Wpisy z tagiem: transfery

sobota, 15 kwietnia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Trener Zinedine Zidane wypuścił przed chwilą na mecz w Gijón głębokie rezerwy. Z jedenastki, która pobiła w środę Bayern Monachium, ostali się tylko środkowi obrońcy Sergio Ramos i Nacho. Real Madryt jednak triumfował, i to triumfował na boisku drużyny grającej bardzo dobrze, z determinacją broniącej się przed spadkiem. Triumfował w swoim stylu – przegrywał 0:1 i 1:2, wyrównywał, rozstrzygającego gola załadował w doliczonym czasie. Aż człowiek głupieje i zaczyna tropić spiski, podejrzewać, że oni to robią specjalnie. Od razu zabierają na murawę trotyl, ale odpalają go dopiero prawie po meczu.

Bohaterem popołudnia był Isco, grający wręcz bajecznie. Nie mieści się we łbie, że wirtuoz o tej skali talentu – wirtuoz w doskonałej formie – przesiaduje gdziekolwiek w rezerwie. Ale Isco przesiaduje. Madryckie luksusy.

Wiadomo, że Zidane zarządza przebogatą kadrą, obwołuje się ją nawet najszerszą w dziejach klubu. Tym razem szalał Isco, ale ja szczególnie źle znoszę uziemienie Jamesa Rodrígueza – skandalicznie marnotrawstwo, gdybym miał władzę, przeniósłbym go gdziekolwiek, żebym mógł oglądać go zadowolonego z życia, w szczytowej formie, magicznego.

Patrzyłem na Real z absolutnym przekonaniem, że ostatecznie wtłucze swojego gola. A patrząc, rachowałem, ile te „rezerwy” madrytczyków kosztowały.

Otóż za rezerwowego Isco lider ligi hiszpańskiej zapłacił – kwoty ściągam z serwisu Transfermarkt.de, bo najwygodniej – 30 mln euro. Za wspomnianego Jamesa – 75 mln. Za biegającego między nimi Mateo Kovacicia – 31 mln euro. Rachunek jest prosty, Real Madryt to taki klub, który stać na permanentne trzymanie w rezerwie trzyosobowej linii pomocy za 136 mln.

Za rezerwowego robi tam też Alvaro Morata, napastnik za 30 mln. Real stać też, by wywalić – odpowiednio – 31,5 oraz 30 mln za rezerwowych bocznych obrońców, Danilo oraz kompletnie zbędnego Fabio Coentrao.

Co ja gadam, że zbędnego. Przecież przydał się, żeby w przerwie starcia z Bayernem odfajkować meczyk ze Sportingiem.

Podliczyłem – dzisiejsze „rezerwy” Realu pochłonęły 265 mln euro. Nie mam pewności, czy najdroższe w dziejach futbolu, ale zapewne tak, żyjemy przecież w erze szalejącej inflacji. Pododawałem też pozostałe kwoty transferowe, która dały aktualną kadrę seniorów, i dotarłem do 625 mln.

Chichotaliśmy się niekiedy z wygibasów Florentino Pereza, który kupował kompulsywnie, jak bulimik. Mieliśmy zresztą dobre powody, bo zdarzało się wykonywać madryckiemu prezesowi ruchy chaotyczne i niespójne, nazbyt łatwo wylewał hektolitry szmalu za piłkarzy skazanych w szatni Realu na drugorzędność. Wygląda jednak na to, że zrodziła ta awanturnicza polityka personalna – zrodziła być może nieco przypadkiem – wielonogie monstrum, które potrafi skopać niemal każdego rywala dowolnie wybranym odnóżem. Zidane na pewno popełnia, jak każdy trener, błędy w selekcji, ale myli się co najwyżej troszeczkę, ponieważ inaczej się nie da. Głęboki rezerwowy jest rezerwowym ledwie teoretycznie, wskutek zawirowania, które przywiodło go do Madrytu, gdzie indziej nie byłby rezerwowym, lecz gwiazdą, ewentualnie megagwiazdą, ewentualnie jednoosobowym gwiazdozbiorem, ja zupełnie serio podejrzewam o tę umiejętność piłkarza Isco.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

środa, 01 lutego 2017

Polska jako znak jakości

Włosi zauważyli, że po belgijskich trawach grasuje niejaki Łukasz Teodorczyk.

Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” zachwyca się jego 25 golami w bieżącym sezonie, które sytuują Polaka w pobliżu – naturalnie biorąc pod uwagę nagie liczby, bez kontekstu – Leo Messiego (29) czy Cristiano Ronaldo (20). Dostrzega u naszego napastnika techniczną chropowatość, lecz chwali inteligentną grę bez piłki, pracowitość oraz zaangażowanie w grę całej drużyny. Popada też w typową dla tamtejszego poetyzowania o sporcie pocieszną przesadę, porównując Teodorczyka – ze względu na fizyczne podobieństwo – do Ivana Drago, czyli czarnego charakteru z czwartej części „Rocky’ego”, którego rolę odgrywa zwalisty Dolph Lundgren.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Oto Włosi przedstawiają Teodorczyka jako kolejnego znakomitego polskiego goleadora – po ichniemu to „bomber” – po Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Miliku. Co przypomina, że Europa coraz częściej widzi klasowego piłkarza znad Wisły nie tylko jako jednostkę, ale też jako część większej całości. „Skąd on jest? Polska? Aha, to tam, gdzie umieją grać. Bierzemy, małe ryzyko”. Jeśli Fiorentina oferuje Lechowi Poznań 3 mln euro za Dawida Kownackiego (rocznik 1997), to być może nie tylko dlatego, że wykryła u niego talent, ale również dlatego, że ów talent ma szlachetne pochodzenie. Że wychowywał się tam, gdzie Lewandowski (1988), Teodorczyk (1991) czy Milik (1994).

Rynkowa wartość polskich piłkarzy wystrzeliła na niespotykane wcześniej pułapy już minionego lata, więc około 10,5 mln euro wyłożone przez Hull na Kamila Grosickiego nie robi na nas wrażenia. Jeszcze rok temu byłby to jednak nasz transferowy rekord wszech czasów, podobnie jak wakacyjne wydatki renomowanych klubów na Milika (35 mln), Grzegorza Krychowiaka (co najmniej 26 mln), Piotra Zielińskiego (16 mln) i Kamila Glika (11 mln, w przyszłości kwota może wzrosnąć do 15 mln). Teraz dzieje się mniej spektakularnie, ale wciąż zgodnie z przyjemnym trendem. Trwa hossa, co widzimy i w kolejnym klubie mocnej ligi, który postanowił obsadzić szatnię dwoma Polakami – Sampdoria do Karola Linettego (1995) dołożyła Bartosza Bereszyńskiego (1992) – i w zabiegach o Kownackiego, i w ośmiocyfrowej cenie Grosickiego, i w rezerwie wicelidera Bundesligi, w której w sobotę po raz pierwszy usiadł Kamil Wojtkowski (1998). Oglądałem ten mecz z trybun i usłyszałem od lokalnej reporterki, że jej zdaniem Polak zadebiutuje jeszcze w tym sezonie, zresztą RB Leipzig dał się już poznać jako drużyna intensywnie lansująca młodych.

I jeśli do powszechnie znanych nazwisk dorzucić porozrzucanych po Europie juniorów, to okaże się, że nasi panoszą się wszędzie – myślę o czołowych ligach – poza hiszpańską Primera Division. W Liverpoolu i Manchesterze City uczą się bramkarze Kamil Grabara (1999) i Paweł Sokół (2000), Napoli wypożycza Igora Łasickiego (1995), w Lipskiej akademii Ralfa Rangnicka mamy jeszcze Przemysława Płachetę (1998) – jeśli wolno mi podobierać trochę na chybił trafił, z pierwszych skojarzeń.

Robiło się coraz bardziej bogato i nadal robi się coraz bardziej bogato. Jeszcze nigdy tylu Polaków naraz nie miało kontraktów we włoskiej Serie A. Jeszcze nigdy tylu naraz nie przebywało w angielskiej Premier League. Jeszcze nigdy tylu naraz nie mieściło się w kadrach najbardziej znanych firm francuskich. W Niemczech, owszem, bywało tłoczniej od naszych, ale teraz też wygląda to nieźle – rodaków widać w trzech najważniejszych klubach, czyli Bayernie, RB Leipzig i Borussii Dortmund. Wiem, że nie wszyscy młodzi pięknie wydorośleją, wiem też, że nie wszystkim seniorskim reprezentantom się wiedzie. Ale zaczynamy powoli wybierać wśród kilkudziesięciu (!) graczy opłacanych na elitarnych rynkach pracy lub studiujących na czołowych futbolowych uniwersytetach, a „polski piłkarz” staje się uznaną marką. Końca koniunktury nie widać.

Tak jak nie widać końca kanonady Ivana Drago – tfu, Łukasza Teodorczyka – który z 17 bramkami lideruje rankingowi strzelców ligi belgijskiej. Nawet jeśli częściej będzie ściągał palec ze spustu, to pobije rekordowe dla Anderlechtu w XXI wieku 23 bramki uzbierane niegdyś przez Kanadyjczyka Tomasza Radzinskiego. A potem trzeba będzie zasadzić się na Anglię.

środa, 31 sierpnia 2016

Zamyka się okno transferowe w Europie – okres aktywności na jednym z najdziwniejszych i najmniej przejrzystych rynków w światowej gospodarce. Tradycyjnie już rekordowy.

Wszystkich przelicytował Manchester United, który za Paula Pogbę rzucił 105 mln euro. Dotąd w XXI wieku transferowe rekordy bił wyłącznie Real Madryt, ale miażdżąca przewaga finansowa ligi angielskiej nad resztą świata stale rośnie. I kluby tych najpopularniejszych, najdrożej sprzedających prawa telewizyjne rozgrywek po raz pierwszy w historii wydały jednego lata ponad miliard funtów. A budżety płacowe pochłaniają rocznie już ponad dwa miliardy.

Dlatego Anglikom coraz trudniej pozbywać się piłkarzy zbędnych. Manchester City tylko dlatego mógł wypchnąć na wypożyczenie Joe Harta do Torino i Samira Nasriego do Sevilli, że będzie im płacił odpowiednio 35 i 70 proc. pensji. A sąsiedzi z United nie zdołali się rozstać z Bastianem Schweinsteigerem i jego wegetacja w rezerwach będzie ich kosztować 12,5 mln rocznie. Oba wymienione kluby są od pewnego czasu najbardziej rozrzutne na świecie (a efekt jest taki, że ligę skończyły na czwartym i piątym miejscu), jednak aberrację doskonalej ilustruje przypadek niejakiego Emmanuela Riviere – drugoligowe (!) Newcastle uważało go za balast, ale długo było bezradne, ponieważ przystało na gażę blisko 2,5 mln euro. Czyli dwa razy więcej, niż na kontynencie jest w stanie zaoferować ktokolwiek potrzebujący graczy na jego poziomie. I dopiero dzisiaj podrzuciło Francuza na rok Osasunie. Za co oczywiście samo zapłaci... Newcastle to w ogóle przykład bezprecedensowy, po degradacji z Premier League stać je na utrzymywanie trenerskiego zwycięzcy Ligi Mistrzów Rafaela Beniteza.

Przyzwyczailiśmy się, że od wyspiarskich klubów sprzedający żądają za transfery więcej, coraz częściej krzycząco nieproporcjonalnie do sportowej wartości piłkarzy (Sunderland daje 20 mln za Gabończyka Didiera Ndonga, który w 46 meczach Lorient strzelił dwa gole). Ale obyczaje ewoluują wszędzie. Tego lata bezkompromisowo działał nawet Juventus, czyli klub w ostatnich latach gospodarujący oszczędnie, prowadzący wzorową, w europejskiej czołówce chyba najbardziej przytomną politykę kadrową – za darmo lub prawie za darmo brał graczy klasy Andrei Pirlo, Pogby, Carlosa Téveza czy Samiego Khediry. I choć znów wygląda na wielkiego zwycięzcę letniego okna transferowego, to strategię radykalnie zmienił. Oprócz Daniego Alvesa (wygasł mu kontrakt z Barceloną) i Mehdiego Benatii (marne 5 mln dla Bayernu) za zyski z rekordowej sprzedaży Pogby wziął Gonzalo Higuaina (90 mln, najwyższa kwota w historii Serie A), Marko Pjacę (23 mln dla Dinama Zagrzeb, najdroższy młodzieżowiec ze wschodu Europy), Miralema Pjanicia (32 mln), dzisiaj finalizował też transfer Axela Witsela (Zenit St. Petersburg dostanie około 20 mln). Rozmach iście angielski. Turyńczycy uzmysławiają sobie, że jeśli poważnie myślą o triumfie w LM, to inaczej już się zwyczajnie nie da. Barcelona wydała właśnie przeszło 120 mln na samych rezerwowych.

Jakieś rekordy padają już bowiem co tydzień. I wbrew obiegowym opiniom najbogatsze kluby wcale nie płacą „absurdalnie” – koszty pozyskiwania gwiazd stanowią wręcz niższy odsetek przychodów niż kilkanaście lat temu. Piłka nożna na szczytowym poziomie staje się coraz bardziej dochodowym biznesem.

I coraz więcej pieniędzy spływa niżej, a tam kluby działają już niezbyt racjonalnie. Przynajmniej z perspektywy przedsiębiorstw z innych dziedzin, które nie prą – jeśli są właściwie zarządzane – ku personalnemu chaosowi. Kiedy Pogba zmienia barwy za pieniądze rzekomo absurdalne, to rozumiemy transakcję w wymiarze i finansowym, i sportowym. Wiemy, co Manchester Utd. zyskuje i dlaczego. Kiedy jednak przyglądamy się manewrom zasadniczej większości klubów, to na dłuższym dystansie czasu nie mają one żadnego merytorycznego sensu. O ile oczywiście celem ich istnienia nie jest wyłącznie to, by interes się kręcił.

Sampdoria, z którą kontrakt podpisał Karol Linetty, każdego roku wymienia nawet kilkunastu piłkarzy i rewolucjonizuje podstawową jedenastkę. Pobliska Genoa zachowuje się identycznie, Fiorentina uzbierała już w seniorskiej kadrze ponad 20 obcokrajowców. Działa to tak, że skrzydłowego za 3 mln wymienia się na innego skrzydłowego za 3 mln, który oferuje zbliżony poziom. Stopera za 2 mln zastępuje stoper za 2 mln – znów o podobnych kompetencjach. I zatrudnia się kolejnych dyrektorów sportowych, którzy „uzdrawiają” sytuację. Klub piłkarski to firma, w której trwają nieustające zmiany. I właściwie nie wiadomo po co. Wiadomo tylko, że z każdą zmianą ulatniają się pieniądze przeznaczane na prowizje pośredników.

Maniacko podróżują również piłkarze. Marco Borriello, napastnik powoływany nawet do reprezentacji Włoch, zmieniał pracę 17 razy, a w ostatnim roku zdążył się nająć w Genoi, Carpi, Atalancie i Cagliari. Nigdzie się nie sprawdza, ale zawsze znajdzie kogoś, kto pozwoli mu się nie sprawdzić. A obsługujące kariery zawodników agencje zarabiają coraz więcej. Najbardziej spektakularną i zarazem symptomatyczną kwotą wakacji było nie tyle 105 mln za Pogbę, ile 25 mln prowizji dla Mino Raioli. Potężnego menedżera, który głosi, że transfer można wymusić na każdym klubie, wystarczy tylko zasiać zamęt w szatni. Z przeprowadzki jednego klienta wyciągnął tylko trochę mniej niż roczny budżet Legii Warszawa. 

Tagi: transfery
20:42, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Paul Pogba, Manchester United

Po kolejnym rekordzie transferowym jak zwykle słychać oburzonych. Że wydane pieniądze są „absurdalne”. Że piłkarz „nie powinien tyle kosztować”.

Nie padają natomiast propozycje, jak ustalać cenę piłkarza, by była „rozsądna”. Sumę 110 mln euro, którą Manchester United zapłaci Juventusowi za Paula Pogbę, dyskwalifikuje po prostu to, że przebije wszystkie dotychczasowe, jest nowa, jeszcze się z nią nie oswoiliśmy. Choć na rynku dóbr luksusowych – lub z natury mających wartość niemierzalną twardą walutą – nie wydaje się szczególną ekstrawagancją. Skoro wysadzany klejnotami zegarek Choparda kosztuje 25 mln dolarów, Jeff Koons sprzedaje rzeźby za ponad 50 mln dol., a za dzieła artystów nieżyjących kolekcjonerzy płacą więcej niż za Pogbę... Ba, najdroższy w historii jacht – zbudowany m.in. ze złota, platyny, kości dinozaura i kawałków meteorytu – jest wart 4,5 miliarda dolarów. Zdrowego rozsądku tu nie odnajdziesz, za horrendalne kwoty zamożni ludzie kupują sobie prestiż lub realizują niezrozumiałe dla innych pasje.

Oczywiście, można – może wręcz wypada? – poczuć naturalną niechęć do tych zbytków zwłaszcza dzisiaj, w czasach bezprecedensowego rozziewu między majątkiem najbogatszych a nędzą najbiedniejszych. Sam bywam zdegustowany zarobkami piłkarzy (choć mój niesmak nie wzrasta wprost proporcjonalnie do wzrostu płac, ponieważ mam zbyt ubogą wyobraźnię, by objąć nią różnicę między 250 a 300 tys. tygodniówki). Tyle że gwiazdorzy boiska napędzają gigantyczny, dynamicznie rozwijający się przemysł rozrywkowy. I jeśli Pogba staje się częścią przedsiębiorstwa Manchester United, to punkt odniesienia stanowi dla niego raczej, powiedzmy, Matt Damon, który za tytułową rolę w filmie o Jasonie Bournie otrzymuje 20 mln dol. A przecież on na planie zdjęciowym spędza kilka tygodni, jego kompetencji nie pozyskuje się na kilka sezonów.

Wbrew nieśmiertelnym miejskim legendom kluby nie odzyskują kwot zainwestowanych w transfery poprzez sprzedaż koszulek – na nich zarabia się drobne, więcej wyciągają tu producenci sprzętu sportowego. Manchester United bardziej liczy na profity z 80 proc. praw do wizerunku Pogby oraz komercyjne kontrakty, których wysokość zależy od marketingowej potęgi całej drużyny wynikającej z popularności graczy o sławie francuskiego rozgrywającego. Kontrakty takie jak 10-letnia umowa z Adidasem, który co roku przelewa klubowi 75 mln funtów. Nie ma łatwego sposobu, żeby porachować, ile MU zarobi na nowym gwiazdorze, nie ustalimy też co do funta, ile wyciśnie ze sławy Zlatana Ibrahimovicia. Oni współdziałają i na murawie, i poza nią. Szefowie Adidasa są zachwyceni wielotygodniowymi medialnymi serialami transferowymi, a w 23-letnim Pogbie widzą idola młodych (od feerii fryzur po fetowanie goli dyskotekowymi pląsami tańca Dab), pozwalającego uwodzić nowe pokolenia klientów.

Można nawet zapomnieć na chwilę o liczbach bezwzględnych i ogłosić, że Francuz będzie najdroższy jedynie pozornie. Przecież kosztuje tylko 25 proc. więcej niż 29-letni Gonzalo Higuain, który z kolei kosztuje – on, król strzelców ligi włoskiej o skuteczności niespotykanej od dekad! – niespełna trzy razy więcej niż niesprawdzony jeszcze na wysokim poziomie Arkadiusz Milik. Nikt tu nie przepłaca, po prostu po rynku krąży więcej pieniędzy spływających m.in. z niebotycznych zysków ze sprzedaży praw do transmitowania meczów w telewizji. Pieniędzy rozdysponowywanych wręcz „rozsądniej” niż przed dekadę lub dwiema.

Kiedy w 1999 r. Inter Mediolan ustanawiał rekord transferowy, płacąc 49 mln euro za Christiana Vieriego, wydawał prawie 100 proc. swych rocznych przychodów. Kiedy w 2001 r. Real Madryt rzucał 75 mln na Zinedine’a Zidane’a, wydawał 55 proc. przychodów. Kiedy w 2009 r. ten sam klub wycenił Cristiano Ronaldo na 94 mln, wydawał już tylko 23 proc. przychodów. A dzisiaj Manchester United wyda na Pogbę skromne 21 proc. rocznych przychodów. Owszem, jest drogi. Ale nie aż tak drogi.

Chcecie, żeby piłkarze potanieli? Istnieje tylko jeden sposób. Ludzie muszą przestać się futbolem interesować. Wtedy ceny praw telewizyjnych spadną, a głaszczący własną próżność inwestorzy poszukają poklasku gdzie indziej.

środa, 03 sierpnia 2016

Gdyby piłkarski rynek transferowy był sprintem na sto metrów, to trwające lato byłoby z polskiej perspektywy biegiem, w którym nawet pobicie rekordu wszech czasów nie wystarcza do medalu, ponieważ rekord bije połowa ścigających się zawodników. I to bije rekord w spektakularnym stylu. Kamil Glik, Piotr Zieliński (czekamy na oficjalne potwierdzenie, w czwartek testy medyczne w Napoli), Grzegorz Krychowiak, Arkadiusz Milik - wszyscy przelicytowali najdroższego dotąd Jerzego Dudka. Wyraźnie bądź wielokrotnie, nawet Usain Bolt w szczytowym momencie miał rywali bliżej pleców.

A być może przelicytował Dudka - kosztował śmieszne 7 mln - także Bartosz Kapustka, tu mamy sprzeczne informacje. Tak czy owak jednak również gracz wyeksportowany przez Cracovię jest rekordzistą. Wśród polskich nastolatków.

Oglądalibyśmy zatem sprint z aż pięcioma czasami powyżej rekordu wszech czasów. I to po wielu latach gapienia się na biegi ślamazarne, z wynikami liderów marnymi lub beznadziejnymi.

Nie ma jednak sensu zachłystywać się cenami, one są między innymi skutkiem szalonej inflacji na całym rynku. Istotniejsze, że polscy piłkarze wystrzelili w hierarchii sportowej. Świat europejskiego futbolu znienacka zaczął z naszego punktu widzenia wyglądać zupełnie inaczej.

Ma polskiego piłkarza - króla strzelców Bundesligi! - przeszczęśliwy z tego powodu MISTRZ ligi niemieckiej, który musi się bardzo starać, żeby nie podebrał mu tego polskiego piłkarza madrycki triumfator Ligi MISTRZÓW (Robert Lewandowski, Bayern Monachium). Ma też polskiego piłkarza WICEMISTRZ ligi niemieckiej - jednego z najlepszych na kontynencie prawych obrońców (Łukasz Piszczek, Borussia Dortmund). No i za 5 mln euro wziął właśnie polskiego piłkarza niemiecki ĆWIERĆFINALISTA Ligi MISTRZÓW (Jakub Błaszczykowski, Wolfsburg).

26 mln euro (plus ewentualnie 4 mln) zapłacił za Polaka MISTRZ ligi francuskiej (Paris Saint Germain, Grzegorz Krychowiak, który przed chwilą obronił TROFEUM w Lidze Europejskiej). Podpisał kontrakt z Polakiem WICEMISTRZ ligi francuskiej (Maciej Rybus, Olympique Lyon). Za 11 mln (plus ewentualne 4 mln) wzięła też Polaka TRZECIA drużyna ligi francuskiej (Kamil Glik, AS Monaco) - podprowadziła uwielbianego przez publikę kapitana włoskiemu klubowi AC Torino.

Nawet 9 mln euro przeleje za Polaka (wciąż nastoletniego!) MISTRZ ligi angielskiej (Bartosz Kapustka, Leicester), który jednego Polaka już zatrudnia (Marcin Wasilewski). W wakacyjnych sparingach w podstawowym składzie sprawdza Polaka WICEMISTRZ ligi angielskiej (Krystian Bielik, Arsenal).

Aż 35 mln euro wydał na Polaka WICEMISTRZ ligi włoskiej (Arkadiusz Milik ma w Napoli zastąpić najbardziej bramkostrzelnego od dekad króla strzelców Serie A). Dorzuci też WICEMISTRZ ligi włoskiej 15-18 mln za innego Polaka (Piotr Zieliński, Napoli). A TRZECIA drużyna ligi włoskiej chce zatrzymać wypożyczonego z WICEMISTRZA ligi angielskiej bramkarza (Wojciech Szczęsny, AS Roma).

Namnożyło się tych mistrzostw albo prawie mistrzostw wokół polskich nazwisk, prawda? W dodatku wymieniamy nazwiska ludzi młodych, aż chciałoby się dopisać do nich Pawła Dawidowicza, na razie rezerwowego w Benfice Lizbona, czyli MISTRZU ligi portugalskiej. A ponieważ za naszych hojnie płaciły jeszcze m.in.: Fiorentina (Bartłomiej Drągowski, 4 mln), Sampdoria (Karol Linetty, 3 mln) i Queens Park Rangers (Ariel Borysiuk, 2 mln), to mamy czas absolutnie wyjątkowy. Zagraniczne kluby zapłacą za naszych grubo ponad 100 mln euro, mogą przekroczyć nawet 120 mln - rynkowa wartość graczy z żadnego kraju w Europie nie wzrosła w tym roku aż tak bardzo. Gdyby polskie piłkarstwo było notowane na giełdzie jako firma, to przeżywałoby fantastyczną, bezprecedensową hossę.

Ale powtórzmy: nie o pornografię liczb tu chodzi. Jeszcze nigdy tak wielu Polaków nie występowało w tak wielu renomowanych drużynach. Jeszcze nigdy nie kibicowaliśmy aż tylu rodakom kopiącym w klubach aspirujących do sukcesu w Champions League. Jeszcze nigdy nie mieliśmy w każdy weekend oczopląsu, jaki czeka nas jesienią (kogo tu oglądać?). Jeszcze nigdy trener reprezentacji nie czerpał z puli, w której przebiera Adam Nawałka - w eliminacjach do mundialu 2018 może wystawiać jedenastkę złożoną wyłącznie z zawodowców zatrudnionych w pięciu wielkich ligach europejskich. Futbolowy towar znad Wisły awansował do kategorii dóbr luksusowych.

poniedziałek, 16 maja 2016

Piotr Zieliński, Liverpool

Rozgrywający naszej reprezentacji - w minionym sezonie czołowy młodzieżowiec ligi włoskiej - podpisze kontrakt z Liverpoolem i zostanie najdroższym polskim piłkarzem w historii.

Według włoskich źródeł ósmy klub ligi angielskiej zapłaci za Piotra Zielińskiego około 12 mln euro. Ta sama firma w 2001 r. wyłożyła 7,5 mln za dotychczasowego polskiego rekordzistę, bramkarza Jerzego Dudka. Oczywiście obu wymienionych rynkową wartością zdecydowanie przelicytowuje Robert Lewandowski, ale jego Bayern Monachium wyciągał z Borussii za darmo, po wygaśnięciu kontraktu napastnika z dortmundzkim klubem.

Piotr Zieliński to jeden z tych graczy nowej generacji - generacji świata bez granic - którzy nigdy nie kopnęli piłki w naszej lidze. Jako junior poleciał do Udinese (chłopcem wypatrzonym na turnieju 17-latków interesowały się też Milan, Fiorentina i Chievo), gdzie debiutował w Serie A przed 19. urodzinami. Błyskawicznie wtargnął do składu, w sezonie 2012/13 miewał asysty, sprowokował trenera Francesco Guidolina do obwieszczenia narodzin gwiazdy i westchnienia, że drużyna cierpiąca na brak klasycznego rozgrywającego odkryła we własnej szatni następcę sprzedanego do Barcelony Alexisa Sáncheza.

Kiedy jednak w następnym sezonie Polak zgasł, niemal całkiem zniknął. Siedział albo w rezerwie, albo na trybunach, aż został wypożyczony do prowincjonalnego Empoli i tam też nie umiał się wyrwać z rólki piłkarza wchodzącego na boisko rzadko, który gra bezbarwnie, zbyt często bywa wręcz bezużyteczny. Ożył dopiero po letniej zmianie trenera. Marco Giampaolo ewidentnie na niego stawiał, znalazł mu też nową pozycję – głębiej w środku pola – na której Zieliński częściej dotyka piłki, najczęściej w drużynie wprowadza ją w strefę ataku, kreuje najwięcej szans bramkowych.

I ma za sobą sezon znakomity, który wedle włoskich komentatorów powinien „oprawić w ramkę”. Dryblował z piątą najwyższą skutecznością w Serie A. Pięć bramek i cztery asysty to bilans niedościgniony wśród młodzieżowców, czyli przedstawicieli rocznika 1994 lub młodszych, uprawnionych do występu w przyszłorocznych mistrzostwach Europy U-21. Wedle not analitycznego serwisu WhoScored.com był najlepszym piłkarzem ligi w tej grupie wiekowej. A w niedzielę na pożegnanie wbił gola Torino i został obwołany bohaterem meczu. Czysty talent. I kandydat na rasowego rozgrywającego, za jakim polski futbol tęskni od lat.

Teraz zajmie się nim Jürgen Klopp, w XXI wieku najważniejszy dla naszej piłki trener zagraniczny, któremu wzlot na pułap finału Ligi Mistrzów zawdzięczają Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek. On Zielińskiego upatrzył sobie rok temu. I od tamtej pory na jego polecenie postępy Polaka intensywnie monitorował Željko Buvač, wieloletni asystent niemieckiego szkoleniowca, znany jako „Mózg” oraz mentalny bliźniak swego przyjaciela i szefa - obaj postrzegają futbol identycznie, a porozumiewają się telepatycznie.

Z wczorajszych słów Adama Nawałki na konferencji otwierającej zgrupowanie reprezentacji w Juracie wynika, że pertraktacje Zielińskiego z Liverpoolem trwały już w marcu. - Mam nadzieję, że Piotrek szybko sfinalizuje transfer - powiedział selekcjoner. A sam piłkarz już przed kilkoma tygodniami przyznawał się włoskim reporterom, że przyciągnął uwagę wielkich firm. I że w Empoli nabrał takiej pewności, iż ewentualne wyzwanie na najwyższym poziomie „podejmie bez najmniejszych obaw”. Wskazał nawet swoje wymarzone barwy (Real Madryt), wymienił ulubionych piłkarzy (Luka Modrić, Andrés Iniesta, Paul Pogba), podał nazwisko pomocnika królewskiego klubu, którego chętnie by zastąpił (Toniego Kroosa lub Casemiro, by grać obok Modricia). I wyznał, że dopiero dzisiaj czuje się sportowcem dojrzałym. Dba o każdy istotny dla kariery detal, aż po wyrafinowaną dietę zaleconą przez Annę Lewandowską, żonę naszego reprezentacyjnego napastnika („Niektórych spraw nawet nie rozumiem, a niektóre rzeczy zamawiam tylko przez Internet, bo sklepach ich nie ma”).

Sam siebie definiuje jako zawodnika „technicznego, obunożnego, szybkiego”, ale zdaje sobie sprawę z przywar. Za dalekie od ideału uważa przede wszystkim swoje reakcje defensywne, tymczasem Klopp wymaga, by jego podwładni wściekle dopadali rywali natychmiast po utracie piłki - to esencja preferowanego przezeń stylu gry. Zieliński znów musi zatem udowodnić, że jest pojętny, zwłaszcza że wyląduje w nieznanym sobie środowisku, na boiskach ligi angielskiej wszystko dzieje się znacznie szybciej niż na włoskich. A tamtejsi prezesi, obdarowywani coraz hojniejszymi kontraktami telewizyjnymi, mogliby funtami wyściełać klubowe biura, więc z piłkarzami za kilkanaście milionów, którym się nie powiedzie, rozstają się bez hamletyzowania.

Zieliński rzeczywiście jednak jest graczem znacznie bardziej doświadczonym niż sugerowałaby metryka. Choć w piątek skończy ledwie 22 lata, uzbierał już 82 występy w lidze włoskiej (Lewandowski w jego wieku dopiero wyjeżdżał z naszej ekstraklasy). Ale teraz z prowincji przeniesie się do futbolowej metropolii, pod legendarną trybunę The Kop. A w środę wieczorem, jeśli finał Ligi Europejskiej zakończy się zwycięstwem Liverpoolu nad Sevillą, może się okazać, że jesienią stanie przed szansą debiutu w Lidze Mistrzów.

Tagi: transfery
20:14, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 14 stycznia 2016

Pamiętacie ten szloch? Ach, Legia po nieszczęsnym meczu w Glasgow została wykopana z Ligi Mistrzów tylko dlatego, że pochodzi z polskiego wygwizdowa, ach, jak oni nas prześladują i dyskryminują, wielkiego klubu nikt by się nie ośmielił nawet tknąć.

Tymczasem ledwie zakaz transferowy odbyła Barcelona, a FIFA już zdążyła postawić szlaban Realowi i Atletico Madryt. Mocno oberwały obie najpopularniejsze firmy na świecie i rzucający im wyzwanie finalista Ligi Mistrzów sprzed półtora roku, aktualny lider ligi hiszpańskiej. Za to samo przestępstwo – nielegalny handel nieletnimi piłkarzami.

Atlético, jak się zdaje, zniesie karę stosunkowo łatwo. Podobnie jak Barcelona, choć z innych powodów. Szeroką i wyrównaną kadrę przed chwilą jeszcze wzmocniło, ma silnie obsadzoną każdą pozycję. Ale Real? Jak wytrzyma do lata 2017 klub, dla którego spektakularne wysokobudżetowe interesy, takie transferowe odpowiedniki „Avatarów”, są sensem istnienia, odruchową odpowiedzią na wszelkie problemy, podstawowym sposobem na udobruchanie wiecznie poirytowanych kibiców? I wydają się niezbędne zwłaszcza teraz, po roku bez trofeów?

Owszem, madrytczycy mogą kupować jeszcze przez dwa tygodnie, do zatrzaśnięcia zimowego okna transferowego. Tyle że w styczniu to raczej czas na interesiki pomniejsze, retuszujące skład. A królewski klub potrzebuje megahitów.

Jeśli jego nieuniknione odwołanie zostanie odrzucone, sankcje FIFA kardynalnie wpłyną na cały europejski futbol. I na kariery wybitnych graczy.

Nie przyleci do Madrytu nasz Robert Lewandowski – najwcześniej wyląduje tam w lipcu 2017 roku, tuż przed 29. urodzinami. Nie przyleci tam też Paul Pogba z Juventusu. Ani David De Gea, który między słupki Realu wchodził już w minione wakacje. Ani nawet Eden Hazard (gdyby oczywiście Florentino Perez wciąż pożądał śniętego rozgrywającego Chelsea). Jak obiecywał klasyk, nie będzie niczego. A mówimy tu o prezesie zakupoholiku, który zaskoczył wszystkich wstrzemięźliwością ostatniego lata, kiedy wydał „tylko” 75 mln euro.

Skoro Real nie kupi, to również nie sprzeda. Nie odda Cristiano Ronaldo do Paris Saint Germain – i nie wiadomo, czy zdoła na nim jeszcze zarobić fortunę, skoro Portugalczyk będzie mógł odejść dopiero pół roku po 32. urodzinach. Nie ma mowy też o ewentualnej ucieczce wiercącego się ponoć Garetha Bale’a, o którym marzy Manchester United, finansowy potentat zdolny wyrzucić dziesiątki milionów na nastoletniego Anthony’ego Martiala.

Słowem, knebel założony Florentinowi Perezowi może na rok znacząco wyciszyć rynek transferowy. W wyścigu El Clásico dać jeszcze wyraźniejszą przewagę Barcelonie. I zapewnić nam niespodziewane transferowe igrzyska już w teraz – czy Real wyrwie na zakupy i ile będą żądać za piłkarzy świadomi jego położenia konkurenci?

środa, 13 stycznia 2016

Legia Warszawa, Nemanja Nikolic

Takie już mamy futbolowe potęgi, że wczoraj Legia panoszy się po transferowym rynku jak Bayern, a dzisiaj nie mamy pewności, czy jutro nie zachowa się jak prowincjuszka.

W ewentualnej sprzedaży Nemanji Nikolicia nie oślepia mnie blask przytulonych 4 mln euro, majaczą mi się raczej przed oczami kolejni Masłowscy i Vranjesy, na których warszawiacy te pieniądze przeputają. Ale przede wszystkim widzę tutaj beztroskie oddanie bezapelacyjnie najlepszego piłkarza całej ligi, gdy krótkoterminowym – i prestiżowym, klub obchodzi stulecie istnienia – celem Legii pozostaje wygranie tej ligi. Widzę oddanie najlepszego piłkarza po zaledwie pół roku gry, co w poważnych firmach z ambicjami zwyczajnie się nie zdarza. I przedłużanie permanentnej destabilizacji drużyny, która co kilka miesięcy albo wypuszcza lidera (Miroslav Radovic), albo traci innego lidera (Ondrej Duda był jesienią obecny na Łazienkowskiej tylko ciałem), albo wymienia trenera etc.

Wiem, stołeczny klub już podebrał Lechowi atakującego Hämäläinena, rozgląda się za granicą, zaraz jeszcze import zintensyfikuje. Ale skuteczność także znacznie kosztowniejszych transferów niż legijne jest niziutka, wystarczy przejrzeć listę najdroższych piłkarzy w historii – nawet na szczycie sięga ona najwyżej 50 proc. Zawodnik, który już w drużynie jest i gra znakomicie, to mniejsze ryzyko, niż piłkarz, którego do drużyny trzeba dopiero wkomponować, i to natychmiast. Zwłaszcza dla klubu dopiero uczącego się skautingu. A Nikolic to człowiek o niewiarygodnym wpływie na wynik, ofensywę wręcz zmonopolizował – jesienią strzelił 21 z 42 ligowych goli, nikt inny w drużynie nie trafił choćby cztery razy.

Jeszcze raz.

Zimą 2015 r. Legia oddała swego najlepszego piłkarza Radovicia i choć w tzw. ekstraklasie miała wówczas trzy punkty przewagi nad wiceliderem, przegrała potem walkę o tytuł.

Zimą 2016 r. Legia oddaje (?) swego najlepszego piłkarza Nikolicia, choć w tabeli traci pięć punktów do lidera, a tytuł jest dla niej celem jeszcze istotniejszym.

To już w ogóle niepokojąca warszawska tradycja, przecież zimą 2012 r. uszli z Łazienkowskiej kluczowi gracze z każdej formacji – od obrońcy Marcina Komorowskiego, przez Ariela Borysiuka, po Macieja Rybusa. I tytułu oczywiście później Legia nie zdobyła.

Niewykluczone, że tym razem się uda, jej władza finansowa staje się w kraju absolutna. Ale z szerszej niż polska perspektywy wygląda to wszystko średnio. Dzieje się w Legii za dużo, za często, w zbyt poplątany sposób. Osławione porównywanie jej do Bayernu – królestwa równowagi, z polityką personalną najbliższą ideału – od początku brzmi nieszczęśliwie, a gdyby teraz, w momencie dla niej krytycznym, pozwoliła jeszcze wynieść się Nikoliciowi...

wtorek, 08 grudnia 2015

Robert Lewandowski, Real Madryt

Lokomotywa już ruszyła, już sapie i pot z niej spływa, przez następne miesiące będziecie podtapiani półprawdami, regularnymi kłamstwami i bezczelnymi zmyśleniami o polskim napastniku, który właściwie już się przeniósł do Madrytu, już szuka tam mieszkania i ulubionego fryzjera, wszystko zostało załatwione i prawie podpisane, pozostaje tylko czekać na ceremonię powitalną na stadionie Santiago Bernabeu. Będziecie się złościć, że media zeszły na psy, i będziecie mieli świętą rację, a za kulisami będą się toczyły pertraktacje, które mogą się skończyć tylko w jeden sposób.

Lewandowski rzeczywiście zagra w Realu.

Nie ma wątpliwości, że Madryt go chce. Nawet gdyby w słynnym już materiale dziennika „As” wszystko było ściemą – Cezary Kucharski wcale nie przyleciał do Madrytu, w loży honorowej usiadł aktor sobowtór – to artykuł i tak wyrażałby pragnienie Realu, a jeśli Real pożąda piłkarza, który nie gra w Barcelonie, to go dostaje. Czasem trochę wcześniej, czasem trochę później, ale w końcu dostaje.

Lewandowski też chce do Madrytu. Chciał już latem 2013 roku, ale wtedy krępowała go obietnica złożona Bayernowi. Teraz chce pewnie jeszcze bardziej – niezależnie od aktualnych tabel Real to najwspanialsza obok Barcelony marka we współczesnym futbolu, Real to emocje, marzenie, szansa na kontrakt życia, a nasz napastnik przyznawał się już, że chce pograć w kilku krajach, spróbować różnych kultur, poznawać języki. W Monachium spędzi(ł) dwa sezony, wystarczy. W Bundeslidze osiągnął wszystko, a jeśli w maju nie podniesie Pucharu Europy, to nie ma powodu sądzić, że nie podniesie go w koszulce madryckiej. No i latem skończy 28 lat. Osiągnie wiek, w którym piłkarz zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego atrakcyjność transferowa zacznie niebawem spadać. I to spadać z miesiąca na miesiąc coraz szybciej.

Jeszcze raz: Real chce Lewandowskiego, Lewandowski chce Realu. Pozostaje, bagatela, namówić na transfer monachijczyków. Monachijczyków, którzy pieniędzy nie potrzebują.

Manchester United, gdy wypuszczał do Madrytu Cristiano Ronaldo, też pieniędzy nie potrzebował. Ale przegrał z wolą piłkarza. Przeciwnikiem najpotężniejszym, właściwie niepokonanym. I Bayern też nie da rady. Być może również dlatego – co sugerujemy z Darkiem Wołowskim w tekście do wtorkowej „Wyborczej” – że jego szefowie zaciągnęli u Lewandowskiego dług wdzięczności. Przed dwoma laty, gdy Polaka ciągnęło do Madrytu, a jednak postanowił dotrzymać słowa.

To transfer tak naturalny, że zwyczajnie musi się wydarzyć. Nie dlatego, że Ronaldo wchodzi w smugę cienia (byłoby szmalu do wydania po ewentualnej sprzedaży), że Karim Benzema (jedyny napastnik w klubie!) wpadł w poważne tarapaty pozasportowe, że całą drużynę czeka prawdopodobnie poszukiwanie nowej tożsamości. To czynniki istotne, ale jeszcze istotniejsze jest, że wyjęcie z Bayernu Lewandowskiego jest ruchem arcytypowym dla prezesury Florentino Pereza.

Jego jedyna strategia polega na tym, że co pewien czas prezentuje sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo). A napastnik Bayernu nie ma dziś konkurencji. Zlatan Ibrahimovic ucieknie zaraz dotruchtać do emerytury w lidze amerykańskiej, Eden Hazard zgasł, notorycznie cerowany Sergio Agüero pogrywa właściwie tylko na pół etatu. Zresztą o czym tutaj gadać, dwaj ostatni zmaleli już przy Lewandowskim do gwiazdek. Zwłaszcza wobec ewidentnego kryzysu ligi angielskiej.

Owszem, umiem sobie wyobrazić scenariusze alternatywne. Np. Pep Guardiola zgadza się zostać w Monachium na jeszcze jeden sezon wyłącznie pod warunkiem, że zatrzymany zostanie również jego polski napastnik, a Lewandowski słyszy, że musi poczekać rok. I zawarty zostaje kompromis, na którym coś zyskują wszyscy. Bayern zachowuje piłkarza na jeszcze jeden sezon, piłkarz otrzymuje tłustą podwyżkę, Florentino Perez zyskuje gwarancję, że ostatecznie piłkarza dopadnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi