Wpisy z tagiem: Hiszpania

wtorek, 02 lipca 2013

O to pyta świat zaszokowany klęską faworytów w finale Pucharu Konfederacji. Trener Vicente del Bosque staje przed dylematem poważniejszym, acz spadającym na wszystkie największe drużyny.

Od początku roku przybywa poszlak, by podejrzewać, że najsławniejszy współczesny sposób na masowe wygrywanie stracił moc. Barcelona wiosną w Lidze Mistrzów potknęła się na stadionie Milanu, dwukrotnie tylko remisowała z Paris Saint Germain, zniszczył ją Bayern. Uprawiająca podobny styl reprezentacja Hiszpanii dopiero w rzutach karnych wykopała z Pucharu Konfederacji Włochów, dobierających z najmarniejszego pokolenia od dekad, a potem rozjechali ją gospodarze. Zatrzęsienie wpadek, proroctwa o końcu ery musiały wybrzmieć.

A przecież tiki-taka nie przestała działać, ona co najwyżej przestała istnieć.

Przynajmniej chwilowo, przynajmniej w swoim perfekcyjnym, zabójczo skutecznym wydaniu. Ten styl nie polega tylko na trzymaniu piłki, lecz także na agresywnym, stosowanym na wrogiej połowie pressingu natychmiast po przejęciu jej przez przeciwnika. Inaczej jest kaleki, nie spełnia fundamentalnego wymogu: kiedy my atakujemy, rozbiegamy się i maksymalnie rozszerzamy pole gry, a kiedy oni atakują, maksymalnie je ograniczamy.

W niedzielnym finale Hiszpanie nawet nie pozorowali pressingu, od początku wyglądali na półżywych. Być może wycieńczył ich półfinał – rozgrywany dzień po półfinale Brazylii, w dodatku wydłużony o dogrywkę i karne.

Co oczywiście faworytów nie usprawiedliwia, mogli zaoszczędzić siły, wygrywając z Włochami w 90 minut. Ot, urok turniejów – tak się wyśpisz przed następną rundą, jak sobie pościelesz w poprzedniej. Pamiętajmy, że „Canarinhos” wcale nie mieli wcześniej lżej, oni nie zabawiali się np. z amatorami z Tahiti.

O dyspozycję psychofizyczną mistrzów świata i Europy – ze szczególnym uwzględnieniem gwiazd katalońskich, triumfujących także w Champions League – pytamy jednak coraz częściej. Nie ma sportowców całkiem wyjętych spod praw fizjologii ani psychologii, sam brazylijski trener Luiz Felipe Scolari wspominał przed finałem, że rywalom może zaszkodzić, iż od lat bez wytchnienia biją wszystkich i wszędzie w niemal nietkniętym składzie.

I nie chodzi tu tylko o wyczerpanie fizyczne. Również o wypalenie, które utrudnia wyciśnięcie z siebie 110 proc. możliwości. Nie przebiegasz jednego metra ponad siły, grupie ubywa naturalnego entuzjazmu, rozleniwia ukryte w podświadomości poczucie, że osiągnęło się sportowe spełnienie.

Wtedy pojawiają się dylematy znane tylko trenerom wielkich mistrzów. Odsunąć ich od boiska czy nie odsunąć? Jak wychwycić granicę, po przekroczeniu której nie zdobędą się już na następny szczytowy popis? Jak odsuwać, by nie naruszyć równowagi w szatni? W idealnym świecie byłoby jak w japońskiej legendzie o wiosce spod góry Narayama, której mieszkańcy w pewnym wieku, nie chcąc być ciężarem dla otoczenia, wyruszali na szczyt góry, by tam doczekać końca. W realnym świecie niełatwo wyczuć, że nadszedł czas, by zejść ze sceny.

A jeśli José Mourinho trochę racji miał, gdy spychał Ikera Casillasa (148 meczów w kadrze, reagował leniwie przed pierwszym golem Brazylii) za plecy Diego Lópeza? A jeśli Xavi Hernández (126 meczów) nie zdoła dłużej wytrzymywać wściekłego krycia rywali? Celowo podaję akurat nazwiska najświętsze, by uświadomić, przed jakimi wyzwaniami stoi Vicente del Bosque. Zwłaszcza że może czerpać z niezliczonych możliwości, w Hiszpanii doskonały gracz doskonałego gracza doskonałych graczem pogania. O czym przypominały detale z niedzielnego finału – Xaviego prześladował Luiz Gustavo, rezerwowy triumfatora Ligi Mistrzów Bayernu, który zmieścił się w jedenastce Brazylii, tymczasem podstawowy w tym samym Bayernie Javi Martínez w jedenastce pokonanych się nie zmieścił...

Jeszcze raz: nie wskazuję Casillasa czy Xaviego jako winnych czegokolwiek, posługuję się nimi tylko dla ilustracji archetypicznego w sporcie problemu, jak rozstawać się z żywymi pomnikami. Niewykluczone zresztą, że hiszpańskiemu selekcjonerowi wystarczy skromniejszy retusz personalny. Ale jakiś retusz zaczyna wydawać się niezbędny. Dotąd del Bosque wysłuchiwał, że ma tylko nie psuć, teraz wreszcie musi naprawiać. I to naprawiać mechanizm delikatny, wymagający ruchów po mistrzowsku subtelnych – zupełnie jak tiki-taka. Misja godna trenera pragnącego zostać jedynym po wojnie, który mundial wygrał dwukrotnie.

piątek, 28 czerwca 2013

W finale Pucharu Konfederacji, o którym zamierzam blogować w niedzielę wielogodzinnie, przeszłość zderzy się z teraźniejszością. Brazylia przez dekady była w świecie futbolu punktem odniesienia – najczęściej podbijała mundial, wychowywała najwięcej gwiazd, eksportowała najwięcej wyśmienicie wytrenowanych zawodowców. Aż nadeszli Hiszpanie.

Ich imperium stale się rozrasta. I w poziomie – ci, których odrzucą Barcelona z Realem, kolonizują ligę angielską. I w pionie – rządzą w każdej kategorii wiekowej. Obronili złoto mistrzostw Europy seniorzy, obronili to samo złoto kilkanaście dni temu 21-latkowie, obronili je 19-latkowie. Mundial 20-latków jeszcze trwa, ale i tam reprezentacja panująca zdaje się nie mieć konkurencji. Można pomyśleć, że nikt inny nie umie już szkolić piłkarzy. Ba, młodzi Hiszpanie znęcają się nad rywalami nawet okrutniej niż dorośli.

Ci ostatni pozostają niepokonani od 29 meczów o stawkę, co jest oczywiście rekordem wszech czasów. A istnieje statystyka jeszcze bardziej zniewalająca – Hiszpanie mieli ledwie dwie wpadki w 59 ostatnich spotkaniach o stawkę. Tak nieznaczne, że niemal niezauważalne. W półfinale poprzedniego Pucharu Konfederacji i na inaugurację zwycięskich MŚ.

Gdyby wejrzeć wyłącznie w gołe statystyki, byłaby uprawiana przez Hiszpanów tiki-taka nade wszystko wyrafinowaną sztuką defensywy. Nie stracili gola w czwartkowym półfinale Pucharu Konfederacji (wydłużonym o dogrywkę), nie stracili w rundach pucharowych Euro 2012, mundialu 2010 i Euro 2008. Kiedy rywalizacja wchodzi w rozstrzygającą fazę, ich bramka pozostaje nietknięta. I tak już przez 1110 minut gry. 18 godzin z okładem. Hiszpania, Serena Williams futbolu.

Jeśli jednak wyłowimy z pamięci obrazy, okaże się, że opowieść o absolutnej hegemonii tworzy mnóstwo rozdziałów o balansowaniu na krawędzi. W czwartek faworyci chętnie zapraszali Włochów pod bramkę, zezwolili im na kanonadę, wystarczyłoby jedno pudło w rzutach karnych, by przegrali. W półfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy pogrozili Portugalczykom dopiero w dogrywce, ale do finału też przecisnęli się dzięki karnym. W krwawej, trudnej do zniesienia bijatyce o złoto mundialu od karnych dzieliło ich mgnienie oka – Andrés Iniesta przerwał klincz w 117. minucie. W ćwierćfinale tamtego turnieju odetchnęli dwukrotnie – zanim wydłubali jedynego gola, Paragwajczycy strzelili swojego z minimalnego spalonego, a potem spudłowali z „jedenastki”. Mecz 1/8 finału z Portugalią? Rozstrzygnięty pojedynczą akcją. Wreszcie w bezbramkowym ćwierćfinale Euro 2008 na boisku długo panował bezruch, lepszego także musiały wyłonić rzuty karne...

Żaden z podanych epizodów nie zostawiał wrażenia, że Hiszpanie wynaleźli styl gry niezawodny, niemal gwarantujący zwyciężanie seryjne. Kiedy Vicente del Bosque wystawia dwóch defensywnych pomocników, to solidnie zabezpiecza tyły, ale zarazem wyrzyna z drużyny idee ofensywne – zwłaszcza przy trzymaniu z dala od murawy wszystkich skrzydłowych. Teoretycznie wieczne utrzymywanie się przy piłce powinno być perfekcyjną strategią obronną, przeciwnik gołymi nogami nie zaatakuje. Jak jednak ma być perfekcyjną, skoro na zbliżeniu widać, że nie jest? Skoro pokiereszowani kontuzjami Włosi fruwali w czwartek, gdzie chcieli?

Im pewnie najłatwiej pojąć, na czym polega sekret Hiszpanii. To wszak oni wraz z Niemcami przez dziesięciolecia zgarniali medale niemal zawsze i wszędzie, posiedli bowiem umiejętność w sporcie bezcenną, acz nieuchwytną – umiejętność wygrywania. Wygrywania niezależnie od okoliczności, demonstrowanej formy, jakości aktualnego pokolenia piłkarzy.

Hiszpanie nie czują się już jak petenci, wszędzie wchodzą razem z drzwiami. Nawet ci drugoplanowi. W czwartek w rezerwie grzecznie przycupnęli Javi Martínez, który triumfował z Bayernem w ostatniej Lidze Mistrzów, oraz Juan Mata, który triumfował z Chelsea w poprzedniej. A „jedenastki” wszyscy wykonywali tak, jakby odbierali, co im należne. Buffon chyba ani razu nie musnął piłki, choć dostał aż siedem prób – to nie zdarza się często nawet słabszym bramkarzom.

Przez hiszpańskie głowy przeszło tsunami. Notoryczni przegrywacze przepoczwarzyli się w wyczynowych wygrywaczy. Nową dla siebie mentalność stale rozwijają, już juniorzy wychodzą na boiska z przeświadczeniem, futbol wymyślono dla nich. Spójrzcie na projekt ich aktualnych koszulek. Na te schodzące się na klacie złote pasy. Wystarczy tylko dowiesić medale.

Jesus Navas, Fot. Eugene Hoshiko/AP

sobota, 15 czerwca 2013

Brazylia, która rok przed mistrzostwami świata zaprasza na próbę generalną, wyczekuje ich w panice. Pele apeluje, by fani nie dołowali gwizdami piłkarzy, ci wysłuchują, że słabszej reprezentacji ojczyzna nie miała.

W startującym w sobotę Pucharze Konfederacji gospodarze najbliższego mundialu przyjmują mistrzów kontynentów. W grupie A Brazylia zaatakuje Japonię, Meksyk i Włochy (na Euro 2012 wzięli srebro, ale zajmują miejsce Hiszpanii występującej jako triumfator mundialu). W grupie B ta ostatnia przećwiczy Urugwaj, Nigerię oraz Tahiti. Mały mundial zwieńczy minifaza pucharowa - liderzy i wiceliderzy grup zderzą się w półfinale.

To już tradycja, że przed wielką imprezą sportową gospodarze lamentują, iż wszystko się zawali, a zagraniczne media chętnie histeryzują razem z nimi. Nie tylko my, Polacy, mieliśmy utknąć na czas Euro w korkach i najeść się wstydu z powodu organizacyjnej apokalipsy. Brazylijczycy też boją się komunikacyjnego paraliżu, też biedzą się z modernizacją stadionów - nawet legendarnej Maracanie groziło odwołanie niedawnego sparingu z Anglią, bo okazała się dziurawa. I też podważają sens wydatków. Nawet wybitni w przeszłości piłkarze wściekają się, że władzę utajniają ich skalę.

Tamtejszy futbol skandalami stoi. Poprzedniego prezesa federacji Ricardo Teixeirę do dymisji zmusiły w zeszłym roku oskarżenia o korupcję i defraudację publicznych pieniędzy. Zastąpił go José Maria Marin, podejrzewany o współpracę z panującą do połowy lat 80. dyktaturą. Środowisko ma reputację siedliska naciągaczy, którzy usiłują wyłudzić jak najwięcej inwestowanych w piłkę pieniędzy, tymczasem stadiony pustoszeją, liga brazylijska ustępuje już frekwencyjnie rozgrywkom z USA, krajowi zbzikowanemu na punkcie zupełnie innych sportów. Reprezentacja kraju też często służyła za wytwórnię szmalu - jej mecze wystawiano na przetarg, więc odbębniała sparingi z Irakiem, Chinami czy Zimbabwe i Tanzanią (z tymi ostatnimi przygotowywała się do poprzedniego mundialu).

Nie dlatego jednak zleciała na historyczne dno w rankingu FIFA. 22. pozycji (między Ghaną a Mali) nie tłumaczy także niska wartość zwycięstw w meczach towarzyskich, którymi Brazylijczycy, jako gospodarze MŚ, muszą zastąpić mecze o stawkę. Choć przed dwoma tygodniami pokonali Francję, wcześniej nie zdołali pobić Anglii (dwukrotnie!), Chile, Rosji, Włoch, Kolumbii.

Jesienią działacze wylali selekcjonera. Zahukanego Mano Menezesa, który wcześniej brylował głównie w rozgrywkach stanowych, zastąpił Luis Felipe Scolari, który przywiózł ostatnie złoto mundialu - w 2002 roku. Wtedy jednak przebierał w futbolistach zjawiskowych, dziś o jego desperacji świadczy to, że jeszcze przed chwilą odwoływał się do weteranów tamtego turnieju, ociężałego rentiera Ronaldinho i zmarginalizowanego w madryckim Realu Kaki. Ostatecznie z obu laureatów Złotej Piłki zrezygnował, ale w zamian nie mógł zabrać na Puchar Konfederacji nikogo, kto choćby zbliżał się do czołówki tego plebiscytu.

Owszem, „Canarinhos”, onieśmielają talentem na tyłach. Nieskazitelny w obronnych interwencjach Thiago Silva, postrzelony David Luiz czy nawet przygasły ostatnio Dani Alves to na swoich pozycjach megagwiazdy. Im bliżej jednak pola karnego rywali, tym szybciej Brazylia szarzeje. W głowie się nie mieści, ale w ataku polega na specjalistach drugorzędnych, dla przeciętnego zagranicznego fana niemal anonimowych, jak Fred (Fluminense) czy Leandro Damiao (Internacional Porto Allegre, powaliła go kontuzja). A obok biegają gracze z obrzeży wielkiego futbolu, jak Hulk (Zenit St. Petersburg) czy Hernanes (Lazio), ewentualnie zdolni młodzieńcy z ambicjami, jak Lucas Moura (PSG) czy Oscar (Chelsea).

Chłopcem z plakatu - czy raczej mnóstwa plakatów, w rekordowym momencie reklamował w telewizjach dziesięć różnych firm - jest tylko 21-letni Neymar, promowany jako brazylijska odpowiedź na Messiego, wyeksportowany właśnie z Santosu do Barcelony za 57 mln euro. Czy jednak zniesie presję, skoro w reprezentacji zawsze przeciętnieje? Skoro otaczają go piłkarze obwoływani najsłabszą reprezentacją kraju w historii? I notorycznie wysłuchujący od autorytetów, często byłych mistrzów świata, że pozostaje tylko czekać na nieuchronne - mundialowy krach?

Scolari zarządza tłumem ludzi, którzy nie wygrali prawie niczego, Vicente del Bosque dogląda tych, którzy wygrali wszystko, oraz ich młodszych kolegów, którzy mają wszystko, by gigantów naśladować. Hiszpania nie ustaje w wypuszczaniu na świat futbolistów perfekcyjnie wyszkolonych, więc jej selekcjoner musi odrzucać żywe dzieła sztuki - on ich nie tylko nie mieści w podstawowej jedenastce, ale nawet w szerokiej kadrze.

A jednak tiki-taka, najsławniejszy styl gry naszych czasów, nieco przyblakła. Od 2008 roku triumfowała w najważniejszych turniejach sezonu - albo w wydaniu katalońskim w Lidze Mistrzów, albo w wydaniu hiszpańskim na Euro lub mundialu. 2013 idealny nie będzie, Barcelona i Real zostały skopane przez Niemców. Pocieszenia bohaterowie najbardziej utytułowanego pokolenia w dziejach futbolu mogą szukać właśnie w Pucharze Konfederacji - to trofeum pomniejsze, lecz jedyne, jakiego nie zdobyli.

W ich ruchach spróbujemy dojrzeć, czy to możliwe, że ich czas dobiega końca. Są wypaleni? Po latach szaleńczego eksploatowania organizmów zbuntowała się fizjologia? Czy mierny sezon klubowy Xaviego Hernandeza oznacza, że główny procesor trzeba wymienić?

Na razie wiemy, że Hiszpania odebrała Brazylijczykom rolę punktu odniesienia w futbolu. Za rok spróbuje powtórzyć ich sukces - sprzed pół wieku, jedyny taki po wojnie - czyli obronić złoto mundialu. "Canarinhos" walczą o cele minimum. Jeśli wygrają Puchar Konfederacji, być może odetchną na parę chwil od paniki i defetyzmu.

sobota, 23 czerwca 2012

 Vicente del Bosque, Hiszpania, Euro 2012, labirynt

Vicente del Bosque pcha się do historii? Niby zgodnie z oczekiwaniami taktyczną zawieruchą stabilizacji w reprezentacji Hiszpanii nie zakłóca, nawet nadziewanie na szpicę Ceska Fabregasa pożyczył z projektu barcelońskiego, potulnie trzyma się niewypowiedzianego zalecenia, by nie przeszkadzać. Jeśli jednak będzie upierał się przy wystawianiu sześciu środkowych pomocników, a drużyna dotruchta do złota, to zapamiętamy mu, że rezygnował z napastnika, choć mógł wybierać między pięcioma klasowymi. Kto wie, może nawet dziejopisarze uwiecznią go jako trenera najbliższego urzeczywistnienia idei twórców futbolu totalnego, którzy wymyślili sobie, by w polu biegała dziesiątka klonów tak uniwersalnych w grze, że umiejących wszystko.

Hiszpania w wersji 2012 to machina skonstruowana inaczej niż wszystkie, a przecież gdyby jej selekcjoner zechciał jeszcze poszaleć, mógłby w centrum defensywy ustawić siódmego środkowego pomocnika Javiego Martineza. Ryzykowałby chyba mniej niż nam się zdaje, bo to również machina do wygrywania, jakiej najpiękniejsza z gier nie pamięta - jeśli wyjąć tamtą wpadkę ze Szwajcarią (0:1 na inaugurację mundialu w RPA), byłaby niepokonana od 43 spotkań o punkty, z których wygrała 41. Pele i reszta brazylijskich wirtuozów z wiadomej ery wzdychają z zazdrością.

Trener obrońców tytułu ogląda mecze, jak przypuszczam, w pełnym poczuciu bezpieczeństwa. Świadomy, że obok rwą się do gry napastnicy najwyższej europejskiej klasy (każdy o odmiennej charakterystyce!), że w dowolnym momencie może się odwołać do skrzydłowego formatu Santiego Cazorli albo Jesusa Navasa, że w Juanie Macie trzyma w odwodzie gwiazdora zwycięzców ostatniej Ligi Mistrzów, że nawet przywiędły Pedro jest w kilerem od dobijania rywali w ważnych starciach. Ale gwałtownych ruchów del Bosque nie wykonuje, bo nie musi. Nigdy dość przypominania, że niezniszczalność Hiszpanii nie polega na huraganowej sile ofensywy, lecz nietykalnej defensywie. My zabieramy piłkę, oni za nią wodzą wzrokiem, nawet jeśli długo im nie przywalimy golem, to bez stresu wyprowadzamy kolejne ciosy, oni tkwią zagubieni w labiryncie naszych mikropodań, więc nie będą mieli głowy, żeby wypracować coś lepszego niż bezbramkowy remis.

Nie bądźmy gołosłowni, spójrzmy na mecze rund pucharowych Euro 2012, MS 2010, Euro 2008 - dziś faworyci pokonali Francję 2:0, wcześniej było 1:0 z Holandią, 1:0 z Niemcami, 1:0 z Paragwajem, 1:0 z Portugalią, 1:0 z Niemcami, 3:0 z Rosją, 0:0 z Włochami. Gola nie stracili nigdy. W sumie, wliczając wszystkie dogrywki, przez 780 minut. Grają zawsze niespiesznie, niezapomnianych spektakli a la Barcelona nie dają, liczą na nieprzebrane bogactwo kadr - czasem bohaterem zostaje Xabi Alonso (dzisiaj, dwa gole w setnym występie dla kraju), czasem wroga zetnie Iniesta albo Fernando Torres (finały), czasem przesądzi rzut rożny i kudłata głowa Carlesa Puyola (mundialowy klincz z Niemcami), czasem wszystkich ocali Iker Casillas (ćwierćfinały z Paragwajem i Włochami).

Nadal trzymam się swojego przedturniejowego typu, że w finale Euro 2012 Niemcy zmierzą się z Portugalią, ale szanse na pomyłkę mam ogromne, nie mniejsze niż „La Furia Roja” na utrzymanie panowania. Gdyby jej się udało, del Bosque miałby w dorobku wszystkie najcenniejsze trofea - dwukrotny triumf w Lidze Mistrzów, mistrzostwo świata i kontynentu. Trener bez właściwości osiągnąłby więcej niż jakikolwiek poprzednik - nawet legendarny Holender Rinus Michels, bez którego wizji nie istniałaby dzisiejsza Hiszpania, ustąpiłby mu przegranym finałem mundialu. Awantury o to, kto był największy, stałyby się jeszcze bardziej ogniste i skazane na niemożność dotknięcia kompromisu, na czoło klasyfikacji medalowej wysforowałby się nieciekawy i zajadle krytykowany antygwiazdor, którego misją było nie zepsuć doskonałego.

Archiwum
Tagi