Wpisy z tagiem: transfery

poniedziałek, 27 lutego 2012

Inter Mediolan, Massimo Moratti

Był sobie bardzo bogaty właściciel klubu, który inwestował w klub furę pieniędzy, bo bardzo klub kochał. Nie wiadomo tylko, dlaczego pozwalał, by jego klub był traktowany jak królik doświadczalny. I to królik doświadczalny poddawany eksperymentom ze szczególnym okrucieństwem. Felieton z dzisiejszej „Gazety” o Interze Mediolan znajdziecie tutaj.

sobota, 18 lutego 2012

Legia Warszawa, harakiri

Jako bloger, który niejednokrotnie ostro krytykował trenera Macieja Skorżę, obiecuję, że w tym sezonie krytycznie już nawet o nim nie westchnę.

Jego szefowie właśnie sprzedali mu trzech piłkarzy bezapelacyjnie kluczowych, których jesienią wkładał do podstawowego składu właściwie zawsze, gdy byli żywi. Co więcej, nie sprzedali ich 1 stycznia, lecz już po zakończeniu zimowych przygotowań do sezonu, po regularnym wystawianiu ich w sparingach, w przededniu wznowienia rozgrywek, kiedy nie ma czasu, by przećwiczyć nowe warianty gry.

Nowych piłkarzy też pozyskała Legia Warszawa pięć minut temu, w przededniu wznowienia rozgrywek. Nie wykluczam, że Novo i Blanco się nadadzą, ale wiem, że tego nie wiem, tak jak nie wie tego Skorża. Musi sprawdzać w boju.

Legia to klub kuriozum. Znajdźcie mi w Europie inny z aspiracjami - znaczy mierzący w mistrzostwo kraju - który trenerowi wycina podobny numer. Pozbywa się bardzo ważnych dla drużyny postaci tuż przed rozpoczęciem walki o tytuł, jakby chciał maksymalnie ją utrudnić, co więcej, pozbywa się postaci bardzo perspektywicznych - Komorowski skończył 27 lat, Borysiuk 20 lat, Rybus 22. Wyobrażacie sobie, że Barcelona eksportuje w podobnym momencie Pique, Busquetsa i Iniestę? Że Manchester United wystawia za drzwi Vidicia, Carricka i Naniego? Że Milan wyprasza z szatni Thiago Silvę, van Bommela i Robinho?

To naprawdę wygląda tak, jakby ITI zwijało interes i zamierzało zaraz klub opchnąć. Jeśli jednak Mariusz Walter mimo wszystko pożąda tytułu, to mam wrażenie, że oczekuje wygrania konkursu piękności od atrakcyjnej dziewczyny, której przed wyjściem na scenę wyrwał trzy przednie zęby.

środa, 15 lutego 2012

Milan - Arsenal

Milan, czyli gratulacje dla Adriano Gallianiego, asa rynku transferowych minionych lat. Główne role w dzisiejszym spektaklu na San Siro odgrywali wyborni piłkarze przejęci po cenach wybitnie promocyjnych (Ibrahimovic, Robinho, Boateng), niemal za darmo (Nocerino) lub całkiem za darmo (van Bommel, Mexes). Co więcej, wielu z nich to ludzie po przejściach, którzy wepchnięci do jednej szatni mieli grozić wysadzeniem jej w powietrze. Nie wysadzili, lecz zafundowali kibicom najwyższe wiosenne zwycięstwo włoskiego klubu w Lidze Mistrzów od 1994 roku, w którym Milan znokautował Barcelonę 4:0.

Arsenal, czyli kondolencje dla jego fanów z powodu chronicznej już niezdolności trenera Arsene’a Wengera do wytłumaczenia piłkarzom, jak należy bronić. I nie chłostałbym wyłącznie defensorów, lecz pomocników, którzy nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć, że powinni defensorów osłaniać i wspierać. To problem dotykający londyńczyków od lat, w tym sezonie tylko się nasilił - w Premier League więcej goli straciło ledwie dziewięć drużyn. A teraz Arsenal poniósł najwyższą klęskę w historii swoich występów w Champions League.

Milan, czyli gratulacje dla całej ligi włoskiej, która wreszcie, po kilku sezonach cierpień, zaczyna się odkuwać na wyspiarzach. Już jesienią Napoli wygoniło z LM obrzydliwie bogaty Manchester City...

Arsenal, czyli kondolencje dla fanów całej ligi angielskiej, która w ćwierćfinale wystawi - nie łudźmy się - najwyżej jednego swojego przedstawiciela. A gdyby neapolitańczycy zdołali jeszcze wyrzucić z rozgrywek Chelsea, również się ostatnio krztuszącą w kraju, to wyspiarze nie mieliby w ćwierćfinale nikogo. Co nie zdarzyło się od pamiętnego sezonu 1995/1996, w którym Legia stłukła Blackburn...

środa, 18 stycznia 2012

Bayern Monachium, Robert Lewandowski

Sławne firmy przyjęły już długi korowód polskich bramkarzy, role główne, drugoplanowe i epizodyczne odgrywali nasi w FC Porto, Liverpoolu, Manchesterze United, Arsenalu, Realu Madryt i Celtiku Glasgow, ale gole dla prawdziwego giganta strzelał dotąd jeden napastnik - obwołany w Juventusie Turyn „Pięknością nocy” Zbigniew Boniek. Logo Panathinaikosu Ateny, w którym zasłużyli się Józef Wandzik (na swoim polu karnym) i Krzysztof Warzycha (na wrogich polach karnych), oddziałuje na wyobraźnię jednak trochę słabiej, nawet jeśli to temu klubowi zawdzięczamy jedyną polską bramkę w półfinale Ligi Mistrzów.

Teraz w pościg za największymi poprzednikami ma szansę rzucić się Robert Lewandowski, którego nazwisko niejednokrotnie umieszczałem tutaj obok nazwiska Bońka - wysławiając go jako najzdolniejszego polskiego snajpera od ćwierćwiecza. Zwerbować chce go Bayern Monachium, czyli klub legenda, kolos międzynarodowy, z dorobkiem nawet okazalszym niż juventusowy.

Te rewelacje przyniósł brukowiec, ale to brukowiec blisko związany z bawarczykami i w sprawach z nimi związanymi akurat świetnie zorientowany. Jego informacje potwierdziliśmy zresztą dziś - znaczy „Gazeta” - w dwóch źródłach. Tak, Bayern jest bardzo zainteresowany. Tak, wstępnie już Lewandowskiego sondowała. Tak, Borussia też już z monachijczykami rozmawiała.

Oczywiście zaprzeczać trzeba. Przysięgać, że piłkarz jest absolutnie nie na sprzedaż - też. I dlatego, że to normalna taktyka negocjacyjna, i dlatego, że ujawnienie prawdy zatruło by stosunki Polaka z kibicami - w Dortmundzie imponująco licznymi - a przecież przed letnim transferem warto jeszcze nazbierać trochę punktów dzięki jego golom.

Gdyby Lewandowski przeniósł się do Monachium, znów wykonałby skok w nadprzestrzeń. Takim była podróż z prowincjonalnego Znicza Pruszków do wielkomiejskiego Lecha Poznań. I podróż z ówczesnego mistrza Polski do przyszłego mistrza Niemiec.

Teraz tabela sugeruje, że Polak zmieniłby jednego potentata Bundesligi na innego. Pozory. Podnoszący się po zapaści grożącej upadkiem dortmundczycy mogli, ale nie musieli. Monachijczycy muszą. Zawsze mierzą w tytuł, każde wicemistrzostwo jest dla nich porażką. W Anglii, Hiszpanii, Francji czy Włoszech tłucze się między sobą kilka historycznych potęg, w Niemczech Bayern konkurencji właściwie nie ma. Złoto wziął 22-krotnie. Następne w klasyfikacji wszech czasów FC Nuernberg - dziś tułające się przy strefie spadkowej - zaledwie 9-krotnie.

Jeszcze wyraźniej dominują finansowo. W ostatnich dziesięciu latach tylko ich było stać na transfery warte więcej niż 20 mln euro - tyle wyłożyli za Roya Makaaya, Manuel Neuer kosztował ich 22 mln, Arjen Robben - 24 mln, Franck Ribery - 25 mln, Mario Gomez - 30 mln.

Ile luksusu, tyle gry pod presją. W Monachium przygniatającą. Jak tam flinta w napadzie nie wypali, nad tym, kto ją trzymał, znęca się cały kraj.

Dotychczasowym wyzwaniom Lewandowski sprostał w niespotykanym u polskich piłkarzy ofensywnych stylu. W Zniczu, Lechu i Borussii utrzymuje mniej więcej tę samą siłę ognia. Utrzymuje zabójczą skuteczność, a zarazem wnosi ze sobą na murawę rosnącą w oczach pewność siebie, ignoruje niepowodzenia, wszechstronnieje. To jego uniwersalność może przyciągać Bayern - Polak umiałby biegać za plecami snajpera wyborowego Gomeza, byłby w stanie wyręczyć Niemca na środku ataku, intensywnie angażowałby się w grę. Jeśli popełnia mnóstwo fauli, to dlatego, że nie odpuszcza także w defensywie, obrońcom wypowiada wycieńczającą fizyczną wojnę, umie twardo osłaniać piłkę, by dać czas pędzącym do ataku partnerom.

Porównywałem bohatera Borussii do Bońka, bowiem ustanawia rekord za rekordem i zanosi się, że nadal będzie ustanawiał. Został najmłodszym królem strzelców naszej ekstraklasy od czasów Juskowiaka; zdobywa bramki w debiutach; jako snajper jest najwydajniejszy wśród wszystkich Polaków, którzy grali w Bundeslidze; błyskawicznie poprawia statystyki w reprezentacji kraju i jeśli utrzyma tempo, też wejdzie na szczyt rankingów wszech czasów.

Boniek wyleciał do wielkiej firmy jako 26-latek. Lewandowski może pójść w jego ślady jako 24-latek. Jeśli pójdzie, prawdopodobnie zostanie pierwszym polskim bohaterem transferu ośmiocyfrowego.

piątek, 06 stycznia 2012

David De Gea, Manuel Neuer, Gianluigi Buffon

W Liverpoolu kardynalnie pomylił się Pepe Reina; w meczu Arsenalu rozczarował Wojciech Szczęsny; wokół Manchesteru United trwa dyskusja, czy między słupkami powinien stać David de Gea, czy jednak Anders Lindegaard; Tim Howard strzelił gola dla Evertonu, ale nie okazał radości z niezwyczajnego wyczynu, bo współczuł temu, którego pokonał. Bramkarze przyciągają ostatnio uwagę, a ponieważ ich popisy zbiegły się z początkiem okresu, w którym kluby znów mogą handlować żywym towarem, mogę się wreszcie zająć tematem od dawna odsuwanym przeze mnie w przyszłość - nieracjonalnością uczestników rynku transferowego, chyba najlepiej widoczną właśnie między słupkami.

Tak przywykliśmy do tego, że bramkarze są najtańsi, że rzadko uświadamiamy sobie, do jakiego stopnia są najtańsi. Otóż do ubiegłego roku więcej niż 20 mln euro kosztowali tylko Gianluigi Buffon (50 mln, z Parmy do Juventusu, rok 2001) i Francesco Toldo (26 mln, z Fiorentiny do Interu, 2001). Na rynku, na którym sezon w sezon przeprowadza się kilkanaście takich transakcji!

Nigdy tego nie rozumiałem, zawsze sądziłem raczej, że czołowi specjaliści od skakania między słupkami powinni należeć do najdroższych. Po pierwsze, ich kariery trwają najdłużej, można zakładać, że będą służyć nawet kilkanaście lat. Po drugie, dzięki swojej długowieczności wolniej tracą na wartości - nawet jako trzydziestoparolatkowie pozostają dobrem pożądanym. Po trzecie, rozgrywają najwięcej albo prawie najwięcej meczów w sezonie. Po czwarte, na boisku niemal zawsze wytrzymują pełne 90 minut - trenerzy ściągają ich jedynie w przypadkach wybitnie nadzwyczajnych. Po piąte, ponoszą szczególną odpowiedzialność, tylko ich błędów nikt nie jest w stanie naprawić.

Powodów, by na nich nie oszczędzać, jest mnóstwo, tymczasem dopiero minionego lata kluby zaczęły śmielej wydawać na piłkołapów. Sporo kosztowali Manuel Neuer (22 mln, z Schalke do Bayernu) i David De Gea (21 mln, z Atletico Madryt do Manchesteru Utd). To wciąż zdumiewająco krótka lista - zaledwie cztery nazwiska warte więcej niż 20 mln euro w całej historii futbolu (Galatasaray zapłaciło jeszcze 12 mln za Fernando Muslerę). Cztery bramkarskie nazwiska w gronie 178 piłkarzy, którzy kosztowali co najmniej tyle - o ile oczywiście wierzyć zestawieniom serwisu transfermarkt.de. (A jeśli nawet im nie dowierzać, to skala zjawiska się znacząco nie zmieni, królestwa za bramkarza się raczej nie proponuje).

Kiedy pisałem niedawno - przy okazji premiery filmu „Moneyball” - o wzmagającej się inwazji nauki na świat futbolu, sugerowałem, że to dyscyplina dopiero wchodząca w swój wiek oświecenia. Nadal naznaczona przesądami, uprzedzeniami, osobnikami bazującymi na instynkcie, którzy bardziej ufają oku niż szkiełku. Skoro jednak drożeją bramkarze, to najwyraźniej wkraczamy w erę rozumu.

PS Znów informuję/przypominam, że „A jednak się kręcil” żyje także na Facebooku, bo zaobserwowałem, że jak poinformuję/przypomnę, to się tam tłoczniej robi;-) Tutaj jestem.

Tagi: transfery
17:08, rafal.stec
Link Komentarze (53) »
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi