Wpisy z tagiem: manchester city

środa, 18 kwietnia 2018

Manchester City

Tak mi się nieprzyjemnie w życiu splątało, że obu bohaterom moich najdawniejszych chyba fascynacji filmowych – reżyserom Romanowi Polańskiemu i Woody’emu Allenowi – zarzucono, iż są przestępcami seksualnymi. Oskarżano ich w najłagodniejszej wersji o molestowanie, w najgorszej o pedofilię. Musiałem się zatem mierzyć z dylematem, czy ze względów etycznych nieodwołalnie skreślić ich jako artystów, czy przeciwnie, oddzielić sztukę od życia i delektować się ich twórczością pomimo ponurego tła. Chyba każdy, komu nie jest wszystko jedno, miewał w życiu podobne rozterki.

Filmów obu mistrzów nigdy nie przestałem pochłaniać, ale równocześnie śledziłem i śledzę wszystko, co pozwala zbliżyć się do prawdy. Czytam świadectwa, zeznania, wspomnienia. Odkrywając przy okazji hipokryzję, może także dezorientację kulturalnych elit: oto Roman Polański, który kobiety krzywdził seryjnie i został skazany przez sąd, nadal cieszy się w środowisku powszechnym szacunkiem, sympatią i współczuciem (bo nie może kręcić w Hollywood), natomiast na Woody’ego Allena, który został przez sąd dwukrotnie uniewinniony (choć domniemana ofiara niekoniecznie kłamie, raczej nią zmanipulowano, tutaj opowieść jej brata), spada ostracyzm. Na fali kampanii #MeToo zrywają z nim kolejni artyści.

Nie chcę wnikać w szczegóły, gigantów kina przywołuję tylko dlatego, że przykry dysonans poznawczy, który towarzyszył mi podczas obcowania z ich dziełami, teraz coraz częściej prześladuje mnie, gdy oglądam piłkę nożną. Wspominałem w niedzielnej notce o niesmaku, jaki poczułem, gdy w odstępie kilku godzin tytuły mistrzowskie we Francji oraz Anglii zdobyły kluby rządowe, finansowane przez reżimy znad Zatoki Perskiej. Obiecywałem do tematu wrócić i wróciłem, malując w „Gazecie” przerażający krajobraz ukryty za triumfami Manchesteru City, sponsorowanego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Krajobraz mniej znany niż katarski, schowany za Paris Saint-Germain, lecz równie lub wręcz bardziej mroczny, odpalanie umieszczonego tam wideo zalecam wyłącznie czytelnikom o mocnych nerwach.

Nie zamierzam wyjękiwać z siebie naiwniutkich tez, jakoby futbol schodził na psy, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że zawsze stanowił wycinek rzeczywistości jak każdy inny, więc miewał jasne i ciemne strony – mundiale organizowali Mussolini i junta argentyńska, potęgę radzieckich klubów budował zbrodniarz Beria, dzięki stalinizmowi powstała mityczna węgierska złota jedenastka, futbolem bawili się kolumbijscy narkobaronowie, sam miałem trudną relację z Milanem Berlusconiego etc. Nie ma też powodu, by akurat dzisiaj sport miał być, w przeciwieństwie do innych dziedzin życia, nieskazitelny, i nie wiadomo, kto właściwie miałby zapobieć przejmowaniu PSG lub Manchesteru City przez ludzi podłej reputacji – skoro każdy może kupić dom towarowy w Paryżu lub osiedle luksusowych rezydencji w Londynie, skoro kapitał przelewa się globalnie, ponad granicami, to nie sposób ukryć też klubów sportowych. Sam zresztą irytowałem się na pomysły, by piłkarze ze względu na Putina zbojkowali tegoroczny mundial, ponieważ wymagalibyśmy wówczas od nich, żeby stworzyli elitę wyjątkowych wrażliwców, którzy dla szlachetnych celów poświęcają więcej niż reszta ludzkości. Wszak kraje zachodnie wciąż robią z Rosją interesy.

Zarazem czuję jednak, że szczyty futbolu wzbierają krwawym pieniądzem ponad miarę, zalewają nas zewsząd. Gdzieniegdzie ich właściciele biorą wszystko, jak w Paryżu, Manchesterze czy Londynie, a gdzieniegdzie zakradają się na koszulki lub inne eksponowane miejsca, jak w Barcelonie, Madrycie, Monachium oraz setkach innych klubów. Alternatywa powoli przestaje istnieć – o ile oczywiście mówimy o poziomie Ligi Mistrzów z przyległościami.

Robi się niedobrze, po głowie coraz częściej telepie się pytanie, jak na ten trend reagować. Jak oglądać brudną piłkę nożną.

Na razie nie umiem przestać. Męczy mnie to, ale nie umiem. Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi minimalistycznie. Interesuj się. Sprawdzaj, co pod spodem. Pisz nie tylko o golach. Niech wszyscy poczytają. Nie udawaj, że pachnie fiołkami, lecz niuchaj za smrodem Ligi Mistrzów jak za występkami filmowców z oscarowych nocy i Cannes.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Manchester City, Paris Saint-Germain, PSG

I oto nastał dzień wspólnego świętowania w obu państwowych klubach finansowanych brudną – krwawą – mamoną znad Zatoki Perskiej. Mistrzem Anglii zostały właśnie Zjednoczone Emiraty Arabskie, natomiast mistrzostwo Francji odzyskał Katar, wyjąwszy króciutką przerwę panujący tam już od dłuższego czasu.

Nie myślcie, że wciskam wam publicystyczną hiperbolę. Manchester City należy do wicepremiera emirackiego rządu, a w Paris Saint-Germain prezesuje minister rządu katarskiego. Obie mierzone miliardami inwestycje służą celom dyplomatycznym i interesom azjatyckich dyktatur, za oboma stoją reżimy na potęgę gwałcące prawa człowieka. I w obu panuje specyficzny klimat – szejkowi Mansourowi przez dziewięć lat posiadania City ledwie raz (!) zachciało się wpaść na mecz, a Al-Khelaifi twarzą klubu uczynił niejakiego Neymara, któremu nie zachciało się wpaść na stadion nawet dzisiaj (leczy kontuzję w Brazylii), gdy paryżanie rozgrywali ligowy szlagier z Monaco i zdobywali tytuł.

Do tematu jeszcze wrócę, bo coraz bardziej dławi mnie hektolitraż cuchnącego szmalu zalewającego futbol. A zdaję sobie sprawę, że wcześniej czy później wyłoni się z niego triumf w Lidze Mistrzów.

Na razie chciałem tylko podzielić się minirefleksją: choć kluby, które zaraz wymienię też niekiedy wchodzą w brzydkie konszachty, to cieszę się, że wciąż istnieje hiszpański (prawie) mistrz z Barcelony, w którym prezesa wybierają w głosowaniu kibice, bawarski w każdym calu niemiecki mistrz Bayern, a także włoski wszechmistrz Juventus, należący od dekad do rodziny Agnellich. Cholera wie, ile to jeszcze potrwa.

poniedziałek, 05 marca 2018

Manchester City, Pep Guardiola

Miniony tydzień w angielskim futbolu upłynął w harmidrze zbiorowego znęcania się – rutynowego już, bez ognia – nad nieborakiem Arsene’em Wengerem, którego piłkarze dwukrotnie w zawstydzającym stylu poddali mecze z Manchesterem City. 0:3 i 0:3. Brakowało tylko, żeby londyńczycy uklękli i zaczęli rywalom pucować korki.

Kończył się natomiast tydzień przy akompaniamencie spazmatycznych ataków na Chelsea, które z liderem Premier League walczyło w niedzielę. Czy raczej, jak utrzymują krytycy, pozorowało walkę.

Wynik nie wygląda szokująco (0:1), ale kto patrzył na boisko, wie, że gdyby gospodarze wyszli minionego popołudnia na spacer, wyprowadzając psa albo kota, mieliby więcej przeżyć i stresu niż przez 90 minut truchtu w szlagierowym przecież meczu z drużyną broniącą przecież tytułu mistrzowskiego. Zresztą liczby dobrze ilustrują przebieg widowiska. Oto piłkarze Manchesteru City wymienili 902 podań – więcej niż ktokolwiek inny w lidze angielskiej, odkąd swoje statystyczne raporty przed 15 laty zaczęła sporządzać firma Opta. Oto Chelsea do przerwy nie oddała ani jednego strzału, co też nie zdarzyło jej się jeszcze nigdy w przywoływanym okresie. W sumie zaś uderzała w meczu dwukrotnie (niecelnie), czyli mniej niż jakikolwiek mistrz kraju w ostatniej dekadzie. A piłkę posiadała przez żałosne 29 proc. czasu gry, czyli krócej niż jakikolwiek mistrz poza Leicester z minionego sezonu (25 proc., również w starciu z City). I generalnie reagowała nieruchowo, internet obiegło już wideo z fragmentu, w którym goście stoją jak kołki, spoglądając na leniwie kopiących futbolówkę gospodarzy. Sceny niegodne szlagieru najbogatszej ligi świata.

Mnie postawa londyńczyków nie bulwersuje, nie przyszłoby mi do głowy oskarżać ich o tchórzostwo czy jawne lekceważenie obowiązków (czytaj: kibiców). Nie mówimy tu wszak o pluszowych misiaczkach z Arsenalu, lecz o wyczynowcach, którzy przed kilkoma chwilami w Lidze Mistrzów rzucili wyzwanie Barcelonie i drobiazgi dzieliły ich od pełnego powodzenia; którzy rewanż z nią rozegrają dopiero za 10 dni, więc w niedzielę nie mogli ulec choćby podświadomej pokusie oszczędzania się; którzy łakną punktów niezbędnych w wyścigu o czwarte miejsce w tabeli; których trener Antonio Conte nie pęka przed nikim, nienawidzi półśrodków i zadowalania się byle czym, zamiast piłkarzy chce mieć pod sobą żołnierzy, najlepiej twardzieli jak z sił specjalnych.

Dlatego w miażdżącym 1:0 dostrzegam przede wszystkim wyjątkowy wyczyn City. Demonstrację mocy bardziej przytłaczającą niż wszystkie poprzednie w sezonie, sugestywniejszą nawet od triumfów wielobramkowych, w których przeciwnik rozszalałego Manchesteru wyglądał jak zmieciony tornadem. Wyraźniej niż kiedykolwiek zobaczylibyśmy bowiem, że Guardiola zasiał w głowach wyspiarskich rywali strach. Strach czyniący ich bezradnymi, zrezygnowanymi, bezbronnymi. Stanąć naprzeciw City to zetrzeć się z klęską żywiołową, w najlepszym razie zdołasz ograniczyć straty. Conte z rozbrajającą szczerością tłumaczył po meczu, że inaczej niż zaproponował, z Manchesterem grać się nie da.

Katalończyk, który legendarnej fizyczności ligi angielskiej przeciwstawił zbiorową inteligencję opartą na połyskującej indywidualnej technice, urządził pranie mózgów nie tylko swoim podwładnym. On włamał się jeszcze do jaźni rywali. Do jaźni i piłkarzy, i trenerów. Przeorał ich świadomość, wszczepiając kompleks niższości, na który akurat w lidze angielskiej nie zwykli chorować nawet teoretycznie najsłabsi w stawce.

Teraz chorują również mocni oraz bardzo mocni, nie uległ mu chyba tylko Liverpool według Jürgena Kloppa. O czym przekonamy się być może m.in. podczas derbów Manchesteru, w których rewolucjonista Pep Guardiola znów napadnie na konserwatystę José Mourinho. Odbędą się już 7 kwietnia, a z harmonogramu gier wynika, że City właśnie tego dnia może zdobyć mistrzostwo.

czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

poniedziałek, 28 września 2015

To opowieść coraz bardziej intrygująca. Dlaczego szefowie Manchesteru City dbają, by każdy skrawek klubu wyposażyć możliwie najbardziej luksusowo, ale jedno stanowisko – absolutnie newralgiczne – obsadzają nie najwyższą, lecz zaledwie wysoką jakością? I to pomimo niepowodzeń? Mój felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

wtorek, 24 lutego 2015

Zalęknieni, wyzuci z idei i drapieżności. Po dzisiejszej porażce z Barceloną 1:2 w 1/8 finału piłkarze Manchesteru City utrwalili wizerunek najbardziej klęskowego klubu Ligi Mistrzów.

To miał być dwumecz najgorętszy, a będzie dwumeczem najszybciej rozstrzygniętym, praktycznie pozbawionym emocji. Kiedy po kwadransie goście objęli prowadzenie, gospodarze nie zareagowali jak, nie przymierzając, Legia w meczu z Ajaxem. Nie zareagowali wcale. Pierwszy strzał oddali tuż przed przerwą. Dopiero wtedy wykopywali też pierwszy rzut rożny.

Ich odrętwienie to już tradycja. Jeśli mierzyć powodzenie klubu powodzeniem w LM – będącej fetyszem dla wielu właścicieli – to Manchester City należy obwołać rekordowo niewydajną inwestycją w europejskim futbolu. Gracz seniorskiej kadry zarabia tam średnio ponad 100 tys. funtów tygodniowo, czyli najwięcej nie tylko w piłce nożnej, lecz we wszystkich sportach zespołowych. A jednak w elicie wicelider ligi angielskiej studziennie rozczarowuje. Albo odpada w fazie grupowej, albo tuż po niej, ulega nawet przeciwnikom klasy CSKA Moskwa, wygrał ledwie 10 z ostatnich 27 meczów. Ten bilans wyglądałby zresztą jeszcze mizerniej, gdyby nie trzy zwycięstwa nad Bayernem – odnoszone zawsze, gdy monachijczycy zagwarantowali sobie awans i nie potrzebowali się już starać.

Bezradność City jest tym bardziej zagadkowa, że to drużyna tyleż bogata w fantastyczny talent, co stabilna i oparta o piłkarzy, którzy zdążyli nazbierać mnóstwo międzynarodowych doświadczeń.

Vincent Kompany, czyli jeden z najznakomitszych środkowych obrońców na świecie, gra w Manchesterze od 2008 roku. Yaya Touré (dziś pauzował za kartki), czyli jeden z najznakomitszych środkowych pomocników – od 2010. Sergio Agüero, czyli jeden z najznakomitszych środkowych napastników – od 2011. Piąty sezon w Manchesterze spędza też błyskotliwy drybler David Silva, co oznacza, że wszystkie kluczowe postaci przebywają ze sobą od dawna, zdążyły się poznać i nauczyły współpracować. Teoretycznie mają wszystko, co niezbędne, by przynajmniej zbliżyć się do sukcesu. Niemal każdy członek podstawowej jedenastki przeżył już kilkadziesiąt wieczorów w LM. A teraz sprzyjał im jeszcze kalendarz. Ponieważ wcześnie odpadli z obu angielskich pucharów, w minionych siedmiu tygodniach rozegrali tylko siedem meczów...

A jednak znów długo wyglądali jak człapiąca klęska. Z Barceloną – doskonałą, ciosy zadawał tym razem Luis Suárez – można przegrać, ale nie trzeba przegrywać w aż tak beznadziejnym stylu. Gdy w ubiegłej edycji LM piłkarze MC również ulegali jej w 1/8 finału, przynajmniej długo się opierali – zniszczył ich wyrwany z kontekstu epizod, rzut karny i czerwona kartka dla Martina Demichelisa. Tym razem Manuel Pellegrini obiecywał odważną grę – chciał odebrać rywalom piłkę i samemu pisać scenariusz wieczoru. Choć jednak usunął jednego gracza w pomocy, by w napadzie do Agüero dostawić Edina Dżeko, to potem gospodarze nawet nie spróbowali agresywniejszego pressingu. A kiedy ocknęli się po przerwie, z boiska wyleciał Gael Clichy.

City za rządów Pellegriniego nie robi żadnego postępu i w czołowej setce rankingu uczestników LM sporządzanego przez analityczny serwis Squawka zmieścił się przed tym meczem ledwie jeden piłkarz z Manchesteru, sklasyfikowany na 94. pozycji Agüero. A cała drużyna tworzyła średnio 8,5 sytuacji bramkowej na mecz – to dopiero dwudziesty wynik w rozgrywkach. Teraz statystyki jeszcze zmarnieją.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Piłkarze klubu, który przed kilkoma laty znienacka stał się jednym z najbogatszych na świecie, zaskakują w Lidze Mistrzów już trzeci sezon z rzędu. Wypadało wreszcie złożyć im hołd. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

niedziela, 11 maja 2014

Nie umiem się oprzeć wrażeniu, że w Anglii to był przede wszystkim sezon wirującego Liverpoolu. Wyskoczył z niebytu znienacka, objawił się jako drużyna o uwodzicielsko oryginalnym stylu – obłędne tempo natarć łączył z upodobaniem do utrzymywania piłki; po jej utracie jeszcze przyspieszał, bo w pressingu się zatracał, aż po popadnięcie w amok; po jej odzyskaniu chętnie omijał skrzydła (najmniej dośrodkowań w całej lidze), by szukać możliwie krótkiej drogi do bramki, a zarazem dezorientował przeciwników atakiem kombinacyjnym. Odzyskał dla wyspiarskiego futbolu ideę nadającego na jednej fali snajperskiego duetu (Suarez ze Sturridgem), ich szybkość podparł szybkością nóg Sterlinga oraz szybkością myślenia Coutinho i Hendersona, cała grupa naskakiwała na rywali natychmiast po inauguracyjnym gwizdku, więc wiele meczów rozstrzygała, zanim gra się na dobre rozpoczęła. Kto wpadł na Liverpool, tego porywało tornado. Aż trudno uwierzyć, że trener Brendan Rodgers mówi serio, gdy potrzebę wyłożenia nowych muraw w ośrodku treningowym i stadionie Anfield Road uzasadnia potrzebą dalszego przyspieszenia gry…

Gdyby rozpędzony Liverpool zdobył mistrzostwo, wlałby też trochę otuchy w serca wszystkich, którzy martwią się postępującą marginalizacją w lidze angielskiej angielskich piłkarzy – obywa się bez nich Manchester City, w Chelsea utrzymuje się tylko grupka ponadtrzydziestoletnich, nawet odwracający się od skrajnego kosmopolityzmu podstawowego składu Arsenal mieści w nim co najwyżej trzech rodzimych graczy. To zjawisko w innych potężnych ligach – hiszpańskiej, niemieckiej, włoskiej – nieznane. Tytuł dla Liverpoolu wyglądałby jednak tym bardziej sensacyjnie, że byłby hołdem dla absurdalnej beztroski defensywnej. Odkąd Premier League składa się 20 klubów, żaden jej mistrz nie dał sobie wbić 50 goli. Żaden wicemistrz też nie. Ba, z takimi stratami nikt nie wepchnął się nawet na podium. Piłkarze Rodgersa i tak są więc wyjątkowi. Popełnili tyle nieodwracalnych indywidualnych błędów, że czasami zdawało mi się, iż płacą właśnie za bieganie po boisku w nieustannym transie. Skoro uparłeś się balansować na granicy swoich możliwości percepcyjnych, to musisz liczyć się z tym, że czasami nie zdołasz utrzymać pełnego skupienia.

Liverpool przykuwał uwagę, ale paradoks zakończonego sezonu polega na tym, że mistrzowski Manchester City zajmował ją rzadziej także od pozostałych wielkich firm, które wyprzedził. Wydarzeniami były upadek Manchesteru United, znów drapieżna (po powrocie trenerskiego demona z Portugalii) Chelsea, tradycyjna kapitulacja poddanego presji Arsenalu. Drużyna Manuela Pellegriniego – choć zachwycała, zwłaszcza przed feralnym, rozczarowująco łatwo przegranym meczu z drużyną José Mourinho – aż tak ognistych debat nie inspirowała. Być może dlatego, że pozycję lidera zajmowała przez ledwie kilkanaście dni, znacznie krócej niż Arsenal, Chelsea i Liverpool. I że nigdy nie wpadła w głębszy dołek. Że zwyczajnie wykonywała swoją robotę.

Kiedy Liverpool wywoływał bowiem sensację, jakiej Premier League nie pamięta, Manchester City mknął po tytuł jak przystało na najbogatszą w talent kadrę w rozgrywkach. Najbogatszą i ze względu na bezkonkurencyjną oś Kompany-Touré-Silva-Agüero (szkoda, że tak rzadko grali wszyscy razem), i ze względu na jej pobocza – jeśli za niegodnego klasy partnerów z pierwszej jedenastki uchodzi obrońca klasy Demichelisa, a rolę czwartego napastnika musi znosić Stevan Jovetić, to znaczy, że trener Pellegrini ma trochę więcej niż wszystko. Sytuację ilustruje ranking klubów sportowych z całego świata najhojniej opłacających swoich zawodników, opublikowany przez Sporting Intelligence. Przewodzi mu właśnie Manchester City, które dzięki 5,34 mln funtów średniej rocznej pensji w seniorskiej szatni wyprzedza baseballowe New York Yankees (5,29 mln) i Los Angeles Dodgers (5,12 mln), a także futbolowe Real Madryt (4,99 mln) i Barcelonę (4,90 mln). Kibice chętniej przyglądają się wydatkom transferowym, ale to poprzez zarobki rynek lepiej hierarchizuje graczy  – one bardziej zależą od piłkarskich kompetencji, a mniej od wieku, sytuacji kontraktowej w poprzednim klubie czy wybryków menedżerów (gotowych niekiedy wyrzucić 50 mln na Andy’ego Carrolla). Od wydania „Soccernomics” wiemy, że najwyższe kontrakty podpisują po prostu najlepsi.

Dlatego Manchester City był kandydatem na mistrza naturalnym. I dlatego powoli przejmuje od Realu Madryt niesławę pierwszego klubu, który rozrzuca miliony skandalicznie nieefektywnie. W minionych edycjach Ligi Mistrzów nie wyczołgał się z fazy grupowej, w bieżącej padł w 1/8 finału – jak na płacowy budżet wszech czasów w futbolu mizernie. A zagrożenie grzywną i zredukowaniem kadry na LM za złamanie reguł Finansowego Fair Play – UEFA ogłosi szczegóły w poniedziałek – oznacza, że ten budżet dłużej puchł raczej nie będzie.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Gdybyśmy przyjęli, że świat poza Ligą Mistrzów nie istnieje, nie przyszłoby nam do głowy, że kiedy Manchester City podejmie jutro Barcelonę, piłkarze wybitni zagrają z innymi wybitnymi.

To ćwiczenie z wyobraźni niezbyt trudne – choć intuicja podpowiada nam, że np. mistrzostwo Anglii jest w stanie zdobyć tylko drużyna nadzwyczajna, złożona z graczy najwyższej klasy, to zarazem zgadzamy się, że niekwestionowane szlachectwo zdobywa się dopiero w Champions League. W towarzystwie bardziej elitarnym nawet od mundialowego, które osłabia się poprzez nieobecność Ibrahimovicia, Lewandowskiego i innych znakomitości skażonych pochodzeniem z kraju piłkarsko upośledzonego.

A jeśli nie istnieje rzeczywistość poza LM, to nie istnieją również gwiazdy Manchesteru City.

Vincent Kompany – potężny sylwetką i osobowościowo czołowy stoper w Anglii, debiutował międzynarodowo jako niepełnoletni – wiosny w Champions League nie zaznał nigdy. Sergio Agüero – 26 goli w 25 meczach sezonu, wyleczy się najwcześniej na rewanż – wiosny w tych rozgrywkach zaznał raz, przez kilka chwil w odległym roku 2009. David Silva – w swoich szczytowych chwilach najbardziej pomysłowy rozgrywający na Wyspach – też zaznał jej raz (2007), podobnie jak napastnik Álvaro Negredo i wibrujący skrzydłowy Jesús Navas. Mało? Trawy wiosną nie wąchali też w elicie Dżeko, Milner, Jovetic, Kolarov, Zabaleta, Richards, Lescott, bramkarz Hart... Niemal wszyscy, którzy zamierzają się zasadzić na Barcelonę. A mówimy o piłkarzach w kwiecie wieku, pamiętających setki meczów w czołowych ligach, uchodzących za gwiazdy lub przynajmniej gwiazdki. W krajobrazie nieprzebranego talentu wyróżnia się jeden wielki pod wieloma względami mistrz – Yaya Touré najcenniejsze trofeum zdobywał właśnie jako pomocnik jutrzejszych rywali z Katalonii.

Kapitan gospodarzy – wspomniany Kompany – nie brzmi przed meczem jak piłkarz z kompleksami czy choćby przekonany, że wypada mu zachować skromność. Wygranie wszystkiego, czego jeszcze City brakuje, uważa za „nieuniknione”, także triumf w LM jest „kwestią czasu”. Nie tyle czuje, że zapuszcza się na nieznane terytorium, ile przekonuje, że grupę napędza głód odkrywców.

W duszach barcelończyków musi grać zupełnie inna muzyka, oni tworzą jedno z najbardziej utytułowanych pokoleń w historii futbolu. Tak utytułowanych, że wielokrotnie prowokujących pytanie, czy aby nie są skazani na wypalenie. W wątpliwość podawano nawet przyszłość ledwie 26-letniego Leo Messiego. Czy tylko Pep Guardiola wiedział, jak się z nim obchodzić, by wyciągać zeń geniusza porównywanego do Maradony? Czy sam piłkarz, który uszkadzał w tym sezonie mięśnie obu nóg, nie zmodyfikował nieco codziennego życia złożonego ze starannie odprawianych rytuałów pozwalających utrzymywać perfekcyjną dyspozycję fizyczną? Czy Gerarda Martino ściągnięto głównie po to, by zrobić dobrze jemu – zagrożonemu zejściem z pułapu nieziemskiego na pułap gracza zaledwie doskonałego?

Na razie argentyński trener ożywił przede wszystkim Alexisa i Fabregasa, zręcznie gospodaruje też mocami Neymara, a jego drużyna rozbiła w sobotę Rayo Vallecano 6:0. Czy to czyni ją faworytem w rywalizacji z City, nie wiemy właśnie dlatego, że LM to scena tak osobna, zderzająca ze sobą tak obce sobie futbolowe kultury. Stąd popularność tych kuriozalnych tez, że Messi niekoniecznie poradziłby sobie na „deszczowym, wietrznym stadionie w Stoke”. Pozycja lidera ligi hiszpańskiej teoretycznie powinna mówić wiele, ale przed rokiem to z niej Barcelona zjechała na półfinałowe 0:7 z Bayernem. No i jak czytać jej tegoroczne krajowe mecze, skoro bije się z rywalami albo wyraźnie ustępującymi jej technicznie, albo awanturuje się z dziką bandą w typie Atlético Madryt, z którą Manchester nie ma absolutnie nic wspólnego?

Gdybyśmy jeszcze raz uwierzyli na słowo Kompany’emu, musielibyśmy ujrzeć w City zgraję oszołomów zatracających się we frontalnym ataku – kiedy on opisuje jedenastkę, mówi nie tylko o dwóch napastnikach, on także obu skrzydłowych nazywa „faktycznymi napastnikami”, a potem wspomina o jednym ze środkowych pomocników, który jest „faktycznie napastnikiem”, i przypomina, że obaj boczni obrońcy stale prą do przodu. Przesadza, a zarazem ma trochę racji – dlatego wiele może zależeć od tego, czy wyzdrowieje Fernandinho (ubezpiecza gnającego pod pole karne Yaya Touré), dlatego belgijski obrońca miewa do ochronienia powierzchnię ponad możliwości pojedynczego zawodnika. W każdym razie Barcelona zderzy się ze stylem gry, jakiego w tym sezonie nie spotkała.

Pytanie, czy również Kompany przy pierwszym zetknięciu odkryje w Messim po prostu doskonałego piłkarza czy wirtuoza, jakiego jeszcze w karierze nie spotkał.

poniedziałek, 17 września 2012

Real Madryt - Manchester City, Liga Mistrzów

Manchester City, który marzy, by być jak Real, spróbuje go we wtorkowy wieczór pokonać. Rozgrywki, które uwielbiam ponad wszystko w piłce, otwiera szlagier - w Madrycie zderzą się mistrzowie najsilniejszych lig świata, angielskiej i hiszpańskiej.

Dorobkiewicze kontra arystokraci. To nowy gatunek futbolowego spektaklu, stworzony przez wschodnich miliarderów, którzy przejmują zachodnie firmy - często zadłużone, podupadłe lub od zawsze niezdolne do konkurowania z potęgami - by niemal z dnia na dzień wepchnąć je do czołówki. I rzucić wyzwanie dostojnej magnaterii, mającej za sobą dekady sukcesów.

Londyńska Chelsea po dwóch latach od przybycia Romana Abramowicza odzyskała mistrzostwo kraju (czekała na nie pół wieku), a po dziewięciu latach zdobyła Puchar Europy. Manchester City odzyskał mistrzostwo kraju (czekał na nie blisko pół wieku) po czterech latach od przybycia szejka Mansoura, członka rodziny panującej w Abu Dhabi i premiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Jego Wysokość - to nie licentia poetica, tak go tytułują w ojczyźnie - kupił swojemu klubowi szlachectwo za gigantyczne pieniądze. Według raportu Prime Time Sport Transfer Review zainwestował w nowych piłkarzy 442 miliony euro, więcej niż ktokolwiek inny w Europie w minionych czterech sezonach. I zebrał w szatni całą chmarę wybitnie utalentowanych ludzi, którzy mają powody wierzyć, że są w stanie wskoczyć do czołówek plebiscytów na najlepszych graczy świata. Defensywą dowodzi Vincent Kompany, być może już teraz wśród stoperów zapora twardsza niż wszystkie inne. W środku pola góruje nad wszystkimi monumentalny Yaya Toure - w Barcelonie rzetelny i skupiony na najprostszych zadaniach, po transferze przeobraził się w mobilną machinę oblężniczą, niezawodną w każdej potrzebnej na boisku roli. Wreszcie w napadzie panują Serio Aguero, chyba najzdolniejszy po Leo Messim w tłumie argentyńskich atakujących, oraz David Silva - bajeczny technicznie, lecz w międzynarodowej skali przyćmiony przez mikrusów z Barcelony.

Aguero wyleczył kontuzję i w Madrycie prawdopodobnie wróci do podstawowego składu, prawie nikt już nie pamięta o wybrykach jego notorycznie niesubordynowanego rodaka Carlosa Teveza, nie podpalił ostatnio łazienki ani w ogóle nie wyciął żadnego grubszego numeru nawet sam król zadymiarzy Mario Balotelli. W Manchesterze City, do niedawna permanentnie rozżarzonego aferami i aferkami, zapanował niespotykany spokój. Nie zburzyła go nawet sobotnia strata punktów w Stoke - to przeciwnik w lidze angielskiej specyficzny, wystawiający dryblasów nieprzyjemnych dla każdego, a ponieważ gola strzelił dzięki zagraniu ręką Petera Croucha, trener Roberto Mancini komentował złośliwie, że jego piłkarze przegrali z rywalami nadającymi się raczej do NBA.

W City bezwietrznie, na Santiago Bernabeu szaleje tornado. Real to również firma polegająca na kosztownym, masowym imporcie wielkich osobowości - we wspomnianym rankingu najrozrzutniejszych inwestorów w ostatnich czterech sezonach jest wiceliderem, na transfery wydała 428 milionów euro, czyli ledwie 14 mln mniej niż szejk Mansour (obie kwoty nie obejmują kontraktów, z nimi wydatki obu korporacji idą w miliardy). A ponieważ kolekcjonuje gwiazdorów z ego większym niż stadion, to drużynie rzadko udaje się pracować w błogiej ciszy.

Teraz burzę z piorunami najpierw wywołał Cristiano Ronaldo, który po golach strzelanych Granadzie ostentacyjnie nie okazywał radości, a po meczu wybąkał do mikrofonów, że jest smutny. I już nie cała Hiszpania, lecz cały świat, jął debatować, czy skrzydłowy chce wyższej pensji, czy czuje się nielubiany w szatni, czy może nie dostaje od klubu PR-owego wsparcia, na jakie w Barcelonie może liczyć Messi.

W sobotę ów osobliwy melodramat na dalszy plan zepchnęła porażka w Sewilli, po której Real utknął w środku tabeli ligi hiszpańskiej, osiem punktów za katalońskim liderem. - Nie mam drużyny - oświadczył Jose Mourinho. I niby wziął winę na siebie, ale zarazem zasugerował, że nie wszyscy jego podwładni futbol traktują futbol poważnie, z pełnym poświęceniem. Znów ożyła lansowana przez „Markę” - naczelny madrycki brukowiec sportowy - teza o podziale w madryckiej szatni, w której klan portugalski (tworzony nie tylko przez trenera i kilku piłkarzy, lecz również reprezentującego ich interesy agenta Jorge Mendesa) z klanem hiszpańskim (pod dowództwem Ikera Casillasa) łączy przyjaźń w najlepszym razie bardzo szorstka.

Prawdy przynajmniej na razie nie poznamy, ale Real ma dziś idealną okazję, by krajowy falstart w sporej mierze unieważnić. Kibice i szefowie klubu obsesyjnie pożądają przede wszystkim dziesiątego Pucharu Europy, a losowanie sprawiło, że jesienne mecze wcale nie muszą być formalnością. Madryt wpadł do grupy prawdziwych mistrzów - z najlepszymi drużynami lig ze szczytu rankingu UEFA (hiszpańska, angielska, niemiecka) oraz marzącym o odzyskaniu świetności Ajaksem Amsterdam.

Holendrzy to również autentyczna, od dekad budująca wspaniałą reputację arystokracja futbolu, Ligę Mistrzów zdołała 15 lat temu wygrać także Borussia Dortmund. Z historycznej perspektywy zgrzyt wywołuje obecność w tym gronie Manchesteru City, który do najcenniejszego klubowego trofeum się nawet nie zbliżył, a w zeszłym sezonie pomimo gigantycznych inwestycji nie przetrwał fazy grupowej. Dlatego mistrzowie Anglii, jak Real, stoją przed idealną okazją, by w międzynarodowej hierarchii wreszcie wspiąć się również sportowo. Szejk swoje zrobił, na prawdziwą chwałę pracuje się na boisku.

Champions League or Football Money League?

 
1 , 2
Archiwum
Tagi