Wpisy z tagiem: transfery

poniedziałek, 16 października 2017

Najdroższy piłkarz w historii klubu. Witany w przyklęku, jako obrońca numer jeden na świecie. Autorytet obdarzony takim zaufaniem, że jeszcze przed wejściem do szatni został pasowany na kapitana. Tarcza antyrakietowa i guru w jednym ciele.

Takie były marzenia, realia wyglądają ciut skromniej, Milan wciąż pozostaje bezbronny, ilekroć zderzy się z porządnym przeciwnikiem (1:4 z Lazio, 0:2 z Sampdorią, 0:2 z Romą, 2:3 z Interem).

Przy pierwszym golu straconym w niedzielnych derbach można znaleźć dla Leonardo Bonucciego okoliczności łagodzące – Antonio Candreva dośrodkował perfekcyjnie, piłka przeszywała powietrze jak strzała, trzeba było ratować sytuację w biegu, wślizgiem.

Przy drugim Leonardo Bonucci zawinił już ewidentnie. Wlepił wzrok w piłkę, gapił się w nią jak w najpiękniejszy przedmiot na świecie, ani nie zerknął za to na Mauro Icardiego, który w polu karnym oddychał pełną piersią, we własnym ogrodzie nie czułby się swobodniej:

Leonardo Bonucci, AC Milan

Wreszcie za trzeciego gola Interu nikt raczej Bonucciego nie obwini, ale również do tej straty – rozstrzygającej o wyniku meczu – kapitan drużyny się przyczynił. Na wcześniejszym etapie ataku rywali, gdy ruszył powstrzymywać pędzącego Matiasa Vecino i interweniował nieporadnie.

Nie, wcale nie uważam, że Milan przegrał przez swego najsłynniejszego obecnie gracza. Mnóstwu piłkarzy można postawić mnóstwo zarzutów, i to nie tylko za niedzielny wieczór. Strata siedmiu punktów do Lazio (trzecie w tabeli) i Juventusu (czwarty) zdaje się dzisiaj nie do zniwelowania, a jeśli nie zostanie zniwelowana, to rossoneri nie awansują do Ligi Mistrzów, a jeśli nie awansują, to się nie obłowią, a jeśli się nie obłowią, to będziemy z niepokojem obserwować, jak chiński właściciel Li Yonghong szuka sposobu na spłaty pożyczki – wziętej od amerykańskiego funduszu hedgingowego na lichwiarski procent.

Jeszcze raz: Milan nie przegrał przez swego kapitana. Od lidera, którym i sam się obwołuje, i jest chóralnie obwoływany, wymagałbym jednak, by czymkolwiek się zasłużył. Tymczasem Bonucci od tygodni należy do najsłabszych piłkarzy drużyny. Zanim pozwolił roztańczyć się Mauro Icardiemu, biernie patrzył, jak wiruje wokół niego Ciro Immobile z Lazio. Mimo że wszystko urządzono dla jego komfortu, stąd forsowanie przez trenera Vincenzo Montellę ustawienia 3-5-2, stąd powtarzanie zaklęć, że ambitny Leonardo najwyraźniej wziął na siebie zbyt wiele, musi oczyścić głowę, niechybnie odzyska spokój mistrza.

30-letni Włoch zatracił na boisku zdolność przewidywania, co będzie; nie przesuwa się z wyczuciem; cała defensywa, którą powinien dowodzić, to bezhołowie zostawiające przeciwnikom tyle wolnego miejsca, że tworzący ją piłkarze rzadko wchodzą w bezpośredni kontakt z wrogiem. Brutalnie recenzując: Bonucci gra z powodu nazwiska, przeszłości, może również 7,5-milionowej, rekordowej w Serie A pensji. Ktoś inny wyleciałby z jedenastki przynajmniej na chwilę – żeby ochłonąć – on nie opuścił ani sekundy gry w lidze.

Po transferze z Juventusu też kłaniałem mu się powitalnie z entuzjazmem: tutaj znajdziecie dowody na piśmie. A zarazem niepokoiłem się, czy król pozbawiony turyńskiej obstawy – wykidajłów Giorgio Chielliniego oraz Andrei Barzaglego – nie okaże się nagi. Nigdy nie jest łatwo zsynchronizować defensywnych ruchów z nieznajomymi, a od Bonucciego jeszcze oczekiwano, że samym władczym spojrzeniem unieruchomi rywali, dotknięciem uczyni partnerów bezbłędnymi, długimi podaniami do napastników zastąpi rozgrywającego.

Nie podołał, przynajmniej na razie. Na razie to jeden z najgorszych drogich transferów 2017 roku w Europie. I transfer paradoksalny: ucieczką do Mediolanu turyńskiej defensywie Bonucci zaszkodził, mediolańskiej nie ocalił. Coś zburzył, niczego nie zbudował. Ale podróż dopiero się zaczyna, a Milan wyruszał z punktu bardzo odległego od celu. Zresztą Leonardo sam wytatuował sobie przy bicepsie łacińskie: „Per aspera ad astra”.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W ostatnich dniach prawie nie zerkałem do internetów, ale dzisiaj zerknąłem i natychmiast zalało mi uszy gromadnym, podawanym w wielu językach rechotem z naiwności Barcelony, która wyrzuciła w błoto 40 mln euro. Zapłaciła tyle za kopacza z ligi chińskiej, znaczy wpuściła do szatni urągającego jej godności patałacha, znaczy rządzą nią skończeni idioci, znaczy ubiła w najgorszy w dziejach futbolu.

Od razu przyznaję: nie mam wyrobionej mocnej opinii o minionych kilkunastu czy choćby kilku miesiącach w karierze Paulinho. Na chińskie boiska nie patrzę wcale, widuję go tylko w reprezentacji Brazylii. Skrajnie krytycznie oceniam zarazem działania szefów katalońskiego klubu, którzy od dawna zachowują się jak sabotażyści, pogrążając Camp Nou w chaosie. W gwałtownej reakcji na transfer brazylijskiego pomocnika wyczuwam jednak klasyczną stadną panikę – a może histerię? Działa tu też frustracja po utracie Neymara – w której kwestie merytoryczne nikogo nie interesują. Albo przypomną ci odpowiednio dobranym wideo, jak straszliwie zawiódł Paulinho w Tottenhamie, albo chlapną, że Real Madryt przechwycił przed dwoma laty zjawiskowo zdolnego Marco Asensio za 3,9 mln, kwotę dziesięć razy mniejszą. Jeden gigantyczny mem i kręcenie beki, w Barcelonie pogłupieli, w Barcelonie rozdają miliony za okręgówkę.

Nie wiem, czy spowodował to odwyk od wokółtransferowego jazgotu w nowych mediach, w każdym razie poczułem się walnięty siekierą w łeb.

Paulinho to absolutnie podstawowy piłkarz odnowionej reprezentacji Brazylii, która szaleje w eliminacjach mundialu jak, nie przymierzając, drużyna Adama Nawałki – tyle że „Canarinhos” brykają w morderczej strefie południowoamerykańskiej. Paulinho w tych rozgrywkach nie opuścił boiska od 450 minut, zresztą biega w kadrze obok Casemiro, jednego z bardzo chwalonych ostatnio bohaterów Realu Madryt. Paulinho uchodził za niezbędnego w swoim dotychczasowym klubie Guanghzou Evergrande (4461 z 4700 minut w dwóch najnowszych sezonach ligi chińskiej), który jak zwykle mierzy w triumf w azjatyckiej Champions League, więc nie miał powodu się go tanio pozbywać. Ile zatem powinna w tym wypadku wynosić „rozsądna” cena, skoro Neymar kosztował 222 mln, skoro cały świat wie, ile Barcelona zainkasowała i tym samym ma do wydania, skoro nikogo nie wzruszy, jeśli Barcelona jutro rzuci za Coutinho, innego członka brazylijskiej kadry, okrągłe 100 mln?

Sporządzenie wszelkich rankingów wszech czasów – w typie: „Paulinho to czwarty najdroższy gracz w historii katalońskiego klubu” – straciło ostatnio sens. X kosztuje znacznie więcej tylko dlatego, że kupuje się go dzisiaj, a nie wczoraj. Można kwestionować sportową zasadność ściągania Brazylijczyka (tłok w środku pola, los Sergiego Roberto etc.), można przy dużej fantazji uważać trenera Ernesto Valverde za ofiarę losu, wręcz należy wściekać się na głęboką niespójność transferową katalońskich menedżerów, która daje drużynie przeciętniaków, a odbiera Thiago Alcantarów i Bellerinów. Paulinho to jednak posunięcie dopiero do zweryfikowania, enty reprezentant „Canarinhos” na Camp Nou, z oczywistych względów dość kosztowny. I absurdem jest posądzanie kogokolwiek przy minimalnych władzach umysłowych, że sprowadził tego gracza „zamiast” Marco Verrattiego, czyli wymarzonego spadkobiercy Xaviego, którego ponoć „nie potrafiono” podebrać Paris Saint-Germain.

To o tyle nieuczciwe, że paryżanie są przeciwnikiem, jakiego nie było, najpotężniejszym z możliwych, przy którym przerażający kiedyś Roman Abramowicz – też obcy wpraszający się do europejskiej czołówki – karleje do gołodupca. Jeśli katarscy właściciele PSG wykładają 222 mln na Neymara, przygotowują się do porównywalnego skoku na Kyliana Mbappé i jawnie szydzą z Finansowego Fair Play, to znaczy, że znajdą wystarczająco dużo determinacji, by skutecznie przytrzymać również Verrattiego. Sama Barcelona, zasadzając się na niego, zasugerowała, że to potencjalnie najlepszy rozgrywający na świecie.

sobota, 05 sierpnia 2017

Ucieczka Neymara do Paris Saint-Germain to transfer przełomowy, bodaj najbardziej znaczący w trwającej dekadzie. Nie ze względu na cenę – między klubami krąży tyle mamony, że zobojętnieliśmy, nawet 222 mln euro nikogo nie zwali z nóg. Istotniejsze, że ruch Brazylijczyka jeśli nie obala, to przynajmniej poważnie narusza hierarchię na szczytach.

Dotąd sytuacja była jasna: nad rynkiem panują Barcelona i Real Madryt. Bezapelacyjnie. Finansową elitę współtworzyły też kluby angielskie oraz paryski, które jednak stać było na każdego gracza świata tylko pod warunkiem, że nie chciały go potęgi rywalizujące w El Clásico, czyli najsłynniejszej futbolowej superprodukcji w dziejach futbolu.

Wyłom w regule uczynił minionego lata Paul Pogba. Juventus oraz agent Mino Raiola żądali za niego tyle, że Real Madryt postanowił nie licytować się z Manchesterem United – choć wziąłby we francuskim rozgrywającym, poza sportowym kunsztem, także gigantyczny potencjał marketingowy. Piłkarzy kupuje się już wszak wraz z klientelą obserwującą ich na Facebooku, Instagramie czy Twitterze, a Pogba to szafiarka razy milion, celebryta obłędnie popularny zwłaszcza wśród najmłodszych konsumentów. Dlatego kosztował 100 mln z okładem.

Wyjęcie z Barcelony brazylijskiego skrzydłowego jest ciosem jeszcze bardziej spektakularnym, brutalnym kopem w szczękę hegemona. Neymara lansowano na spadkobiercę Leo Messiego, Neymara dotychczasowy pracodawca desperacko chciał zatrzymać, Neymar komercyjnie waży wielokrotnie więcej (30 mln fanów na Twitterze) niż Pogba (3,65 mln, podaję oczywiście jedno z wielu kryteriów). Swoją wyprawą do stolicy Francji wykrzyczał, że El Clásico traci władzę absolutną. Z Barceloną i Realem nie tylko można zwycięsko konkurować na zakupach, im można wydrzeć megagwiazdę. I poważnie zagrożone zostały interesy całego hiszpańskiego biznesu futbolowego. Dlatego transakcję usiłował zablokować szef całej tamtejszej ligi, który uważa, że PSG łamie zasady wprowadzonego przez UEFA finansowego fair play, czyli „wydaje więcej niż zarabia” (jeśli wolno mi uprościć) - może kupić każdego, ponieważ jest sponsorowane przez katarski rząd.

Jego argumentacja w ogóle mnie nie wzrusza, w idei pieniężnej „czystej gry” widzę jedynie obronę starych oligarchów - Barcelony, Reale, Bayerny i inne wiodące marki - przed inwazją nowych oligarchów - PSG, Manchester City - którzy marketingowo liderom ustępują, ale polegają na właścicielach dysponujących budżetami bez dna. Dla czystej zgrywy popatrzyłbym na Katarczyków bezczelnie trollujących UEFA. Nie tyle oferujących Neymarowi 222 mln euro za rolę ambasadora mundialu 2022 (dzięki czemu piłkarz sam wykupuje się z Camp Nou), ile płacących, powiedzmy, 500 mln za jakiegoś podstarzałego rezerwowego PSG. Oczywiście transfer przeprowadzałby klub tamtejszej ligi, np. czerpiąc z rządowej darowizny...

Sugestie, jakoby Neymar był tak drogi, że Katarczycy gwałcą zdrowy rozsądek, uważam za pochopne. Przeciwnie, transakcja całkowicie mieści się w logice rynku. Brazylijczyk kosztował tylko pięć razy więcej niż niejaki Vinicius, wzięty właśnie za 45 mln euro przez Real Madryt nastolatek, który na razie spędził na boisku z dorosłymi ledwie kwadrans. I ledwie dwa razy więcej - z małym okładem - niż Romelu Lukaku, na dobrą sprawę rówieśnik Neymara, również atakujący, który dotąd operował w średnich stanach angielskiej Premier League. Biorąc pod uwagę aktualne standardy (dziesiątki milionów wyrzucane na obrońców w typie Kyle’a Walkera), a także skalę talentu, dotychczasowe osiągnięcia oraz wspomnianą wartość marketingową, supergwiazdor Barcelony kosztował jeśli nie tanio, to w normie. Inflacja cen podąża zresztą za dynamiką wzrostu przychodów, ba, europejski futbol znajduje się dzisiaj w znacznie lepszej kondycji finansowej niż przed kilku laty, kiedy nawet ligę hiszpańską straszono bankructwem. Neymara trzeba traktować jak element monstrualnego przedsiębiorstwa rozrywkowego, inwestycję nie mniej błahą niż setki milionów przeznaczane na hollywoodzkie opowiastki o superbohaterach.

Przede wszystkim jednak kwestia pieniędzy pozostaje tym razem drugorzędna. Katarczycy kolonizują zachodnie metropolie (m.in. skupując prestiżowe nieruchomości w Paryżach, Londynach czy Mediolanach) oraz przejmują kontrolę nad globalnym sportem (organizują dziesiątki imprez, sponsorowali także FC Barcelonę, której w pięć sezonów przelali 150 mln euro), by zademonstrować soft power. Wrosnąć w naszą cywilizację. I dlatego, że złoża gazu kiedyś się wyczerpią, i przez niepewną sytuację w regionie - właśnie dyplomatyczno-ekonomiczną wojnę wydały im Arabia Saudyjska, Egipt, Bahrajn oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, oskarżające maleńki kraik o wspieranie terroryzmu (fascynująco zawiła historia, zbyt skomplikowana, by opisywać ją podczas urlopu). Oni kupują przyszłość. Płacą za bezpieczeństwo, którego zagwarantują sobie tym więcej, im silniejsze będą ich więzi z Zachodem.

Transfer Neymara to nie projekt biznesowy czy czysto sportowy, lecz polityczny. Przemyślany, wcielony w życie w chwili kryzysowej, racjonalny.

piątek, 14 lipca 2017

Leonardo Bonucci, AC Milan

Od razu ostrzegam, że niniejszy wpis jest przeznaczony wyłącznie dla zakutych pał skupionych na kibicowaniu Milanowi, inni nie pokojarzą, o co mi biega.

Bałem się, że Leonardo Bonucci wyniesie się z Juventusu. Chciał go ponoć Antonio Conte, trener Chelsea, a ja nie chciałem, by rozpadła się najfajniejsza defensywna kompania braci bieżącej dekady, tworzona przez Gianluigiego Buffona, Andreę Barzaglego, Giorgio Chielliniego i właśnie Bonucciego. Kibicowałem jej, jakby ubierała się na czerwono-czarno, a nie na biało-czarno, bo nie umiem inaczej, wielcy piłkarze u wroga stają się moimi przyjaciółmi tym szybciej, im są więksi.

Nie przypuszczałem jednak, że Bonucci może wybrać akurat Milan. A wybrał.

I już się nie boję, jestem wniebowzięty, nie mogę uwierzyć, że to się zadziało, przecież świat nie jest aż tak ładny, cholera, niech nowy sezon zacznie się już, najlepiej za chwilę. Podoba mi się wiele mediolańskich transferów tego lata – najbardziej bocznych obrońców: Ricardo Rodrigueza i Andrei Contiego – ale transfer Leonardo wprawia w euforię, właściwie to chyba znów zacznę traktować Milan poważnie.

Powodów, żeby uwielbiać włoskiego obrońcę, jest mnóstwo. „Wariujesz z powodu jakiegoś obrońcy?” – zapytał mnie dzisiaj kumpel, który niby ogląda mecze futbolowe, ale ogląda prawdopodobnie niechlujnie, inaczej miałby przed oczami przerzuty piłki do napastników, które bywają dłuższe niż równik, podziwiałby w Bonuccim czołowego Pirlo wśród defensorów, obwołałby go pierwszorzędnym rozgrywającym, rozcmokałby się nad jego technicznym kunsztem, nad czytaniem gry, nad gracją, i w ogóle francją elegancją. Aż mi się nie chce pisać, dlaczego Leonardo jest wspaniały, trochę mi to przypomina objaśnianie, dlaczego słońce chowa się wieczorem za horyzontem. Jedni lubią tęczę, inni przepadają za frazą Pilcha, jeszcze inni żyją dla oglądania sklepień średniowiecznych kościołów, a my – ludzie rozumniejsi, wtajemniczeni, z lepszym gustem – z cielęcym zachwytem chłoniemy parabolę lotu piłki kopniętej przez Bonucciego. Łojezu, nawet w trakcie pisania tego akapitu nie wierzę, że od teraz będzie kopał na chwałę Milanu. (Choć on też, jak ja, nie ma mentalności plemiennej, jego syn kocha Torino, a na mecze na „wrogim” stadionie chodzi razem z tatą).

Delektuję się chwilą, wznoszę toast za toastem, podśpiewuję sobie, że moja squadra będzie zawsze moja, a zarazem uzmysławiam sobie, że transfery nigdy nie były dla mnie szczególnie ekscytujące. Gdy przylatywał Kaká, to nie miałem pojęcia, że przechwytujemy przyszłego laureata Złotej Piłki; gdy podprowadzaliśmy Lazio obrońcę Alessandro Nestę, to mieliśmy już Paolo Maldiniego, to było tylko uzupełnienie krajobrazu; gdy braliśmy inne gwiazdy, to po prostu poszerzaliśmy gwiazdozbiór, Silvio Berlusconi od zawsze kolekcjonował klejnoty. Gdybym miał wskazać ostatni zakup, który wywołał we mnie ekstazę, to wycelowałbym palucha w Andrija Szewczenkę – chłopak dokazywał w ataku Dynama Kijów, hasał sobie po polu karnym Realu Madryt jak po przydomowej piaskownicy (trzy gole w ćwierćfinale walnął!), kibicowałem mu jak koledze z ławki w podstawówce, a on nagle zakłada koszulkę Milanu!

Właśnie – zakłada koszulkę. Moja dziewczyna twierdzi, że to perwersja, i właściwie słusznie prawi, tak, jestem zboczony, tak, przy okazji omawianego transferu uświadomiłem sobie również, co daje największą frajdę w transferze. Otóż największą frajdę daje widok ulubionego piłkarza w koszulce ulubionej drużynie. Odlot.

No więc odleciałem. Jak Szewczenko był moim ulubionym transferem Milanu w XX wieku, tak Bonucci to mój ulubiony transfer Milanu w XXI wieku. Już teraz wiem, że nie ma żadnych szans, by sprostać oczekiwaniom.

wtorek, 11 lipca 2017

Zagra z przyjacielem w Manchesterze United. Wraca do trenera, który się go pozbył. Jest piłkarzem starszym, niż sugeruje metryka. I rekordzistą świata, ale tu pewności nie ma.

Romelu Lukaku reprezentuje rocznik 1993, ale doświadczeń zebrał tyle, że wystarczyłoby na całą karierę. Z dorosłymi zaczął rywalizować – w barwach Anderlechtu – jako szesnastolatek; jako niepełnoletni został królem strzelców ligi belgijskiej; wciąż był nastolatkiem, gdy przyjechał do Chelsea. Jego seniorski dorobek składa się już ze 145 goli w 317 meczach klubowych oraz 20 goli w 57 meczach reprezentacji kraju.

Przychodzi do drużyny, która pilnie potrzebuje napastnika nie tylko z powodu zerwanych więzadeł Zlatana Ibrahimovicia. W minionym sezonie wielokrotnie zapadała na chorobę bezbramkowego remisu – choć intensywnie atakowała, choć podejmowała na własnym stadionie słabych rywali (Burnley, Hull, West Bromwich). Lukaku, wicekról strzelców w barwach Evertonu, miał zdecydowanie wyższy stosunek zdobytych bramek do oddanych uderzeń niż jakikolwiek snajper Manchesteru.

Wraca też Belg do José Mourinho, który przed laty wypchnął go na wypożyczenie jako trener Chelsea. Mówiło się wówczas, że to był akt zemsty za pudło z decydującego rzutu karnego w Superpucharze Europy – w meczu przeciw Bayernowi, czyli prestiżowym dla szefa pojedynku z Pepem Guardiolą. Choć teraz wszyscy wspominają tamto rozstanie jako przyjacielskie, akceptowane przez obie strony. Lukaku odpowiada zresztą upodobaniom Mourinho, który lubi wystawiać na środku ataku drągali zamęczających obrońców swoją tężyzną.

Przede wszystkim jednak Belg wchodzi do szatni, w której czeka na niego Paul Pogba. Obaj oglądali swoje popisy na YouTubie, bo każdy słyszał o drugim jako cudownym dziecku. Poznali się przypadkowo podczas ligowego meczu zimą 2012 r., gdy usiedli obok siebie na trybunach jako młodziutcy, zepchnięci do głębokiej rezerwy piłkarze Chelsea i Manchesteru Utd. Poczuli wspólnotę losu, obiecali sobie, że będą utrzymywać kontakt, zaczęli spędzać wspólnie wszystkie wakacje. Po ubiegłorocznym Euro polecieli prywatnym odrzutowcem do Miami, gdzie grali w koszykówkę i łowili ryby, teraz wypoczywali na przeciwległym wybrzeżu, w Beverly Hills, co szczegółowo relacjonowali w internecie (clubbing, wypady z gwiazdami NBA, przejażdżki rolls-royce’em etc.). I choć Lukaku miał wrócić do Chelsea, to przyjaciel zaciągnął go do MU. – Już w ubiegłym roku, kiedy podpisał kontrakt [przyszedł z Juventusu], tknęło mnie, że jeśli ja także dostanę szansę, to nie odmówię – zwierzył się w klubowej telewizji. A Pogba ujawnił, że dodatkowo lobbował w sprawie transferu u trenera Mourinho.

Francuz kosztował 89 mln funtów, co uczyniło go najdroższym piłkarzem w historii. Lukaku przechodzi za 75 mln, ale po spełnieniu zawartych w umowie warunków – a to ponoć bardzo realne – MU dopłaci jeszcze 15 mln. Co więcej, Everton przejmie niechcianego na Old Trafford wycenianego na 10 mln Wayne’a Rooneya, czyli teoretycznie kwota transferu może sięgnąć 100 mln. Jeśli tym razem media, uzależnione przecież od przedrostka „naj”, nie wrzeszczą o rekordzie wszech czasów, to chyba tylko dlatego, że zobojętnieliśmy. Kluby ligi angielskiej – bezapelacyjnie najbogatszej na świecie – przelewają już oceany pieniędzy, nawet za posiadaczy nazwisk ponadlokalnie anonimowych.

A prowizje od każdej transakcji ściągają agenci. Interesami Lukaku zajmuje się Mino Raiola, najpotężniejszy pośrednik obok Jorge Mendesa, którego wpływy w Manchesterze stale rosną. Reprezentuje on także Pogbę, Ibrahimovicia, ściągniętego w ubiegłym roku Henricha Mchitarjana oraz rezerwowego bramkarza Sergia Romero. Wprowadził swój kontyngent do klubu o najwyższych przychodach w futbolu (689 mln euro rocznie), który w ostatnich latach rzuca najwięcej na transfery. Niedomaga tylko sportowo, po odejściu trenera Alexa Fergusona zajmował w lidze angielskiej kolejno miejsca siódme, czwarte, piąte i szóste.

Podnieść go mają Pogba i Lukaku. Rówieśnicy, od roku widujący się codziennie sąsiedzi, szalejący w mediach społecznościowych (popularność wśród młodych daje im olbrzymi potencjał marketingowy), oskarżani czasami o to, że błyszczą tylko w meczach ze słabymi, a w wielkich rozgrywkach nikną. Teraz spróbują uciszyć krytyków wspólnie. Przekonują, że w Manchesterze połączyło ich przeznaczenie.

wtorek, 27 czerwca 2017

Gianluigi Donnarumma, Antonio Donnarumma

Kogo wzruszała wielokrotnie deklarowana przez bramkarza Milanu miłość do klubu, temu być może zadrży serce na wieść, że Gianluigi Donnarumma bardzo kocha także starszego brata. I okazuje uczucie nie tylko słowem, ale i czynem.

Antonio Donnarumma skończy w przyszłym tygodniu 27 lat, również jest bramkarzem, w Milanie zjawił się już w 2005 roku. I uczynił młodszego brata, wówczas brzdąca, kibicem rossonerich. Gigio zaczął oglądać ich wszystkie mecze, zafascynował się bronieniem bramki, już jako pięciolatek zakładał rękawice (produkują sprzęt na takie drobne rączki?) i pchał się między słupki, zbierał przysyłane przez Antonia koszulki w mediolańskich barwach.

Ten nigdy w Milanie nie zadebiutował. Spędził pięć sezonów w juniorach, potem tułał się po wypożyczeniach w drugoligowych Piacenzie i Gubbio, nie powiodło mu się w Genoi (gdzie jedyny raz zagrał w Serie A, w spotkaniu bez znaczenia w ostatniej kolejce), zajrzał jeszcze do Bari, aż minionego lata wyemigrował do greckiego klubu o poetyckiej nazwie Asteras Trypolis.

Znaczy wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że do wielkiego futbolu się nie nadaje. Średniak, nie dla niego stadiony świata. I ten wiek, chłopakowi trudno już zgrywać perspektywicznego.

Dlatego ożywiły mnie doniesienia włoskich mediów, że Antonio Donnarumma prawdopodobnie wróci do Milanu. Klubu, jak się zdawało, zdecydowanie powyżej jego możliwości. Zażyczył sobie tego Gianluigi, transfer brata ma być jednym z warunków przedłużenia przezeń kontraktu z klubem – nawiasem mówiąc, trwające właśnie pojednawcze rozmowy to sprawa wybitnie familijna, zwaśnione strony godzą m.in. zaprzyjaźnieni tata bramkarza (Alfonso Donnarumma) i trener Vincenzo Montella.

Rozdzieleni bracia tęsknią, Alfonso opowiadał w marcu, że codziennie do siebie wydzwaniają i grają w FIFĘ przez internet. Nic dziwnego, że Gigio poprosił klub o wsparcie. Powrót brata go uszczęśliwi, a im będzie szczęśliwszy, tym łatwiej mu będzie utrzymywać wysoką formę – odzyskanie starszego Donnarummy leży więc w interesie wszystkich stron.

Nie wiem, czy w przyszłości bramkarz Milanu zdoła wykatapultować brata również do Realu Madryt, gdy już się tam przeniesie, ale pociąga mnie wizja klubu piłkarskiego, który kupuje zawodników w pakiecie z ich bliskimi. Siostrę bierzemy do drużyny kobiecej (jeśli taką utrzymujemy), oferujemy własne biurko matce, ojca zatrudniamy jako elektryka etc. Precz z klubem jako zimnym korpo, niech żyją firmy ogrzewane ciepłem domowego ogniska. Milan położył tu już zresztą niemałe zasługi. W 2003 roku sprowadził Kakę – ileż on razy przysięgał wierność ukochanym barwom, zanim uszedł do Realu! – a w 2005 przygarnął jego młodszego brata Digão. Środkowego obrońcę (przynajmniej teoretycznie), kopacza na tyle niewydarzonego, że dosłużył się ledwie 45 minut w lidze włoskiej.

Utrzymał się jednak na liście płac mediolańczyków bite sześć sezonów. Wypożyczali go do Rimini, Standardu Liège, Lecce, Crotone oraz drugoligowego portugalskiego Penafielu, a Brazylijczyk nigdzie się nie sprawdzał – niesłychane, jak długo można się utrzymać na tym rynku – i wyciągał z uprawiania piłki nożnej milion euro rocznie. Płacono mu zresztą głównie za trenowanie, bo grywał rzadko, w najsłabszych sezonach uciułał po trzy, dwa albo wręcz jeden mecz. Kiedy Milan wreszcie się go pozbył – dbający o interes brata Kaká wiódł już życie jak w Madrycie – Digão poleciał do Nowego Jorku, gdzie podpisał kontrakt z drużyną Red Bull.

Ponownie osiadł w rezerwie, po roku rozwiązano z nim umowę. W całej karierze rozegrał 45 meczów, zakończył ją jako 27-latek. Jego jedyną zaletą był posiadanie brata, laureata Złotej Piłki.

sobota, 24 czerwca 2017

Donnarumma, AC Milan

Musieliście słyszeć o wichurze rozpętanej przez bramkarza Gianluigiego Donnarummę, wszyscy słyszeli. Utalentowany drągal najpierw obcałowywał herb Milanu, marzył w wywiadach o zostaniu jego symbolem i generalnie w kółko powtarzał, że Bóg, honor, mediolańska ojczyzna, a potem postanowił nie przedłużać kontraktu. Umowy opiewającej na pięć baniek rocznie, która czyniłaby go jednym z najbogatszych osiemnastolatków świata (wśród utrzymujących się z pracy własnych rąk, pomijam spadkobierców saudyjskich królów i innych wszechszlachetnie urodzonych) oraz pozwoliłaby klubowi zarobić na transferze. Przynajmniej tyle miałby Milan, ponoć leżący bramkarzowi na sercu.

Sam pisałem o aferze tutaj, od tamtej pory trochę się zmieniło – strony wznowiły negocjacje, zaangażowała się rodzina Donnarummy, prognozuję pomyślny finał rozmów, a w przyszłości skok do Realu Madryt czy Manchesteru United. Rozwój wypadków we współczesnym futbolu standardowy, rosną tylko kupy krążących nad takimi historiami pieniędzy.

Donnarummą zajmować się teraz nie chcę, bardziej zajmuje mnie rola agenta, osławionego Mino Raioli, intryganta posądzanego o bycie spiritus movens całego ambarasu. Każdy kibicowskie dziecko wie, gdzie leży jego interes – zarabia tym więcej, im taniej klub sprzedaje piłkarza, i tym więcej, im częściej piłkarz zmienia firmę. Bo z każdego transferu spływa prowizja dla pośrednika.

Prowizja coraz tłustsza, o czym świadczą liczne oficjalne raporty i nieoficjalne przecieki z rynku handlu piłkarzami. Ze stu baniek wyłożonych przez Manchester United na Paula Pogbę, jeszcze przez kilka chwil najdroższego gracza na świecie, połowę (!) miał zgarnąć właśnie Raiola, agent o reputacji najbardziej obrotnego w środowisku obok Jorge Mendesa. Obaj wyciągają już z futbolowego biznesu więcej niż najwybitniejsi goleadorzy, rozgrywający, bramkarze czy trenerzy.

Czy to oznacza, że system działa? Jest sprawiedliwy? Zdrowy? Wiedzie ku lepszemu czy gorszemu?

To dzisiaj popularne pytania nie tylko w piłce, zwłaszcza po wybuchu kryzysu zadawane przez mnóstwo mądrych ludzi zaniepokojonych tym, jak świat rozdziela wytwarzane przez siebie dobra. Nie jestem kompetentny, by się odzywać, nie będę nikogo obrażał uproszczeniami, zdaję sobie sprawę, że nawet satysfakcjonujące zdefiniowanie „sprawiedliwości” może przekraczać wytrzymałość niszowego bloga o sporcie i przyległościach.

Ale piłkę nożnę obserwuję zbyt długo, by udawać niewidomego.

Pośredniczący w transferach agenci są łatwym celem – nigdy nie mieli ani dobrej prasy (choć dziennikarze chętnie z nimi knują), ani sympatii kibiców. Ot, przykry skutek uboczny tzw. idealnego ustawienia się w życiu, wielu zwyczajnie im zazdrości. Jednak dopiero ostatnio agenci awansowali do globalnej elity producentów pieniędzy – tytanów finansjery, którzy nie wytwarzają niczego lub prawie niczego, a zarabiają wszystko.

Zobaczmy, jak zorganizowany jest futbol, biznes na razie daleki od najbardziej rozwiniętych w branży rozrywkowej. Kogo tu potrzeba, żeby się kręcił?

Przede wszystkim piłkarzy. Oni biegają, dryblują, strzelają – są esencją zabawy. Ale nie wystarczą.

Trenerzy wymyślają i uczą, jak grać – bez nich nie byłoby odlotowego poziomu Ligi Mistrzów.

Asystenci szkoleniowców, od specjalistów odpowiedzialnych za przygotowanie fizyczne po analityków, też dbają o zawodników oraz jakość widowiska.

Sędziowie pilnują, żeby na murawie nie było chaosu.

Działacze klubów zakładają akademie dla młodzieży, budują boiska i stadiony, na tysiące innych sposobów utrzymują drużynę przy życiu.

Skauci przeczesują murawy wszystkich kontynentów, by nie przegapić nikogo, kto rokuje.

UEFA czy związki krajowe organizują rozgrywki.

Media transmitują je, czynią grę widzialną w coraz mniejszym detalu, pomagają fanom w kontakcie z idolami.

Mógłbym kontynuować, demontować świat piłki nożnej na coraz drobniejsze trybiki. Wszyscy wymienieni mają konkretne, możliwe do precyzyjnego opisania zasługi – bez nich mecze albo by się nie odbyły, albo wyglądałyby znacząco gorzej. Wymiernie podnoszą wartość spektaklu.

Agenci nie podnoszą. Naturalnie nonsensem byłoby krzyczeć, że są całkiem zbędni. Pomagają klientom zarabiać więcej (tej cnoty nie wolno lekceważyć nigdy), wbrew powszechnej opinii niekoniecznie myślą tylko o własnym portfelu, czasami z sensem doradzą wybrać klub. Ale gdyby zniknęli, przemysł raczej by się nie zawalił. Nawet jeśli przesadą byłoby oskarżenie, że nie wytwarzają niczego, to wytwarzają na tyle niewiele, że wynaturzeniem jest, gdy wyciągają z futbolu najwięcej.

Choć na jego kulturę pewnie wpłynęli zasadniczo. Kiedy czytam o migających się od płacenia fiskusowi José Mourinho czy innym Cristiano Ronaldo, nie pojmuję, dlaczego kogokolwiek to dziwi – przecież reprezentujący ich interesy Jorge Mendes również rejestruje spółki w rajach podatkowych. Taki obyczaj w wyższych piłkarskich sferach, tam po prostu wypada optymalizować zyski. Cytując uwielbiającego nauczać wzniośle Raiolę: „Lepiej umrzeć na stojąco niż żyć na kolanach”.

Tagi: transfery
19:16, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
sobota, 15 kwietnia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Trener Zinedine Zidane wypuścił przed chwilą na mecz w Gijón głębokie rezerwy. Z jedenastki, która pobiła w środę Bayern Monachium, ostali się tylko środkowi obrońcy Sergio Ramos i Nacho. Real Madryt jednak triumfował, i to triumfował na boisku drużyny grającej bardzo dobrze, z determinacją broniącej się przed spadkiem. Triumfował w swoim stylu – przegrywał 0:1 i 1:2, wyrównywał, rozstrzygającego gola załadował w doliczonym czasie. Aż człowiek głupieje i zaczyna tropić spiski, podejrzewać, że oni to robią specjalnie. Od razu zabierają na murawę trotyl, ale odpalają go dopiero prawie po meczu.

Bohaterem popołudnia był Isco, grający wręcz bajecznie. Nie mieści się we łbie, że wirtuoz o tej skali talentu – wirtuoz w doskonałej formie – przesiaduje gdziekolwiek w rezerwie. Ale Isco przesiaduje. Madryckie luksusy.

Wiadomo, że Zidane zarządza przebogatą kadrą, obwołuje się ją nawet najszerszą w dziejach klubu. Tym razem szalał Isco, ale ja szczególnie źle znoszę uziemienie Jamesa Rodrígueza – skandalicznie marnotrawstwo, gdybym miał władzę, przeniósłbym go gdziekolwiek, żebym mógł oglądać go zadowolonego z życia, w szczytowej formie, magicznego.

Patrzyłem na Real z absolutnym przekonaniem, że ostatecznie wtłucze swojego gola. A patrząc, rachowałem, ile te „rezerwy” madrytczyków kosztowały.

Otóż za rezerwowego Isco lider ligi hiszpańskiej zapłacił – kwoty ściągam z serwisu Transfermarkt.de, bo najwygodniej – 30 mln euro. Za wspomnianego Jamesa – 75 mln. Za biegającego między nimi Mateo Kovacicia – 31 mln euro. Rachunek jest prosty, Real Madryt to taki klub, który stać na permanentne trzymanie w rezerwie trzyosobowej linii pomocy za 136 mln.

Za rezerwowego robi tam też Alvaro Morata, napastnik za 30 mln. Real stać też, by wywalić – odpowiednio – 31,5 oraz 30 mln za rezerwowych bocznych obrońców, Danilo oraz kompletnie zbędnego Fabio Coentrao.

Co ja gadam, że zbędnego. Przecież przydał się, żeby w przerwie starcia z Bayernem odfajkować meczyk ze Sportingiem.

Podliczyłem – dzisiejsze „rezerwy” Realu pochłonęły 265 mln euro. Nie mam pewności, czy najdroższe w dziejach futbolu, ale zapewne tak, żyjemy przecież w erze szalejącej inflacji. Pododawałem też pozostałe kwoty transferowe, która dały aktualną kadrę seniorów, i dotarłem do 625 mln.

Chichotaliśmy się niekiedy z wygibasów Florentino Pereza, który kupował kompulsywnie, jak bulimik. Mieliśmy zresztą dobre powody, bo zdarzało się wykonywać madryckiemu prezesowi ruchy chaotyczne i niespójne, nazbyt łatwo wylewał hektolitry szmalu za piłkarzy skazanych w szatni Realu na drugorzędność. Wygląda jednak na to, że zrodziła ta awanturnicza polityka personalna – zrodziła być może nieco przypadkiem – wielonogie monstrum, które potrafi skopać niemal każdego rywala dowolnie wybranym odnóżem. Zidane na pewno popełnia, jak każdy trener, błędy w selekcji, ale myli się co najwyżej troszeczkę, ponieważ inaczej się nie da. Głęboki rezerwowy jest rezerwowym ledwie teoretycznie, wskutek zawirowania, które przywiodło go do Madrytu, gdzie indziej nie byłby rezerwowym, lecz gwiazdą, ewentualnie megagwiazdą, ewentualnie jednoosobowym gwiazdozbiorem, ja zupełnie serio podejrzewam o tę umiejętność piłkarza Isco.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

środa, 01 lutego 2017

Polska jako znak jakości

Włosi zauważyli, że po belgijskich trawach grasuje niejaki Łukasz Teodorczyk.

Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” zachwyca się jego 25 golami w bieżącym sezonie, które sytuują Polaka w pobliżu – naturalnie biorąc pod uwagę nagie liczby, bez kontekstu – Leo Messiego (29) czy Cristiano Ronaldo (20). Dostrzega u naszego napastnika techniczną chropowatość, lecz chwali inteligentną grę bez piłki, pracowitość oraz zaangażowanie w grę całej drużyny. Popada też w typową dla tamtejszego poetyzowania o sporcie pocieszną przesadę, porównując Teodorczyka – ze względu na fizyczne podobieństwo – do Ivana Drago, czyli czarnego charakteru z czwartej części „Rocky’ego”, którego rolę odgrywa zwalisty Dolph Lundgren.

Moją uwagę zwróciło jednak co innego. Oto Włosi przedstawiają Teodorczyka jako kolejnego znakomitego polskiego goleadora – po ichniemu to „bomber” – po Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Miliku. Co przypomina, że Europa coraz częściej widzi klasowego piłkarza znad Wisły nie tylko jako jednostkę, ale też jako część większej całości. „Skąd on jest? Polska? Aha, to tam, gdzie umieją grać. Bierzemy, małe ryzyko”. Jeśli Fiorentina oferuje Lechowi Poznań 3 mln euro za Dawida Kownackiego (rocznik 1997), to być może nie tylko dlatego, że wykryła u niego talent, ale również dlatego, że ów talent ma szlachetne pochodzenie. Że wychowywał się tam, gdzie Lewandowski (1988), Teodorczyk (1991) czy Milik (1994).

Rynkowa wartość polskich piłkarzy wystrzeliła na niespotykane wcześniej pułapy już minionego lata, więc około 10,5 mln euro wyłożone przez Hull na Kamila Grosickiego nie robi na nas wrażenia. Jeszcze rok temu byłby to jednak nasz transferowy rekord wszech czasów, podobnie jak wakacyjne wydatki renomowanych klubów na Milika (35 mln), Grzegorza Krychowiaka (co najmniej 26 mln), Piotra Zielińskiego (16 mln) i Kamila Glika (11 mln, w przyszłości kwota może wzrosnąć do 15 mln). Teraz dzieje się mniej spektakularnie, ale wciąż zgodnie z przyjemnym trendem. Trwa hossa, co widzimy i w kolejnym klubie mocnej ligi, który postanowił obsadzić szatnię dwoma Polakami – Sampdoria do Karola Linettego (1995) dołożyła Bartosza Bereszyńskiego (1992) – i w zabiegach o Kownackiego, i w ośmiocyfrowej cenie Grosickiego, i w rezerwie wicelidera Bundesligi, w której w sobotę po raz pierwszy usiadł Kamil Wojtkowski (1998). Oglądałem ten mecz z trybun i usłyszałem od lokalnej reporterki, że jej zdaniem Polak zadebiutuje jeszcze w tym sezonie, zresztą RB Leipzig dał się już poznać jako drużyna intensywnie lansująca młodych.

I jeśli do powszechnie znanych nazwisk dorzucić porozrzucanych po Europie juniorów, to okaże się, że nasi panoszą się wszędzie – myślę o czołowych ligach – poza hiszpańską Primera Division. W Liverpoolu i Manchesterze City uczą się bramkarze Kamil Grabara (1999) i Paweł Sokół (2000), Napoli wypożycza Igora Łasickiego (1995), w Lipskiej akademii Ralfa Rangnicka mamy jeszcze Przemysława Płachetę (1998) – jeśli wolno mi podobierać trochę na chybił trafił, z pierwszych skojarzeń.

Robiło się coraz bardziej bogato i nadal robi się coraz bardziej bogato. Jeszcze nigdy tylu Polaków naraz nie miało kontraktów we włoskiej Serie A. Jeszcze nigdy tylu naraz nie przebywało w angielskiej Premier League. Jeszcze nigdy tylu naraz nie mieściło się w kadrach najbardziej znanych firm francuskich. W Niemczech, owszem, bywało tłoczniej od naszych, ale teraz też wygląda to nieźle – rodaków widać w trzech najważniejszych klubach, czyli Bayernie, RB Leipzig i Borussii Dortmund. Wiem, że nie wszyscy młodzi pięknie wydorośleją, wiem też, że nie wszystkim seniorskim reprezentantom się wiedzie. Ale zaczynamy powoli wybierać wśród kilkudziesięciu (!) graczy opłacanych na elitarnych rynkach pracy lub studiujących na czołowych futbolowych uniwersytetach, a „polski piłkarz” staje się uznaną marką. Końca koniunktury nie widać.

Tak jak nie widać końca kanonady Ivana Drago – tfu, Łukasza Teodorczyka – który z 17 bramkami lideruje rankingowi strzelców ligi belgijskiej. Nawet jeśli częściej będzie ściągał palec ze spustu, to pobije rekordowe dla Anderlechtu w XXI wieku 23 bramki uzbierane niegdyś przez Kanadyjczyka Tomasza Radzinskiego. A potem trzeba będzie zasadzić się na Anglię.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi