Wpisy z tagiem: Atletico Madryt

niedziela, 29 maja 2016

Real Madryt, Liga Mistrzów

Gdyby zatriumfowało dzisiaj Atlético, ogłosilibyśmy rozentuzjazmowani, że nie sposób zasłużyć na puchar bardziej. Wyeliminować w ćwierćfinale broniącą trofeum Barcelonę. Pobić w finale zwycięski w 2014 roku Real Madryt. Rozprawić się w półfinale ze zwycięskim w 2013 roku Bayernem Monachium. Sprowadzić na ziemię futbolową świętą trójcę, superkluby od lat niepodzielnie panujące w Europie i wyprężone na szczycie rankingu UEFA. Jeszcze raz: nie istnieje nic, co jeszcze mocniej uprawniałoby do wzniesienia pucharu wręczanego za triumf w Lidze Mistrzów.

Ktoś ewentualnie by postękał, że zwycięzcy grają niezbyt ładnie, że nie wypada zwycięzcom polegać wyłącznie na nietykalnej defensywie. Bo Atlético jest oblepione mnóstwem obiegowych prawd, które częściowo prawdziwe są, ale bez wejrzenia głębiej rzeczywistość głównie fałszują. Owszem, madrytczycy zamykają dostęp do pola karnego na cztery spusty. Jednak redukować ich maestrii do defensywy nie wypada, oni po prostu odmiennie definiują atak - stojąc na własnej połowie, przygotowują sobie mnóstwo wolnej przestrzeni na połowie rywala, a po przejęciu piłki błyskawicznie w nią wchodzą, i to wchodzą tłumem, niejednokrotnie osiągając liczebną przewagę.

Słowem, byłoby Atlético mistrzem mistrzów niekwestionowanym, bez skazy.

Podróż Realu wyglądała kompletnie inaczej. Skromniej. Przepchnięcie notorycznie rozczarowującego Manchesteru City dzięki pojedynczemu golowi, w dodatku samobójowi (1:0 i 0:0). Jesienią nieznośny w oglądaniu klincz z Paris Saint Germain (1:0 i 0:0). Potworny stres przed rewanżem z Wolfsburgiem, któremu na wyjeździe uległo się 0:2. I finał pełen niedoróbek, znaczony raczej wpadkami niż klejnotami - jedyny gol wbity ze spalonego, rzut karny spartaczony przez Griezmanna, seria jedenastek splamiona przez beznadziejną próbę Juanfrana. Ani jednego popisu niezapomnianego, zasługującego na pomnik, królewskiego. Doprawdy, trudno przypomnieć sobie ostatniego zwycięzcę Ligi Mistrzów równie bezbarwnego, przez cały sezon wywołującego raczej wątpliwości niż zachwyt. Trudno klękać nawet przed Zinedine’em Zidane’em, który najcenniejszy klubowy tytuł wziął pięć miesięcy po trenerskim debiucie - nawiasem mówiąc, to uroczy paradoks, że wrócił on do personalnych wyborów, za które jego poprzednika Rafę Beniteza werbalnie masakrowano, czyli regularnego wystawiania Casemiro oraz osadzania w rezerwie Isco i Jamesa Rodrigueza. Ale teraz nikt się nie awanturował.

Dlatego minioną edycję LM zapamiętam przede wszystkim jako kolejny tom opowieści o pokręconym losie Atlético, drużyny o twarzy Diego Simeone, trenera w intrygujący sposób łączącegio to, co racjonalne, z tym co irracjonalne. Z jednej strony jest cynicznym pragmatykiem, który wierzy w sens perfekcyjnego planu taktycznego. Z drugiej strony - pozostaje niewolnikiem zabobonu, przed dzisiejszym meczem kazał przygotowywać wszystko odwrotnie niż przed dwoma laty, żeby odgonić zmory tamtego finału, przegranego na sekundy przed końcem.

Choć nie zaniedbał niczego, to znów mu się nie powiodło, a przy okazji zapewne utwierdził się w przeświadczeniu, że światem rządzą tajemne, wrogie mu siły. Historia Atlético to ułatwia: w 1974 roku stracili puchar w 120 minucie finału; w 2014 roku stracili go w 93 minucie finału; wreszcie w 2016 roku oddali go w rzutach karnych. Klub przeklęty.

Tymczasem ich sąsiad to klub błogosławiony, jakby pchany przez swoją fantastyczną przeszłość. Nawet jeśli w skali sezonu, ze względu na poziom gry obu przeciwników, rozstrzygnięcie dzisiejszego finału było niespodzianką, to mocniej oddziaływuje na nas skala historyczna. A w niej tradycji stało się zadość, Real Madryt jeszcze upiększył reputację euroklubu wszech czasów. Reszta do didaskalia.

wtorek, 05 kwietnia 2016

Barcelona miesiącami mknęła jak opętana po kolejne rekordy, aż zderzyła się z kolosami z Madrytu. W sobotę oberwała od Realu, a dzisiaj mogła oberwać jeszcze boleśniej – od Atlético. Ocalała. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów triumfowała 2:1.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że prawdziwe gwiezdne wojny w lidze hiszpańskiej – a może i w całym globalnym futbolu – wybuchają w El Clásico. Jeśli jednak zapomnimy o marketingowych neonach i zanalizujemy wyłącznie wydarzenia boiskowe, dojdziemy do wniosku, że w minionych latach więcej atrakcji oferują wieczory, podczas których wyzwanie obu tradycyjnym potęgom rzucają piłkarze Atlético. To te szlagiery częściej mają najwyższy poziom sportowy, najwyższe taktyczne wyrafinowanie, a przede wszystkim – najwięcej wykańczającego psychicznie i fizycznie napięcia.

Teoretycznie to starcia arcymistrzów ofensywy (sami napastnicy Barcelony strzelają grubo ponad setkę goli w sezonie) z arcymistrzami defensywy (Atlético z kolei traci gole rzadziej niż ktokolwiek na świecie). Nigdy nie są to jednak klasyczne katalońskie oblężenia wrogiego pola karnego, które stoi w ogniu od pierwszego do ostatniego gwizdka. Przeciwnie, pod bramką Jana Oblaka czas upływa często zaskakująco spokojnie. Dzisiaj też gospodarze długo zapuszczali się tam co najwyżej bez piłki. Bo kiedy próbowali wkopać ją w pobliże madryckiego bramkarza, to perfekcyjnie kontrolujący przestrzeń goście tak przeciwników blokowali, że ta albo wypadała poza boisko, albo lądowała w rękawicach Słoweńca.

Dlatego przebieg gry – i stan ducha sfrustrowanych faworytów – idealnie podsumowywała scenka sprzed przerwy. Oto na uderzenie z dystansu porwał się Javier Mascherano. Wycofany do obrony defensywny pomocnik znany z tego, że gola dla Barcelony nie strzelił nigdy. A reprezentuje ją od sześciu sezonów, dzisiaj rozgrywał dla niej 273. mecz.

Mascherano musiał być zaniepokojony, bo widział, co się święci. Do przerwy nikt inny w bramkę Atlético nie trafił. A ci, którzy próbowali, próbowali rozpaczliwie. Z daleka, bez szans na powodzenie. Messi ocknął się dopiero po wznowieniu gry, gdy uderzał (minimalnie niecelnie) z przewrotki.

I wtedy madryckie pole karne, owszem, eksplodowało. Co było o tyle zrozumiałe, że piłkarzy Atlético do własnej bramki przygniatała wówczas Barcelona mająca liczebną przewagę. Oni znów zachowywali się, jakby trener Diego Simeone kazał im przegryzać rywalom tętnice, więc za nadmierną agresję czerwoną kartką zapłacił Fernando Torres. Napastnik, którego gol dał gościom prowadzenie.

Barcelona napierała. Chwilami zdawało się, że jeszcze chwila i zredukuje pole gry do madryckiego pola bramkowego, a Oblak się w ścisku udusi. To musiało musiało kiedyś przynieść gole. I przyniosło. Oba wbił Luis Suárez, tyle że pierwszego nieintencjonalnie – dostał rykoszetem.

Po sobotnim 1:2 z El Clásico wielu komentatorów usprawiedliwiało pokonanych, zwracając uwagę, że członkowie katalońskiej triady Messi - Suárez - Neymar ledwie wyskoczyli z samolotu po podróży na mundialowe eliminacje do Ameryki Południowej, że odprężeni wielopunktową przewagą w lidze hiszpańskiej chcieli mecz odfajkować, że po osłabiającej rywali czerwonej kartce poczuli się nazbyt bezpiecznie. Wszystko brzmiało wiarygodnie i sensownie. I gdyby dzisiaj  Barcelona nie ocalała, świat odtrąbiłby jej kryzys. A gdyby wręcz przegrała, rozhuczałby się o poruszającej statystyce – dwóch z rzędu porażek u siebie w XXI w. jeszcze nie poniosła.

Tymczasem niewykluczone, że międzykontynentalna podróż istotnie przytrafiła się Katalończykom w najgorszym możliwym momencie, czyli tuż przed pakietem starć z madrytczykami. Bo dziś Barcelona nie tyle grała marnie, ile na Camp Nou napadli niezwykli rywale. I znów rozegrali – natchnieni trenerskim „w takich meczach każda minuta trwa tyle ile całe życie” – mecz wspaniały, pełen pasji, defensywnej ofiarności.

Wypada wreszcie przywyknąć, że nikt, komu ci ludzie stają na drodze, nie może czuć się faworytem. Odkąd madrytczycy przed dwoma laty wrócili do Ligi Mistrzów, powstrzymywali ich wyłącznie sąsiedzi ze stolicy, i to w obu przypadkach po potwornej mordędze. Najpierw w finale Real wpychał wyrównującego gola w doliczonym czasie gry, a sezon później w ćwierćfinale – rozstrzygnął bezbramkowy klincz w 88. minucie rewanżu.

I za tydzień pewnie też obejrzymy walkę do ostatniej kropli potu. I nie wiadomo, czyje układy nerwowe ją wytrzymają, bo w żadnym razie nie mówimy tu o wojnie bandytów z aniołami. Dzisiaj z boiska wyleciał Torres, ale powinien wylecieć też Suárez. Przeżyliśmy wieczór, w którym wszystkie gole strzelali chuligani. Ba, recydywista z Barcelony powinien wylecieć nawet bardziej.

czwartek, 14 stycznia 2016

Pamiętacie ten szloch? Ach, Legia po nieszczęsnym meczu w Glasgow została wykopana z Ligi Mistrzów tylko dlatego, że pochodzi z polskiego wygwizdowa, ach, jak oni nas prześladują i dyskryminują, wielkiego klubu nikt by się nie ośmielił nawet tknąć.

Tymczasem ledwie zakaz transferowy odbyła Barcelona, a FIFA już zdążyła postawić szlaban Realowi i Atletico Madryt. Mocno oberwały obie najpopularniejsze firmy na świecie i rzucający im wyzwanie finalista Ligi Mistrzów sprzed półtora roku, aktualny lider ligi hiszpańskiej. Za to samo przestępstwo – nielegalny handel nieletnimi piłkarzami.

Atlético, jak się zdaje, zniesie karę stosunkowo łatwo. Podobnie jak Barcelona, choć z innych powodów. Szeroką i wyrównaną kadrę przed chwilą jeszcze wzmocniło, ma silnie obsadzoną każdą pozycję. Ale Real? Jak wytrzyma do lata 2017 klub, dla którego spektakularne wysokobudżetowe interesy, takie transferowe odpowiedniki „Avatarów”, są sensem istnienia, odruchową odpowiedzią na wszelkie problemy, podstawowym sposobem na udobruchanie wiecznie poirytowanych kibiców? I wydają się niezbędne zwłaszcza teraz, po roku bez trofeów?

Owszem, madrytczycy mogą kupować jeszcze przez dwa tygodnie, do zatrzaśnięcia zimowego okna transferowego. Tyle że w styczniu to raczej czas na interesiki pomniejsze, retuszujące skład. A królewski klub potrzebuje megahitów.

Jeśli jego nieuniknione odwołanie zostanie odrzucone, sankcje FIFA kardynalnie wpłyną na cały europejski futbol. I na kariery wybitnych graczy.

Nie przyleci do Madrytu nasz Robert Lewandowski – najwcześniej wyląduje tam w lipcu 2017 roku, tuż przed 29. urodzinami. Nie przyleci tam też Paul Pogba z Juventusu. Ani David De Gea, który między słupki Realu wchodził już w minione wakacje. Ani nawet Eden Hazard (gdyby oczywiście Florentino Perez wciąż pożądał śniętego rozgrywającego Chelsea). Jak obiecywał klasyk, nie będzie niczego. A mówimy tu o prezesie zakupoholiku, który zaskoczył wszystkich wstrzemięźliwością ostatniego lata, kiedy wydał „tylko” 75 mln euro.

Skoro Real nie kupi, to również nie sprzeda. Nie odda Cristiano Ronaldo do Paris Saint Germain – i nie wiadomo, czy zdoła na nim jeszcze zarobić fortunę, skoro Portugalczyk będzie mógł odejść dopiero pół roku po 32. urodzinach. Nie ma mowy też o ewentualnej ucieczce wiercącego się ponoć Garetha Bale’a, o którym marzy Manchester United, finansowy potentat zdolny wyrzucić dziesiątki milionów na nastoletniego Anthony’ego Martiala.

Słowem, knebel założony Florentinowi Perezowi może na rok znacząco wyciszyć rynek transferowy. W wyścigu El Clásico dać jeszcze wyraźniejszą przewagę Barcelonie. I zapewnić nam niespodziewane transferowe igrzyska już w teraz – czy Real wyrwie na zakupy i ile będą żądać za piłkarzy świadomi jego położenia konkurenci?

środa, 22 kwietnia 2015

Królewscy po 304 minutach walki w derbach Madrytu wreszcie wepchnęli gola Atlético, awansowali do półfinału Ligi Mistrzów i zakończyli jedną z najczarniejszych serii w historii klubu

Javier Hernández – zasuwał z pasją, ale też pudłował na potęgę – wturlał piłkę do bramki na kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem, gdy goście biegali już osłabieni, po czerwonej kartce dla Ardy Turana. Piłkarza symbolu dla ich wczorajszego stylu gry. Agresywnego do przesady, często bardziej zainteresowanego wyrządzeniem rywalom fizycznej krzywdy niż czystym futbolem.

Kilkadziesiąt sekund dzieliło nas też od dogrywki (tydzień temu było 0:0). Udręka Realu trwała. Owszem, oblegał pole karne gości, ale to wciąż była trwająca od miesięcy derbowa udręka. Jak długo można strzelać w powietrze lub rękawice bramkarza?!

Jedna ze scenek z najnowszych odcinków madryckiej wojny domowej pochodzi z finału krajowego pucharu sprzed dwóch lat. Ponieważ był rozgrywany na stadionie Realu, trener Diego Simeone poprosił, by połowę chłopców do podawania piłki stanowili chłopcy przysłani przez Atlético. – Jeśli będziemy prowadzili 1:0, to będą się ociągać, a nie śpieszyć. To zapewni równowagę obu drużynom – wyjaśniał w książce o ostatnich sezonach swojej kariery.

Tamten epizod uświadamia, jak maniackim szczególarzem jest argentyński trener. Jego drużyna może przegrać, ale nie może przegrać dlatego, że on zaniedbał jakikolwiek detal.

Być może najlepiej widać to w zachowaniu piłkarzy w chwilach najbardziej prestiżowych, czyli właśnie derbach. To styl Królewskich pokroił Simeone na najdrobniejsze cząsteczki, to na styl Królewskich zdawał się mieć plan najbliższy perfekcji.

Prowadzący Real Carlo Ancelotti zwierzał się przed kilkoma laty, że przeżył już jako trener zbyt wiele, by nadal stresować się wielkimi meczami. Że wyłącznie się nimi delektuje. Czy powtórzyłby to po derbach z bieżącego sezonu? Do wczoraj nie wygrał żadnych, zremisował trzy, przegrał cztery. Real dochował się bezlitosnego prześladowcy w sąsiadach, których przez 14 lat tłukł zawsze i wszędzie. Trwał rozciągnięty w czasie, brutalny zamach stanu w metropolii z hierarchią ustaloną, wydawało się, na wieczność.

Co więcej, z każdym meczem sezonu Atlético wyglądało na lepiej przygotowane do zneutralizowania potężniejszych teoretycznie rywali. Jakby Simeone przejrzał Ancelottiego na wylot, zastawiał coraz wymyślniejsze pułapki, systematycznie udoskonalał swój sposób na Real. Kulminacją nieszczęść faworytów było lutowe 0:4. Najwyższa trenerska klęska Włocha, który zbliża się do tysięcznego spotkania w karierze.

Dopiero przed tygodniem bogatsi zdołali z pasją zaatakować biedniejszych. Zdołali, ale bez skutku. Zatrzymał ich fenomenalnie broniący Jan Oblak.

Wczoraj słoweński bramkarz znów musiał trwać w pełnym skupieniu, choć początkowo zdawało się, że Atlético sparaliżuje sąsiadów totalnie. Minęło kilkanaście minut, zanim gospodarze po raz pierwszy dotknęli piłki we wrogim polu karnym. Niemal bez przerwy przetaczali ją w jego pobliżu, ale przetaczali jałowo, nie umiejąc znaleźć luki w defensywnych zasiekach Atlético. Jeśli zdołali oddać strzał, to z dystansu.

Z czasem zaczęli przekradać się w pole karne, ale trafić w bramkę nie umieli. Chwilami wyglądało to na zmagania z klątwą, a nie defensywą rywali. Defensywą być może najtrudniejszą do sforsowania w Europie. Piłkarze Atlético zwłaszcza swój stadion zmienili w derbową twierdzę. Strzelili tam w czterech spotkaniach siedem goli, nie stracili żadnego, a Cristiano Ronaldo wręcz maltretowali. Gracz kanonada – uderzający na bramkę częściej (średnio 6,4 razy na mecz) niż ktokolwiek inny w czołowych ligach świata – we wszystkich wspomnianych występach na Vicente Calderon w bieżącym sezonie zdołał wypluć z siebie zaledwie trzy celne strzały. Rzadziej niż zwykle tam również dryblował, rzadziej dośrodkowywał. Za każdym razem należał do najsłabszych na boisku.

Wczoraj i przed tygodniem był już ożywiony. Zamiast nabawić się kompleksu, dał rozstrzygającą asystę. A kompleksu mógł się nabawić – co jeszcze kilkanaście miesięcy temu brzmiałoby niewiarygodnie – wraz z całym Realem. Gdyby gospodarze znów nie pokonali Atlético, passa bez wygranej wydłużyłaby się do ośmiu meczów. To negatywny rekord wszech czasów. Osiągnięcie podpisane dotąd tylko przez Barcelonę według Pepa Guardioli.

Zamiast niezwykłej opowieści o ostatecznym odebraniu lokalnej władzy najpotężniejszemu klubowi w historii – według tabel z trofeami – mamy zatem opowieść o drużynie w sensie dosłownym królewskiej, która może z sąsiadami przegrywać mecze pomniejsze, ale nie przepuści im, gdy stawka jest najwyższa. Jak w finale ostatniej Ligi Mistrzów.

Jej piłkarze podnieśli wówczas trofeum, którego nie obronił nikt od ćwierćwiecza. Można rzec – wyzwanie godne Realu.

niedziela, 08 lutego 2015

Na pewno jest coraz większe, większe i większe. Co najboleśniej odczuwają piłkarze Realu Madryt, z derbów na derby coraz bardziej bezradni i coraz okrutniej batożeni. Mój kolejny felietonowy hołd złożony Diego Simeone i jego gangowi przeczytacie tutaj. Nadal przeczuwam, że znów dokopią się do finału Ligi Mistrzów.

sobota, 17 maja 2014

Nowi mistrzowie Hiszpanii zasłużyli, by bić im pokłony do utraty tchu, oni nie wywołali po prostu kolejnej w futbolu sensacji, oni dokonali znacznie więcej, wzniecając rewolucję tam, gdzie tyrania zdawała się już prawem natury – ustanowionym co prawda ledwie kilka chwil temu, ale za to na wieczność. Obdartusy z Vicente Calderon, z kibicami od lat znanymi jako wyczynowi „cierpiętnicy”, miałyby choć zadrasnąć Barcelonę i Real? Nie do wymyślenia, już łatwiej wyobrazić sobie, że jabłko nie spada na głowę Newtona, ale postanawia zawisnąć w powietrzu na wysokości jego ust i grzecznie prosi, by je ugryźć.

Niestety, na godne uhonorowanie Atlético mnie nie stać – mam niedobry czas, głowa nie pracuje, stąd martwa cisza na blogu. Wpadam tylko na moment, by zwierzyć się, że dla piłkarzy Diego Simeone czuję większy podziw i szacunek niż dla wszystkich drużyn naszego stulecia, które zdobywały znaczące trofea, choć teoretycznie nie powinny się ośmielić na trofea spojrzeć. Nawet dla tych z niesamowitego roku 2004. Kiedy FC Porto szło wtedy po triumfy w Lidze Mistrzów i lidze portugalskiej, rywali w kraju miało lekkopółśrednich. Kiedy po złoto mistrzostw kontynentu szła Grecja, potrzebowała zaledwie kilku nadzwyczajnych tygodni, podczas których faworyci nawet nie zdążyli się zorientować, co się święci. Tymczasem piłkarze Atlético zbuntowali się w wyjątkowo wrogim świecie – najpotężniejsze kluby stały się potężniejsze niż kiedykolwiek – byli wystawiani na próby przez okrągły rok, musieli dojrzeć do roli faworytów, wytrzymywali w kilku rozgrywkach pomimo wąziutkiej kadry. Ruch oburzonych, który nad słowa przedkładał czyny i któremu się udało. Barcelona zasadzała się na nich w tym sezonie sześciokrotnie, nie wygrała ani razu. Ani razu nie strzeliła też więcej niż jednego gola. Innej drużyny, która przeżyłaby w minionych latach podobną serię w meczach z Katalończykami, nie znajdziemy. Nie tylko w Hiszpanii.

I nieważne, że ustępujący mistrzowie zeszli w fazę ewidentnie schyłkową – stali się drużyną bez ducha, głównego wątku w grze, nawet bez lidera. Z perspektywy Atlético to wciąż imperium, które ma wszystko. Madrytczycy przywracają wiarę, ostatnio nadwątloną, że historia futbolu się nie skończyła – megakorporacje mogą zagwarantować sobie dalsze rozszerzanie panowania biznesowego, ale nie zagwarantują sobie totalnego panowania sportowego. Piłkarze Simeone do tytułu się doczołgali. Diego Costa znów nie zdołał nakłamać swojemu organizmowi, że jest zdrowy, następnie padł z kontuzją Arda Turan, w końcówce wszyscy pozostali charczeli ułamek sekundy po zerwaniu się do sprintu, już chyba symulowanego. Zapamiętam ich jako uczciwie pracujących ludzi, którzy superbohaterom z Barcelony i Realu – bo żyjemy w czasach supebohaterów, prawda? – przeciwstawili pasję, ból, rzetelne realizowanie niezbyt odkrywczej koncepcji taktycznej. Po spektakularnościach El Clásico nastał czas zwyczajnych piłkarzy, którzy grają zwyczajny futbol. Chwytajmy ten dzień, potrwa króciutko.

środa, 09 kwietnia 2014

Barcelona grała w półfinałach Ligi Mistrzów rekordowe sześć razy z rzędu. Aż wykończyły ją zakapiory z Atlético Madryt. Do czołowej czwórki wracają po 40 latach.

Strach byłoby wejść do szatni, z której oni wyszli na mecz. Tam nawet powietrze musi razić prądem. Barcelonę sparaliżowało, zanim gra na dobre się rozpoczęła. Trzy razy piłka odbijała się od jej słupków i poprzeczek, raz wpadła do siatki. Jedyny raz tego wieczoru.

– W każdym meczu oddaję życie – przedstawiał się w magazynie „Champions” madrycki napastnik Diego Costa. Co miał na myśli, zobaczyliśmy tydzień temu na Camp Nou. Wyszedł na boisko pomimo urazu pachwiny, a w trakcie gry naciągnął jeszcze mięsień, więc wykuśtykał poza linię boczną, ale tam przekonał trenera Diego Simeone, żeby pozwolił mu wrócić. Niestety, poutykał jeszcze tylko kilka chwil...

Costa to więcej niż snajper. Prześladuje wyprowadzających piłkę obrońców przeciwnika, nie daje żyć środkowym pomocnikom, a trener twierdzi, że jeszcze zaraża całą drużynę mentalnością nieustraszonego, nieśmiertelnego wojownika. Kiedy dziś okazało się, że na rewanż z Barceloną nie wydobrzeje, gospodarze mieli stracić pod każdym względem. Technicznym, fizycznym, psychologicznym.

Nie stracili. Atlético według Simeone jest jak Borussia według Jürgena Kloppa. Uzasadnia istnienie pojęcia „filozofii gry”, tak często nadużywanego. Madrycki system działa zbyt dobrze, by wyłączało go wyjęcie pojedynczego elementu.

Nieobecności Costy niemal nie zauważaliśmy, nieobecność barcelońskiego bramkarza Victora Valdesa kłuła w oczy. To jego kontuzja uczyniła strategię gospodarzy oczywistą oczywistością – już nie ustawiamy zasieków na swojej połowie, lecz rzucamy się całą sforą do pressingu na połowie wroga. Niech Katalończycy czują nasz oddech na każdej kępie trawy. Niech wycofują piłkę do rezerwowego Pinto, niech się niepokoją, może nawet panikują.

Taki styl da się oczywiście utrzymać przez kilka chwil, potem najtężsi atleci wyzioną ducha. Ale gospodarze wykonali plan błyskawicznie. Gol Koke w piątej minucie, potem jeszcze trochę naporu i można się bronić.

I to jak bronić! Atlético to gorące waleczne serca sterowane chłodnym rozumem, czyli idealny przepis na defensywę. A Barcelona tym razem wcale nie zmusiła ich do nadludzkiego wysiłku. Poprzednie mecze sezonu – 1:1, 0:0, 0:0, 1:1 – były potwornie zażarte, faworytom brakowało do zwycięstwa drobiazgów. Tym razem błąkali się wokół pola karnego gospodarzy wyzuci z idei, trwoniąc energię na jałowe dośrodkowania, do których nie miał kto wyskoczyć. Gospodarze nie potrzebowali nawet swoim zwyczajem zamieniać się w bestie, które wytrącają przeciwnika z równowagi brudnymi chwytami. Znów zniknął Leo Messi. Nad Atlético znęcał się niegdyś ze szczególnym okrucieństwem – w 15 meczach wbił mu 20 goli. Znęcał się, zanim władzy w szatni nie przejął Simeone. W ostatnich sześciu grach Argentyńczyk nie trafił ani razu...

I kiedy trener Gerardo Martino odwołał z boiska z Andrésa Iniestę, wracającego ostatnio – jak się zdawało – do fenomenalnej formy, wyglądało to jak akt kapitulacji. Gdzie się podziali zjawiskowi wirtuozi z La Masii?

Z perspektywy Ligi Mistrzów kibice Barcelony obserwują jej powolne staczanie się ze szczytu. Od odniesionego w przytłaczającym stylu triumfu w 2011 roku (finał z Manchesterem Utd), przez pechową półfinałową porażkę z Chelsea w 2012 i szokującą półfinałową klęskę z Bayernem w 2013, po ćwierćfinałowe niepowodzenie w 2014 z Atlético.

Z Atlético, czyli drużyną pełną ograniczeń i tych ograniczeń świadomą, która w czołowej czwórce na kontynencie wygląda jak pomyłka. Rywale biorą półfinały Ligi Mistrzów przez zasiedzenie. Real Madryt awansował tam po raz czwarty z rzędu. Bayern – po raz czwarty w pięciu minionych edycjach. Chelsea – po raz ósmy w jedenastu sezonach pod rządami Abramowicza. Elita elit.

Madrycki klub zabawiał się na tym poziomie w innej epoce, Hiszpanię dusiła jeszcze wtedy dyktatura generała Franco.

wtorek, 01 kwietnia 2014

Wszyscy czekają, kiedy wyzioną ducha, a oni znów przeżyli. Czwarty mecz z Barceloną w sezonie, tym razem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. By awansować, w rewanżu nie muszą nawet zwyciężyć.

285 minut gry z Barceloną, a wytrzymali bez straty gola. Jest tylko jedna taka drużyna na świecie. Piłkarze Atlético dali się trafić Neymarowi w sierpniowym Superpucharze Hiszpanii, w następnych meczach tego sezonu kataloński gigant już nie umiał ich zadrasnąć. Aż do 71. minuty wczorajszego wieczoru. Aż do kolejnego uderzenia Neymara, fantastycznie obsłużonego przez Andresa Iniestę.

Bronią madrytczycy chyba lepiej niż ktokolwiek inny, w kraju i za granicą. Przynajmniej w klasycznym rozumieniu sztuki defensywnej. Bayern traci jeszcze mniej bramek, ale on uniemożliwia ataki przeciwnikowi, zabierając mu piłkę – najchętniej na pełne 90 minut. Piłkarze Atlético panują nad przestrzenią. Przemieszczają się wyłącznie w zwartej kolumnie – nikt tam nie marnuje energii na ruchy wyrwane z kontekstu, nikt nie reaguje spontanicznie, wszystko ma być przemyślane i wyrachowane.

Co nie znaczy, że podwładni Diego Simeone nie wkładają w walkę serca. Wkładają i serce, i mnóstwo agresji notorycznie przechodzącej w brutalność. Jeśli nie ma w Europie drużyny skuteczniej chroniącej dostępu do własnego pola karnego, to tym bardziej nie ma równie przykrej w bezpośrednim starciu. Kiedy trzeba powstrzymać wyprowadzany kontratak, to madryccy bandyci – chyba by się nie obrazili na to określenie – nie bawią się w szarpanie za koszulkę. Wolą przesunąć korkami po piętach przeciwnika. Albo uderzyć kolanem w jego pachwinę. Wychodzisz na Atlético, to wychodzisz cierpieć.

Barcelonie znów zgotowali zatem madrytczycy krwawą jatkę, a Barcelona umiała się zrewanżować. To była wojna, choć obie ofiary wieczoru – barceloński obrońca Gerard Piqué i madrycki napastnik Diego Costa zeszli z urazami jeszcze przed przerwą – padły raczej pod wpływem pecha.

Trudno oszacować, która drużyna straciła więcej. Gdyby do rewanżu nie wydobrzał Pique, Katalończycy broniliby się z rezerwowym bramkarzem José Pinto, a także rezerwowym stoperem Markiem Bartrą. Costa to natomiast najjaśniejsza gwiazda Atlético – skuteczny snajper (7 goli w 6 meczach Ligi Mistrzów), a zarazem najdalej wysunięty, wściekle nacierający na rywali obrońca.

Paradoks wieczoru polegał na tym, że wspaniałego gola na 1:0 strzelił – z dystansu, nie do obrony – brazylijski rozgrywający Diego, który go zastąpił. I że nie zawinili w tamtym momencie katalońscy obrońcy, krytykowani już rutynowo. To był po prostu błysk geniuszu.

Faworyta przed rewanżem nie wskażemy. Wszystkie mecze bieżącego sezonu te drużyny remisowały. 1:1, 0:0, 0:0, 1:1. To wyniki, które za tydzień dawałyby albo awans Atlético, albo dogrywkę. Cała Europa zastanawia się, kiedy madrycka drużyna – o wąskiej kadrze, z klubu przygniecionego półmiliardowym długiem, uprawiająca wycieńczający styl gry – wyzionie ducha. A ona ostatnio wdarła się na pozycję lidera ligi hiszpańskiej.

Obolały Costa długo przekonywał na Camp Nou trenera, że nic mu nie jest, i pomimo kontuzji pokuśtykał na boisko, by kontynuować walkę. Nie dał rady, ale każdy, kto widział tę scenę, zdał sobie chyba sprawę, że wściekłe psy z Madrytu będą gryzły do ostatniej kropli potu. Bać powinni się wszyscy.

niedziela, 02 marca 2014

Diego Simeone jak Danny Trejo

Kiedy nawet atletyczne monstra w typie Cristiano Ronaldo czy Gareth Bale fizycznie cierpią w co drugim zetknięciu z rywalem, a otumanione defensywnym amokiem oszołomy kopią w piłkę jakby chciały ją rozpruć, to znaczy, że trwają derby Madrytu. Atlético znów dziś wciągnęło Real w wojnę, po takich awanturach nigdy nie umiem wyrzucać czegokolwiek sędziemu, on też przez 90 minut żyje na krawędzi, każda akcja to pułapka, nigdy nie wiesz, czy właśnie odbywa się szwindel, czy ktoś dostaje kosę między żebra.

Goście, supergrupa grająca ostatnio wyłącznie w wielobramkowym uniesieniu, wydarła ważny punkt, choć na chuligańską zadymę dała się namówić zbyt łatwo. Gospodarze przede wszystkim przetrwali. Im dłużej ich oglądam, tym bardziej staje mi przed oczami tamta Borussia Dortmund, która najpierw obaliła rządy Bayernu w Bundeslidze, by następnie wyruszyć na podbój Ligi Mistrzów. Pełnej analogii nie ma, dzika banda trenera Diego Simeone poczyna sobie cyniczniej i brutalniej, wystarczy pomyśleć, ile dzieli brudne zagrywki Diego Costy od kuksańców Roberta Lewandowskiego. Ale skojarzenia są więcej niż uprawnione – oni też lubią rozrywać płynność gry przeciwnika, też rzucili wyzwanie potentatom wielokrotnie bogatszym, też dysponują bardzo ograniczonymi zasobami ludzkimi, też zastanawiamy się, kiedy padną i wyzioną ducha. Dziś wykorzystali tylko jedną zmianę, mojego ulubionego futbolowego brodacza Ardę Turana (ależ dał asystę!) zastąpił Cristian Rodriguez, innych trener nie oszczędzał, choć musiał widzieć, że słaniają się nogach, jego strategia jest tak wykańczająca, że gdyby mecz potrwał dłużej, Real pewnie by zwyciężył, zresztą niewykluczone, iż to właśnie zmęczenie spowodowało prosty błąd poprzedzający wyrównującego gola gości.

Atlético jednak przeżyło, zamach na El Clásico trwa, piłkarze z Vicente Calderon wciąż pozostają w grze o mistrzostwo, a ja chciałem podzielić się refleksją, że gdyby im się powiodło, dokonaliby czynu chyba jeszcze bardziej niezwykłego – łażą mi po głowie duże kwantyfikatory: heroicznego – niż Borussia. Owszem, dortmundczycy przeciwstawiali się w Bundeslidze monopoliście, ale wówczas monopoliście jedynie potencjalnemu, notorycznie oddającemu panowanie biedniejszym (Wolfsburgowi czy Stuttgartowi). Przygniecione przeszło półmiliardowym zadłużeniem Atlético porwało się jednak na duopol znacznie potężniejszy, niemal od dekady traktujący resztkę ligi jak podnóżek, wyposażony w superbohaterów z innego wymiaru w osobach Messiego i Ronaldo. Oni punkty gubią tak rzadko, że każdy, kto chce się z nimi ścigać, musi niemal weekend w weekend utrzymywać najwyższy poziom energetyczny. A piłkarzy Simeone ma, powtórzmy, niewielu. Simeone, który przejął drużynę kompletnych, dryfujących po nizinach tabeli rozbitków, by kilka miesięcy później zaprowadzić ich finału Ligi Europejskiej – zwycięskiego, po efektownym 3:0 z Athletic Bilbao. I na owym szczytowym poziomie energetycznym utrzymuje piłkarzy już dwa lata z okładem, dziś znów do wykonania misji zabrakło im drobiazgów. Gdzie są granice ich wytrzymałości?

środa, 19 lutego 2014

Wychodzę na chwilę z redagowania igrzysk w Soczi, bo zreflektowałem się, że za dwa tygodnie – przed rewanżami dzisiejszych meczów Ligi Mistrzów – może mi zabraknąć motywacji do dłuższego blogowania. Z tego prostego powodu, że emocje będą co najwyżej umiarkowane. Jeśli wczoraj Barcelona i Paris Saint Germain zdołały na wyjazdach niemal rozstrzygnąć rywalizację z Manchesterem City i Bayer Leverkusen, to tym bardziej stać na to Bayern Monachium oraz Atlético – ich przewaga nad Arsenalem oraz Milanem zdaje się znaczniejsza.

Chciałoby się napisać, że przeżyjemy dziś wieczór z kwartetem wielkich futbolowych potęg, niestety, jeden z jego bohaterów bardzo odstaje od reszty. W Bayernie, Atlético i Arsenalu ujrzymy odpowiednio zdecydowanego lidera, współlidera oraz prawie lidera (punkcik straty do Chelsea) czołowych lig w Europie, w Milanie natomiast wlokącego się w dolnej połowie tabeli marudera z ligi podupadłej, którego piłkarze w piątek wyglądali na wyzutych z idei nawet na tle broniącej się przed spadkiem Bologny. Od kolejnego obciachu ocalił ich dopiero fajerwerk odpalony w końcówce przez Mario Balotellego.

No to zaczynamy.

17.18. Włoski napastnik wygląda na cudowne dziecko coraz bardziej zagubione, nie umie wyjść z roli bohatera włoskiej opery mydlanej, który w jednym odcinku oburza, by w następnym się rozpłakać i wywołać współczucie. Czasem łajdak, czasem niewolnica Isaura. Atletico to dla niego przeciwnik teoretycznie szczególnie niebezpieczny – banda perfidnych prowokatorów spróbuje zaleźć za skórę piłkarzowi wyjątkowo podatnemu na prowokacje, łatwo tracącego kontrolę nad sobą. Madrycki napastnik Diego Costa to również boiskowy chuligan, ale on działa na zimno, w tym sensie pochodzi z zupełnie innego świata.

17.35. Fana Milanu najbardziej martwi jednak porównanie całych drużyn. Madrytczycy pod dowództwem Diego Simeone poruszają się jak zwarta kolumna, do tego nieludzko zdyscyplinowana – cofnięci napastnicy stoją niemal przy środkowych obrońcach, przez nabity środek pola trudno przecisnąć się nawet Barcelonie czy Realowi (choć królewscy w Copa del Rey przerwali seryjkę derbowych niepowodzeń). Mediolańczycy często wyglądają na grupę rozerwaną na pół, niektórzy krytycy debiutującego trenera Clarence’a Seedorfa wytykają mu wręcz naiwność Leonardo i przywołują jego osławione nieodpowiedzialne 4-2-4. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli ślamazarni obrońcy znów staną daleko od swojego pola karnego i po stracie piłki pozwolą popisać się szybkością rywalom. A może Seedorf spróbuje zachęcić gości do ataku pozycyjnego? Gdyby przechytrzył dziką bandę Simeone, rozpocząłby trenerską karierę od wyczynu naprawdę imponującego.

17.58. W Londynie piłkarze wciągnięci w wir szaleńczej walki w każdej kolejce, wymordowani serią szlagierów z Liverpoolem i Manchesterem United i zmuszeni do ciułania każdego punktu zagrają z piłkarzami zrelaksowanymi, od tygodni tęskniących – jeśli wierzyć Philippowi Lahmowi – za grą o wielką stawkę. Z Arsenalu okoliczności wysysają energię psychiczną w potwornych ilościach – piłkarze muszą odzyskiwać przytomność z 1:5 na Anfield Road, trener wysłuchuje od rywala (dżentelmen Mourinho), że „jest specjalistą od porażek”, Özilowi skrupulatnie wyliczają malejącą średnią wykreowanych okazji strzeleckich. Bayern właściwie defiluje – piłkarze co najwyżej gniewają się, że nie dostali Złotej Piłki (Franck Ribery, nie zagra z powodu kontuzji), do Pepa Guardioli modlą się wyznawcy taktycznych niuansów, którzy czczą go jako największego innowatora wśród współczesnych trenerów. I jak tu nie uznawać monachijczyków za bezapelacyjnych faworytów?

18.29. Gdzie nie kliknąć, wdeptujemy w porównania Barcelony według św. Pepa do Bayernu według św. Pepa, wśród różnic wskazuje się m.in. większą fizyczną siłę monachijczyków. Zgoda, choć zwróciłbym uwagę na jeden drobiazg. Otóż w ojczyźnie Guardiola miniaturowymi pomocnikami obstawiał zawsze jednego drągala (Yaya Toré, Sergio Busquets), tymczasem na obczyźnie żaden Javi Martínez w centrum wcale nie wydaje mu się niezbędny, np. na Eintracht Frankfurt rzucił niedawno w środku Lahma (170 cm), a także operujących przed nim Shaqiriego (169), Thiago Alcântarę (170), Götzego (176) i Ribery’ego (170). Gabaryty wybitnie katalońskie, prawda? Ściągnięty z Barcelony Thiago Alcântara zdążył już zresztą ustanowić iście kataloński rekord Bundesligi – we wspomnianym meczu miał 185 kontaktów z piłką (dotychczasowy rekord Schweinsteigera poprawił o 30) i wykonał 159 podań, z czego 148 było celnych. A tydzień wcześniej wyczarował to.

18.31. Tutaj sugestie, jak Arsenal mógłby się przeciwstawić niezwyciężonemu Bayernowi - oparte na staraniach tych, którzy już w tym sezonie się na monachijczyków porywali.

19.02. Trener Arsene Wenger dał odpocząć w weekend kilku kluczowych graczom, ale Mesüta Ozila trzymał na boisku pełne 90 minut plus doliczony, jakby chciał wydrwić oskarżenia, że niemiecki rozgrywający niedomaga wydolnościowo (przez trzy sezony w Realu wytrzymał do końca tylko 25 meczów ligowych). Dlatego dziś nurtuje mnie, czy Özil znajdzie w londyńskim składzie jakiegoś szybkobiegacza – to oni, obsługiwani prostopadłymi podaniami, podnoszą wymierną (także statystycznie) jakość jego gry. Może skrzydłowy Oxlade-Chamberlain jednak utrzyma miejsce kosztem Rosicky’ego? A może Podolski – chyba mało realne, skoro Giroud w niedzielę był oszczędzany – na środku ataku?

19.26. Toni Kroos – moja utajona miłość, kiedyś się z niej tutaj zwierzę – wykonał w tej edycji Ligi Mistrzów najwięcej podań na połowie przeciwnika. 85. W Arsenalu bryluje pod tym względem Özil – 41. Statystyki by Squawka.

19.40. Arsenal i Real Madryt pokazują, co to znaczy zawsze oddawać w LM po dwa skoki równe, ale krótkie. Jako jedyne przetrwały w rozgrywkach do wiosny w każdej edycji od 2003/2004 (wtedy zaczęła obowiązywać obecna formuła). Ile z tego wycisnęli triumfów? Okrągłe zero. Ile udziałów w finale? Jeden, londyńczyków w 2006 r.

19.45. A jednak trochę ciężkiej jazdy Guardiola uznał za niezbędne. Jest Martinez, jest Mandzukic. I jego wycofany rozgrywający znów został sprowadzony na prawą obronę. Oficjalny skład Bayernu: Neuer – Lahm, Dante, Boateng, Alaba – Thiago, Martinez – Robben, Gotze, Kroos – Mandzukic.

19.47. Jest też mozaika Arsenalu, Mesut ma kogo obsługiwać: Szczęsny - Sagna, Mertesacker, Koscielny, Gibbs - Flamini, Wilshere - Oxlade-Chamberlain, Ozil, Cazorla - Sanogo.

19.59. Skład Milanu: Abbiati, De Sciglio, Rami, Bonera, Emanuelson, De Jong, Essien, Poli, Kaka, Taarabt, Balotelli. Znaczy Bonerą i przygarniętym drugoligowcem z Anglii w Ligę Mistrzów? Umarłbym ze śmiechu, gdyby mi nie było smutno.

W Atletico też bez niespodzianek: Courtois; Juanfran, Miranda, Godín, Insua; Gabi, M Suárez; Koke, Raul García, Arda Turan; Diego Costa.

20.11. Główny kibicowski lęk w kwestii Milanu: że Seedorf bardziej wierzy w swoją ideę („nie będziemy stać i czekać, my musimy kreować grę, co innego poniżej naszej godności”) niż zauważa kadrowe realia. Że wybitnie dojrzały gracz okaże się (przynajmniej na razie) trenerskim naiwniakiem. Kibicowska nadzieja, chyba jednak bujająca gdzieś w obłokach: sławne DNA czyniące ten zespół niebezpiecznym w Champions League nawet wtedy, gdy na włoskiej prowincji nie boi się go nikt.

20.16. Obecny trener Milanu strzelił kiedyś Atletico niczego sobie gola. Derbowego. A Diego Simeone, znany raczej z zabijania grę, strzelił Milanowi nawet dwa w jeden wieczór. Też derbowe.

20.30. Mieści się w tym dzisiejszym wieczorze także opowieść o najznaczniejszych futbolowych metropoliach w Europie. Mediolan przeżywał derby w półfinale Champions League przedwczoraj (2003), Londyn przeżywał je w ćwierćfinale wczoraj (2004), a Madryt może je przeżyć – w ćwierćfinale lub półfinale – jutro. Tylko w Monachium monokultura. Ale taka to monokultura, że przykryłaby chyba połączone siły madryckie albo połączone londyńskie... Ćwiczenie wyobraźni proponuję – czy gdyby Guardiola mógł dziś dobierać także z kadry Wengera, upchnąłby kogokolwiek z kadry Arsenalu w swojej jedenastce?

21.35. Tyle mówiło się o DNA Milanu, które pomaga mu zwyciężać w Lidze Mistrzów, a już po kilku chwilach na Emirates zdawało się, że zaczniemy mówić o DNA Arsenalu, które poważne wygrywanie uniemożliwa – nawet, kiedy wychodzi nam przepięknie, to spartaczymy, co się da (już drugi przestrzelony karny Özila w tej edycji), potem tylko czekać na nieuchronny epizod samobójczy, byle przypadkiem nam się nie powiodło, postaramy się zrobić w tym celu wszystko, np. zejdzie sobie precz do szatni Szczęsny, oczywiście z czerwoną kartką. Na szczęście dla gospodarzy trwa wieczór historyczny – pierwszy w dziejach pucharowej fazy Ligi Mistrzów z dwoma pudłami z jedenastek. I oni po pierwszej połowie mogą być więcej zbudowani, Bayern przesuwał płynnie piłkę zaledwie chwilami, monachijczycy już chyba nie pamiętają, kiedy operowali w takim bałaganie.

Ciekawe, co pozmienia Guardiola, on potrafi kompletnie przeprojektować drużynę w trakcie gry (patrz jesienne 3:0 w Dortmundzie).

21.43. San Siro mam na drugim ekranie, czeka mnie nocna powtórka. Tam szlacheckie geny znać po ruchach Kaki. Huknął w poprzeczkę, idealnie dośrodkował na głowę Polego, rolę kapitana pamiętającego czasy sprzed deklasacji potraktował z należytą powagą. Przywódca. I Milan zaskakuje jeszcze bardziej niż Arsenal, nawet te przechwałki Seedorfa, że „najchętniej wystawiłby 4-5 napastników”, wcale nie brzmią już aż tak śmiesznie. Pozostaje tylko pytanie, ile ofiar i po czyjej stronie pochłonie ta spodziewana bijatyka, od której padł De Sciglio.

22.46. Arsenal - Bayern 0:2. Do przerwy burza z piorunami, mogło to się rozwinąć na milion różnych sposobów, po przerwie już tylko kontemplowaliśmy symfonię monachijskich podań. Toni Kroos wykonał celnych 86 (na 89 prób), Philipp Lahm 85 (stuprocentowa celność!), wszyscy piłkarze Arsenalu razem wzięci – 38. Bardziej kontrolować sytuacji już się w futbolu chyba nie da. Ale powtórzę z poprzedniej notki – londyńczyków losowania traktują najbrutalniej, nikogo tak często nie skazują na tak potężnych przeciwników tak wcześnie na wiosnę w Champions League.

22.59. Madrycki wyręb Mediolanu przyniósł dwie ofiary w ludziach (ścięci De Sciglio i  Balotelli), arcyważnego wyjazdowego gola (1:0), a także konstatację, że Milan coraz częściej musimy już chwalić nawet po meczach przegranych – jak dzisiejszy, oni jednak w tej Europie zgrywają znacznie bardziej rozgarniętych piłkarzy niż w codziennej krajowej młócce. A przecież na razie jest nieźle, byczą się w Lidze Mistrzów, i to wiosną. Przyszły sezon będzie prawdopodobnie pierwszym od sezonu 1997/1998 bez ani jednego klubu z San Siro w tych rozgrywkach...

00.54. A gdyby się udało wychować tego Taarabta na dorosłego piłkarza? (Ślęczę nad powtórką, to sobie dopisuję.)

Archiwum
Tagi