z szerokiej kadry – np. w środę osadził w rezerwie napastnika reprezentacji Niemiec Thomasa Müllera – ale z głównego snajpera nie rezygnuje prawie nigdy. W Bundeslidze więcej czasu (100 proc.) spędził na boisku tylko bramkarz Neuer. Drugi w rankingu najbardziej eksploatowanych Lewandowski wyprzedza kolegów zdecydowanie – grał o 152 minuty więcej niż Müller, o 225 więcej niż David Alaba i o 294 więcej niż Philipp Lahm. I jako jedyny rozegrał pełne sześć godzin w Pucharze Niemiec, tam odpoczywał nawet Neuer. Liga Mistrzów? Lewandowski zaliczył oczywiście wszystkie mecze jako jeden z trzech w drużynie.

Jeśli zatem Bayern w Dortmundzie przegra i walka o tytuł rozgorzeje ponownie, polski napastnik już do końca sezonu nie odetchnie prawdopodobnie ani przez chwilę. W PZPN usłyszeliśmy nawet rzucone półserio, ale jednak rzucone, że Lewandowskiemu przydałoby się przynajmniej przeziębienie, żeby trochę odpoczął. Bo nasz terminator, jak wiadomo, nie choruje nigdy. Przez niespełna trzy lata w Bayernie niedysponowany był właściwie tylko raz – rok temu, gdy doznał wstrząśnienia mózgu po zderzeniu z Mitchellem Langerakiem. Choć lekkie zmęczenie materiału można niekiedy podejrzewać. W środę Polak nie oddał celnego strzału, średnio wyglądał także w Turynie.

Adam Nawałka widzi, że jego kapitan haruje jak wół, więc przy każdej okazji sam daje mu wolne. Jesienią odesłał go do domu przed sparingiem z Czechami, a wiosną – przed sparingiem z Grecją. Selekcjoner mógłby pewnie negocjować z Guardiolą, ale zdaje sobie sprawę, że to również Lewandowski rwie się, by grać zawsze. Jak inni wielcy nienasyceni, Leo Messi czy Cristiano Ronaldo.

Skutki dla reprezentacji są różne, Portugalczyk na niemal każdym letnim turnieju wygląda na piłkarza wyżętego z sił. Jeśli zatem Bayern będzie walczył na całego do samego końca sezonu, pozostanie liczyć, że nam trafił się atleta jeszcze twardszy niż Ronaldo. Bo na przykład trener Niemców, naszych grupowych rywali na Euro 2016, nie powołuje do reprezentacji nikogo poza Neuerem, kto miałby w nogach tyle, ile Lewandowski.

wtorek, 23 lutego 2016

Robert Lewandowski, Mario Mandzukic

Przeżył, a grał tak, jakby o niczym więcej nie marzył. W 1/8 finału Ligi Mistrzów piłkarze z Turynu zremisowali dzisiaj z Bayernem 2:2.

Jeśli zgodzimy się, że klasyczny środkowy napastnik potrzebuje podań jak tlenu, to turyńczycy postanowili wczoraj Roberta Lewandowskiego udusić.

Przed przerwą Polak musiał znieść aż dwa blisko dziesięciominutowe okresy bez kontaktu z piłką. A gdyby najpierw sam nie odebrał jej przeciwnikowi, to po raz pierwszy dotknąłby jej po blisko kwadransie.

Gospodarze nie biegali jak opętani, przeciwnie, stali blisko siebie i poruszali się metodycznie, by miażdżącą przewagę Bayernu zamienić w jałową zabawę. Oni opanowali tę sztukę doskonalej niż ktokolwiek, z kim monachijczycy mierzyli się w tym sezonie. Goście trzymali piłkę niemal bez przerwy, można powiedzieć, że grali z „dziadka”, ale Lewandowski nie mógł w niej uczestniczyć - zamknięty w środku razem z rywalami - jeśli nie uciekł na skrzydło. I przeżywał mecz dla siebie niezwykły. Jeśli nawet dopadł piłki, to albo pod presją źle przyjął, albo niecelnie podał, albo dopadał jej daleko od bramki Juve, gdzie trudno było wymyślić coś konstruktywnego. Musiał podołać zadaniu być może dla napastnika najtrudniejszemu - wycisnąć z tego minimum (gry) maksimum (efektu).

A ponieważ jest piłkarzem wybitnym, trochę wyciskał. Przed przerwą tylko dwa razy miał piłkę w polu karnym. I najpierw wyłożył ją (niedokładnie) Thomasowi Müllerowi - również mógł czuć się jak w klatce - ale ten spartaczył. A potem Polak uderzał celnie głową.

Nietypowo czuł się Lewandowski, nietypowo czuł się Juventus. Ilekroć przejmował piłkę na własnej połowie, utrzymywał ją może przez ułamek sekundy. Ilekroć przejął na połowie Bayernu, nie utrzymywał jej wcale. Ulegał pressingowi faworyta z bezradnością dla finalisty Ligi Mistrzów wręcz wstrząsającą. W Niemczech tak reagują na Bayern tylko przeciwnicy najbardziej potulni i zakompleksieni, z dołów tabeli.

Dlatego bardzo długo wszystko przebiegało w sposób do bólu przewidywalny. Juventus musiał paść i padł. Niewykrywalny napastnik Müller najbardziej niebezpieczny jest, gdy znika, więc on zadał pierwszy cios. A Arjen Robben zabija zazwyczaj wtedy, gdy zachowuje się jak wiedziony odruchem bezwarunkowym, więc on zadał - po arcytypowym dryblingu i arcytypowym strzale - drugi cios. 0:2. I chyba nawet turyńscy kibice poczuli, że sprawa została rozstrzygnięta, skoro jeszcze przed meczem Buffon szacował szanse na awans na 25 proc.

Trzy lata minęły od poprzedniego starcia Juve z Bayernem i pamiętnej tyrady ówczesnego trenera, rozgoryczonego Antonio Conte, który grzmiał, że „jeśli masz w portfelu 10 euro, to nie wejdziesz do restauracji, w której danie kosztuje 100 euro”. Niepowodzenie w LM tłumaczył nędznym budżetem, rzekomo uniemożliwiającym rzucenie wyzwania najpotężniejszym klubom na kontynencie. Od tamtej pory minęła jednak wieczność. Choć turyńczycy, wyniesieni na wyższy poziom przez Massimiliano Allegriego, wciąż wyraźnie ustępują faworytom finansowo, to w poprzedniej edycji zdołali pokonać m.in. Real Madryt i dotrwać do finału.

Przy Bayernie - osłabionym, bez zdemontowanej przez kontuzje obrony - znów jednak wyglądali jak zahukani prowincjusze. Nie wiadomo tylko, czy problem był mentalny, czy techniczny. Czy wyszli z szatni ze zbyt nisko pochylonymi głowami, czy po prostu na więcej nie było ich stać w sensie czysto piłkarskim. I musieli poczekać, aż rywal poczuje się zrelaksowany, by mieć szanse na atak.

Bo w sytuacji krytycznej nie tylko strzelili kontaktowego gola, nie tylko wyrównali, oni mogli wręcz wygrać. I to pomimo utraty Claudio Marchisio - uraz, nie wyszedł na drugą połowę - czyli piłkarza tyleż niedocenianego, co absolutnie kluczowego, łączącego w Juve defensywę z ofensywą.

Bayern znów okazał się wrażliwy na ciosy. On zaskakująco miernie wypada zwłaszcza na wyjazdach w LM - z ostatnich ośmiu wygrał ledwie dwa, w Pireusie i Zagrzebiu, uległ za to Manchesterowi City, Porto, Barcelonie i Arsenalowi, zremisował z Doniecku i wczoraj w Turynie. Ale u siebie potężnieje. W bieżącym i ubiegłym sezonie wyłącznie tam wygrywał. W stosunku 4:0, 5:1, 5:0, 3:2, 6:1, 7:0, 3:0, 2:0, 1:0. A teraz do awansu wystarczy mu nawet remis.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Argentyńczyk odebrał piątą Złotą Piłkę w karierze i wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów. A czwarty w najważniejszym futbolowym plebiscycie Robert Lewandowski wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów w Polsce.

Werdykt trenerów i kapitanów reprezentacji oraz dziennikarzy ze wszystkich krajów zrzeszonych FIFA – to oni głosują – był wybitnie niekontrowersyjny, bo Leo Messi wraz z Barceloną wygrał w minionym roku niemal wszystko, co było do wygrania. Od Ligi Mistrzów, przez ligę hiszpańską i Copa del Rey, po klubowe mistrzostwa świata. Nie powiodło mu się jedynie w reprezentacji Argentyny, która w finale Copa America uległa Chile. I w grze dla kraju zaczyna być wiecznie srebrny (finał mundialu też przegrał, z Niemcami), a rodacy podejrzewają, że nie poświęca jej tyle, ile Barcelonie, przyczepiają się nawet to do tego, że nie śpiewa hymnu.

Messi wyrasta na absolutnego plebiscytowego rekordzistę, jego wspaniali poprzednicy – Johan Cruyff, Michel Platini, Marco van Basten, przed rokiem dołączył do nich Cristiano Ronaldo – otrzymywali nagrodę tylko trzykrotnie. I można zakładać, że jeszcze dorobek wzbogaci, w Barcelonie przewodzi bowiem drużynie pożerającej trofea bez opamiętania, coraz bardziej zachłannej i coraz bardziej drapieżnej. Ba, od kilkunastu miesięcy wraz z Neymarem i Luisem Suárezem współtworzy bezprecedensowo niebezpieczny atak, który w ubiegłym roku kalendarzowym strzelił 142 gole, czyli więcej niż wszystkie inne całe drużyny, nawet Paris Saint Germain (138), Bayern Monachium (132) i Real Madryt (127).

W katalońskim klubie głębokie kryzysy od lat wyglądają tak, że drużyna osiąga „zaledwie” półfinał Ligi Mistrzów. A u Messiego tak, że zamiast grać fenomenalnie, gra on bardzo dobrze – na poziomie, o którym inni piłkarze, także gwiazdy, mogą jedynie marzyć. To być może jego najbardziej charakterystyczna cecha. Mordercza regularność. Nieludzka niezdolność do występu beznadziejnego, okazywana nawet w słabszym dniu.

Normalni sportowcy potrzebują czasu, by odzyskać pełną sprawność po kontuzji. Ożywają stopniowo, od kopnięcia do kopnięcia, od meczu do meczu. Nie Messi. Kiedy w listopadzie wyleczył kolano (kuracja ciągnęła się dwa miesiące), potruchtał w końcówce hitu z Realem Madryt, by już trzy dni później zasadniczo przyczynić się do rozbicia Romy w Champions League (6:1) – zdobył dwie bramki, przy jednej asystował, oddał zdecydowanie najwięcej strzałów. I od tamtej pory zdarzyły mu się tylko dwa mecze bez gola. W ostatnich 10 nastrzelał 12.

Bieżący rok Argentyńczyk zaczął jak zwykle. Osiem bramek Barcelony w spotkaniach z Espanyolem i Granadą można podzielić na te, które sam zdobył (5), i na te, które poprzedziła jego asysta (3). Widzimy też, że nadal poleruje swoją perfekcyjną technikę, niepostrzeżenie wypiękniał np. na bodaj najwytrawniejszego specjalistę od rzutów wolnych. Kiedy uderza, trafia właściwie wyłącznie do siatki lub w poprzeczkę/słupek. W taki sposób strzelił ostatniego gola, w taki sposób strzelił dwa pierwsze w sezonie (wygrany z Sevillą 5:4 Superpuchar Europy). Krystaliczna wirtuozeria.

Jemu „zagraża” Neymar, w tegorocznym głosowaniu trzeci, megagwiazdorskiej pozycji Roberta Lewandowskiego w Polsce nie podważy nikt. On w naszej perspektywie spotężniał do wymiarów Messiego w perspektywie globalnej – wśród konkurentów kopiących po upadku komuny trudno go z kimkolwiek porównywać, my też coraz częściej zastanawiamy się, czy nasz współczesny nadpiłkarz nie zasługuje na tytuł najlepszego w historii. Ewentualnie – kiedy zasłuży.

Z Argentyńczykiem łączy go regularność (oczywiście na niższym poziomie), a także konsekwentne, niemal pozbawione przestojów wzlatywanie na szczyt. Od mistrzostwa kraju z Lechem, przez mistrzostwo z Borussią Dortmund, do mistrzostwa z Bayernem, w którym Lewandowski w minionym roku z jednego z wielu monachijskich superbohaterów przeobraził się w superbohatera pierwszoplanowego. Oto polski piłkarz stał się liderem największego dziś obok Barcelony i Realu klubu świata. Wylansował go tamten czarodziejski epizod, czyli pięć goli wbitych Wolfsburgowi w dziewięć minut – mecze emblematy są niezbędne, by zyskać rozpoznawalność absolutną – ale o klasie Lewandowskiego stanowi właśnie systematyczność, zaleta u napastnika fundamentalna. Podczas sezonów spędzonych w Dortmundzie strzelał kolejno 30, 36 i 28 goli, w inauguracyjnym w Monachium uzbierał ich 25, a w bieżącym ma już 23, zatem niewykluczone, że ustanowi rekord swojej kariery. Raz był królem strzelców Bundesligi, dwa razy – wicekrólem strzelców, raz zajął w snajperskim rankingu trzecie miejsce. I teraz też raczej nie spadnie z podium, w połowie sezonu ustępuje tylko Pierre-Emerickowi Aubameyangowi.

Kibice reprezentacji też – jak argentyńscy Messiego – oskarżali go o niewystarczające zaangażowanie w grę dla kraju. I on też – jak Messi – potrzebował czasu, by zostać jej bezapelacyjnym liderem. Ale rok 2015 w polskich barwach był już dla Lewandowskiego perfekcyjny. Zwycięski gol w rozstrzygającym o awansie na Euro meczu z Irlandią, gol na miarę ocalenia w 94. minucie boju w Glasgow, gole w każdym z pięciu ostatnich spotkań eliminacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że jeśli nie rozłoży go nieszczęśliwy wypadek, to pobije wszelkie statystyczne rekordy w reprezentacji Polski. Zdobył już 34 bramki (do lidera Włodzimierza Lubańskiego brakuje 14), wystąpił w 73 meczach (do lidera Michała Żewłakowa brakuje 29).

To jednak zaledwie didaskalia, dla kibica liczą się wymierne osiągnięcia drużyny. Jak medale MŚ, dzięki którym na podium Złotej Piłki stawali Kazimierz Deyna (1974) oraz Zbigniew Boniek (1982). I dopóki Lewandowski pozostanie w reprezentacji niespełniony, dopóty kwestionowana będzie jego kandydatura na naszego piłkarza wszech czasów. Znów – tak jak u Messiego, tyle że Argentyńczyk musi srebro przetopić na złoto, a Polakowi wystarczy zapewne zastąpić awans na Euro awansem do półfinału Euro. Bo dokopać się do Złotej Piłki w biało-czerwonej koszulce będzie raczej trudno. Do tego niezbędny może się okazać jeszcze jeden skok, dalekosiężny także w sensie marketingowym. Transfer do Realu Madryt.

wtorek, 08 grudnia 2015

Robert Lewandowski, Real Madryt

Lokomotywa już ruszyła, już sapie i pot z niej spływa, przez następne miesiące będziecie podtapiani półprawdami, regularnymi kłamstwami i bezczelnymi zmyśleniami o polskim napastniku, który właściwie już się przeniósł do Madrytu, już szuka tam mieszkania i ulubionego fryzjera, wszystko zostało załatwione i prawie podpisane, pozostaje tylko czekać na ceremonię powitalną na stadionie Santiago Bernabeu. Będziecie się złościć, że media zeszły na psy, i będziecie mieli świętą rację, a za kulisami będą się toczyły pertraktacje, które mogą się skończyć tylko w jeden sposób.

Lewandowski rzeczywiście zagra w Realu.

Nie ma wątpliwości, że Madryt go chce. Nawet gdyby w słynnym już materiale dziennika „As” wszystko było ściemą – Cezary Kucharski wcale nie przyleciał do Madrytu, w loży honorowej usiadł aktor sobowtór – to artykuł i tak wyrażałby pragnienie Realu, a jeśli Real pożąda piłkarza, który nie gra w Barcelonie, to go dostaje. Czasem trochę wcześniej, czasem trochę później, ale w końcu dostaje.

Lewandowski też chce do Madrytu. Chciał już latem 2013 roku, ale wtedy krępowała go obietnica złożona Bayernowi. Teraz chce pewnie jeszcze bardziej – niezależnie od aktualnych tabel Real to najwspanialsza obok Barcelony marka we współczesnym futbolu, Real to emocje, marzenie, szansa na kontrakt życia, a nasz napastnik przyznawał się już, że chce pograć w kilku krajach, spróbować różnych kultur, poznawać języki. W Monachium spędzi(ł) dwa sezony, wystarczy. W Bundeslidze osiągnął wszystko, a jeśli w maju nie podniesie Pucharu Europy, to nie ma powodu sądzić, że nie podniesie go w koszulce madryckiej. No i latem skończy 28 lat. Osiągnie wiek, w którym piłkarz zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego atrakcyjność transferowa zacznie niebawem spadać. I to spadać z miesiąca na miesiąc coraz szybciej.

Jeszcze raz: Real chce Lewandowskiego, Lewandowski chce Realu. Pozostaje, bagatela, namówić na transfer monachijczyków. Monachijczyków, którzy pieniędzy nie potrzebują.

Manchester United, gdy wypuszczał do Madrytu Cristiano Ronaldo, też pieniędzy nie potrzebował. Ale przegrał z wolą piłkarza. Przeciwnikiem najpotężniejszym, właściwie niepokonanym. I Bayern też nie da rady. Być może również dlatego – co sugerujemy z Darkiem Wołowskim w tekście do wtorkowej „Wyborczej” – że jego szefowie zaciągnęli u Lewandowskiego dług wdzięczności. Przed dwoma laty, gdy Polaka ciągnęło do Madrytu, a jednak postanowił dotrzymać słowa.

To transfer tak naturalny, że zwyczajnie musi się wydarzyć. Nie dlatego, że Ronaldo wchodzi w smugę cienia (byłoby szmalu do wydania po ewentualnej sprzedaży), że Karim Benzema (jedyny napastnik w klubie!) wpadł w poważne tarapaty pozasportowe, że całą drużynę czeka prawdopodobnie poszukiwanie nowej tożsamości. To czynniki istotne, ale jeszcze istotniejsze jest, że wyjęcie z Bayernu Lewandowskiego jest ruchem arcytypowym dla prezesury Florentino Pereza.

Jego jedyna strategia polega na tym, że co pewien czas prezentuje sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo). A napastnik Bayernu nie ma dziś konkurencji. Zlatan Ibrahimovic ucieknie zaraz dotruchtać do emerytury w lidze amerykańskiej, Eden Hazard zgasł, notorycznie cerowany Sergio Agüero pogrywa właściwie tylko na pół etatu. Zresztą o czym tutaj gadać, dwaj ostatni zmaleli już przy Lewandowskim do gwiazdek. Zwłaszcza wobec ewidentnego kryzysu ligi angielskiej.

Owszem, umiem sobie wyobrazić scenariusze alternatywne. Np. Pep Guardiola zgadza się zostać w Monachium na jeszcze jeden sezon wyłącznie pod warunkiem, że zatrzymany zostanie również jego polski napastnik, a Lewandowski słyszy, że musi poczekać rok. I zawarty zostaje kompromis, na którym coś zyskują wszyscy. Bayern zachowuje piłkarza na jeszcze jeden sezon, piłkarz otrzymuje tłustą podwyżkę, Florentino Perez zyskuje gwarancję, że ostatecznie piłkarza dopadnie.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Neymar zostali finalistami Złotej Piłki. Nagrody dla gracza roku na świecie, który w coraz większym stopniu jest przesyconym polityką plebiscytem popularności.

Zanim nadwiślański kibic – od tygodni odurzany medialnym jazgotem o Polaku, który właściwie już stoi na podium, inaczej będzie skandal – zacznie węszyć spisek lub zaledwie się wściekać, niech pochyli się nad wyborem samego Roberta Lewandowskiego, który oddawał głos jako kapitan reprezentacji. Napastnik Bayernu przyznał, że punkty rozdzielił między klubowych kolegów (najwięcej dał Manuelowi Neuerowi), bo woli stawiać na tych, z którymi „trenuje i dostrzega ich klasę na co dzień”. Nie złożył plebiscytowego hołdu gwiazdom Barcelony, choć ich wirtuozerię też podziwiał z bliska, gdy monachijczycy byli zrównywani z murawą na Camp Nou (0:3) i odpadali wiosną z Ligi Mistrzów.

To na pewno drużynotwórcze i lojalne, zapewne zostanie docenione w klubowej szatni. Ale zarazem nieco absurdalne. Jak można zignorować liderów drużyny, od której samemu ostro się oberwało, która zdobyła trzy najważniejsze trofea, której fenomenalni napastnicy – Messi, Neymar i Luis Suarez – strzelili w mijającym roku aż 125 goli, czyli tyle samo, ile CAŁY Bayern? I więcej niż wszystkie inne całe drużyny na świecie?

Słowa Lewandowskiego przypominają o czymś jeszcze. Otóż piłkarze niekoniecznie pasjami oglądają popisy innych piłkarzy, przypomnijmy sobie choćby wyznanie Cristiano Ronaldo, który przed meczami z Borussią w LM przed czteroma laty nie miał pojęcia, kim jest Mario Götze, choć idol dortmundzkich kibiców uchodził już za największą nadzieję niemieckiego futbolu. Tymczasem o wynikach Złotej Piłki w jednej trzeciej rozstrzygają właśnie zawodnicy (pozostali jurorzy to selekcjonerzy reprezentacji, którzy też muszą rozdawać głosy dyplomatycznie, oraz dziennikarze, po jednym z każdego kraju należącego do FIFA). I pewnie nie analizują wnikliwie wydarzeń całego roku, nie zastanawiają się, za jaki okres nagradzają nominowanych kolegów, polegają na tym, co najmocniej zapadło im w pamięć. Działa też medialno-marketingowa maszyneria, z dopalaczem w postaci wirujących na ekranach spotów reklamowych, przed którą nie obroni się nikt.

Jeśli wierzyć bukmacherom, Lewandowski zajmie w plebiscycie czwarte miejsce. Znakomite, potwierdzające, że należy do elity elit graczy najwybitniejszych. Jak sam mówi, „przebywa już na tej samej planecie, co Messi”. Pomogło mu to, że swój wystrzałowy, być może szczytowy okres w karierze miał tuż przed rozpoczęciem zabawy. Serię rozpoczętą pięcioma golami wbitymi w dziewięć minut  Wolfsburgowi – 15 bramek w sześciu meczach Bayernu i eliminacji Euro 2016 – zakończył 11 października, tymczasem głosowanie wystartowało 20 października. Szkoda tylko, że właśnie wtedy zwolnił i w kolejnych pięciu spotkaniach klubu trafił ledwie raz.

Ta buchalteria ma sens, bo lista finalistów niemal pokrywa się z czołówką najskuteczniejszych piłkarzy roku, w którym Messi i Ronaldo strzelili na razie po 48 goli, Lewandowski – 46, a Neymar – 45. Tę regułę mógł zaburzyć jedynie Suarez (już raz zdarzyło się podium obsadzone wyłącznie Barceloną), ale wieczór spektakularnie udowadniający, że katalońska drużyna znów uciekła konkurencji w inny wymiar przeżyliśmy z kolei zbyt późno. El Clásico odbyło się 21 listopada, nazajutrz po zakończeniu głosowania. A olśniewające 6:1 z Romą 24 listopada.

Plebiscyt niemal na pewno wygra (po raz piąty, to rekord) Messi, który po dwóch latach panowania zdetronizuje Cristiano Ronaldo (trzy trofea, drugie miejsce w tabeli wszech czasów wraz z Johanem Cruyffem, Michelem Platinim, Marco van Bastenem). Obaj zmieniają się na szczycie od 2008, i to niezależnie od tego, czy ich oszałamiające popisy przynoszą trofea drużynom. Duopol jest jednak zagrożony. I ze względów sportowych, i marketingowych. Niespełna 31-letni Ronaldo będzie powoli zmierzał ku schyłku kariery. Być może efektownego, ale jednak schyłku. A koncern Nike według doniesień francuskiego dziennika „L’Equipe” odbierze mu pozycję głównego ambasadora marki i przekaże ją 23-letniemu Neymarowi. Uczyni to ponoć w czerwcu 2016 roku, by wykorzystać jego popularność przed igrzyskami w Rio, na których napastnik Barcelony będzie grał dla mierzącej w złoto reprezentacji Brazylii.

Wcześniej Lewandowski poleci na Euro 2016. Żeby wybić się jeszcze wyżej w plebiscycie, musiałby pewnie zdobyć tam z drużyną Adama Nawałki medal – jak Zbigniew Boniek na mundialu sprzed 33 lat, ostatni Polak na podium plebiscytu. Alternatywą jest triumf w Lidze Mistrzów. Wtedy stałby się jeszcze poważniejszym faworytem, bo w upływającym roku osiągnął jednak coś wielkiego – z jednej z wielu gwiazd Bayernu rozbłysnął na najjaśniejszą.

czwartek, 08 października 2015

Sześć, pięć, zaraz będą cztery godziny do meczu. Nerwy. Ale też nadzieja - cicha, tli się pod tysiącami przelatujących przez głowę zastrzeżeń - że nie będziemy się wozić z awansem na Euro do niedzieli.

Hampden Park to scena idealna dla wszystkich, którzy pragną przechodzić do historii. Istnieje od 1903 roku i dopóki po po wojnie nie powstała brazylijska Maracana, dopóty był największym stadionem świata. To tu padł frekwencyjny rekord Europy, aktualny do dzisiaj – mecz Szkocji z Anglią w 1937 roku oglądało 149 415 kibiców. Aż trzykrotnie odbywał się tu finał Pucharu Europy – m.in. pamiętny między Realem Madryt i Bayerem Leverkusen, podczas którego Zinedine Zidane strzelił z woleja jednego z goli wszech czasów. Dwukrotnie rywalizowali na Hampden finaliści zlikwidowanego już Pucharu Zdobywców Pucharów, a raz finaliści Pucharu UEFA, zastąpionego przed kilkoma laty przez Ligę Europejską. Stadion legenda. Uzmysławiający, jak krótką historię ma polski futbol, gdy przyrównać ją do futbolu wyspiarskiego.

Ale też dom reprezentacji Szkocki stoi w mieście, które naszych piłkarzy doskonale pamięta. Bo kochało ich i nienawidziło. Artur Boruc dosłużył się między słupkami Celticu tytułu „Holy Goalie” („Święty bramkarz”) i stał się bożyszczem nie tylko ze względu na sportową klasę, ale i zuchwałość, z jaką prowokował fanów Rangers. W tych samych barwach świetny sezon rozegrał Maciej Żurawski, który opuszczał Glasgow z trzema mistrzostwami Szkocji. Postacią pod każdym względem kultową pozostaje Dariusz Dziekanowski, który zachwycał nie tylko na boisku, stąd pseudonim Disco King. Gdy przy doświadczonym kibicu Celticu wymsknie ci się, skąd przyjechałeś, tubylec rozrzewnia się do spłakanego rozczulenia. Ten to miał zdrowie! Wszystkie knajpy i nocne kluby zeksplorował! A jak umiał nazajutrz, po harcach ciągnących się po świt, poharcować na boisku! Nie wiadomo, gdzie szusował sprawniej, czy na dyskotekowych parkietach, czy na piłkarskich trawach! Chyba tylko o Bońku słyszałem w obcym świecie podobnie entuzjastyczne recenzje.

Teraz marzy nam się, by Glasgow popamiętało jeszcze tego, którego przyjmuje z mieszaniną podziwu, respektu i lęku. Szkoci zachowują się, jakby Robert Lewandowski najechał na nich w pojedynkę, otoczony co najwyżej grupką tragarzy. I jakby mecz miał wyglądać tak: Lewandowski odbiera piłkę gospodarzom, Lewandowski przerzuca ją na skrzydło do Lewandowskiego, który drybluje i dośrodkowuje, a w polu karnym Lewandowski dopełnia formalności, oczywiście po nadnaturalnie wygimnastykowanym hipermegawypaswoleju. Monotematyczność wręcz groteskowa, a zarazem całkowicie zrozumiała, jeśli weźmiemy pod uwagę raban, jakiego narobił napastnik Bayernu Monachium w minionych tygodniach.

Właśnie, dla świata to wciąż jest jedynie „napastnik Bayernu”, ewentualnie „była gwiazda Borussii”. Ktokolwiek przygotowywałby najładniejsze migawki z jego kariery, nawet do długiego materiału nie wmiksowałby żadnego epizodu reprezentacyjnego. Nawet gol wbity we wrześniu Niemcom zmalał po ostatnim gwizdku do statystycznego drobiazgu. Rozegrał swój mecz emblemat Lewandowski w Dortmundzie (cztery bramki z Realem), rozegrał mecz emblemat w Monachium (pięć bramek z Wolfsburgiem). W reprezentacji nie ma nawet emblemaciku - wieczoru zwycięskiego, z nim w roli superbohatera.

A Hampden i całe Glasgow, jak ustaliliśmy, to okolica idealna, by kontynuować show rozciągnięte już na dwa tygodnie. Na tym stadionie zachwycali piłkarze najwybitniejsi, w jego sąsiedztwie zachwycali Polacy. Obie grupy łączy Lewandowski, a Szkoci są jego przybyciem tak podnieceni, że chyba byliby rozczarowani, gdyby nie wybił z głów rojeń o Euro osobiście.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi