Wpisy z tagiem: technologia w sporcie

środa, 04 lipca 2012

Oscar Pistorius i technoludzie

Niepełnosprawny biegacz z RPA jednak wystartuje na igrzyskach w Londynie. Jego przypadek jest fascynujący i tak nieoczywisty, że właściwie wywołuje wyłącznie wątpliwości. Zwierzałem się ze swoich w poniższym felietonie (21 sierpnia 2008), który przytaczam, bo nie tyle nadal zachowuje aktualność, co na aktualności zyskuje. Kto wie, czy Oscar Pistorius nie będzie największą gwiazdą igrzysk, rzecz jasna nie z powodu wyniku.

Czy człowiek byłby zdolny oberżnąć sobie nogi, by szybciej biegać lub dalej skakać? Czy chcielibyśmy sportu, w którym atleta musiałby się okaleczyć, by walczyć o medale? Pytań mocnych i wykraczających poza reguły politycznej poprawności nie unikniemy, jeśli chcemy rozmawiać o casusie Oscara Pistoriusa, który urodził się - 21 lat temu w Pretorii - bez kości strzałkowych nóg i stóp. Jeszcze jako niemowlak przeszedł amputację nóg do wysokości kolan. Miał spędzić życie na wózku inwalidzkim.

Dzięki protezom z włókna węglowego uprawiał kilka dyscyplin sportu, m.in. bardzo popularne w jego ojczyźnie rugby. Odkąd zaczął biegać, pobił rekordy świata niepełnosprawnych na trzech dystansach, uzyskując wyniki zbliżone do osiąganych przez zdrowych sprinterów (10,91 s na 100 m; 21,58 s na 200 m; 46,34 s na 400 m). Aż zamarzył o występie na igrzyskach w Pekinie. Nie paraolimpijskich, lecz olimpijskich. Chciał stać się „normalnym”, pełnosprawnym sportowcem. I rywalizować z najlepszymi na świecie.

Naukowcy z Niemieckiego Uniwersytetu Sportowego przeprowadzili na zlecenie Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki (IAAF) testy, by sprawdzić, czy protezy nie dają Pistoriusowi - jakkolwiek karkołomnie i szokująco to brzmi - przewagi nad atletami biegającymi na własnych nogach. Okazało się, że dają: jego organizm zużywa o 25 proc. mniej energii niż biegnący w tym samym tempie zdrowy człowiek, proteza krócej opiera się na ziemi niż stopa, stawia mniejszy opór powietrzu etc. (Są też straty: Pistorius chciał ze zdrowymi rywalizować tylko na 400 m, bo problemy ma przy starcie - dłużej się rozpędza).

Członkowie Komitetu Wykonawczego IAAF jednogłośnie zdecydowali, że sprinterowi w ogóle nie wolno ścigać się z pełnosprawnymi. Wyrok - to chyba najwłaściwsze słowo - wywołał kontrowersje na całym świecie, wiedzionym naturalnym odruchem współczucia i podziwu dla niepełnosprawnego, który przezwyciężył samego siebie. Lekkoatletycznym władzom zarzucono tępą nieczułość biurokratów, przeciw „dyskryminacji” Pistoriusa wystąpił sam mistrz świata w sprincie Tyson Gay, który w „ściganiu z niepełnosprawnym rywalem widziałby niezwykle motywujące doświadczenie”. Zbudowany okazywanym mu zewsząd wsparciem biegacz z RPA zapowiada apelacje we wszystkich kolejnych instancjach aż po lozański Sportowy Trybunał Arbitrażowy, który jest najwyższą władzą sądowniczą w sporcie.

Czy jednak IAAF miał alternatywę? Czy inny werdykt nie naruszyłby elementarnej zasady równości szans, której upadek zauważylibyśmy być może dopiero za pewien czas, gdyby podobne protezy założył jeszcze bardziej utalentowany sprinter niż Pistorius? Czy Gay byłby tak samo wielkoduszny, gdyby szczytowe osiągi niepełnosprawnego dzieliła od jego rekordu zaledwie jedna setna sekundy? (Na dziś Pistorius miałby realne szanse wystąpić tylko w sztafecie 4 x 400 m, jego najlepsze czasy nie dałyby mu olimpijskiej kwalifikacji. Rekordy życiowe śrubuje jednak w tempie nieosiągalnym dla zdrowych sprinterów). Czy wpuścilibyśmy na ring jednorękiego boksera, który sprawiłby sobie drugą dłoń ze stali?

O sprawie pisać trudno, każde słowo zdaje się ryzykanckie lub wręcz brutalne - jak zawsze, gdy z zimną logiką usiłuje się szukać odpowiedzi na pytania dotykające spraw ostatecznych i związanych z ludzką tragedią. Oświadczyć facetowi bez nóg, że ma lepiej niż jego zdrowy rywal?! Mocne. Mocne nawet w przypadku Pistoriusa, który w zeszłym roku powiedział: „Nie czuję się niepełnosprawny. Nie ma niczego, co potrafiliby zrobić normalni biegacze, a ja nie”. Jest on przecież nade wszystko ponadprzeciętnym lekkoatletą, który - jak każdy sportowiec - sukces okupił potwornym treningowym znojem i wyrzeczeniami, zawdzięczając go wyjątkowej samodyscyplinie, determinacji i sile woli. Teraz przegrał, bo pragnął nieosiągalnego - dołączenia do zdrowej reszty ludzkości. I skazał działaczy na dylemat beznadziejny, nierozwiązywalny, tragiczny. Wynikający z konfliktu wartości niepodważalnych, które tym razem sobie przeczą.

Kto wie, czy w zgodzie z pierwotnym olimpijskim duchem nie pozostawałoby dopuszczenie go do startu. Wyobraźcie sobie skutki: nieuchronnie stałby się najintensywniej lśniącą megagwiazdą igrzysk, spoglądałaby na niego cała planeta. I nawet jeśli media potraktowałyby go specjalnie głównie z tego względu, że stanowiłby osobliwość, to mogłyby zainspirować miliony niepełnosprawnych.

Musielibyśmy jednak liczyć się z konsekwencjami, a i bez tego precedensu nie wolno nam wykluczyć, że sportowcy już jutro nie zaczną poprawiać anatomii gadżetami high-tech - oczywiście ukrytymi, więc na bieżnię będą musieli wchodzić przez bramkę wykrywającą metal. A może schodzić? W końcu kontrolę dopingową przeprowadza się po zawodach... Nick Bostrom z oksfordzkiego Instytutu Przyszłości Ludzkości „z łatwością wyobraża sobie, iż za 10-20 lat szans na sukcesy może nie mieć żaden sportowiec bez syntetycznych kończyn”. A ja, słuchając jego proroctw, równie łatwo wyobrażam sobie protezy następnej generacji pozwalające na bieżni wykonywać kangurze skoki, tyle że sześć razy szybciej. I pęd po lekkoatletyczne rekordy przypominający wyścig jajogłowych konstruujących bolidy Formuły 1. Już dziś baseballiści przeszczepiają sobie do ramion mocniejsze ścięgna z innych części ciała, a golfiści - z Tigerem Woodsem na czele - poprawiają wzrok laserową operacją oka.

„Czuję ogromną odpowiedzialność. W imieniu wszystkich niepełnosprawnych atletów zrobię wszystko, by jedna organizacja nie zabroniła nam rywalizować przy użyciu narzędzi, bez których nie możemy nawet chodzić. Nie poddam się”. To znów słowa Pistoriusa, który zarazem linię obrony wspiera na tezie potwierdzonej przez spore ponoć grono naukowców, że badania były niewystarczająco kompletne, by rzeczywiście uzyskać pewność, iż protezy dają mu przewagę. Czyli argumentację IAAF jednak akceptuje.

Nowe badania, nawet z wynikami odwrotnymi do dotychczasowych, nie unieważnią jednak dylematu. Każdy następny wynalazek musielibyśmy znów wnikliwie badać, a tak naprawdę nie wiadomo nawet, jakie należałoby przyjąć kryteria. Czy gdyby Pistorius wyprzedził na finiszu rywala, który na ostatnich metrach naciągnął lub zerwał mięsień łydki, zwyciężyłby w uczciwej rywalizacji? Czy jeśli nie musi martwić się o swoje ścięgna Achillesa, to nie ma przewagi nad resztą stawki? Co z kwasem mlekowym, którego węglowe włókna nie wytwarzają? Co zrobić z zawodnikiem, któremu jeszcze doskonalsze protezy zastąpiłyby kiedyś całe kończyny? A co z zawodnikiem, który zrzuci buty, okładając stopę syntetykiem dającym lepsze odbicie?

Historia Pistoriusa porusza, bo na usta ciśnie się kolejne pytanie: czy powinien on startować z niepełnosprawnymi, którzy nie są tak wspaniale wyposażeni, bo np. - znów szokujący paradoks - mają jedną nogę własną? Czy nie grozi mu jeszcze bardziej ponury epilog - zakaz występu na paraolimpiadzie?

„Przepisy mówią, że stopa musi się stykać z blokiem startowym. Ale jak zdefiniować stopę?” - pytał w zeszłym roku szef lekkoatletycznej federacji RPA. Niedługo potem IAAF zabroniła używania „sprężyn, kół i innych urządzeń”. W tle tego bezprecedensowego zakazu mamy pytania o zacierającą się granicę między pełno- a niepełnosprawnością, o nieprzewidywalne skutki rozwoju biotechnologii, o nieuchronnie zbliżający się dzień, w którym narodzi się regularny technodoping, bowiem wszystkie naturalne ubytki zastąpią protezy doskonalsze od oryginału. I jedno pytanie prawie filozoficzne - czy wówczas sens będzie miał sport inny niż rekreacyjny. Niewykluczone przecież, że oparty na grze słów przydomek Pistoriusa „Blade Runner” (oryginalny tytuł filmu Ridleya Scotta „Łowca androidów”) okaże się bardziej proroczy, niż dziś ośmielamy się przypuszczać.

Potem jeszcze o Pistoriusie blogowałem - tutaj. I jeszcze pewnie pobloguję, bo chwile wydają się przełomowe - być może z każdym szczęśliwym krokiem sprintera zbliżamy się o kroczek do śmierci zawodowego sportu.

Archiwum
Tagi