Wpisy z tagiem: Robert Lewandowski

sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

sobota, 07 kwietnia 2018

Bayern Monachium, Robert Lewandowski

Gdyby Gary Lineker był Niemcem, powiedziałby, że piłka nożna to jest taka gra, w której 22 facetów biega za nadmuchanym świńskim pęcherzem, a na końcu zawsze wygrywa Bayern Monachium.

Wygrywa zawsze, a nawet coraz bardziej – właśnie wziął mistrzostwo Bundesligi po raz szósty z rzędu, jak zwykle wiele tygodni przed ostatnią kolejką, jak zwykle w okolicznościach uniemożliwiających popadnięcie w ekstazę. Im pokaźniejszą wypracowujesz przewagę na rywalami, tym bardziej rozmywa się wszak moment, w którym odnosisz triumf – dzisiaj monachijscy piłkarze dopełnili tylko formalności, gdyby złożyli ostateczny podpis w meczu poprzednim lub następnym, nikt nie poczułby zasadniczej różnicy. Ile szczerych emocji może wywołać tytuł, gdy w minionych edycjach rozgrywek od wicelidera tabeli dzieliło cię kolejno 25, 19, 10, 10 i 15 punktów, a teraz dzieli cię 20?

Konkurenci – o ile to nie jest zbyt duże słowo – mają więcej niż przechlapane.

Owszem, trwa akurat taki okres dziejowy, że na potęgę wygrywają również hegemoni z sąsiednich mocnych futbolowo krajów. Jednak we Włoszech wszyscy czekają, aż Juventusowi ponownie zagrożą inni potentaci (już stawia się Napoli), a we Francji dominację Paris Saint-Germain kibice znoszą jako historię nowiutką, o mimo wszystko nieznanej przyszłości (egzotyczni właściciele z Kataru), przed chwilą zakłóconą przez tytuł dla Monaco – zresztą w minionej dekadzie jeszcze dłużej rządził tam Lyon. Inaczej w Niemczech, gdzie sytuacja pozostaje stabilna. Co widać i na murawie, i w spokojnych ruchach szefów Bayernu, którzy wytargają za uszy każdego, kto próbuje się wychylić. Rosło w tym sezonie Schalke, rozrabiające na pozycji wicelidera? To zimą dowiedziało się, że latem straci Leona Goretzkę, swego najbardziej utalentowanego piłkarza.

Bayern plądruje ligę bezwględnie, w równiutkim rytmie. W 2018 roku podbierze Goretzkę – za darmo. W poprzednim sezonie dokazywało Hoffenheim, w latem 2017 oddało monachijczykom i Sebastiana Rudy’ego (za darmo), i Niklasa Süle (za 20 mln euro). Jeszcze wcześniej awanturowała się Borussia Dortmund, to w 2016 roku pożegnała Matsa Hummelsa (za 35 mln), a w 2015 – Roberta Lewandowskiego (za darmo). Wcześniej były wrogie przejęcia Mario Götzego, Manuela Neuera... Deprymujący cios otrzymują poddani mistrza co sezon, a odpowiedzieć nie są w stanie, mogą co najwyżej wypucować Bayernowi korki.

I jeszcze ten władczy styl: monachijscy zarządcy prowadzą najbardziej uporządkowany klub w europejskiej czołówce, więc transfery zazwyczaj załatwiają jeszcze zimą, by nie zaburzać letnich przygotowań. Trenerów też nigdy nie zwalniają w trakcie sezonu – choć kiedy uznają, że nie istnieje sensowna alternatywa, to zasadę łamią, jak jesienią w przypadku Carlo Ancelottiego. Kluczowa cecha mądrych menedżerów: pozostań elastyczny, nie pozwól zniewolić się starym nawykom, bądź gotowy zakwestionować prawdy, w które wierzysz najmocniej.

Po bieżącym sezonie przeświadczenie rywali, że znikąd nadziei, chyba jeszcze ulegnie wzmocnieniu. Okazało się, że nawet po ewidentnej zapaści – przy stratach punktowych tabeli tak dużych i sytuacji w szatni tak beznadziejnej, że trzeba podjąć bezprecedensowo drastyczną decyzję w  kwestii renomowanego trenera – Bayernowi wystarczy się otrzepać, tupnąć nogą, i znów rozstawia wszystkich po kątach.

Jak Robert Lewandowski – również sześciokrotny mistrz Niemiec, dwa tytuły zdobywał w Borussii Dortmund – który od wielu tygodni kopie sobie na pół etatu, a i tak zostanie królem strzelców z przewagą nad resztką stawki kolosalną, niespotykaną w Bundeslidze od początku lat 70., gdy grasował w niej Gerd Müller. Ciekawe, czy to możliwe: nie poczuć znużenia. I dla polskiego napastnika, i dla całego wielkopańskiego Bayernu.

poniedziałek, 11 września 2017

Napastnik Bayernu znów się odezwał i znów, jak po poprzednim sezonie, narobił rabanu. Robert Lewandowski właśnie osiągnął najwyższy stopień megagwiazdorskiego wtajemniczenia. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety" przeczytacie tutaj

środa, 19 kwietnia 2017

Robert Lewandowski, Liga Mistrzów

2013: finał Ligi Mistrzów. 2014: ćwierćfinał. 2015: półfinał. 2016: półfinał. 2017: ćwierćfinał. Robert Lewandowski krąży wokół trofeum, ale wciąż go nie dotknął, ostatnio nawet nieco się od łupu oddalił. A czas płynie – dla wyczynowego sportowca szybciej niż dla nas – i w przyszłym roku nasz supernapastnik dobiegnie do trzydziestki.

Niebawem awansuje też do kategorii „najwybitniejsi aktywni piłkarze, którzy nie zdobyli Pucharu Europy”. Grona ekskluzywnego, tam, gdzie przebywają 39-letni Gianluigi Buffon czy 35-letni Zlatan Ibrahimovic. Bardziej będzie przypominał tego drugiego, i to nie dlatego, że również jest napastnikiem – po prostu Włoch wziął już złoto na mundialu, natomiast Szwed, choć słusznie cieszy się sławą wirtuoza, szaleje jedynie w aspekcie krajowym. W Lidze Mistrzów wiecznie przegrywał, aż zleciał do Ligi Europy.

Lewandowski również kolekcjonuje zaszczyty – drużynowe oraz indywidualne – wyłącznie na poziomie lokalnym. Był mistrzem Polski i królem strzelców tzw. ekstraklasy, wkrótce zostanie po raz piąty mistrzem Bundesligi i, być może, po raz trzeci królem strzelców Bundesligi. A z reprezentacją narodową, podobnie jak Ibrahimoviciowi, trudno mu będzie pogonić wszystkich na mundialu.

Dlatego nadciągają poważne dylematy. Trwać w Bayernie, który zresztą raczej nie będzie chciał rozstania, czy jednak wyrywać gdzie indziej? Monachium pozostanie potężny, ani mi w głowie wrzeszczeć, że potrzebuje totalnej rewolucji, bo nie wytrzymał zderzenia z Realem Madryt. Istnieją jednak dostrzegalne gołym okiem powody, by sądzić, że wymaga sporej rekonstrukcji. Gdy na Santiago Bernabéu trener Carlo Ancelotti rzucił wszystko, co ma najlepszego, to oglądaliśmy bardzo dojrzałych skrzydłowych (34-letni Franck Ribery i 33-letni Arjen Robben) oraz zmierzających ku schyłkowi karier Philippa Lahma i Xabiego Alonso, a jedynakiem przed 25. urodzinami był David Alaba. Czy odświeżanie drużyny przebiegnie łagodnie? A nawet jeśli przebiegnie łagodnie, to czy Bayern nie odczuje przykrych skutków ubocznych okresu przejściowego w Lidze Mistrzów?

Najcenniejsze klubowe trofeum będzie lub już jest obsesją Lewandowskiego, dla najwybitniejszych futbolistów to prawdopodobnie odruch bezwarunkowy. Gigant o jego gabarytach musi też mierzyć w Złotą Piłkę. Do tego trzeba jednak idealnych wyborów i niezbędnego w sporcie łutu szczęścia, samodzielnie można co najwyżej tłuc statystyczne rekordy. Ja już w grudniu 2015 roku przekonywałem, że pozostaje jedynie kwestią czasu, kiedy monachijski napastnik zagra w Realu, i nadal się tamtego proroctwa trzymam. Strategia madryckiego króla Florentino Pereza polega bowiem na tym, że co pewien czas prezentuje on sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo) – tymczasem napastnik Bayernu wciąż nie ma tu konkurencji.

I liczę, jeśli wolno mi zboczyć na chwilę w myślenie magiczne, że nieubłagana logika dziejów połączy kandydata na polskiego piłkarza wszech czasów z najbardziej utytułowanym klubem wszech czasów. Gdyby jednak życie miało się potoczyć inaczej, to też może być pięknie, ja jako kibic życzę mu tylko jednego – Robert, nigdy nie bądź Zlatanem.

niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

środa, 12 października 2016

Robert Lewandowski

Tylko raz w kadencji selekcjonera Adama Nawałki zdarzyło się, że zszedł z boiska w trakcie meczu nietowarzyskiego. Ubiegłej jesieni, przy prowadzeniu 6:0 z ofermami z Gibraltaru.

Megagwiazdorów współczesnego futbolu, na sławę zasługujących nade wszystko w klubach, podejrzewa się niekiedy o to, że reprezentację narodową zaniedbują. Od służby dla kraju niekoniecznie się wymigują - raczej miewają problemy z pełną koncentracją, podświadomie dają z siebie ciut mniej, niżby mogli. Robert Lewandowski też bywał oskarżany.

Globalne dane nie tyle są niezbijalnym dowodem jego niewinności, ile sugerują niepoczytalność prokuratorów. Polski supernapastnik wystąpił u Nawałki - można powiedzieć: w erze rządów w reprezentacji oświeconych - we wszystkich spotkaniach o stawkę. Przebywał na murawie przez 1656 z 1680 minut, czyli przez 98,6 procent czasu gry. I w tych 18 meczach - eliminacji mistrzostw Europy, turnieju finałowego mistrzostw Europy oraz eliminacji mistrzostw świata - strzelił 19 goli. Czasami wywołując wrażenie, że strzela siłą woli. Jak w horrorach ze Szkocją czy Armenią, gdy Polaków ratowały wykonane przez niego ostatnie dotknięcia piłki przed końcowym gwizdkiem.

Co więcej, wpływ Lewandowskiego na wyniki stale rośnie. Nie tylko w sensie snajperskim, choć i tutaj dynamika wzrostu imponuje, skoro kapitan reprezentacji zdobył sześć z jej ostatnich ośmiu bramek. Lewandowski to cała machina oblężnicza w jednym muskularnym ciele, to nadpobudliwy wszystkorób (brzmi brzydko, ale adekwatnie), który gania ze wschodu na zachód i z południa na północ, przyjmuje i rozdaje kuksańce, broni i przechwytuje piłkę, inspiruje i dyscyplinuje kolegów, podaje i strzela. Mózg, serce i płuca drużyny. Wszechpiłkarz.

Wypada mieć tylko nadzieję, że przyboczni z polskiej szatni nie zawiodą i nie zapaskudzą mu kariery. Że nie poprzestaną na pytaniu, co kapitan może zrobić dla nich, lecz spróbują sprawdzić, co oni mogą zrobić dla kapitana. Że przez ich opieszałość - lub niezdarność - nazwiska Lewandowskiego nie umieścimy w przyszłości obok nazwisk Alfredo Di Stefano, George’a Besta, Ryana Giggsa czy George’a Weaha, czyli na liście wybitnych futbolistów, którzy nigdy nie wystąpili na mundialu.

niedziela, 19 czerwca 2016

Jak atletycznie są bliźniakami, tak mentalnie przebywają na dwóch krańcach galaktyki. Ale na nasze szczęście to Polak walczy po jasnej stronie mocy. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

czwartek, 03 marca 2016

Terminator Robert Lewandowski

To było niewyobrażalne, a staje się bardzo realne. Jeśli Bayern przegra w sobotę w Dortmundzie, walka o mistrzostwo Bundesligi rozgorzeje ponownie. A ludzi niezastąpionych lider ma tylko dwóch – bramkarza Manuela Neuera i kapitana reprezentacji Polski.

Bayern nie porywa. Owszem, wytrwale młóci punkty i w środę z Mainz poniósł dopiero pierwszą w sezonie porażkę na własnym stadionie (pozostałe 15 meczów u siebie wygrał), ale ostatni pokaz przytłaczającej siły dał na początku listopada, gdy rozbił w Lidze Mistrzów Arsenal 5:1. W tym roku albo wydziera nieznaczne zwycięstwa z wysiłkiem, albo – mowa tu o poważniejszych wyzwaniach – nie wygrywa. Nawet w Turynie, w którym najpierw wgniótł gospodarzy w ich własne pole karne i prowadził 2:0, a po przerwie pozwolił im wrócić do życia. Juventus wyrównał, mógł nawet wygrać, odzyskał nadzieję na awans do ćwierćfinału LM.

A ponieważ przez Bundesligę jak opętana pędzi Borussia – w tym roku niepokonana i w kraju, i w Lidze Europejskiej – zredukowała stratę do lidera do pięciu punktów. I gdyby go w sobotnim szlagierze pokonała, stanęłaby tuż za plecami Bayernu.

Nikt się tego nie spodziewał i dlatego, że dortmundczycy mieli powoli zyskiwać nową tożsamość po zamianie trenera Jürgena Kloppa na Thomasa Tuchela, i dlatego, że trwa epoka panowania monachijczyków o skali dotąd niespotykanej. Bayern już wcześniej utrzymywał tytuł przez trzy kolejne sezony, ale nigdy nie utrzymywał przez trzy sezony aż tak gigantycznej przewagi. Wiosną 2013 r., jeszcze za rządów trenera Juppa Heynckesa, uciekł wicemistrzowskiej Borussii na dystans 25 pkt, wiosną 2014 r. wyprzedził ją o 19 pkt, a wiosną 2015 r. dzieliło go od Wolfsburga „skromne” 10 pkt głównie z tego powodu, że w końcówce sezonu monachijczycy kompletnie odpuścili i przegrali trzy z ostatnich czterech meczów.

Pep Guardiola testował wówczas głębokich rezerwowych i zdarzało mu się nie powołać Roberta Lewandowskiego do meczowej kadry. Ale teraz, gdy jest o co grać, wyciska z niego maksimum. U trenera, który zasadniczo nie ufa klasycznym środkowym napastnikom i początkowo również na Polaka spoglądał podejrzliwie, Lewandowski awansował na gracza niezbędnego. Co wiemy nie tylko z chętnie wypowiadanych pochwał, ale też decyzji Hiszpana.

Po raz ostatni Lewandowskiego nie było na boisku w ostatnim kwadransie meczu w Mönchengladbach 5 grudnia. Od tamtej pory wychodził w podstawowym składzie zawsze i zawsze pracuje przez pełne 90 minut. I w dziewięciu spotkaniach Bundesligi, i w dwóch w Lidze Mistrzów, i w dwóch krajowego pucharu. Nawet wtedy, gdy trzeba odfajkować wyjazd do drugoligowego Bochum. Od 1170 minut Polak gra bez przerwy. I rzeczywiście wygląda niekiedy na niezastąpionego, to on strzelił osiem z dziesięciu pierwszych goli Bayernu w tym roku, ratując punkty w przeciętnych występach monachijczyków.

Guardiola chętnie tasuje nazwiskami z szerokiej kadry – np. w środę osadził w rezerwie napastnika reprezentacji Niemiec Thomasa Müllera – ale z głównego snajpera nie rezygnuje prawie nigdy. W Bundeslidze więcej czasu (100 proc.) spędził na boisku tylko bramkarz Neuer. Drugi w rankingu najbardziej eksploatowanych Lewandowski wyprzedza kolegów zdecydowanie – grał o 152 minuty więcej niż Müller, o 225 więcej niż David Alaba i o 294 więcej niż Philipp Lahm. I jako jedyny rozegrał pełne sześć godzin w Pucharze Niemiec, tam odpoczywał nawet Neuer. Liga Mistrzów? Lewandowski zaliczył oczywiście wszystkie mecze jako jeden z trzech w drużynie.

Jeśli zatem Bayern w Dortmundzie przegra i walka o tytuł rozgorzeje ponownie, polski napastnik już do końca sezonu nie odetchnie prawdopodobnie ani przez chwilę. W PZPN usłyszeliśmy nawet rzucone półserio, ale jednak rzucone, że Lewandowskiemu przydałoby się przynajmniej przeziębienie, żeby trochę odpoczął. Bo nasz terminator, jak wiadomo, nie choruje nigdy. Przez niespełna trzy lata w Bayernie niedysponowany był właściwie tylko raz – rok temu, gdy doznał wstrząśnienia mózgu po zderzeniu z Mitchellem Langerakiem. Choć lekkie zmęczenie materiału można niekiedy podejrzewać. W środę Polak nie oddał celnego strzału, średnio wyglądał także w Turynie.

Adam Nawałka widzi, że jego kapitan haruje jak wół, więc przy każdej okazji sam daje mu wolne. Jesienią odesłał go do domu przed sparingiem z Czechami, a wiosną – przed sparingiem z Grecją. Selekcjoner mógłby pewnie negocjować z Guardiolą, ale zdaje sobie sprawę, że to również Lewandowski rwie się, by grać zawsze. Jak inni wielcy nienasyceni, Leo Messi czy Cristiano Ronaldo.

Skutki dla reprezentacji są różne, Portugalczyk na niemal każdym letnim turnieju wygląda na piłkarza wyżętego z sił. Jeśli zatem Bayern będzie walczył na całego do samego końca sezonu, pozostanie liczyć, że nam trafił się atleta jeszcze twardszy niż Ronaldo. Bo na przykład trener Niemców, naszych grupowych rywali na Euro 2016, nie powołuje do reprezentacji nikogo poza Neuerem, kto miałby w nogach tyle, ile Lewandowski.

wtorek, 23 lutego 2016

Robert Lewandowski, Mario Mandzukic

Przeżył, a grał tak, jakby o niczym więcej nie marzył. W 1/8 finału Ligi Mistrzów piłkarze z Turynu zremisowali dzisiaj z Bayernem 2:2.

Jeśli zgodzimy się, że klasyczny środkowy napastnik potrzebuje podań jak tlenu, to turyńczycy postanowili wczoraj Roberta Lewandowskiego udusić.

Przed przerwą Polak musiał znieść aż dwa blisko dziesięciominutowe okresy bez kontaktu z piłką. A gdyby najpierw sam nie odebrał jej przeciwnikowi, to po raz pierwszy dotknąłby jej po blisko kwadransie.

Gospodarze nie biegali jak opętani, przeciwnie, stali blisko siebie i poruszali się metodycznie, by miażdżącą przewagę Bayernu zamienić w jałową zabawę. Oni opanowali tę sztukę doskonalej niż ktokolwiek, z kim monachijczycy mierzyli się w tym sezonie. Goście trzymali piłkę niemal bez przerwy, można powiedzieć, że grali z „dziadka”, ale Lewandowski nie mógł w niej uczestniczyć - zamknięty w środku razem z rywalami - jeśli nie uciekł na skrzydło. I przeżywał mecz dla siebie niezwykły. Jeśli nawet dopadł piłki, to albo pod presją źle przyjął, albo niecelnie podał, albo dopadał jej daleko od bramki Juve, gdzie trudno było wymyślić coś konstruktywnego. Musiał podołać zadaniu być może dla napastnika najtrudniejszemu - wycisnąć z tego minimum (gry) maksimum (efektu).

A ponieważ jest piłkarzem wybitnym, trochę wyciskał. Przed przerwą tylko dwa razy miał piłkę w polu karnym. I najpierw wyłożył ją (niedokładnie) Thomasowi Müllerowi - również mógł czuć się jak w klatce - ale ten spartaczył. A potem Polak uderzał celnie głową.

Nietypowo czuł się Lewandowski, nietypowo czuł się Juventus. Ilekroć przejmował piłkę na własnej połowie, utrzymywał ją może przez ułamek sekundy. Ilekroć przejął na połowie Bayernu, nie utrzymywał jej wcale. Ulegał pressingowi faworyta z bezradnością dla finalisty Ligi Mistrzów wręcz wstrząsającą. W Niemczech tak reagują na Bayern tylko przeciwnicy najbardziej potulni i zakompleksieni, z dołów tabeli.

Dlatego bardzo długo wszystko przebiegało w sposób do bólu przewidywalny. Juventus musiał paść i padł. Niewykrywalny napastnik Müller najbardziej niebezpieczny jest, gdy znika, więc on zadał pierwszy cios. A Arjen Robben zabija zazwyczaj wtedy, gdy zachowuje się jak wiedziony odruchem bezwarunkowym, więc on zadał - po arcytypowym dryblingu i arcytypowym strzale - drugi cios. 0:2. I chyba nawet turyńscy kibice poczuli, że sprawa została rozstrzygnięta, skoro jeszcze przed meczem Buffon szacował szanse na awans na 25 proc.

Trzy lata minęły od poprzedniego starcia Juve z Bayernem i pamiętnej tyrady ówczesnego trenera, rozgoryczonego Antonio Conte, który grzmiał, że „jeśli masz w portfelu 10 euro, to nie wejdziesz do restauracji, w której danie kosztuje 100 euro”. Niepowodzenie w LM tłumaczył nędznym budżetem, rzekomo uniemożliwiającym rzucenie wyzwania najpotężniejszym klubom na kontynencie. Od tamtej pory minęła jednak wieczność. Choć turyńczycy, wyniesieni na wyższy poziom przez Massimiliano Allegriego, wciąż wyraźnie ustępują faworytom finansowo, to w poprzedniej edycji zdołali pokonać m.in. Real Madryt i dotrwać do finału.

Przy Bayernie - osłabionym, bez zdemontowanej przez kontuzje obrony - znów jednak wyglądali jak zahukani prowincjusze. Nie wiadomo tylko, czy problem był mentalny, czy techniczny. Czy wyszli z szatni ze zbyt nisko pochylonymi głowami, czy po prostu na więcej nie było ich stać w sensie czysto piłkarskim. I musieli poczekać, aż rywal poczuje się zrelaksowany, by mieć szanse na atak.

Bo w sytuacji krytycznej nie tylko strzelili kontaktowego gola, nie tylko wyrównali, oni mogli wręcz wygrać. I to pomimo utraty Claudio Marchisio - uraz, nie wyszedł na drugą połowę - czyli piłkarza tyleż niedocenianego, co absolutnie kluczowego, łączącego w Juve defensywę z ofensywą.

Bayern znów okazał się wrażliwy na ciosy. On zaskakująco miernie wypada zwłaszcza na wyjazdach w LM - z ostatnich ośmiu wygrał ledwie dwa, w Pireusie i Zagrzebiu, uległ za to Manchesterowi City, Porto, Barcelonie i Arsenalowi, zremisował z Doniecku i wczoraj w Turynie. Ale u siebie potężnieje. W bieżącym i ubiegłym sezonie wyłącznie tam wygrywał. W stosunku 4:0, 5:1, 5:0, 3:2, 6:1, 7:0, 3:0, 2:0, 1:0. A teraz do awansu wystarczy mu nawet remis.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Argentyńczyk odebrał piątą Złotą Piłkę w karierze i wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów. A czwarty w najważniejszym futbolowym plebiscycie Robert Lewandowski wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów w Polsce.

Werdykt trenerów i kapitanów reprezentacji oraz dziennikarzy ze wszystkich krajów zrzeszonych FIFA – to oni głosują – był wybitnie niekontrowersyjny, bo Leo Messi wraz z Barceloną wygrał w minionym roku niemal wszystko, co było do wygrania. Od Ligi Mistrzów, przez ligę hiszpańską i Copa del Rey, po klubowe mistrzostwa świata. Nie powiodło mu się jedynie w reprezentacji Argentyny, która w finale Copa America uległa Chile. I w grze dla kraju zaczyna być wiecznie srebrny (finał mundialu też przegrał, z Niemcami), a rodacy podejrzewają, że nie poświęca jej tyle, ile Barcelonie, przyczepiają się nawet to do tego, że nie śpiewa hymnu.

Messi wyrasta na absolutnego plebiscytowego rekordzistę, jego wspaniali poprzednicy – Johan Cruyff, Michel Platini, Marco van Basten, przed rokiem dołączył do nich Cristiano Ronaldo – otrzymywali nagrodę tylko trzykrotnie. I można zakładać, że jeszcze dorobek wzbogaci, w Barcelonie przewodzi bowiem drużynie pożerającej trofea bez opamiętania, coraz bardziej zachłannej i coraz bardziej drapieżnej. Ba, od kilkunastu miesięcy wraz z Neymarem i Luisem Suárezem współtworzy bezprecedensowo niebezpieczny atak, który w ubiegłym roku kalendarzowym strzelił 142 gole, czyli więcej niż wszystkie inne całe drużyny, nawet Paris Saint Germain (138), Bayern Monachium (132) i Real Madryt (127).

W katalońskim klubie głębokie kryzysy od lat wyglądają tak, że drużyna osiąga „zaledwie” półfinał Ligi Mistrzów. A u Messiego tak, że zamiast grać fenomenalnie, gra on bardzo dobrze – na poziomie, o którym inni piłkarze, także gwiazdy, mogą jedynie marzyć. To być może jego najbardziej charakterystyczna cecha. Mordercza regularność. Nieludzka niezdolność do występu beznadziejnego, okazywana nawet w słabszym dniu.

Normalni sportowcy potrzebują czasu, by odzyskać pełną sprawność po kontuzji. Ożywają stopniowo, od kopnięcia do kopnięcia, od meczu do meczu. Nie Messi. Kiedy w listopadzie wyleczył kolano (kuracja ciągnęła się dwa miesiące), potruchtał w końcówce hitu z Realem Madryt, by już trzy dni później zasadniczo przyczynić się do rozbicia Romy w Champions League (6:1) – zdobył dwie bramki, przy jednej asystował, oddał zdecydowanie najwięcej strzałów. I od tamtej pory zdarzyły mu się tylko dwa mecze bez gola. W ostatnich 10 nastrzelał 12.

Bieżący rok Argentyńczyk zaczął jak zwykle. Osiem bramek Barcelony w spotkaniach z Espanyolem i Granadą można podzielić na te, które sam zdobył (5), i na te, które poprzedziła jego asysta (3). Widzimy też, że nadal poleruje swoją perfekcyjną technikę, niepostrzeżenie wypiękniał np. na bodaj najwytrawniejszego specjalistę od rzutów wolnych. Kiedy uderza, trafia właściwie wyłącznie do siatki lub w poprzeczkę/słupek. W taki sposób strzelił ostatniego gola, w taki sposób strzelił dwa pierwsze w sezonie (wygrany z Sevillą 5:4 Superpuchar Europy). Krystaliczna wirtuozeria.

Jemu „zagraża” Neymar, w tegorocznym głosowaniu trzeci, megagwiazdorskiej pozycji Roberta Lewandowskiego w Polsce nie podważy nikt. On w naszej perspektywie spotężniał do wymiarów Messiego w perspektywie globalnej – wśród konkurentów kopiących po upadku komuny trudno go z kimkolwiek porównywać, my też coraz częściej zastanawiamy się, czy nasz współczesny nadpiłkarz nie zasługuje na tytuł najlepszego w historii. Ewentualnie – kiedy zasłuży.

Z Argentyńczykiem łączy go regularność (oczywiście na niższym poziomie), a także konsekwentne, niemal pozbawione przestojów wzlatywanie na szczyt. Od mistrzostwa kraju z Lechem, przez mistrzostwo z Borussią Dortmund, do mistrzostwa z Bayernem, w którym Lewandowski w minionym roku z jednego z wielu monachijskich superbohaterów przeobraził się w superbohatera pierwszoplanowego. Oto polski piłkarz stał się liderem największego dziś obok Barcelony i Realu klubu świata. Wylansował go tamten czarodziejski epizod, czyli pięć goli wbitych Wolfsburgowi w dziewięć minut – mecze emblematy są niezbędne, by zyskać rozpoznawalność absolutną – ale o klasie Lewandowskiego stanowi właśnie systematyczność, zaleta u napastnika fundamentalna. Podczas sezonów spędzonych w Dortmundzie strzelał kolejno 30, 36 i 28 goli, w inauguracyjnym w Monachium uzbierał ich 25, a w bieżącym ma już 23, zatem niewykluczone, że ustanowi rekord swojej kariery. Raz był królem strzelców Bundesligi, dwa razy – wicekrólem strzelców, raz zajął w snajperskim rankingu trzecie miejsce. I teraz też raczej nie spadnie z podium, w połowie sezonu ustępuje tylko Pierre-Emerickowi Aubameyangowi.

Kibice reprezentacji też – jak argentyńscy Messiego – oskarżali go o niewystarczające zaangażowanie w grę dla kraju. I on też – jak Messi – potrzebował czasu, by zostać jej bezapelacyjnym liderem. Ale rok 2015 w polskich barwach był już dla Lewandowskiego perfekcyjny. Zwycięski gol w rozstrzygającym o awansie na Euro meczu z Irlandią, gol na miarę ocalenia w 94. minucie boju w Glasgow, gole w każdym z pięciu ostatnich spotkań eliminacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że jeśli nie rozłoży go nieszczęśliwy wypadek, to pobije wszelkie statystyczne rekordy w reprezentacji Polski. Zdobył już 34 bramki (do lidera Włodzimierza Lubańskiego brakuje 14), wystąpił w 73 meczach (do lidera Michała Żewłakowa brakuje 29).

To jednak zaledwie didaskalia, dla kibica liczą się wymierne osiągnięcia drużyny. Jak medale MŚ, dzięki którym na podium Złotej Piłki stawali Kazimierz Deyna (1974) oraz Zbigniew Boniek (1982). I dopóki Lewandowski pozostanie w reprezentacji niespełniony, dopóty kwestionowana będzie jego kandydatura na naszego piłkarza wszech czasów. Znów – tak jak u Messiego, tyle że Argentyńczyk musi srebro przetopić na złoto, a Polakowi wystarczy zapewne zastąpić awans na Euro awansem do półfinału Euro. Bo dokopać się do Złotej Piłki w biało-czerwonej koszulce będzie raczej trudno. Do tego niezbędny może się okazać jeszcze jeden skok, dalekosiężny także w sensie marketingowym. Transfer do Realu Madryt.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi