Wpisy z tagiem: transfery

wtorek, 27 czerwca 2017

Gianluigi Donnarumma, Antonio Donnarumma

Kogo wzruszała wielokrotnie deklarowana przez bramkarza Milanu miłość do klubu, temu być może zadrży serce na wieść, że Gianluigi Donnarumma bardzo kocha także starszego brata. I okazuje uczucie nie tylko słowem, ale i czynem.

Antonio Donnarumma skończy w przyszłym tygodniu 27 lat, również jest bramkarzem, w Milanie zjawił się już w 2005 roku. I uczynił młodszego brata, wówczas brzdąca, kibicem rossonerich. Gigio zaczął oglądać ich wszystkie mecze, zafascynował się bronieniem bramki, już jako pięciolatek zakładał rękawice (produkują sprzęt na takie drobne rączki?) i pchał się między słupki, zbierał przysyłane przez Antonia koszulki w mediolańskich barwach.

Ten nigdy w Milanie nie zadebiutował. Spędził pięć sezonów w juniorach, potem tułał się po wypożyczeniach w drugoligowych Piacenzie i Gubbio, nie powiodło mu się w Genoi (gdzie jedyny raz zagrał w Serie A, w spotkaniu bez znaczenia w ostatniej kolejce), zajrzał jeszcze do Bari, aż minionego lata wyemigrował do greckiego klubu o poetyckiej nazwie Asteras Trypolis.

Znaczy wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że do wielkiego futbolu się nie nadaje. Średniak, nie dla niego stadiony świata. I ten wiek, chłopakowi trudno już zgrywać perspektywicznego.

Dlatego ożywiły mnie doniesienia włoskich mediów, że Antonio Donnarumma prawdopodobnie wróci do Milanu. Klubu, jak się zdawało, zdecydowanie powyżej jego możliwości. Zażyczył sobie tego Gianluigi, transfer brata ma być jednym z warunków przedłużenia przezeń kontraktu z klubem – nawiasem mówiąc, trwające właśnie pojednawcze rozmowy to sprawa wybitnie familijna, zwaśnione strony godzą m.in. zaprzyjaźnieni tata bramkarza (Alfonso Donnarumma) i trener Vincenzo Montelli.

Rozdzieleni bracia tęsknią, Alfonso opowiadał w marcu, że codziennie do siebie wydzwaniają i grają w FIFĘ przez internet. Nic dziwnego, że Gigio poprosił klub o wsparcie. Powrót brata go uszczęśliwi, a im będzie szczęśliwszy, tym łatwiej mu będzie utrzymywać wysoką formę – odzyskanie starszego Donnarummy leży więc w interesie wszystkich stron.

Nie wiem, czy w przyszłości bramkarz Milanu zdoła wykatapultować brata również do Realu Madryt, gdy już się tam przeniesie, ale pociąga mnie wizja klubu piłkarskiego, który kupuje zawodników w pakiecie z ich bliskimi. Siostrę bierzemy do drużyny kobiecej (jeśli taką utrzymujemy), oferujemy własne biurko matce, ojca zatrudniamy jako elektryka etc. Precz z klubem jako zimnym korpo, niech żyją firmy ogrzewane ciepłem domowego ogniska. Milan położył tu już zresztą niemałe zasługi. W 2003 roku sprowadził Kakę – ileż on razy przysięgał wierność ukochanym barwom, zanim uszedł do Realu! – a w 2005 przygarnął jego młodszego brata Digão. Środkowego obrońcę (przynajmniej teoretycznie), kopacza na tyle niewydarzonego, że dosłużył się ledwie 45 minut w lidze włoskiej.

Utrzymał się jednak na liście płac mediolańczyków bite sześć sezonów. Wypożyczali go do Rimini, Standardu Liège, Lecce, Crotone oraz drugoligowego portugalskiego Penafielu, a Brazylijczyk nigdzie się nie sprawdzał – niesłychane, jak długo można się utrzymać na tym rynku – i wyciągał z uprawiania piłki nożnej milion euro rocznie. Płacono mu zresztą głównie za trenowanie, bo grywał rzadko, w najsłabszych sezonach uciułał po trzy, dwa albo wręcz jeden mecz. Kiedy Milan wreszcie się go pozbył – dbający o interes brata Kaká wiódł już życie jak w Madrycie – Digão poleciał do Nowego Jorku, gdzie podpisał kontrakt z drużyną Red Bull.

Ponownie osiadł w rezerwie, po roku rozwiązano z nim umowę. W całej karierze rozegrał 45 meczów, zakończył ją jako 27-latek. Jego jedyną zaletą był posiadanie brata, laureata Złotej Piłki.

sobota, 24 czerwca 2017

Donnarumma, AC Milan

Musieliście słyszeć o wichurze rozpętanej przez bramkarza Gianluigiego Donnarummę, wszyscy słyszeli. Utalentowany drągal najpierw obcałowywał herb Milanu, marzył w wywiadach o zostaniu jego symbolem i generalnie w kółko powtarzał, że Bóg, honor, mediolańska ojczyzna, a potem postanowił nie przedłużać kontraktu. Umowy opiewającej na pięć baniek rocznie, która czyniłaby go jednym z najbogatszych osiemnastolatków świata (wśród utrzymujących się z pracy własnych rąk, pomijam spadkobierców saudyjskich królów i innych wszechszlachetnie urodzonych) oraz pozwoliłaby klubowi zarobić na transferze. Przynajmniej tyle miałby Milan, ponoć leżący bramkarzowi na sercu.

Sam pisałem o aferze tutaj, od tamtej pory trochę się zmieniło – strony wznowiły negocjacje, zaangażowała się rodzina Donnarummy, prognozuję pomyślny finał rozmów, a w przyszłości skok do Realu Madryt czy Manchesteru United. Rozwój wypadków we współczesnym futbolu standardowy, rosną tylko kupy krążących nad takimi historiami pieniędzy.

Donnarummą zajmować się teraz nie chcę, bardziej zajmuje mnie rola agenta, osławionego Mino Raioli, intryganta posądzanego o bycie spiritus movens całego ambarasu. Każdy kibicowskie dziecko wie, gdzie leży jego interes – zarabia tym więcej, im taniej klub sprzedaje piłkarza, i tym więcej, im częściej piłkarz zmienia firmę. Bo z każdego transferu spływa prowizja dla pośrednika.

Prowizja coraz tłustsza, o czym świadczą liczne oficjalne raporty i nieoficjalne przecieki z rynku handlu piłkarzami. Ze stu baniek wyłożonych przez Manchester United na Paula Pogbę, jeszcze przez kilka chwil najdroższego gracza na świecie, połowę (!) miał zgarnąć właśnie Raiola, agent o reputacji najbardziej obrotnego w środowisku obok Jorge Mendesa. Obaj wyciągają już z futbolowego biznesu więcej niż najwybitniejsi goleadorzy, rozgrywający, bramkarze czy trenerzy.

Czy to oznacza, że system działa? Jest sprawiedliwy? Zdrowy? Wiedzie ku lepszemu czy gorszemu?

To dzisiaj popularne pytania nie tylko w piłce, zwłaszcza po wybuchu kryzysu zadawane przez mnóstwo mądrych ludzi zaniepokojonych tym, jak świat rozdziela wytwarzane przez siebie dobra. Nie jestem kompetentny, by się odzywać, nie będę nikogo obrażał uproszczeniami, zdaję sobie sprawę, że nawet satysfakcjonujące zdefiniowanie „sprawiedliwości” może przekraczać wytrzymałość niszowego bloga o sporcie i przyległościach.

Ale piłkę nożnę obserwuję zbyt długo, by udawać niewidomego.

Pośredniczący w transferach agenci są łatwym celem – nigdy nie mieli ani dobrej prasy (choć dziennikarze chętnie z nimi knują), ani sympatii kibiców. Ot, przykry skutek uboczny tzw. idealnego ustawienia się w życiu, wielu zwyczajnie im zazdrości. Jednak dopiero ostatnio agenci awansowali do globalnej elity producentów pieniędzy – tytanów finansjery, którzy nie wytwarzają niczego lub prawie niczego, a zarabiają wszystko.

Zobaczmy, jak zorganizowany jest futbol, biznes na razie daleki od najbardziej rozwiniętych w branży rozrywkowej. Kogo tu potrzeba, żeby się kręcił?

Przede wszystkim piłkarzy. Oni biegają, dryblują, strzelają – są esencją zabawy. Ale nie wystarczą.

Trenerzy wymyślają i uczą, jak grać – bez nich nie byłoby odlotowego poziomu Ligi Mistrzów.

Asystenci szkoleniowców, od specjalistów odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne po analityków, też dbają o zawodników oraz jakość widowiska.

Sędziowie pilnują, żeby na murawie nie było chaosu.

Działacze klubów zakładają akademie dla młodzieży, budują boiska i stadiony, na tysiące innych sposobów utrzymują drużynę przy życiu.

Skauci przeczesują murawy wszystkich kontynentów, by nie przegapić nikogo, kto rokuje.

UEFA czy związki krajowe organizują rozgrywki.

Media transmitują je, czynią grę widzialną w coraz mniejszym detalu, pomagają fanom w kontakcie z idolami.

Mógłbym kontynuować, demontować świat piłki nożnej na coraz drobniejsze trybiki. Wszyscy wymienieni mają konkretne, możliwe do precyzyjnego opisania zasługi – bez nich mecze albo by się nie odbyły, albo wyglądałyby znacząco gorzej. Wymiernie podnoszą wartość spektaklu.

Agenci nie podnoszą. Naturalnie nonsensem byłoby krzyczeć, że są całkiem zbędni. Pomagają klientom zarabiać więcej (tej cnoty nie wolno lekceważyć nigdy), wbrew powszechnej opinii niekoniecznie myślą tylko o własnym portfelu, czasami z sensem doradzą wybrać klub. Ale gdyby zniknęli, przemysł raczej by się nie zawalił. Nawet jeśli przesadą byłoby oskarżenie, że nie wytwarzają niczego, to wytwarzają na tyle niewiele, że wynaturzeniem jest, gdy wyciągają z futbolu najwięcej.

Choć na jego kulturę pewnie wpłynęli zasadniczo. Kiedy czytam o migających się od płacenia fiskusowi José Mourinho czy innym Cristiano Ronaldo, nie pojmuję, dlaczego kogokolwiek to dziwi – przecież reprezentujący ich interesy Jorge Mendes również rejestruje spółki w rajach podatkowych. Taki obyczaj w wyższych piłkarskich sferach, tam po prostu wypada optymalizować zyski. Cytując uwielbiającego nauczać wzniośle Raiolę: „Lepiej umrzeć na stojąco niż żyć na kolanach”.

Tagi: transfery
19:16, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
sobota, 15 kwietnia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Trener Zinedine Zidane wypuścił przed chwilą na mecz w Gijón głębokie rezerwy. Z jedenastki, która pobiła w środę Bayern Monachium, ostali się tylko środkowi obrońcy Sergio Ramos i Nacho. Real Madryt jednak triumfował, i to triumfował na boisku drużyny grającej bardzo dobrze, z determinacją broniącej się przed spadkiem. Triumfował w swoim stylu – przegrywał 0:1 i 1:2, wyrównywał, rozstrzygającego gola załadował w doliczonym czasie. Aż człowiek głupieje i zaczyna tropić spiski, podejrzewać, że oni to robią specjalnie. Od razu zabierają na murawę trotyl, ale odpalają go dopiero prawie po meczu.

Bohaterem popołudnia był Isco, grający wręcz bajecznie. Nie mieści się we łbie, że wirtuoz o tej skali talentu – wirtuoz w doskonałej formie – przesiaduje gdziekolwiek w rezerwie. Ale Isco przesiaduje. Madryckie luksusy.

Wiadomo, że Zidane zarządza przebogatą kadrą, obwołuje się ją nawet najszerszą w dziejach klubu. Tym razem szalał Isco, ale ja szczególnie źle znoszę uziemienie Jamesa Rodrígueza – skandalicznie marnotrawstwo, gdybym miał władzę, przeniósłbym go gdziekolwiek, żebym mógł oglądać go zadowolonego z życia, w szczytowej formie, magicznego.

Patrzyłem na Real z absolutnym przekonaniem, że ostatecznie wtłucze swojego gola. A patrząc, rachowałem, ile te „rezerwy” madrytczyków kosztowały.

Otóż za rezerwowego Isco lider ligi hiszpańskiej zapłacił – kwoty ściągam z serwisu Transfermarkt.de, bo najwygodniej – 30 mln euro. Za wspomnianego Jamesa – 75 mln. Za biegającego między nimi Mateo Kovacicia – 31 mln euro. Rachunek jest prosty, Real Madryt to taki klub, który stać na permanentne trzymanie w rezerwie trzyosobowej linii pomocy za 136 mln.

Za rezerwowego robi tam też Alvaro Morata, napastnik za 30 mln. Real stać też, by wywalić – odpowiednio – 31,5 oraz 30 mln za rezerwowych bocznych obrońców, Danilo oraz kompletnie zbędnego Fabio Coentrao.

Co ja gadam, że zbędnego. Przecież przydał się, żeby w przerwie starcia z Bayernem odfajkować meczyk ze Sportingiem.

Podliczyłem – dzisiejsze „rezerwy” Realu pochłonęły 265 mln euro. Nie mam pewności, czy najdroższe w dziejach futbolu, ale zapewne tak, żyjemy przecież w erze szalejącej inflacji. Pododawałem też pozostałe kwoty transferowe, która dały aktualną kadrę seniorów, i dotarłem do 625 mln.

Chichotaliśmy się niekiedy z wygibasów Florentino Pereza, który kupował kompulsywnie, jak bulimik. Mieliśmy zresztą dobre powody, bo zdarzało się wykonywać madryckiemu prezesowi ruchy chaotyczne i niespójne, nazbyt łatwo wylewał hektolitry szmalu za piłkarzy skazanych w szatni Realu na drugorzędność. Wygląda jednak na to, że zrodziła ta awanturnicza polityka personalna – zrodziła być może nieco przypadkiem – wielonogie monstrum, które potrafi skopać niemal każdego rywala dowolnie wybranym odnóżem. Zidane na pewno popełnia, jak każdy trener, błędy w selekcji, ale myli się co najwyżej troszeczkę, ponieważ inaczej się nie da. Głęboki rezerwowy jest rezerwowym ledwie teoretycznie, wskutek zawirowania, które przywiodło go do Madrytu, gdzie indziej nie byłby rezerwowym, lecz gwiazdą, ewentualnie megagwiazdą, ewentualnie jednoosobowym gwiazdozbiorem, ja zupełnie serio podejrzewam o tę umiejętność piłkarza Isco.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

środa, 01 lutego 2017

Polska jako znak jakości

Włosi zauważyli, że po belgijskich trawach grasuje niejaki Łukasz Teodorczyk.

Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” zachwyca się jego 25 golami w bieżącym sezonie, które sytuują Polaka w pobliżu – naturalnie biorąc pod uwagę nagie liczby, bez kontekstu – Leo Messiego (29) czy Cristiano Ronaldo (20). Dostrzega u naszego napastnika techniczną chropowatość, lecz chwali inteligentną grę bez piłki, pracowitość oraz zaangażowanie w grę całej drużyny. Popada też w typową dla tamtejszego poetyzowania o sporcie pocieszną przesadę, porównując Teodorczyka – ze względu na fizyczne podobieństwo – do Ivana Drago, czyli czarnego charakteru z czwartej części „Rocky’ego”, którego rolę odgrywa zwalisty Dolph Lundgren.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Oto Włosi przedstawiają Teodorczyka jako kolejnego znakomitego polskiego goleadora – po ichniemu to „bomber” – po Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Miliku. Co przypomina, że Europa coraz częściej widzi klasowego piłkarza znad Wisły nie tylko jako jednostkę, ale też jako część większej całości. „Skąd on jest? Polska? Aha, to tam, gdzie umieją grać. Bierzemy, małe ryzyko”. Jeśli Fiorentina oferuje Lechowi Poznań 3 mln euro za Dawida Kownackiego (rocznik 1997), to być może nie tylko dlatego, że wykryła u niego talent, ale również dlatego, że ów talent ma szlachetne pochodzenie. Że wychowywał się tam, gdzie Lewandowski (1988), Teodorczyk (1991) czy Milik (1994).

Rynkowa wartość polskich piłkarzy wystrzeliła na niespotykane wcześniej pułapy już minionego lata, więc około 10,5 mln euro wyłożone przez Hull na Kamila Grosickiego nie robi na nas wrażenia. Jeszcze rok temu byłby to jednak nasz transferowy rekord wszech czasów, podobnie jak wakacyjne wydatki renomowanych klubów na Milika (35 mln), Grzegorza Krychowiaka (co najmniej 26 mln), Piotra Zielińskiego (16 mln) i Kamila Glika (11 mln, w przyszłości kwota może wzrosnąć do 15 mln). Teraz dzieje się mniej spektakularnie, ale wciąż zgodnie z przyjemnym trendem. Trwa hossa, co widzimy i w kolejnym klubie mocnej ligi, który postanowił obsadzić szatnię dwoma Polakami – Sampdoria do Karola Linettego (1995) dołożyła Bartosza Bereszyńskiego (1992) – i w zabiegach o Kownackiego, i w ośmiocyfrowej cenie Grosickiego, i w rezerwie wicelidera Bundesligi, w której w sobotę po raz pierwszy usiadł Kamil Wojtkowski (1998). Oglądałem ten mecz z trybun i usłyszałem od lokalnej reporterki, że jej zdaniem Polak zadebiutuje jeszcze w tym sezonie, zresztą RB Leipzig dał się już poznać jako drużyna intensywnie lansująca młodych.

I jeśli do powszechnie znanych nazwisk dorzucić porozrzucanych po Europie juniorów, to okaże się, że nasi panoszą się wszędzie – myślę o czołowych ligach – poza hiszpańską Primera Division. W Liverpoolu i Manchesterze City uczą się bramkarze Kamil Grabara (1999) i Paweł Sokół (2000), Napoli wypożycza Igora Łasickiego (1995), w Lipskiej akademii Ralfa Rangnicka mamy jeszcze Przemysława Płachetę (1998) – jeśli wolno mi podobierać trochę na chybił trafił, z pierwszych skojarzeń.

Robiło się coraz bardziej bogato i nadal robi się coraz bardziej bogato. Jeszcze nigdy tylu Polaków naraz nie miało kontraktów we włoskiej Serie A. Jeszcze nigdy tylu naraz nie przebywało w angielskiej Premier League. Jeszcze nigdy tylu naraz nie mieściło się w kadrach najbardziej znanych firm francuskich. W Niemczech, owszem, bywało tłoczniej od naszych, ale teraz też wygląda to nieźle – rodaków widać w trzech najważniejszych klubach, czyli Bayernie, RB Leipzig i Borussii Dortmund. Wiem, że nie wszyscy młodzi pięknie wydorośleją, wiem też, że nie wszystkim seniorskim reprezentantom się wiedzie. Ale zaczynamy powoli wybierać wśród kilkudziesięciu (!) graczy opłacanych na elitarnych rynkach pracy lub studiujących na czołowych futbolowych uniwersytetach, a „polski piłkarz” staje się uznaną marką. Końca koniunktury nie widać.

Tak jak nie widać końca kanonady Ivana Drago – tfu, Łukasza Teodorczyka – który z 17 bramkami lideruje rankingowi strzelców ligi belgijskiej. Nawet jeśli częściej będzie ściągał palec ze spustu, to pobije rekordowe dla Anderlechtu w XXI wieku 23 bramki uzbierane niegdyś przez Kanadyjczyka Tomasza Radzinskiego. A potem trzeba będzie zasadzić się na Anglię.

środa, 31 sierpnia 2016

Zamyka się okno transferowe w Europie – okres aktywności na jednym z najdziwniejszych i najmniej przejrzystych rynków w światowej gospodarce. Tradycyjnie już rekordowy.

Wszystkich przelicytował Manchester United, który za Paula Pogbę rzucił 105 mln euro. Dotąd w XXI wieku transferowe rekordy bił wyłącznie Real Madryt, ale miażdżąca przewaga finansowa ligi angielskiej nad resztą świata stale rośnie. I kluby tych najpopularniejszych, najdrożej sprzedających prawa telewizyjne rozgrywek po raz pierwszy w historii wydały jednego lata ponad miliard funtów. A budżety płacowe pochłaniają rocznie już ponad dwa miliardy.

Dlatego Anglikom coraz trudniej pozbywać się piłkarzy zbędnych. Manchester City tylko dlatego mógł wypchnąć na wypożyczenie Joe Harta do Torino i Samira Nasriego do Sevilli, że będzie im płacił odpowiednio 35 i 70 proc. pensji. A sąsiedzi z United nie zdołali się rozstać z Bastianem Schweinsteigerem i jego wegetacja w rezerwach będzie ich kosztować 12,5 mln rocznie. Oba wymienione kluby są od pewnego czasu najbardziej rozrzutne na świecie (a efekt jest taki, że ligę skończyły na czwartym i piątym miejscu), jednak aberrację doskonalej ilustruje przypadek niejakiego Emmanuela Riviere – drugoligowe (!) Newcastle uważało go za balast, ale długo było bezradne, ponieważ przystało na gażę blisko 2,5 mln euro. Czyli dwa razy więcej, niż na kontynencie jest w stanie zaoferować ktokolwiek potrzebujący graczy na jego poziomie. I dopiero dzisiaj podrzuciło Francuza na rok Osasunie. Za co oczywiście samo zapłaci... Newcastle to w ogóle przykład bezprecedensowy, po degradacji z Premier League stać je na utrzymywanie trenerskiego zwycięzcy Ligi Mistrzów Rafaela Beniteza.

Przyzwyczailiśmy się, że od wyspiarskich klubów sprzedający żądają za transfery więcej, coraz częściej krzycząco nieproporcjonalnie do sportowej wartości piłkarzy (Sunderland daje 20 mln za Gabończyka Didiera Ndonga, który w 46 meczach Lorient strzelił dwa gole). Ale obyczaje ewoluują wszędzie. Tego lata bezkompromisowo działał nawet Juventus, czyli klub w ostatnich latach gospodarujący oszczędnie, prowadzący wzorową, w europejskiej czołówce chyba najbardziej przytomną politykę kadrową – za darmo lub prawie za darmo brał graczy klasy Andrei Pirlo, Pogby, Carlosa Téveza czy Samiego Khediry. I choć znów wygląda na wielkiego zwycięzcę letniego okna transferowego, to strategię radykalnie zmienił. Oprócz Daniego Alvesa (wygasł mu kontrakt z Barceloną) i Mehdiego Benatii (marne 5 mln dla Bayernu) za zyski z rekordowej sprzedaży Pogby wziął Gonzalo Higuaina (90 mln, najwyższa kwota w historii Serie A), Marko Pjacę (23 mln dla Dinama Zagrzeb, najdroższy młodzieżowiec ze wschodu Europy), Miralema Pjanicia (32 mln), dzisiaj finalizował też transfer Axela Witsela (Zenit St. Petersburg dostanie około 20 mln). Rozmach iście angielski. Turyńczycy uzmysławiają sobie, że jeśli poważnie myślą o triumfie w LM, to inaczej już się zwyczajnie nie da. Barcelona wydała właśnie przeszło 120 mln na samych rezerwowych.

Jakieś rekordy padają już bowiem co tydzień. I wbrew obiegowym opiniom najbogatsze kluby wcale nie płacą „absurdalnie” – koszty pozyskiwania gwiazd stanowią wręcz niższy odsetek przychodów niż kilkanaście lat temu. Piłka nożna na szczytowym poziomie staje się coraz bardziej dochodowym biznesem.

I coraz więcej pieniędzy spływa niżej, a tam kluby działają już niezbyt racjonalnie. Przynajmniej z perspektywy przedsiębiorstw z innych dziedzin, które nie prą – jeśli są właściwie zarządzane – ku personalnemu chaosowi. Kiedy Pogba zmienia barwy za pieniądze rzekomo absurdalne, to rozumiemy transakcję w wymiarze i finansowym, i sportowym. Wiemy, co Manchester Utd. zyskuje i dlaczego. Kiedy jednak przyglądamy się manewrom zasadniczej większości klubów, to na dłuższym dystansie czasu nie mają one żadnego merytorycznego sensu. O ile oczywiście celem ich istnienia nie jest wyłącznie to, by interes się kręcił.

Sampdoria, z którą kontrakt podpisał Karol Linetty, każdego roku wymienia nawet kilkunastu piłkarzy i rewolucjonizuje podstawową jedenastkę. Pobliska Genoa zachowuje się identycznie, Fiorentina uzbierała już w seniorskiej kadrze ponad 20 obcokrajowców. Działa to tak, że skrzydłowego za 3 mln wymienia się na innego skrzydłowego za 3 mln, który oferuje zbliżony poziom. Stopera za 2 mln zastępuje stoper za 2 mln – znów o podobnych kompetencjach. I zatrudnia się kolejnych dyrektorów sportowych, którzy „uzdrawiają” sytuację. Klub piłkarski to firma, w której trwają nieustające zmiany. I właściwie nie wiadomo po co. Wiadomo tylko, że z każdą zmianą ulatniają się pieniądze przeznaczane na prowizje pośredników.

Maniacko podróżują również piłkarze. Marco Borriello, napastnik powoływany nawet do reprezentacji Włoch, zmieniał pracę 17 razy, a w ostatnim roku zdążył się nająć w Genoi, Carpi, Atalancie i Cagliari. Nigdzie się nie sprawdza, ale zawsze znajdzie kogoś, kto pozwoli mu się nie sprawdzić. A obsługujące kariery zawodników agencje zarabiają coraz więcej. Najbardziej spektakularną i zarazem symptomatyczną kwotą wakacji było nie tyle 105 mln za Pogbę, ile 25 mln prowizji dla Mino Raioli. Potężnego menedżera, który głosi, że transfer można wymusić na każdym klubie, wystarczy tylko zasiać zamęt w szatni. Z przeprowadzki jednego klienta wyciągnął tylko trochę mniej niż roczny budżet Legii Warszawa. 

Tagi: transfery
20:42, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Paul Pogba, Manchester United

Po kolejnym rekordzie transferowym jak zwykle słychać oburzonych. Że wydane pieniądze są „absurdalne”. Że piłkarz „nie powinien tyle kosztować”.

Nie padają natomiast propozycje, jak ustalać cenę piłkarza, by była „rozsądna”. Sumę 110 mln euro, którą Manchester United zapłaci Juventusowi za Paula Pogbę, dyskwalifikuje po prostu to, że przebije wszystkie dotychczasowe, jest nowa, jeszcze się z nią nie oswoiliśmy. Choć na rynku dóbr luksusowych – lub z natury mających wartość niemierzalną twardą walutą – nie wydaje się szczególną ekstrawagancją. Skoro wysadzany klejnotami zegarek Choparda kosztuje 25 mln dolarów, Jeff Koons sprzedaje rzeźby za ponad 50 mln dol., a za dzieła artystów nieżyjących kolekcjonerzy płacą więcej niż za Pogbę... Ba, najdroższy w historii jacht – zbudowany m.in. ze złota, platyny, kości dinozaura i kawałków meteorytu – jest wart 4,5 miliarda dolarów. Zdrowego rozsądku tu nie odnajdziesz, za horrendalne kwoty zamożni ludzie kupują sobie prestiż lub realizują niezrozumiałe dla innych pasje.

Oczywiście, można – może wręcz wypada? – poczuć naturalną niechęć do tych zbytków zwłaszcza dzisiaj, w czasach bezprecedensowego rozziewu między majątkiem najbogatszych a nędzą najbiedniejszych. Sam bywam zdegustowany zarobkami piłkarzy (choć mój niesmak nie wzrasta wprost proporcjonalnie do wzrostu płac, ponieważ mam zbyt ubogą wyobraźnię, by objąć nią różnicę między 250 a 300 tys. tygodniówki). Tyle że gwiazdorzy boiska napędzają gigantyczny, dynamicznie rozwijający się przemysł rozrywkowy. I jeśli Pogba staje się częścią przedsiębiorstwa Manchester United, to punkt odniesienia stanowi dla niego raczej, powiedzmy, Matt Damon, który za tytułową rolę w filmie o Jasonie Bournie otrzymuje 20 mln dol. A przecież on na planie zdjęciowym spędza kilka tygodni, jego kompetencji nie pozyskuje się na kilka sezonów.

Wbrew nieśmiertelnym miejskim legendom kluby nie odzyskują kwot zainwestowanych w transfery poprzez sprzedaż koszulek – na nich zarabia się drobne, więcej wyciągają tu producenci sprzętu sportowego. Manchester United bardziej liczy na profity z 80 proc. praw do wizerunku Pogby oraz komercyjne kontrakty, których wysokość zależy od marketingowej potęgi całej drużyny wynikającej z popularności graczy o sławie francuskiego rozgrywającego. Kontrakty takie jak 10-letnia umowa z Adidasem, który co roku przelewa klubowi 75 mln funtów. Nie ma łatwego sposobu, żeby porachować, ile MU zarobi na nowym gwiazdorze, nie ustalimy też co do funta, ile wyciśnie ze sławy Zlatana Ibrahimovicia. Oni współdziałają i na murawie, i poza nią. Szefowie Adidasa są zachwyceni wielotygodniowymi medialnymi serialami transferowymi, a w 23-letnim Pogbie widzą idola młodych (od feerii fryzur po fetowanie goli dyskotekowymi pląsami tańca Dab), pozwalającego uwodzić nowe pokolenia klientów.

Można nawet zapomnieć na chwilę o liczbach bezwzględnych i ogłosić, że Francuz będzie najdroższy jedynie pozornie. Przecież kosztuje tylko 25 proc. więcej niż 29-letni Gonzalo Higuain, który z kolei kosztuje – on, król strzelców ligi włoskiej o skuteczności niespotykanej od dekad! – niespełna trzy razy więcej niż niesprawdzony jeszcze na wysokim poziomie Arkadiusz Milik. Nikt tu nie przepłaca, po prostu po rynku krąży więcej pieniędzy spływających m.in. z niebotycznych zysków ze sprzedaży praw do transmitowania meczów w telewizji. Pieniędzy rozdysponowywanych wręcz „rozsądniej” niż przed dekadę lub dwiema.

Kiedy w 1999 r. Inter Mediolan ustanawiał rekord transferowy, płacąc 49 mln euro za Christiana Vieriego, wydawał prawie 100 proc. swych rocznych przychodów. Kiedy w 2001 r. Real Madryt rzucał 75 mln na Zinedine’a Zidane’a, wydawał 55 proc. przychodów. Kiedy w 2009 r. ten sam klub wycenił Cristiano Ronaldo na 94 mln, wydawał już tylko 23 proc. przychodów. A dzisiaj Manchester United wyda na Pogbę skromne 21 proc. rocznych przychodów. Owszem, jest drogi. Ale nie aż tak drogi.

Chcecie, żeby piłkarze potanieli? Istnieje tylko jeden sposób. Ludzie muszą przestać się futbolem interesować. Wtedy ceny praw telewizyjnych spadną, a głaszczący własną próżność inwestorzy poszukają poklasku gdzie indziej.

środa, 03 sierpnia 2016

Gdyby piłkarski rynek transferowy był sprintem na sto metrów, to trwające lato byłoby z polskiej perspektywy biegiem, w którym nawet pobicie rekordu wszech czasów nie wystarcza do medalu, ponieważ rekord bije połowa ścigających się zawodników. I to bije rekord w spektakularnym stylu. Kamil Glik, Piotr Zieliński (czekamy na oficjalne potwierdzenie, w czwartek testy medyczne w Napoli), Grzegorz Krychowiak, Arkadiusz Milik - wszyscy przelicytowali najdroższego dotąd Jerzego Dudka. Wyraźnie bądź wielokrotnie, nawet Usain Bolt w szczytowym momencie miał rywali bliżej pleców.

A być może przelicytował Dudka - kosztował śmieszne 7 mln - także Bartosz Kapustka, tu mamy sprzeczne informacje. Tak czy owak jednak również gracz wyeksportowany przez Cracovię jest rekordzistą. Wśród polskich nastolatków.

Oglądalibyśmy zatem sprint z aż pięcioma czasami powyżej rekordu wszech czasów. I to po wielu latach gapienia się na biegi ślamazarne, z wynikami liderów marnymi lub beznadziejnymi.

Nie ma jednak sensu zachłystywać się cenami, one są między innymi skutkiem szalonej inflacji na całym rynku. Istotniejsze, że polscy piłkarze wystrzelili w hierarchii sportowej. Świat europejskiego futbolu znienacka zaczął z naszego punktu widzenia wyglądać zupełnie inaczej.

Ma polskiego piłkarza - króla strzelców Bundesligi! - przeszczęśliwy z tego powodu MISTRZ ligi niemieckiej, który musi się bardzo starać, żeby nie podebrał mu tego polskiego piłkarza madrycki triumfator Ligi MISTRZÓW (Robert Lewandowski, Bayern Monachium). Ma też polskiego piłkarza WICEMISTRZ ligi niemieckiej - jednego z najlepszych na kontynencie prawych obrońców (Łukasz Piszczek, Borussia Dortmund). No i za 5 mln euro wziął właśnie polskiego piłkarza niemiecki ĆWIERĆFINALISTA Ligi MISTRZÓW (Jakub Błaszczykowski, Wolfsburg).

26 mln euro (plus ewentualnie 4 mln) zapłacił za Polaka MISTRZ ligi francuskiej (Paris Saint Germain, Grzegorz Krychowiak, który przed chwilą obronił TROFEUM w Lidze Europejskiej). Podpisał kontrakt z Polakiem WICEMISTRZ ligi francuskiej (Maciej Rybus, Olympique Lyon). Za 11 mln (plus ewentualne 4 mln) wzięła też Polaka TRZECIA drużyna ligi francuskiej (Kamil Glik, AS Monaco) - podprowadziła uwielbianego przez publikę kapitana włoskiemu klubowi AC Torino.

Nawet 9 mln euro przeleje za Polaka (wciąż nastoletniego!) MISTRZ ligi angielskiej (Bartosz Kapustka, Leicester), który jednego Polaka już zatrudnia (Marcin Wasilewski). W wakacyjnych sparingach w podstawowym składzie sprawdza Polaka WICEMISTRZ ligi angielskiej (Krystian Bielik, Arsenal).

Aż 35 mln euro wydał na Polaka WICEMISTRZ ligi włoskiej (Arkadiusz Milik ma w Napoli zastąpić najbardziej bramkostrzelnego od dekad króla strzelców Serie A). Dorzuci też WICEMISTRZ ligi włoskiej 15-18 mln za innego Polaka (Piotr Zieliński, Napoli). A TRZECIA drużyna ligi włoskiej chce zatrzymać wypożyczonego z WICEMISTRZA ligi angielskiej bramkarza (Wojciech Szczęsny, AS Roma).

Namnożyło się tych mistrzostw albo prawie mistrzostw wokół polskich nazwisk, prawda? W dodatku wymieniamy nazwiska ludzi młodych, aż chciałoby się dopisać do nich Pawła Dawidowicza, na razie rezerwowego w Benfice Lizbona, czyli MISTRZU ligi portugalskiej. A ponieważ za naszych hojnie płaciły jeszcze m.in.: Fiorentina (Bartłomiej Drągowski, 4 mln), Sampdoria (Karol Linetty, 3 mln) i Queens Park Rangers (Ariel Borysiuk, 2 mln), to mamy czas absolutnie wyjątkowy. Zagraniczne kluby zapłacą za naszych grubo ponad 100 mln euro, mogą przekroczyć nawet 120 mln - rynkowa wartość graczy z żadnego kraju w Europie nie wzrosła w tym roku aż tak bardzo. Gdyby polskie piłkarstwo było notowane na giełdzie jako firma, to przeżywałoby fantastyczną, bezprecedensową hossę.

Ale powtórzmy: nie o pornografię liczb tu chodzi. Jeszcze nigdy tak wielu Polaków nie występowało w tak wielu renomowanych drużynach. Jeszcze nigdy nie kibicowaliśmy aż tylu rodakom kopiącym w klubach aspirujących do sukcesu w Champions League. Jeszcze nigdy nie mieliśmy w każdy weekend oczopląsu, jaki czeka nas jesienią (kogo tu oglądać?). Jeszcze nigdy trener reprezentacji nie czerpał z puli, w której przebiera Adam Nawałka - w eliminacjach do mundialu 2018 może wystawiać jedenastkę złożoną wyłącznie z zawodowców zatrudnionych w pięciu wielkich ligach europejskich. Futbolowy towar znad Wisły awansował do kategorii dóbr luksusowych.

poniedziałek, 16 maja 2016

Piotr Zieliński, Liverpool

Rozgrywający naszej reprezentacji - w minionym sezonie czołowy młodzieżowiec ligi włoskiej - podpisze kontrakt z Liverpoolem i zostanie najdroższym polskim piłkarzem w historii.

Według włoskich źródeł ósmy klub ligi angielskiej zapłaci za Piotra Zielińskiego około 12 mln euro. Ta sama firma w 2001 r. wyłożyła 7,5 mln za dotychczasowego polskiego rekordzistę, bramkarza Jerzego Dudka. Oczywiście obu wymienionych rynkową wartością zdecydowanie przelicytowuje Robert Lewandowski, ale jego Bayern Monachium wyciągał z Borussii za darmo, po wygaśnięciu kontraktu napastnika z dortmundzkim klubem.

Piotr Zieliński to jeden z tych graczy nowej generacji - generacji świata bez granic - którzy nigdy nie kopnęli piłki w naszej lidze. Jako junior poleciał do Udinese (chłopcem wypatrzonym na turnieju 17-latków interesowały się też Milan, Fiorentina i Chievo), gdzie debiutował w Serie A przed 19. urodzinami. Błyskawicznie wtargnął do składu, w sezonie 2012/13 miewał asysty, sprowokował trenera Francesco Guidolina do obwieszczenia narodzin gwiazdy i westchnienia, że drużyna cierpiąca na brak klasycznego rozgrywającego odkryła we własnej szatni następcę sprzedanego do Barcelony Alexisa Sáncheza.

Kiedy jednak w następnym sezonie Polak zgasł, niemal całkiem zniknął. Siedział albo w rezerwie, albo na trybunach, aż został wypożyczony do prowincjonalnego Empoli i tam też nie umiał się wyrwać z rólki piłkarza wchodzącego na boisko rzadko, który gra bezbarwnie, zbyt często bywa wręcz bezużyteczny. Ożył dopiero po letniej zmianie trenera. Marco Giampaolo ewidentnie na niego stawiał, znalazł mu też nową pozycję – głębiej w środku pola – na której Zieliński częściej dotyka piłki, najczęściej w drużynie wprowadza ją w strefę ataku, kreuje najwięcej szans bramkowych.

I ma za sobą sezon znakomity, który wedle włoskich komentatorów powinien „oprawić w ramkę”. Dryblował z piątą najwyższą skutecznością w Serie A. Pięć bramek i cztery asysty to bilans niedościgniony wśród młodzieżowców, czyli przedstawicieli rocznika 1994 lub młodszych, uprawnionych do występu w przyszłorocznych mistrzostwach Europy U-21. Wedle not analitycznego serwisu WhoScored.com był najlepszym piłkarzem ligi w tej grupie wiekowej. A w niedzielę na pożegnanie wbił gola Torino i został obwołany bohaterem meczu. Czysty talent. I kandydat na rasowego rozgrywającego, za jakim polski futbol tęskni od lat.

Teraz zajmie się nim Jürgen Klopp, w XXI wieku najważniejszy dla naszej piłki trener zagraniczny, któremu wzlot na pułap finału Ligi Mistrzów zawdzięczają Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek. On Zielińskiego upatrzył sobie rok temu. I od tamtej pory na jego polecenie postępy Polaka intensywnie monitorował Željko Buvač, wieloletni asystent niemieckiego szkoleniowca, znany jako „Mózg” oraz mentalny bliźniak swego przyjaciela i szefa - obaj postrzegają futbol identycznie, a porozumiewają się telepatycznie.

Z wczorajszych słów Adama Nawałki na konferencji otwierającej zgrupowanie reprezentacji w Juracie wynika, że pertraktacje Zielińskiego z Liverpoolem trwały już w marcu. - Mam nadzieję, że Piotrek szybko sfinalizuje transfer - powiedział selekcjoner. A sam piłkarz już przed kilkoma tygodniami przyznawał się włoskim reporterom, że przyciągnął uwagę wielkich firm. I że w Empoli nabrał takiej pewności, iż ewentualne wyzwanie na najwyższym poziomie „podejmie bez najmniejszych obaw”. Wskazał nawet swoje wymarzone barwy (Real Madryt), wymienił ulubionych piłkarzy (Luka Modrić, Andrés Iniesta, Paul Pogba), podał nazwisko pomocnika królewskiego klubu, którego chętnie by zastąpił (Toniego Kroosa lub Casemiro, by grać obok Modricia). I wyznał, że dopiero dzisiaj czuje się sportowcem dojrzałym. Dba o każdy istotny dla kariery detal, aż po wyrafinowaną dietę zaleconą przez Annę Lewandowską, żonę naszego reprezentacyjnego napastnika („Niektórych spraw nawet nie rozumiem, a niektóre rzeczy zamawiam tylko przez Internet, bo sklepach ich nie ma”).

Sam siebie definiuje jako zawodnika „technicznego, obunożnego, szybkiego”, ale zdaje sobie sprawę z przywar. Za dalekie od ideału uważa przede wszystkim swoje reakcje defensywne, tymczasem Klopp wymaga, by jego podwładni wściekle dopadali rywali natychmiast po utracie piłki - to esencja preferowanego przezeń stylu gry. Zieliński znów musi zatem udowodnić, że jest pojętny, zwłaszcza że wyląduje w nieznanym sobie środowisku, na boiskach ligi angielskiej wszystko dzieje się znacznie szybciej niż na włoskich. A tamtejsi prezesi, obdarowywani coraz hojniejszymi kontraktami telewizyjnymi, mogliby funtami wyściełać klubowe biura, więc z piłkarzami za kilkanaście milionów, którym się nie powiedzie, rozstają się bez hamletyzowania.

Zieliński rzeczywiście jednak jest graczem znacznie bardziej doświadczonym niż sugerowałaby metryka. Choć w piątek skończy ledwie 22 lata, uzbierał już 82 występy w lidze włoskiej (Lewandowski w jego wieku dopiero wyjeżdżał z naszej ekstraklasy). Ale teraz z prowincji przeniesie się do futbolowej metropolii, pod legendarną trybunę The Kop. A w środę wieczorem, jeśli finał Ligi Europejskiej zakończy się zwycięstwem Liverpoolu nad Sevillą, może się okazać, że jesienią stanie przed szansą debiutu w Lidze Mistrzów.

Tagi: transfery
20:14, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 14 stycznia 2016

Pamiętacie ten szloch? Ach, Legia po nieszczęsnym meczu w Glasgow została wykopana z Ligi Mistrzów tylko dlatego, że pochodzi z polskiego wygwizdowa, ach, jak oni nas prześladują i dyskryminują, wielkiego klubu nikt by się nie ośmielił nawet tknąć.

Tymczasem ledwie zakaz transferowy odbyła Barcelona, a FIFA już zdążyła postawić szlaban Realowi i Atletico Madryt. Mocno oberwały obie najpopularniejsze firmy na świecie i rzucający im wyzwanie finalista Ligi Mistrzów sprzed półtora roku, aktualny lider ligi hiszpańskiej. Za to samo przestępstwo – nielegalny handel nieletnimi piłkarzami.

Atlético, jak się zdaje, zniesie karę stosunkowo łatwo. Podobnie jak Barcelona, choć z innych powodów. Szeroką i wyrównaną kadrę przed chwilą jeszcze wzmocniło, ma silnie obsadzoną każdą pozycję. Ale Real? Jak wytrzyma do lata 2017 klub, dla którego spektakularne wysokobudżetowe interesy, takie transferowe odpowiedniki „Avatarów”, są sensem istnienia, odruchową odpowiedzią na wszelkie problemy, podstawowym sposobem na udobruchanie wiecznie poirytowanych kibiców? I wydają się niezbędne zwłaszcza teraz, po roku bez trofeów?

Owszem, madrytczycy mogą kupować jeszcze przez dwa tygodnie, do zatrzaśnięcia zimowego okna transferowego. Tyle że w styczniu to raczej czas na interesiki pomniejsze, retuszujące skład. A królewski klub potrzebuje megahitów.

Jeśli jego nieuniknione odwołanie zostanie odrzucone, sankcje FIFA kardynalnie wpłyną na cały europejski futbol. I na kariery wybitnych graczy.

Nie przyleci do Madrytu nasz Robert Lewandowski – najwcześniej wyląduje tam w lipcu 2017 roku, tuż przed 29. urodzinami. Nie przyleci tam też Paul Pogba z Juventusu. Ani David De Gea, który między słupki Realu wchodził już w minione wakacje. Ani nawet Eden Hazard (gdyby oczywiście Florentino Perez wciąż pożądał śniętego rozgrywającego Chelsea). Jak obiecywał klasyk, nie będzie niczego. A mówimy tu o prezesie zakupoholiku, który zaskoczył wszystkich wstrzemięźliwością ostatniego lata, kiedy wydał „tylko” 75 mln euro.

Skoro Real nie kupi, to również nie sprzeda. Nie odda Cristiano Ronaldo do Paris Saint Germain – i nie wiadomo, czy zdoła na nim jeszcze zarobić fortunę, skoro Portugalczyk będzie mógł odejść dopiero pół roku po 32. urodzinach. Nie ma mowy też o ewentualnej ucieczce wiercącego się ponoć Garetha Bale’a, o którym marzy Manchester United, finansowy potentat zdolny wyrzucić dziesiątki milionów na nastoletniego Anthony’ego Martiala.

Słowem, knebel założony Florentinowi Perezowi może na rok znacząco wyciszyć rynek transferowy. W wyścigu El Clásico dać jeszcze wyraźniejszą przewagę Barcelonie. I zapewnić nam niespodziewane transferowe igrzyska już w teraz – czy Real wyrwie na zakupy i ile będą żądać za piłkarzy świadomi jego położenia konkurenci?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi