Wpisy z tagiem: manchester city

czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

poniedziałek, 28 września 2015

To opowieść coraz bardziej intrygująca. Dlaczego szefowie Manchesteru City dbają, by każdy skrawek klubu wyposażyć możliwie najbardziej luksusowo, ale jedno stanowisko – absolutnie newralgiczne – obsadzają nie najwyższą, lecz zaledwie wysoką jakością? I to pomimo niepowodzeń? Mój felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

wtorek, 24 lutego 2015

Zalęknieni, wyzuci z idei i drapieżności. Po dzisiejszej porażce z Barceloną 1:2 w 1/8 finału piłkarze Manchesteru City utrwalili wizerunek najbardziej klęskowego klubu Ligi Mistrzów.

To miał być dwumecz najgorętszy, a będzie dwumeczem najszybciej rozstrzygniętym, praktycznie pozbawionym emocji. Kiedy po kwadransie goście objęli prowadzenie, gospodarze nie zareagowali jak, nie przymierzając, Legia w meczu z Ajaxem. Nie zareagowali wcale. Pierwszy strzał oddali tuż przed przerwą. Dopiero wtedy wykopywali też pierwszy rzut rożny.

Ich odrętwienie to już tradycja. Jeśli mierzyć powodzenie klubu powodzeniem w LM – będącej fetyszem dla wielu właścicieli – to Manchester City należy obwołać rekordowo niewydajną inwestycją w europejskim futbolu. Gracz seniorskiej kadry zarabia tam średnio ponad 100 tys. funtów tygodniowo, czyli najwięcej nie tylko w piłce nożnej, lecz we wszystkich sportach zespołowych. A jednak w elicie wicelider ligi angielskiej studziennie rozczarowuje. Albo odpada w fazie grupowej, albo tuż po niej, ulega nawet przeciwnikom klasy CSKA Moskwa, wygrał ledwie 10 z ostatnich 27 meczów. Ten bilans wyglądałby zresztą jeszcze mizerniej, gdyby nie trzy zwycięstwa nad Bayernem – odnoszone zawsze, gdy monachijczycy zagwarantowali sobie awans i nie potrzebowali się już starać.

Bezradność City jest tym bardziej zagadkowa, że to drużyna tyleż bogata w fantastyczny talent, co stabilna i oparta o piłkarzy, którzy zdążyli nazbierać mnóstwo międzynarodowych doświadczeń.

Vincent Kompany, czyli jeden z najznakomitszych środkowych obrońców na świecie, gra w Manchesterze od 2008 roku. Yaya Touré (dziś pauzował za kartki), czyli jeden z najznakomitszych środkowych pomocników – od 2010. Sergio Agüero, czyli jeden z najznakomitszych środkowych napastników – od 2011. Piąty sezon w Manchesterze spędza też błyskotliwy drybler David Silva, co oznacza, że wszystkie kluczowe postaci przebywają ze sobą od dawna, zdążyły się poznać i nauczyły współpracować. Teoretycznie mają wszystko, co niezbędne, by przynajmniej zbliżyć się do sukcesu. Niemal każdy członek podstawowej jedenastki przeżył już kilkadziesiąt wieczorów w LM. A teraz sprzyjał im jeszcze kalendarz. Ponieważ wcześnie odpadli z obu angielskich pucharów, w minionych siedmiu tygodniach rozegrali tylko siedem meczów...

A jednak znów długo wyglądali jak człapiąca klęska. Z Barceloną – doskonałą, ciosy zadawał tym razem Luis Suárez – można przegrać, ale nie trzeba przegrywać w aż tak beznadziejnym stylu. Gdy w ubiegłej edycji LM piłkarze MC również ulegali jej w 1/8 finału, przynajmniej długo się opierali – zniszczył ich wyrwany z kontekstu epizod, rzut karny i czerwona kartka dla Martina Demichelisa. Tym razem Manuel Pellegrini obiecywał odważną grę – chciał odebrać rywalom piłkę i samemu pisać scenariusz wieczoru. Choć jednak usunął jednego gracza w pomocy, by w napadzie do Agüero dostawić Edina Dżeko, to potem gospodarze nawet nie spróbowali agresywniejszego pressingu. A kiedy ocknęli się po przerwie, z boiska wyleciał Gael Clichy.

City za rządów Pellegriniego nie robi żadnego postępu i w czołowej setce rankingu uczestników LM sporządzanego przez analityczny serwis Squawka zmieścił się przed tym meczem ledwie jeden piłkarz z Manchesteru, sklasyfikowany na 94. pozycji Agüero. A cała drużyna tworzyła średnio 8,5 sytuacji bramkowej na mecz – to dopiero dwudziesty wynik w rozgrywkach. Teraz statystyki jeszcze zmarnieją.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Piłkarze klubu, który przed kilkoma laty znienacka stał się jednym z najbogatszych na świecie, zaskakują w Lidze Mistrzów już trzeci sezon z rzędu. Wypadało wreszcie złożyć im hołd. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

niedziela, 11 maja 2014

Nie umiem się oprzeć wrażeniu, że w Anglii to był przede wszystkim sezon wirującego Liverpoolu. Wyskoczył z niebytu znienacka, objawił się jako drużyna o uwodzicielsko oryginalnym stylu – obłędne tempo natarć łączył z upodobaniem do utrzymywania piłki; po jej utracie jeszcze przyspieszał, bo w pressingu się zatracał, aż po popadnięcie w amok; po jej odzyskaniu chętnie omijał skrzydła (najmniej dośrodkowań w całej lidze), by szukać możliwie krótkiej drogi do bramki, a zarazem dezorientował przeciwników atakiem kombinacyjnym. Odzyskał dla wyspiarskiego futbolu ideę nadającego na jednej fali snajperskiego duetu (Suarez ze Sturridgem), ich szybkość podparł szybkością nóg Sterlinga oraz szybkością myślenia Coutinho i Hendersona, cała grupa naskakiwała na rywali natychmiast po inauguracyjnym gwizdku, więc wiele meczów rozstrzygała, zanim gra się na dobre rozpoczęła. Kto wpadł na Liverpool, tego porywało tornado. Aż trudno uwierzyć, że trener Brendan Rodgers mówi serio, gdy potrzebę wyłożenia nowych muraw w ośrodku treningowym i stadionie Anfield Road uzasadnia potrzebą dalszego przyspieszenia gry…

Gdyby rozpędzony Liverpool zdobył mistrzostwo, wlałby też trochę otuchy w serca wszystkich, którzy martwią się postępującą marginalizacją w lidze angielskiej angielskich piłkarzy – obywa się bez nich Manchester City, w Chelsea utrzymuje się tylko grupka ponadtrzydziestoletnich, nawet odwracający się od skrajnego kosmopolityzmu podstawowego składu Arsenal mieści w nim co najwyżej trzech rodzimych graczy. To zjawisko w innych potężnych ligach – hiszpańskiej, niemieckiej, włoskiej – nieznane. Tytuł dla Liverpoolu wyglądałby jednak tym bardziej sensacyjnie, że byłby hołdem dla absurdalnej beztroski defensywnej. Odkąd Premier League składa się 20 klubów, żaden jej mistrz nie dał sobie wbić 50 goli. Żaden wicemistrz też nie. Ba, z takimi stratami nikt nie wepchnął się nawet na podium. Piłkarze Rodgersa i tak są więc wyjątkowi. Popełnili tyle nieodwracalnych indywidualnych błędów, że czasami zdawało mi się, iż płacą właśnie za bieganie po boisku w nieustannym transie. Skoro uparłeś się balansować na granicy swoich możliwości percepcyjnych, to musisz liczyć się z tym, że czasami nie zdołasz utrzymać pełnego skupienia.

Liverpool przykuwał uwagę, ale paradoks zakończonego sezonu polega na tym, że mistrzowski Manchester City zajmował ją rzadziej także od pozostałych wielkich firm, które wyprzedził. Wydarzeniami były upadek Manchesteru United, znów drapieżna (po powrocie trenerskiego demona z Portugalii) Chelsea, tradycyjna kapitulacja poddanego presji Arsenalu. Drużyna Manuela Pellegriniego – choć zachwycała, zwłaszcza przed feralnym, rozczarowująco łatwo przegranym meczu z drużyną José Mourinho – aż tak ognistych debat nie inspirowała. Być może dlatego, że pozycję lidera zajmowała przez ledwie kilkanaście dni, znacznie krócej niż Arsenal, Chelsea i Liverpool. I że nigdy nie wpadła w głębszy dołek. Że zwyczajnie wykonywała swoją robotę.

Kiedy Liverpool wywoływał bowiem sensację, jakiej Premier League nie pamięta, Manchester City mknął po tytuł jak przystało na najbogatszą w talent kadrę w rozgrywkach. Najbogatszą i ze względu na bezkonkurencyjną oś Kompany-Touré-Silva-Agüero (szkoda, że tak rzadko grali wszyscy razem), i ze względu na jej pobocza – jeśli za niegodnego klasy partnerów z pierwszej jedenastki uchodzi obrońca klasy Demichelisa, a rolę czwartego napastnika musi znosić Stevan Jovetić, to znaczy, że trener Pellegrini ma trochę więcej niż wszystko. Sytuację ilustruje ranking klubów sportowych z całego świata najhojniej opłacających swoich zawodników, opublikowany przez Sporting Intelligence. Przewodzi mu właśnie Manchester City, które dzięki 5,34 mln funtów średniej rocznej pensji w seniorskiej szatni wyprzedza baseballowe New York Yankees (5,29 mln) i Los Angeles Dodgers (5,12 mln), a także futbolowe Real Madryt (4,99 mln) i Barcelonę (4,90 mln). Kibice chętniej przyglądają się wydatkom transferowym, ale to poprzez zarobki rynek lepiej hierarchizuje graczy  – one bardziej zależą od piłkarskich kompetencji, a mniej od wieku, sytuacji kontraktowej w poprzednim klubie czy wybryków menedżerów (gotowych niekiedy wyrzucić 50 mln na Andy’ego Carrolla). Od wydania „Soccernomics” wiemy, że najwyższe kontrakty podpisują po prostu najlepsi.

Dlatego Manchester City był kandydatem na mistrza naturalnym. I dlatego powoli przejmuje od Realu Madryt niesławę pierwszego klubu, który rozrzuca miliony skandalicznie nieefektywnie. W minionych edycjach Ligi Mistrzów nie wyczołgał się z fazy grupowej, w bieżącej padł w 1/8 finału – jak na płacowy budżet wszech czasów w futbolu mizernie. A zagrożenie grzywną i zredukowaniem kadry na LM za złamanie reguł Finansowego Fair Play – UEFA ogłosi szczegóły w poniedziałek – oznacza, że ten budżet dłużej puchł raczej nie będzie.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Gdybyśmy przyjęli, że świat poza Ligą Mistrzów nie istnieje, nie przyszłoby nam do głowy, że kiedy Manchester City podejmie jutro Barcelonę, piłkarze wybitni zagrają z innymi wybitnymi.

To ćwiczenie z wyobraźni niezbyt trudne – choć intuicja podpowiada nam, że np. mistrzostwo Anglii jest w stanie zdobyć tylko drużyna nadzwyczajna, złożona z graczy najwyższej klasy, to zarazem zgadzamy się, że niekwestionowane szlachectwo zdobywa się dopiero w Champions League. W towarzystwie bardziej elitarnym nawet od mundialowego, które osłabia się poprzez nieobecność Ibrahimovicia, Lewandowskiego i innych znakomitości skażonych pochodzeniem z kraju piłkarsko upośledzonego.

A jeśli nie istnieje rzeczywistość poza LM, to nie istnieją również gwiazdy Manchesteru City.

Vincent Kompany – potężny sylwetką i osobowościowo czołowy stoper w Anglii, debiutował międzynarodowo jako niepełnoletni – wiosny w Champions League nie zaznał nigdy. Sergio Agüero – 26 goli w 25 meczach sezonu, wyleczy się najwcześniej na rewanż – wiosny w tych rozgrywkach zaznał raz, przez kilka chwil w odległym roku 2009. David Silva – w swoich szczytowych chwilach najbardziej pomysłowy rozgrywający na Wyspach – też zaznał jej raz (2007), podobnie jak napastnik Álvaro Negredo i wibrujący skrzydłowy Jesús Navas. Mało? Trawy wiosną nie wąchali też w elicie Dżeko, Milner, Jovetic, Kolarov, Zabaleta, Richards, Lescott, bramkarz Hart... Niemal wszyscy, którzy zamierzają się zasadzić na Barcelonę. A mówimy o piłkarzach w kwiecie wieku, pamiętających setki meczów w czołowych ligach, uchodzących za gwiazdy lub przynajmniej gwiazdki. W krajobrazie nieprzebranego talentu wyróżnia się jeden wielki pod wieloma względami mistrz – Yaya Touré najcenniejsze trofeum zdobywał właśnie jako pomocnik jutrzejszych rywali z Katalonii.

Kapitan gospodarzy – wspomniany Kompany – nie brzmi przed meczem jak piłkarz z kompleksami czy choćby przekonany, że wypada mu zachować skromność. Wygranie wszystkiego, czego jeszcze City brakuje, uważa za „nieuniknione”, także triumf w LM jest „kwestią czasu”. Nie tyle czuje, że zapuszcza się na nieznane terytorium, ile przekonuje, że grupę napędza głód odkrywców.

W duszach barcelończyków musi grać zupełnie inna muzyka, oni tworzą jedno z najbardziej utytułowanych pokoleń w historii futbolu. Tak utytułowanych, że wielokrotnie prowokujących pytanie, czy aby nie są skazani na wypalenie. W wątpliwość podawano nawet przyszłość ledwie 26-letniego Leo Messiego. Czy tylko Pep Guardiola wiedział, jak się z nim obchodzić, by wyciągać zeń geniusza porównywanego do Maradony? Czy sam piłkarz, który uszkadzał w tym sezonie mięśnie obu nóg, nie zmodyfikował nieco codziennego życia złożonego ze starannie odprawianych rytuałów pozwalających utrzymywać perfekcyjną dyspozycję fizyczną? Czy Gerarda Martino ściągnięto głównie po to, by zrobić dobrze jemu – zagrożonemu zejściem z pułapu nieziemskiego na pułap gracza zaledwie doskonałego?

Na razie argentyński trener ożywił przede wszystkim Alexisa i Fabregasa, zręcznie gospodaruje też mocami Neymara, a jego drużyna rozbiła w sobotę Rayo Vallecano 6:0. Czy to czyni ją faworytem w rywalizacji z City, nie wiemy właśnie dlatego, że LM to scena tak osobna, zderzająca ze sobą tak obce sobie futbolowe kultury. Stąd popularność tych kuriozalnych tez, że Messi niekoniecznie poradziłby sobie na „deszczowym, wietrznym stadionie w Stoke”. Pozycja lidera ligi hiszpańskiej teoretycznie powinna mówić wiele, ale przed rokiem to z niej Barcelona zjechała na półfinałowe 0:7 z Bayernem. No i jak czytać jej tegoroczne krajowe mecze, skoro bije się z rywalami albo wyraźnie ustępującymi jej technicznie, albo awanturuje się z dziką bandą w typie Atlético Madryt, z którą Manchester nie ma absolutnie nic wspólnego?

Gdybyśmy jeszcze raz uwierzyli na słowo Kompany’emu, musielibyśmy ujrzeć w City zgraję oszołomów zatracających się we frontalnym ataku – kiedy on opisuje jedenastkę, mówi nie tylko o dwóch napastnikach, on także obu skrzydłowych nazywa „faktycznymi napastnikami”, a potem wspomina o jednym ze środkowych pomocników, który jest „faktycznie napastnikiem”, i przypomina, że obaj boczni obrońcy stale prą do przodu. Przesadza, a zarazem ma trochę racji – dlatego wiele może zależeć od tego, czy wyzdrowieje Fernandinho (ubezpiecza gnającego pod pole karne Yaya Touré), dlatego belgijski obrońca miewa do ochronienia powierzchnię ponad możliwości pojedynczego zawodnika. W każdym razie Barcelona zderzy się ze stylem gry, jakiego w tym sezonie nie spotkała.

Pytanie, czy również Kompany przy pierwszym zetknięciu odkryje w Messim po prostu doskonałego piłkarza czy wirtuoza, jakiego jeszcze w karierze nie spotkał.

poniedziałek, 17 września 2012

Real Madryt - Manchester City, Liga Mistrzów

Manchester City, który marzy, by być jak Real, spróbuje go we wtorkowy wieczór pokonać. Rozgrywki, które uwielbiam ponad wszystko w piłce, otwiera szlagier - w Madrycie zderzą się mistrzowie najsilniejszych lig świata, angielskiej i hiszpańskiej.

Dorobkiewicze kontra arystokraci. To nowy gatunek futbolowego spektaklu, stworzony przez wschodnich miliarderów, którzy przejmują zachodnie firmy - często zadłużone, podupadłe lub od zawsze niezdolne do konkurowania z potęgami - by niemal z dnia na dzień wepchnąć je do czołówki. I rzucić wyzwanie dostojnej magnaterii, mającej za sobą dekady sukcesów.

Londyńska Chelsea po dwóch latach od przybycia Romana Abramowicza odzyskała mistrzostwo kraju (czekała na nie pół wieku), a po dziewięciu latach zdobyła Puchar Europy. Manchester City odzyskał mistrzostwo kraju (czekał na nie blisko pół wieku) po czterech latach od przybycia szejka Mansoura, członka rodziny panującej w Abu Dhabi i premiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Jego Wysokość - to nie licentia poetica, tak go tytułują w ojczyźnie - kupił swojemu klubowi szlachectwo za gigantyczne pieniądze. Według raportu Prime Time Sport Transfer Review zainwestował w nowych piłkarzy 442 miliony euro, więcej niż ktokolwiek inny w Europie w minionych czterech sezonach. I zebrał w szatni całą chmarę wybitnie utalentowanych ludzi, którzy mają powody wierzyć, że są w stanie wskoczyć do czołówek plebiscytów na najlepszych graczy świata. Defensywą dowodzi Vincent Kompany, być może już teraz wśród stoperów zapora twardsza niż wszystkie inne. W środku pola góruje nad wszystkimi monumentalny Yaya Toure - w Barcelonie rzetelny i skupiony na najprostszych zadaniach, po transferze przeobraził się w mobilną machinę oblężniczą, niezawodną w każdej potrzebnej na boisku roli. Wreszcie w napadzie panują Serio Aguero, chyba najzdolniejszy po Leo Messim w tłumie argentyńskich atakujących, oraz David Silva - bajeczny technicznie, lecz w międzynarodowej skali przyćmiony przez mikrusów z Barcelony.

Aguero wyleczył kontuzję i w Madrycie prawdopodobnie wróci do podstawowego składu, prawie nikt już nie pamięta o wybrykach jego notorycznie niesubordynowanego rodaka Carlosa Teveza, nie podpalił ostatnio łazienki ani w ogóle nie wyciął żadnego grubszego numeru nawet sam król zadymiarzy Mario Balotelli. W Manchesterze City, do niedawna permanentnie rozżarzonego aferami i aferkami, zapanował niespotykany spokój. Nie zburzyła go nawet sobotnia strata punktów w Stoke - to przeciwnik w lidze angielskiej specyficzny, wystawiający dryblasów nieprzyjemnych dla każdego, a ponieważ gola strzelił dzięki zagraniu ręką Petera Croucha, trener Roberto Mancini komentował złośliwie, że jego piłkarze przegrali z rywalami nadającymi się raczej do NBA.

W City bezwietrznie, na Santiago Bernabeu szaleje tornado. Real to również firma polegająca na kosztownym, masowym imporcie wielkich osobowości - we wspomnianym rankingu najrozrzutniejszych inwestorów w ostatnich czterech sezonach jest wiceliderem, na transfery wydała 428 milionów euro, czyli ledwie 14 mln mniej niż szejk Mansour (obie kwoty nie obejmują kontraktów, z nimi wydatki obu korporacji idą w miliardy). A ponieważ kolekcjonuje gwiazdorów z ego większym niż stadion, to drużynie rzadko udaje się pracować w błogiej ciszy.

Teraz burzę z piorunami najpierw wywołał Cristiano Ronaldo, który po golach strzelanych Granadzie ostentacyjnie nie okazywał radości, a po meczu wybąkał do mikrofonów, że jest smutny. I już nie cała Hiszpania, lecz cały świat, jął debatować, czy skrzydłowy chce wyższej pensji, czy czuje się nielubiany w szatni, czy może nie dostaje od klubu PR-owego wsparcia, na jakie w Barcelonie może liczyć Messi.

W sobotę ów osobliwy melodramat na dalszy plan zepchnęła porażka w Sewilli, po której Real utknął w środku tabeli ligi hiszpańskiej, osiem punktów za katalońskim liderem. - Nie mam drużyny - oświadczył Jose Mourinho. I niby wziął winę na siebie, ale zarazem zasugerował, że nie wszyscy jego podwładni futbol traktują futbol poważnie, z pełnym poświęceniem. Znów ożyła lansowana przez „Markę” - naczelny madrycki brukowiec sportowy - teza o podziale w madryckiej szatni, w której klan portugalski (tworzony nie tylko przez trenera i kilku piłkarzy, lecz również reprezentującego ich interesy agenta Jorge Mendesa) z klanem hiszpańskim (pod dowództwem Ikera Casillasa) łączy przyjaźń w najlepszym razie bardzo szorstka.

Prawdy przynajmniej na razie nie poznamy, ale Real ma dziś idealną okazję, by krajowy falstart w sporej mierze unieważnić. Kibice i szefowie klubu obsesyjnie pożądają przede wszystkim dziesiątego Pucharu Europy, a losowanie sprawiło, że jesienne mecze wcale nie muszą być formalnością. Madryt wpadł do grupy prawdziwych mistrzów - z najlepszymi drużynami lig ze szczytu rankingu UEFA (hiszpańska, angielska, niemiecka) oraz marzącym o odzyskaniu świetności Ajaksem Amsterdam.

Holendrzy to również autentyczna, od dekad budująca wspaniałą reputację arystokracja futbolu, Ligę Mistrzów zdołała 15 lat temu wygrać także Borussia Dortmund. Z historycznej perspektywy zgrzyt wywołuje obecność w tym gronie Manchesteru City, który do najcenniejszego klubowego trofeum się nawet nie zbliżył, a w zeszłym sezonie pomimo gigantycznych inwestycji nie przetrwał fazy grupowej. Dlatego mistrzowie Anglii, jak Real, stoją przed idealną okazją, by w międzynarodowej hierarchii wreszcie wspiąć się również sportowo. Szejk swoje zrobił, na prawdziwą chwałę pracuje się na boisku.

Champions League or Football Money League?

poniedziałek, 14 maja 2012

Manchester City

Ostatnie sceny sezonu rozdygotały najbardziej lodowatych fanów, choć nie mnie, z przyczyn obiektywnych oglądałem je z odtworzenia. Manchester City zadał decydujące pchnięcia dopiero, gdy czasu nie miał już właściwie wcale, zaledwie 40 sekund dzieliło Manchester United od utrzymania panowania w Premier League, obaj pretendenci uzbierali w lidze angielskiej tyle samo punktów. Kiedy jednak przypominam sobie, co działo się na boiskach, to sądzę, że nowy mistrz wyglądał wyraźnie okazalej niż mistrz ustępujący. Wygrał oba bezpośrednie starcia, raz sąsiadów wręcz znokautował, był stabilniejszy i uniknął zawstydzających wpadek - u siebie pozostał niepokonany, na wyjazdach ponosił porażki jednobramkowo minimalne, i to zazwyczaj dopiero po golu traconym w samej końcówce - Arsenalowi ustąpił w 87. minucie, Swansea w 83., Sunderlandowi w 93., Chelsea w 82.

Niewiele brakowało, by United obronili tytuł, ale nie tak wiele brakowało też, by City zdetronizowali ich jeszcze wcześniej. Podejrzewam, że bić się do końca musieli przede wszystkim z powodu wewnętrznych problemów - dezercji Carlosa Teveza oraz notorycznej niesubordynacji Mario Balotellego.

Jeśli zgodzić się z trenerem Wernerem Liczką, że o sile drużyny stanowi jej kręgosłup, to mistrz Anglii może niebawem wyrosnąć na kolosa rzucającego wyzwanie Barcelonie i Realowi Madryt, moim zdaniem nadal najmocniejszym na kontynencie. Joe Hart to wśród angielskich bramkarzy niemal takie dziwo, jak dortmundzka święta trójca wśród polskich piłkarzy. O Vincencie Kompanym pisałem już, że widzę w nim największą znakomitość wśród graczy, którzy nie zdołali awansować na Euro 2012. Yaya Toure, bezapelacyjnie mój ulubiony wielkolud w futbolu, każdym meczem brutalniej zawstydza wszystkich, którzy kiedykolwiek ośmielali się posądzać go o zalety wyłącznie defensywne. Sergio Agüero rozwinął się na wyjątkowo dorodnego przedstawiciela gatunku specyficznie argentyńskiego - niskich, mocno trzymających pion, pracowitych rozrabiaków - którego od Teveza różni bardzo istotny drobiazg, czyli porządek we własnej głowie. Ten core jest naprawdę hard.

Oni wraz z Davidem Silvą, przez wiele miesięcy najbardziej błyskotliwym graczem Premier League, tworzą rdzeń grupy, która w niedzielę ogłosiła, że obalanie zastanej hierarchii dopiero rozpoczyna.

Arabscy właściciele zainwestowali w Manchester City miliard funtów, spychając na drugi plan Romana Abramowicza. Zastąpili go w roli tyleż egzotycznych, co biznesowo agresywnych bogaczy, którzy bezceremonialnie wtarabaniają się na cudze włości i usiłują zaprowadzić tam swoje rządy, nie pytając tubylców o zdanie.

I na razie rozwijają firmę szybciej niż Rosjanin.

Owszem, Chelsea odzyskała prymat w Anglii już dwa lata po przybyciu Abramowicza. Ale on przejmował uczestnika Ligi Mistrzów.

Inwestorzy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich przejęli klub będący dla sąsiadów z Manchesteru pośmiewiskiem, który ledwie kilka wcześniej wygramolił się z niższej ligi, by w najwyższej przeważnie bronić się przed spadkiem.

Przejęli i jęli obserwować błyskawiczne postępy. Pierwszy sezon przyniósł tylko dziesiąte miejsce w Premier League. Drugi sezon - piąte miejsce oraz półfinał Pucharu Ligi Angielskiej, niewidziany w City od 1981 roku. Trzeci sezon - skok na podium oraz triumf w Pucharze Anglii, czyli pierwsze trofeum od 1976 roku. I wreszcie czwarty sezon - mistrzostwo kraju, pierwsze od 1968 roku.

Teraz ruszą w kolejną podróż po Lidze Mistrzów. W europejskich rozgrywkach też znaczyli niewiele, do finału jedyny raz zajrzeli w 1970 roku, kiedy Puchar Zdobywców Pucharów wzięli po zwycięstwie nad Górnikiem Zabrze.

Fani i piłkarze City są w siódmym niebie, dla konkurentów niemal z dnia na dzień stali się piekielnie antypatyczni - wszyscy zazdroszczą im fortuny, która spłynęła na nich rzecz jasna niezasłużenie. Ohyda.

Paradoks polega na tym, że w dzisiejszym, zdominowanym przez korporacje futbolu chyba tylko szejkowie lub osobnicy szejkopodobni są w stanie naruszyć ustaloną hierarchię, którą UEFA próbuje jeszcze utrwalić przez wprowadzenie finansowego fair play. Mozolna praca u podstaw może przynieść sukces w krótszej perspektywie, w dłuższej sprowokuje raczej do splądrowania szatni przez zamożniejszych rywali.

Szatni opłacanych przez arabskich bonzów nikt nie tknie. A oni idą ławą. Już wiemy, że w następnej Lidze Mistrzów spróbują polansować się nie tylko właściciele Manchesteru City, ale również właściciele Paris Saint Germain i Malagi.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Manchester City - Manchester United

Pobloguję długodystansowo, a jakże, nie mam alternatywy. Nie mam alternatywy, odkąd zorientowałem się, że kiedy od futbolowego hiciora dzielą mnie jeszcze całe godziny i siłą woli bezskutecznie staram się przyspieszyć pracę zegarów, najlepszą metodą na przetrwanie jest kompulsywne stukanie w klawiaturę. Od razu przyznam się niepatriotycznie, że klasyk angielski kręci mnie dziś bardziej niż polski, również dlatego, że wyspiarze tłuką się o wielką stawkę, a pod Wawelem tylko piłkarze Cracovia mają jeszcze powód, by się pocić.

17.27. Do niedawna derby Manchesteru łączył z derbami Krakowa charakter relacji między klubami. W obu zachłannie pożerający trofea potentaci (United, Wisła) mierzyli się z ligowymi przeciętniakami, którzy w swoich krajach panowali albo w futbolowej starożytności (City), albo w epoce lodowcowej (Cracovia). Ostatnio jednak oba miasta pomknęły w przeciwnych kierunkach. Angielskie się wzbogaciło - City doścignęło United finansowo i sportowo, więc derby przeobraziły się w mecz o tytuł. Polskie zubożało - właściciel Wisły oszczędza, a jego piłkarzy obniżyli poziom, choć jeszcze nie na położyli się przy Cracovii.

17.42. Także cała liga angielska oddala się od polskiej, i to bynajmniej nie piję do poziomu gry, lecz obfitości podstawowych w futbolu atrakcji. Oto w Premier League - do niedawna pełnej taktycznych klinczy, bo dyktatowi José Mourinho i Rafy Beniteza podporządkował się nawet Alex Ferguson - albo podupadła sztuka defensywy, albo trenerom zmieniły się priorytety. Szlagiery przypominają tam naloty dywanowe, i to na ofiary niemal bezbronne - w jesiennych derbach Manchesteru City nokautuje United 6:1, United aplikuje osiem goli naszemu Wojtkowi Szczęsnemu, Arsenal z Chelsea zabawiają się na wynik 5:3, derby północnego Londynu piłkarze ozdabiają siedmioma bramkami, w poprzedni weekend na Old Trafford gospodarze zabawiają się z Evertonem etc.

W ogóle nastał na murawach czas tak upstrzony fajerwerkami, że pozwoliłem sobie nazwać go szumnie wystrzałową erą futbolu. Niestety, nie w Polsce. Niewiele jest lig na kontynencie - o ile jeszcze jakieś się ostały, nie mam czasu teraz sprawdzać - w których piłka wpada do siatki rzadziej. U nas zwłaszcza w tzw. hitach nie zdarzają się wariackie wymiany ciosów, a przyszły mistrz, kto by nim nie został, będzie prawdopodobnie najrzadziej strzelającym od wyłonionego w sezonie 1984/85, w którym Górnik Zabrze w 30 kolejkach wydusił 38 bramek.

17.59. Stadion Wisły to w ogóle jeden z najsmutniejszych, tamtejszym fanom można tylko współczuć. Zanim ich piłkarze pobili przed dwoma tygodniami ŁKS, grali u siebie na 0:0 z Legią, 0:0 z Lechem, 0:1 z Koroną, 0:1 z Polonią, 1:0 z Widzewem, 0:1 z Górnikiem, 0:1 z Cracovią (to wyjazd, ale niezbyt odległy), 0:1 z Podbeskidziem. Między połową października a połową kwietnia widzieli jednego marnego gola dla swoich. I niewiele więcej dla rywali... Martwa cisza. Za Cupiała jeszcze niesłyszana.

18.18. Gdybym miał złożyć manchesterski dream team, to powołałbym jedenastkę: Hart - Valencia, Kompany, Vidić, Evra - Yaya Toure, Scholes - Nani, Rooney, David Silva - Aguero. Wiem, że do zatracenia ofensywna, ale nie umiałem się powstrzymać przed zmieszczeniem w niej ekwadorskiego pędziwiatra, choćby za cenę wycofania go pod własną bramkę. A wasze propozycje? Blogowe forum jest długie, szerokie i głębokie;-) Krakowskiego odpowiednika nie stworzę, bo na Cracovię spoglądałem tylko incydentalnie. Nie znam się.

18.37. Nie umiałem przemóc się, żeby  w ogóle rozważać umieszczanie w mojej wirtualnej superjedenastce Carlosa Teveza. Sportowo zasługuje, jego styl gry bardzo lubię, ale cała reszta - sami wiecie, jaka - mnie mierzi. Precz z graczami, dla których stanem naturalnym jest niesubordynacja i którzy sądzą, że są więksi niż klub, poradzimy sobie sami. Tak czy owak jeden poważny ośrodek badawczy ocenia, iż Argentyńczyk był w kwietniu najlepszym po Leo Messim piłkarzem czołowych lig europejskich. W Krakowie już grają, więc ze stadionu płyną dźwięki przypominające kanonadę z broni palnej. Ot, urok naszych trybun, zdominowanych przez mniejszość niezbyt zainteresowaną futbolem, za to sławiącą samą siebie ze skupieniem i zapałem, za przeproszeniem, nałogowego onanisty.

18.59. Wisła prowadzi 1:0. Pierwszy gol w sezonie Maora Meliksona, czyli jedynego obcokrajowca z polskimi korzeniami, którego naprawdę chciałem widzieć przeszczepionego - z różnych powodów - do naszej reprezentacji. To był pierwszy celny strzał w derbach Krakowa, bo pierwsza połowa generalnie wygląda jak materiał dowodowy dla oskarżenia polskiej ligi o absolutną niezdolność do utkania ataku pozycyjnego. To jej największa zmora. Ale przynajmniej pasję do grania na Reymonta mają.

19.17. Przerwa. Za 45 minut gry Cracovia spadnie, zastąpi ją pewnie Nieciecza. Sądziłem, że rozwijająca się ekstraklasa przestanie wpuszczać drużynki z wygwizdowa, tymczasem wpuści wygwizdowo bezprecedensowo wyludnione. Ktoś wie, czy kiedykolwiek wcześniej do najwyższej ligi dostał się klub w sensie dosłownym wiejski?

Co do Wisły, to upieram się przy niemożliwej do udowodnienia tezie, że gdyby Cupiał nie pogonił Maaskanta, to wciąż walczyłby o mistrza. A z dyrektorem sportowym Bednarzem, który stęka w telewizorach, jak jest ciężko, i sam sobie osłabia przyszłą pozycję negocjacyjną opowieściami o masowym skupowaniu Polaków, przyjemnej przyszłości krakowian wyobrazić sobie nie umiem.

19.34. Wdepnąłem w przerwie w tekst, który jest dowodem, że mamy wystrzałową erę futbolu - Premier League idzie na rekord. A tutaj przeczytacie gazetową zapowiedź o manchesterskich „Derbach dla masochistów”. (W Krakowie znów przerwa w grze. Trzeba kibolskim onanistom oddać, że mają bardzo udaną wiosnę, co ważniejszy mecz, to się wpychają na pierwszy plan, orgazm za orgazmem).

19.50. Za Gervasio Nuneza, którego nie znoszę, wchodzi Radosław Sobolewski, najbardziej szanowany przeze mnie wiślak. W grudniu skończył 35 lat, ale należy do piłkarzy, z którymi klub powinien przedłużać kontrakt dopóty, dopóki oni sami nie ogłoszą, że mają dość. Wiecie, gatunek reprezentowany też przez Frankowskiego, del Piero, Tottiego, Zanettiego, Giggsa etc.

20.05. Skład Manchesteru City: Hart, Zabaleta, Clichy, Kompany, Lescott, Barry, Yaya, Silva, Nasri, Tevez, Aguero.

Na tyłach głównie twarde chłopy z Północy, a z przodu błyskotliwość z Południa. Dla mnie gospodarze są faworytami - jak Wisłę przy oszczędzeniu Maaskanta widziałbym dziś w czubie polskiej tabeli, tak City bez zamętu wywołanego przez Teveza widziałbym dziś nad United w tabeli angielskiej. Będzie się działo!

20.13. Skład Manchesteru United: De Gea, Jones, Smalling, Ferdinand, Evra, Carrick, Scholes, Nani, Giggs, Park, Rooney.

Cholernie Ważny Mecz, czyli mój ulubiony koreański pracuś musi wziąć sprawy w swoje nogi. Będzie się działo!

20.19. Trener Roberto Mancini znów konsekwentny po swojemu. Balotelli miał zostać ostatecznie karnie odsunięty od murawy, a siedzi w rezerwie. Najnowsze wieści z jego niezwykle ciekawego życiorysu, transmitowanego na żywo przez tabloidy: Mario lubi się umalować na buzi, założyć na łepek perukę i odziać w damskie ciuszki. Całe szczęście, że przepisy precyzyjnie opisują strój boiskowy.

20.25. Zgodnie z przewidywaniami pojedynczy kop Meliksona wystarczył, że rozstrzygnąć i zesłać rywala o klasę niżej. Żegnam i przypominam, że Wisła tylko jednego gola w tym sezonie zawdzięcza Polakowi (w listopadzie Rafał Boguski ugodził z karnego Śląsk), Cracovia - ledwie cztery. To pod tym względem najmniej biało-czerwone kluby ekstraklasy.

A fajerwerki za pół godziny. Twitterowe statystyki Henry’ego Wintera: Grand occasion? Three more goals would make it 1000 this PL season. 25 games to go. Record is 1063. Current run-rate would take it to 1067.

20.42. Włoscy trenerzy panoszą się wszędzie, i to wszędzie na szczytach. W Serie A o tytuł walczą Antonio Conte i Massimiliano Allegri, w lidze rosyjskiej mistrzostwo właśnie obronił Luciano Spalletti, we francuskiej wiceliderem jest Carlo Ancelotti, na Champions League zasadza się Roberto di Matteo, w angielskiej sąsiadów zamierza zdetronizować Roberto Mancini. Ale ten ostatni powtarza, że jeden triumf go nie usatysfakcjonuje, że chce zostawić po sobie dziedzictwo, dzięki któremu będzie pamiętany przez kibiców City przez całą wieczność. Będzie się działo!

20.57. Zaczynamy. Jak to rozsądnie ujął Nick Hornby, w jednym z najdonioślejszych zdań w dziejach literatury: „Nic poza piłką nożną nie ma znaczenia”.

21.43. Krycie bywa chwilami tak zajadłe, że oni nie powinni być w stanie wymienić trzech podań z rzędu. Manchester United przyczajony, znów podziwiamy zdolność przeciwstawienia się rozgorączkowanym w ruchach rywalom Ryana Giggsa (w listopadzie skończy 39 lat) i Paula Scholesa (w listopadzie skończy 38 lat), jedynej takiej pary w wielkim futbolu. City dłubie i dłubie, ale idei na przedziurawienie defensywnej ściany gości nie ma - ewidentnie chce wyrzeźbić gola barcelońskiego, strzały spoza pola karnego nie wchodzą w grę, wtarabaniamy się do bramki razem z piłką.

Pamiętajmy, że remis to cholernie korzystny wynik dla United.

21.45. Ale do przerwy 1:0 dla City. Bramka po rzucie rożnym, ale właściwie też katalońska - tyle że w roli Carlesa Puyola wystąpił Vincent Kompany. Czy to nie jest najlepszy europejski gracz, który nie przyleci na nasze mistrzostwa?

22.00. W Fergusona niby nie wolno wątpić nigdy, ale... Jeśli United mają odrobić straty, to chyba tylko serduchem.

22.52. City wygrywa 1:0. Lapidarnie to ujmując: piłkarze United usiłowali uwiesić się na Yaya Toure, a on chyba nawet nie zauważył, że ich strzepnął. Nie musiał się ruszać, po prostu wciągnął trochę więcej powietrza do płuc.

22.55. Ani prądu, ani prędkości w drugiej linii MU. Żywszy był Alex Ferguson, kiedy wyrwał w kierunku Manciniego. Jego ludzie nie oddali w ligowym meczu celnego strzału po raz pierwszy od maja 2009 roku.

23.04. Przed City jeszcze Newcastle (wyjazd) i QPR (dom) - pierwsi walczą o Ligę Mistrzów, drudzy o utrzymanie. Przed United Swansea (dom) i Sunderland (wyjazd) - nie walczą o nic.

23.23. Wykrakałem w styczniu, że Manchester United może nie zdobyć żadnego trofeum w tym sezonie i musieć przełknąć najbardziej przykry sezon od połowy lat 90. Jeśli Giggs ze Scholesem okażą się śmiertelni, to mogą nastać dla nich ciężkie czasy. Para Vidić - Ferdinand też już nie ożyje. Biednie.

A Manchester City to taki buldożer z gracją, który jeszcze spotężnieje.

00.04. Pomyślcie o następnej Lidze Mistrzów: „nasza” Borussia Dortmund i latynoski Manchester City, które już nie powtarzają błędów debiutanta; Paris Saint Germain jako kolejna firma na bliskowschodnim dopingu; wraz z nią być może Malaga; złamane w tym sezonie supermocarstwa barcelońskie i madryckie; powrót Juventusu; Arsenal być może już bez dużych personalnych strat poniesionych lat; dyszący żądzą odwetu Manchester United. A jeszcze Bayerny, Milany, być może Intery i inne takie... Będzie się działo!

00.47. Anglicy donoszą, że Kompany wciąż sterczy pod stadionem i rozdaje autografy. Teraz, dwie godziny po meczu.

czwartek, 29 grudnia 2011

Paris Saint Germain, Manchester City, Malaga, Carlo Ancelotti, Alexandre Pato

Wywodzą się przede wszystkim z katarskiej rodziny królewskiej (60 mld dol. prywatnego majątku) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (9 proc. światowych rezerw naftowych, majątek niemal bez dna), ale także Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Przejęli Manchester City, który mknie po tytuł w angielskiej Premier League. Przejęli Paris Saint Germain, które celuje w mistrzostwo Francji. Przejęli Malagę i Getafe, pragnące rzucić wyzwanie wiadomym kolosom hiszpańskim. Z liniami lotniczymi Emirates weszli na barwy Milanu, który broni mistrzostwa Włoch. Uratowali od bankructwa TSV Monachium. W Portugalii spekuluje się, że wykupią ledwie dyszącą finansowo Vitorię Guimaraes. Z logo Qatar Foundation wtargnęli na nieubrudzone dotąd komercyjną prostytucją barwy Barcelony, która mierzy w mistrzostwo wszystkiego - ją też połknęliby zapewne w całości, gdyby nie oryginalna struktura własnościowa, czyniąca posiadaczami klubu kibiców.

Linie lotnicze Emirates wepchnęli też do nazwy stadionu Arsenalu i powiązali je komercyjnie z Realem Madryt oraz FIFA. Zwyciężyli w konkursie na organizację mundialu w 2022 roku, katarską kandydaturę promowali Franz Beckenbauer, Josep Guardiola, Michel Platini oraz Zinedine Zidane. Ich Al Dżazira od przyszłego roku będzie pokazywała Francuzom Ligę Mistrzów, a prawdopodobnie także Euro 2012. Ich Al Saad wygrał Ligę Mistrzów azjatycką - po trupach, dzięki niesłychanemu splotowi okoliczności, jako pierwszy katarski klub od 1989 roku. W Afryce rozwijają akcję Football Dream - przetestowali już ponad milion chłopców, najlepszych szkolą, a w przyszłości być może obdarują kontraktami w należących do nich czołowych europejskich klubach lub paszportem Kataru, bowiem jako gospodarze MŚ chcieliby wystawić w miarę przyzwoitą reprezentację. Obecna, choć również zasilaną obcą siłą roboczą, nie umie pokonać Omanu, Wietnamu ani Uzbekistanu. A na mundial przylecą drużyny cokolwiek silniejsze.

Słowem, coraz trudniej znaleźć skrawek murawy, na który nie wleźli.

Teraz próbują futbolowo rozhuśtać stolicę Francji. Z powodzeniem. W Paris Saint Germain wznoszą mały Milan.

Nowy trener Carlo Ancelotti, który z aktualnymi mistrzami Włoch dwukrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów i uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych fachowców, będzie zarabiał tam 7 mln euro rocznie, co uczyni go trzecim najwyżej opłacanych w zawodzie - po rządzącym w reprezentacji Anglii Fabio Capello i rządzącym w Realu Madryt Jose Mourinho. Przedstawiony zostanie jutro o godz. 15.

Zatrudnia go dyrektor sportowy Leonardo, który w Milanie pełnił identyczną funkcję. Niebawem zaproponuje kontrakt Davidowi Beckhamowi - dobiegającemu do 37. urodzin, lecz gwarantującemu turbodoładowanie dla ofensywy marketingowej klubu pragnącego stać się marką globalną. Najsłynniejszy futbolowy celebryta ma dostawać blisko 10 mln rocznie, dzięki czemu stanie się bezdyskusyjnie najhojniej wynagradzanym oldbojem w całej historii piłki nożnej.

Leonardo, renomowanemu znawcy rynku brazylijskiego, marzy się jeszcze ściągnięcie do Paryża rodaków, których również wyłowił niegdyś dla Milanu. Cel ambitniejszy stanowi 22-letni Alexandre Pato. Fantastycznie utalentowanemu napastnikowi wróżono karierę na miarę Złotej Piłki, a on prognozy uwiarygadniał 51 golami w 110 meczach ligi włoskiej. Niestety, jest wiecznie chory. Był już nawet wysyłany do lekarzy w USA, żeby zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nigdy nie stanął. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - próbuje tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu.

Jeśli mediolańczycy mieliby go oddać, to właśnie ze względu na kruchość członków. I za gigantyczną kwotę - 50 mln euro lub więcej - która oczywiście zasobów właścicieli PSG znacząco nie uszczupli.

Jego starszy kolega Kaka kosztowałby wyraźnie mniej, ponieważ w Realu nigdy nie ożył i transfer byłby dla madryckiego klubu zrzuceniem balastu. Obaj Brazylijczycy mieliby stworzyć śmiercionośne ofensywne trio wraz z Argentyńczykiem Javierem Pastore (kupionym za, bagatela, 43 mln euro), a za nimi biegaliby inni piłkarze pozaeuropejscy - Sissoko z Mali, kolejni Brazylijczycy Nene i Ceara, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Tiene, a także Urugwajczyk Lugano. Multietniczny kocioł, odzwierciedlający wielobarwność społeczeństwa katarskiego, w którym mniejszość autochtonów obsługuje miażdżąca większość potulnych imigrantów.

Kaprys egzotycznych, zdemoralizowanych łatwą mamoną ekscentryków, którzy znudzili się budowaniem drapaczy chmur dotykających sąsiednich galaktyk i sztucznych wysp w kształcie palmy? Uznany znawca spraw bliskowschodnich James Dorsey nazywa inwazję szejków „futbolową dyplomacją”. Zwłaszcza bonzów z Kataru. - Rodzina Al Thanich to chyba jedyni arabscy liderzy z naprawdę strategiczną wizją na przyszłość - twierdzi. - Wiedzą, że muszą umocować się zagranicą, żeby zagwarantować bezpieczeństwo tak małemu państewku. Używają trzech wehikułów: telewizji Al Jazeera, linii lotniczych Qatar Airways i piłki nożnej - tłumaczy Dorsey plany katarczyków, którzy ponoć dywersyfikują źródła dochodów, żeby utrzymać najdynamiczniejszy w świecie wzrost gospodarczy.

Ale najazd na futbol nie tylko europejski ma już kolor panarabski. Założony w Dubaju Royal Football Fund lokuje kapitał m.in. w piłkarzy, argumentując, że pula gwiazd formatu Falcao, Deco, Pepe, Lisandro Lopesa, Lucho Gonzaleza i Raula Meirelesa dała stopę zwrotu zbliżającą się do 70 proc. na głowę. W przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w rozwój młodych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców dorastających w krajach słynących ze skutecznego szkolenia, jak Portugalia czy Holandia.

Biznes się rozkręca, pół miliona dolarów wpisowego wpłacili już m.in. właściciele Manchesteru City i Malagi. Pochodzą z różnych krajów, ale są dalekimi kuzynami. To naprawdę jest rodzinny interes.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi