Wpisy z tagiem: rasizm w sporcie

sobota, 05 stycznia 2013

Jeśli to samo zdarzy się w Lidze Mistrzów, kiedy będziemy grali z Barceloną albo Realem, też zejdziemy do szatni - ostrzegają piłkarze Milanu, którzy zerwali mecz z powodu rasizmu na trybunach. Wywołali trzęsienie muraw i przypomnieli o hipokryzji FIFA.

Entuzjaści obwieszczają przełom i narodziny nowej epoki („Zapamiętajcie tę datę, nic już nie będzie jak dotąd”), sceptycy węszą w spektakularnym geście nieautentyczność, zwracając uwagę, że anulowanie sparingu z czwartoligowcami kosztuje niewiele. Szacując z większą precyzją - nie kosztuje nic. Mediolańczycy rozżarzyli emocje Włochów, całe Włochy debatują nad barbarzyństwem stadionów, moralne oburzenie wyraził nawet planujący powrót na polityczne szczyty ekspremier i właściciel Milanu Silvio Berlusconi, znany z publicznego wyrażania uznania dla „opalenizny” Baracka Obamy. Odkąd w piątkowy ranek wylądowałem w Rzymie, to temat numer jeden nie tylko w sporcie.

Zdarzyło się w czwartkowy wieczór w 80-tysięcznym miasteczku Busto Arsizio. „Imbecyle”, jak niemal jednogłośnie określają ich komentatorzy, od początku gry pohukiwali, imitując odgłosy wydawane przez małpy, na Kevina Boatenga, M’Baye Nianga i Sulleya Muntariego, rzadziej Urby’ego Emmanuelsona (biegał po przeciwległym skrzydle), a także ubliżali partnerce pierwszego z wymienionych Melissie Satcie (urodzona w Bostonie celebrytka, miała czelność związać się z czarnoskórym). Było ich kilkunastu, ale przebijali się przez dwutysięczny tłum, który chciał zobaczyć Milan, czyli rywala spotykanego na obiekcie drużyny Pro Patria od święta. Boateng dawał znaki, by chuligani przestali, Muntari pukał się w głowę, trener Massimiliano Allegri i inni piłkarze prosili arbitra o przerwanie gry i wymuszenie na trybunach spokoju. Bez skutku. Mijała 26. minuta, gdy prowadzący piłkę Boateng złapał ją, wściekle wykopał w kierunku „imbecyli” (odbiła się od płotu), zszarpał z siebie koszulkę i ruszył do szatni, oklaskując tych, którzy zaczęli gwizdać. Ghańczyk był obrażany najintensywniej.

Wtedy na boisko wskoczył Massimo Ambrosini, siedzący w rezerwie kapitan Milanu, i ściągnął z niego resztę drużyny. - Od początku byliśmy zdegustowani. Decyzję podjęliśmy spontanicznie i wspólnie - opowiadał potem. Kiedy do szatni schodziła cała drużyna, gwizdy zagłuszyły brawa. Meczu już nie wznowiono.

- To cywilizowane miasto, ale nie mogliśmy pozostawić pohukiwań nielicznych bez kary - mówił na konferencji prasowej trener Allegri. - Przykro nam z powodu niewinnych obecnych na trybunach, obiecujemy, że tutaj wrócimy. Postąpiliśmy jednak słusznie. Włochy muszą dorosnąć, nie możemy dłużej tolerować barbarzyństwa.

W 1992 roku, kiedy włoskie stadiony kipiały od rasistowskich wyzwisk, opuszczanie boiska zaproponował ówczesny gwiazdor Milanu, Ruud Gullit. Zrozumienia nie wykazał nawet jego pracodawca Berlusconi, który ideę nazwał „demagogiczną”. Sam apelował, by policja identyfikowała bandytów i zamykała ich podczas meczów w kinie - oni dopingowaliby pod kontrolą, na trybuny wróciłyby rodziny z dziećmi. Teraz symboliczny gest mediolańczyków spotkał się z powszechnym aplauzem. Powściągliwie wypowiedział się chyba tylko były gwiazdor z San Siro, Clarence Seedorf, który oświadczył, że „[Boateng] nie powinien tak reagować, bo w ten sposób daje ogromną władzę małej grupce. Ci, którzy buczeli, powinni zostać błyskawicznie zidentyfikowani i wyrzuceni ze stadionu, żeby reszta publiczności mogła bawić się meczem”. Inni składali Boatengowi i reszcie hołdy.

- Można powiedzieć: „Wreszcie to się stało”. Wielka drużyna, wielki trener, który zrozumiał problem. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, wszyscy mamy dość - komentował w telewizji selekcjoner Cesare Prandelli, który w reprezentacji Italii zaprowadził kulturalną rewolucję, odmawiając powoływania piłkarzy karanych dyscyplinarnie, np. czerwonymi kartkami, w drużynach klubowych. - W pełni solidaryzujemy się z Milanem - wtórował mu prezes federacji (FIGC) Giancarlo Abete. A „La Repubblica” cytuje Patricka Vieirę, który sformułował najostrzejsze oskarżenie: - Włosi nie walczą z rasizmem. Jeśli wybiera się tam czarnoskóry piłkarz, musi przygotować się na obelgi - wypalił były gracz Juventusu. Poparł go Juan, do niedawna obrońca Romy. Zaznaczył, że nie uważa Italii za kraj rasistów, że poza stadionem nikt nigdy go nie znieważał. Stadiony pozostają jednak strefą wyjętą spod prawa, w której wolno wszystko, a kolejne skandale bagatelizuje się jako wyizolowane incydenty. - Trzeba rozbić mur obojętności. Na razie nawet koledzy z drużyny puszczają wyzwiska mimo uszu, nie doceniając skali cierpienia odczuwanego przez wyzywanych - to słowa Liliana Thurama, od lat zaangażowanego w problematykę społeczną byłego gracza Parmy i Juventusu.

Mediolańczycy obnażyli hipokryzję całego futbolowego środowiska. FIFA już w 2006 roku wypowiedziała totalną wojnę rasizmowi na stadionach. Ogłosiła, że każdy, kto obrazi czarnoskórego piłkarza rywali, zaszkodzi własnej drużynie - będzie jej grozić wykluczenie z rozgrywek lub degradacja do niższej ligi. Sporządzano nawet precyzyjny karomierz: trzy punkty kary za rasistowskie zachowanie, sześć punktów za recydywę, dyskwalifikacja klubu za następne incydenty. Władze kontynentalne i krajowe miały przygotować korekty regulaminów, pod groźbą wykluczenia na dwa lata ze wszystkich rozgrywek, z mundialem i Ligą Mistrzów na czele.

Korekty zostały dokonane - przynajmniej gdzieniegdzie - ale nie ma to żadnego znaczenia. O szumnie ogłaszanych sankcjach nie słychać, choć o rasistowskich incydentach głośno. Prawdziwa zaraza toczy np. ligę rosyjską, o czym dowiadujemy się częściej, odkąd emigrują tam gwiazdy formatu Roberto Carlosa, Samuela Eto’o czy Hulka. Zwolennicy Zenitu St. Petersburg - w Lidze Mistrzów grał jesienią z Milanem - oficjalnie żądają, by działacze nie ściągali czarnoskórych, bo plamią tradycje klubu.

Przerywać grę zobowiązani są sędziowie. Nie przerywają dla osiągnięcia najwyższego ponoć celu - rozegrania całego meczu. Prowadzący czwartkowy sparing Gianluca Benassi kilkakrotnie powtarzał Boatengowi, „żeby się nie przejmował”. Powtarzał, choć Ghańczyk ostrzegał, że zejdzie z boiska. Aż wyręczyli arbitra piłkarze Milanu. Spoliczkowali bożka, czyli owo przeświadczenie, iż należy grać do końca za wszelką cenę. Koniec z hasłem „Football Against Racism”, witamy akcję „Footballers Against Racism”.

Na wątpliwości, czy odważyliby się wyręczać sędziego w meczu o wielką stawkę, przy kilkudziesięciu tysiącach kibiców, odpowiedział sam bohater wieczoru. Odpowiedział twardą obietnicą trzymania się zasady „zero tolerancji”. - Nie obudziłem się z myślą, by wysłać w świat sygnał. Po prostu zareagowałem. Czułem złość i smutek, poczułem, że nie chcę dla nich grać. Nie po raz pierwszy w życiu słyszałem te odgłosy, ale skończyłem 25 lat i mam dość tego g... Teraz wiem, że nie możemy za każdym razem udawać, że nie słyszymy, i wracać do domu, jak gdyby nic się nie stało. Nie interesuje mnie, czy będziemy grać towarzysko, w Serie A czy w Lidze Mistrzów. Jeśli to się zdarzy ponownie, zejdę z boiska - powiedział Ghańczyk przesłuchiwany przez CNN.

Następny sędzia zapewne co najmniej się zastanowi, zanim zignoruje skargi Boatenga, ale... Żaden regulamin nie pozwala na odwołanie meczu przez uczestniczących w nim piłkarzy lub trenera. Gdyby mediolańczycy zareagowali radykalnie w Champions League, UEFA zderzyłaby się z problemem bez precedensu. Boateng buntujący się - złapaniem piłki i wykopaniem jej, a następnie zdjęciem koszulki i zejściem do szatni - w oficjalnym meczu powinien zostać ukarany.

Burmistrz Busto Arsizio, który początkowo unikał słowa „rasizm” i zarzucał Ghańczykowi nadmierną porywczość (bo mógł lecącą z prędkością 200 km/h piłką trafić w dziecko), zaapelował do wszystkich czwartoligowców, by opuszczali murawę już po pierwszych rasistowskich hałasach. Prezes Pro Patria zaprosił czarnoskórych na trybunę honorową na mecz z Alessandrią, który odbędzie się 13 stycznia. Fani zapowiedzieli, że na jutrzejszy wyjazd do Savony pomalują twarze na czarno (przed 11 laty piłkarze Treviso tak solidaryzowali się z Akeemem Omolade obrażanym przez własnych kibiców). Policja błyskawicznie wyłapuje winnych, którym grożą trzy lata więzienia. Prasa cytuje jednego z nich, 20-letniego bezrobotnego: „Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Po prostu przyłączyłem się do innych”.

Włosi zapłonęli rewolucyjnie, co zdarzało im się już po skandalach w calcio niejednokrotnie. Niestety, ogień szybko gasł. Teraz najbardziej zapędził się chyba Demetrio Albertini - były gracz Milanu, obecnie wiceprezes FIGC, rzucił pomysł likwidacji barier odgradzających trybuny od murawy, bo za nimi rasiści czują się zbyt bezpiecznie. A ja nadal czekam, kiedy zdarzy się to, o czym pisałem w „Gazecie” kilka sezonów temu - że na boisku zbuntują się nie ofiary, lecz piłkarze, których kibice ubliżają czarnoskórym rywalom.

wtorek, 29 maja 2012

BBC, Panorama, Euro 2012

Gdybym chciał nakręcić paszkwil demaskujący rasizm rzekomo wszechogarniający brytyjski futbol, zacząłbym pewnie od Johna Terry'ego. Były kapitan reprezentacji Anglii po występie na Euro 2012 stanie przed sądem, bo jesienią miał zwyzywać od czarnuchów kolegę z boiska.

Mógłbym też przywołać kazus liverpoolskiego napastnika Luisa Suareza, który wiosną naubliżał innemu ciemnoskóremu graczowi i został zdyskwalifikowany na osiem meczów.

Mógłbym nagrać rozśpiewanych zwolenników londyńskiego Arsenalu, którzy wysyłają rywali z Tottenhamu do Auschwitz.

Mógłbym wreszcie poepatować, koniecznie ze złowrogą ścieżką dźwiękową w tle, danymi o kilkudziesięciu aresztowanych od sezonu 2008/09 wyspiarskich fanach, którzy rasistowskimi rykami zapaskudzali mecze ligowe. Znalazłoby się incydentów na cały propagandowy serial.

BBC zastosowała taką metodę, ale udaje, że wyprodukowała dokument i nadała go w paśmie informacyjnym. Teza subtelna jak cep: nasze stadiony i ulice kipią od wulgarnej, agresywnej nietolerancji, dlatego na Euro 2012 lepiej nie przyjeżdżać. Wypowiada ją zaproszony przed kamerę piłkarz Sol Campbell. Nigdy w Polsce nie grał, więc formułuje ją, oglądając podsunięte mu obrazki. [Jednak raz grał, 15 lat temu. Mój błąd bezlitośnie wykryty na forum - RS]

Obrazki są, niestety, prawdziwe. Powinniśmy się wstydzić straszących z trybun i płotów haseł sławiących „White Power” i „White Legion”, transparentów obiecujących „Śmierć garbatym nosom”, obrzydliwego antysemickiego klimatu wokół derbów Łodzi i Krakowa.

Zarazem jednak wiemy, że nawet na stadionach tępi antysemici i rasiści stanowią u nas zdecydowaną mniejszość - choć hałaśliwą, której niekiedy większość obawia się przeciwstawić. Reporter BBC zdaje sobie z tego sprawę, bo odwiedził również Polonię Warszawa. Jej izraelski piłkarz Aviram Baruchyan powiedział mu, że nie był obrażany, a były rzecznik klubu Jakub Krupa wspomina w portalu NaTemat.pl, że angielscy goście uczestniczyli w przemarszu kibiców - całkiem pokojowym - i uznali to za fantastyczne doświadczenie.

Wypowiedzi Baruchyana i Krupy zostały nagrane, ale w ostatecznej wersji filmu zostały pominięte. Nie pasowały do tezy. BBC montowało materiał skrupulatnie, dobierając wyłącznie kadry, na których polskie ulice i stadiony płoną nienawiścią. I wzbraniając się przed zbadaniem, jakie są trendy - czy aby się u nas nie poprawia. Nie zacytowali Brytyjczycy nawet polskiej policji, którą też prosili o informacje. Też nie pasowały do tezy.

W Gazecie przez lata wściekaliśmy się na znieczulicę - zwłaszcza szefów piłkarskich klubów - przez które kibolstwo zagłusza kibiców, czyli prawdziwych entuzjastów sportu. Piętnowaliśmy rozmaite akty przemocy i nietolerancji, choć często czuliśmy się osamotnieni. Wsparcia nam brakowało, za to z chuliganami solidaryzowali się politycy.

Materiału BBC bronić jednak nie sposób. Ta telewizja nie po raz pierwszy wątki poboczne wyniosła do rangi wątku głównego. Bliźniaczy materiał przygotowała po przyznaniu nam organizacji mistrzostw, a w 2006 r. z identyczną histerią ostrzegała, że mundial w Niemczech najadą hordy brutalnych polskich jaskiniowców, którzy przyłożą maczugą każdemu, kto będzie się posługiwał innym narzeczem.

Rzezi nie było, tak jak podczas Euro nie powinniśmy się spodziewać poważniejszych problemów z przemocą fizyczną i słowną. Międzynarodowe siły policyjne od lat sprawnie współpracują z UEFA, na każdym dużym turnieju w XXI wieku panuje spokój. Owszem, kibolskich zadym w minionym sezonie na naszym kontynencie niebezpiecznie przybyło, również w krajach słynących ze skutecznego cywilizowania trybun (aż się prosi, by socjologowie zbadali, czy i jak to zjawisko można powiązać z rosnącą w siłę skrajną prawicą). Ale futbol klubowy, pełen prymitywnych plemiennych odruchów, ma niewiele wspólnego z futbolem reprezentacyjnym, uwodzącym zazwyczaj patriotyzmem pozytywnym.

Brytyjskie media lubią postraszyć czytelników, że najbliższą wielką imprezę sportową zorganizują barbarzyńcy. Ostatnio mają powody czynić to z pasją większą niż zwykle, bo cierpią, odkąd rywalizację o mundial w 2018 r. Anglia przegrała w głosowaniu ze wszystkimi konkurentami - Rosją, Belgią i Holandią, Portugalią i Hiszpanią.

Sugerowanie, że Polska nie zasłużyła na Euro, brzmi jednak o tyle kuriozalnie, że w finale pokonaliśmy Włochy. To tam po meczach giną policjanci i kibice, a ulice stają w ogniu, my na ich tle mamy z przemocą wokółstadionową co najwyżej problemik. Swój dokument horror BBC mogłoby nakręcić w każdym kraju. Jeśli jednak miałby stanowić dowód na niezdolność oskarżanego kraju do przyjęcia piłkarzy, to godny zorganizować mistrzostwa Europy nie jest nikt. Oczywiście poza Anglią.

Archiwum
Tagi