Wpisy z tagiem: Premier League

wtorek, 03 stycznia 2017

Premier League, liga angielska, Pep Guardiola

Udzielający w poniedziałek pomeczowego wywiadu Pep Guardiola był rozdygotany, to nie tylko słychać, ale i widać, wytężcie wzrok, to dostrzeżecie, że cały układ nerwowy ma trener na wierzchu – ja oglądałem jego popis na odsuniętym daleko od twarzy iPadzie, a i tak kopnął mnie prąd, mrowienie czuję do teraz. Co ciekawe, Katalończyk rozmawiał po zwycięstwie, więc powinniśmy raczej poczuć jego oddech ulgi.

Nie poczuliśmy. Guardiola ewidentnie źle znosi powrót do średniej – sezon w lidze angielskiej rozpoczął aż nazbyt znakomicie, biorąc pod uwagę skalę rewolucji, jaką zamierza(ł) przeprowadzić w Manchesterze City. Pisałem wówczas, że w sąsiedzkim pojedynku z szefującym piłkarzom United José Mourinho portugalskiego rywala wręcz miażdży, i tak było, jednak po pewnym czasie role się odwróciły. Teraz to ta druga manchesterska drużyna wygląda lepiej, rzekłbym nawet, że zasługuje na jeszcze korzystniejsze wyniki niż uzyskiwane. A ekipa City, przedtem prująca przez ligę jak bolid, rzęzi.

Pomimo wynajęcia trenerskich gigantów i zainwestowania setek milionów euro obu klubom znów zatem bliżej do wyścigu o czwarte miejsce (jak wiosną) niż walki o mistrzostwo. Rozlegają się nawet szepty, że epoka Guardiola i Mourinho nieodwołalnie się skończyli, że nastaje czas Antonio Conte (lider, z Chelsea) oraz Jürgena Kloppa (wicelider, Liverpool).

W sezonach minionym oraz obecnym zachodzi jednak zbyt wiele – znacznie więcej niż dotychczas – szczególnych okoliczności, by udawać ciemniaka i redukować wszystko do kwestii trenerskich.

Mistrzem poprzedniej edycji rozgrywek – mistrzem z olbrzymią przewagą punktową! – zostało Leicester, które w przeciwieństwie do konkurentów ze szczytu tabeli nie występowało w europejskich pucharach; wypuściło na boisko najmniejszą liczbę piłkarzy w szeroko pojętej czołówce; aż siedmiu z nich rozegrało więcej niż 3 tys. ligowych minut (w Arsenalu i MU – trzech, w MC – jeden).

Liderem i wiceliderem obecnej edycji rozgrywek – lider znów ma olbrzymią przewagę – są natomiast odpowiednio Chelsea i Liverpool, które w przeciwieństwie do konkurentów ze szczytu tabeli nie występują w europejskich pucharach; wypuściły na boisko najmniejszą liczbę piłkarzy w szeroko pojętej czołówce (odpowiednio 19 oraz 21, przy 23 w obu Manchesterach oraz Arsenalu); też mają zdecydowanie najstabilniejszy podstawowy skład.

Kiedy porównujemy intensywność sezonu u różnych drużyn, zwracamy zazwyczaj uwagę na fizyczne zmęczenie i mentalne znużenie bardziej eksploatowanych piłkarzy. Słusznie, ale oni wówczas także mniej trenują. I nie ma znaczenia, czy przekopują się przez Ligę Mistrzów, czy Ligę Europy. Zawsze trzeba przestudiować przeciwnika, rozegrać mecz, a często także popodróżować, przenocować, poćwiczyć raczej dla zapoznania się z terenem niż poważnych zajęć taktycznych. Wytracić mnóstwo energii. A przecież piłkarze potrzebują tym więcej ćwiczeń, im bardziej nowy i obcy jest trener, który tworzy z nich drużynę na obraz i podobieństwo swoich marzeń.

W Chelsea mają komfort wprost niespotykany. Od 13 meczów – tyle trwa zwycięska passa – Antonio Conte nie dotknął ani bramki (Thibaut Courtois), ani trzyosobowej obrony (Cesar Azpilicueta, David Luiz, Gary Cahill), ani obu cofniętych skrzydeł (Victor Moses, Marcos Alonso). W 12 z nich w podstawowym składzie znaleźli się N’Golo Kanté, Eden Hazard i Diego Costa, a w 11 ­– Nemanja Matić oraz Pedro. Nienaruszalność wyselekcjonowanej grupy tylko niekiedy naruszali Willian i Cesc Fabregas, co czyni londyńską jedenastkę bodaj najstabilniejszą w poważnej europejskiej piłce. Takie rzeczy się już właściwie nie zdarzają.

Notorycznie wraca natomiast awantura wokół terminarza liga angielskiej, teraz włosy z głowy wyrywa sobie Arsené Wenger, utrzymując, że jego Arsenal należy na początku roku do szczególnie poszkodowanych, a Chelsea – szczególnie uprzywilejowanych. Ja tam się nie wypowiadam, zarobiony jestem, ale dzięki kilkunastu miesiącom ze zwycięstwami Leicester, Chelsea i Liverpoolu coraz częściej przychodzi mi na myśl, że analizy trenerskich manewrów analizami, a w Premier League najżwawiej brykają ci, którzy mają czas, by trenować.

18:54, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
niedziela, 27 listopada 2016

Chciałem złożyć mu hołd od baaardzo dawna, wożę się z tym zamiarem bodaj od stycznia, ale jakoś nie wyszło. Nadrabiam zaległości, cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

niedziela, 11 września 2016

Trenerski pojedynek na szczycie – ponoć na szczycie – ponoć trwa od lat, ale obaj gwiazdorzy musieli spotkać się w Manchesterze, by ta opowieść zyskała rozdział rzeczywiście miarodajny, pozwalający zawyrokować, czyja wizja futbolu zatriumfowała. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 13 sierpnia 2016

Kiedy Pep Guardiola i José Mourinho - żywe ikony, reprezentujące skrajnie odmienne myślenie o futbolu - rywalizowali przed laty jako trenerzy Barcelony i Realu Madryt, świat chętnie odwoływał się do metafory gwiezdnych wojen. Pierwszy miał walczyć w imię imperium dobra, drugi dla imperium zła. I kiedy Guardiola ogłaszał przerwę od futbolu, mówiło się, że wojna poturbowała go psychicznie, że od dążącego do bezpośredniej konfrontacji Mourinho wręcz ucieka. Choć na boisku to on częściej był górą.

Teraz, w startującej właśnie lidze angielskiej, obejrzymy kolejny odcinek tego widowiska. Antagoniści wylądowali nie tylko w tych samych rozgrywkach, ale i w tym samym mieście, w Manchesterze mieszkają o kilka kilometrów od siebie. I choć od tamtej pory nie powiększyli swoich kolekcji triumfów w Lidze Mistrzów, to skojarzenia z gwiezdnymi wojnami - pojęcie pochodzi z kina popularnego, ale również od politycznej doktryny Ronalda Reagana rzucającego wyzwanie komunizmowi - znajduje być może jeszcze większe uzasadnienie. Sąsiadujące kluby uczestniczą bowiem w bezprecedensowym wyścigu zbrojeń. City wydało tego lata na transfery już 175 mln euro, United - 180 mln (netto). To obu trenerów do siebie upodobniło, bo Guardiola na barcelońskim Camp Nou polegał głównie na wychowankach. I również dlatego miał reprezentować jasną stronę mocy, wielu kibiców wciąż brzydzi się masowym werbowaniem kosztujących fortunę „najemników”.

Liga angielska, tuczona rosnącymi w obłędnym tempie zyskami z praw telewizyjnych, innej metody jednak nie zna. A United oraz City przelicytowują wszystkich. Każdego lata rzucają na transfery od 100 do 200 mln, mają też najwyższe na świecie budżety płacowe - i to nie w piłce, lecz we wszystkich sportach zespołowych. Manchester stał się bezapelacyjnie najbogatszym futbolowym miastem w historii futbolu.

Tylko na boisku nędza, w minionej edycji Premier League zażartą rywalizację o czwarte miejsce City wygrało z United dzięki okazalszemu stosunkowi bramkowemu. I obaj nowi menedżerowie budują przyszłość od zera. Guardiola kupuje graczy o reputacji wyłącznie lokalnej, spoza Ligi Mistrzów - najwięcej wydał na Johna Stonesa (22-letni obrońca Evertonu), Leroya Sané (20-letni skrzydłowy Schalke) i Gabriela Jesusa (19-letni napastnik Palmeiras), większe doświadczenie biorąc jedynie w osobie Ilkaya Gündogana. Mourinho natomiast w swoim stylu szuka sprawdzonych wyczynowców - kluczowymi postaciami chce uczynić Zlatana Ibrahimovicia (11 tytułów mistrza kraju) oraz Paula Pogbę (wciąż kwestionowany, ale z Juventusem wygrywał Serie A czterokrotnie, wystąpił też w finale LM). I jak zwykle brutalnie postępuje z niechcianymi (Bastianem Schweinsteigerem oraz Juanem Matą), bywa wręcz oskarżany o mobbing.

Ile potrwa stwarzanie nowych światów i czy w ogóle się powiedzie, nie wiadomo. Mourinho, znany niegdyś jako „Wyjątkowy”, ostatnio zezwyczajniał i tracił posady w przykrych okolicznościach, a Guardiola to nawiedzony, wymagający od podwładnych ponadprzeciętnej boiskowej inteligencji filozof, który nie pracował jeszcze w lidze tak wyrównanej jak angielska. I przyjmowano go tam jak przedstawiciela wyższej cywilizacji, zamierzającego nie tyle podnieść poziom gry drużyny, ile wynaleźć piłkę nożną na nowo. W dodatku obaj sławni szkoleniowcy zderzą się z innymi charyzmatycznymi guru, którzy teoretycznie również mają wszystko, by wskoczyć na szczyt - bodaj głównym trenerskim bohaterem Euro Antonio Conte (wziął do Chelsea zdolnego patrolować całe boisko pracusia N’Golo Kante) oraz Jürgenem Kloppem (po przejęciu Liverpoolu natychmiast dociągnął go do finału Ligi Europejskiej). A Arsene Wenger (od dawna wyszydzany, jednak Arsenal urósł ostatnio na wicemistrza, nauczył się wygrywać szlagiery i znów zaczął zdobywać krajowe puchary) oraz Mauricio Pochettino z Tottenhamu mają tę przewagę, że nie zaczęli pracy wczoraj. I nawet jeśli nie wezmą tytułu - ten pierwszy znów boi się za kogokolwiek „przepłacić”, a to na angielskim rynku transferowym bywa zgubne - to w sprzyjającym momencie mogą skrzywdzić każdego rywala.

Ja w żadnym razie nie spuszczam Wengera poza strefę LM, choć mnóstwo komentatorów czyni to dzisiaj niemal odruchowo, prognozując mu najsłabszy rok w całej 20-letniej karierze w Premier League (inna sprawa, że londyńczycy mają bodaj najcięższy start). Zwłaszcza że w najbliższych tygodniach, może wręcz miesiącami spodziewam się rozgardiaszu – uczestnicy Euro 2016 długo byczyli się na wakacjach, nowi trenerzy zapoznawali się z drużynami w trakcie komercyjnych międzykontynentalnych podróży (i np. w USA grywali przy widowniach grubo ponadstutysięcznych, na naszych kontynentach niespotykanych), niektórym piłkarzom z bliska przyjrzą się dopiero w trakcie sezonu, transferowe szaleństwo jeszcze potrwa. Niewykluczone też, że na przytomność umysłu trenerów wpłyną ekstremalne oczekiwania – nawet gdyby właściciele, powiedzmy, pięciu najbardziej renomowanych trenerskich nazwisk pracowali perfekcyjnie, może nawet wspięli się na swój zawodowy szczyt, to ktoś będzie zajmował piąte miejsce. Piąte, czyli w powszechnym odbiorze haniebne.

Premier League zaczęła zatem stać luksusowymi szkoleniowcami, jakby prezesi gromadnie uznali, że wypada wreszcie wywoływać wrażenie nie tylko wydatkami. Anglia to wciąż okolica specyficzna, momentami zalatuje wręcz ciemnogrodem - i Guardiola, i Conte załamali się po wizycie na klubowych stołówkach, zarządzili ścisłą dietę, hucznie pozabraniali pochłaniania pizzy, słodkich napojów, keczupu, ciężkich sosów etc. Ile czasu musi jeszcze upłynąć, by tłusto opłacanych zawodowców z angielskich muraw nie trzeba było pilnować jak przedszkolaków? Dlaczego gdzie indziej (mówię o krajach piłkarsko zaawansowanych) to się już właściwie nie zdarza, a za Kanałem La Manche zdarza się notorycznie?

Mimo wszystko nie sposób jednak ogłosić – kolejna chóralnie kolportowana teza – że Premier League pościągała najlepszych trenerów. Minione lata należą raczej do Diego Simeone czy Massimiliano Allegriego (niewyraźnie mówi, nieefekciarski i w ogóle mało medialny, to jego zasadnicza przywara), którzy od - odpowiednio - 2011 i 2010 r. wspaniale rozwijają autorskie projekty w Atlético Madryt oraz Juventusie Turyn, może także do Carlo Ancelottiego. A żeby jeszcze bardziej zagmatwać sytuację, dodajmy, że w LM triumfują ostatnio trenerzy z doświadczeniem zerowym (Zinedine Zidane w Realu) lub niewielkim (Luis Enrique w Barcelonie), natomiast w Anglii sensację ponad wszystkie wyreżyserował w Leicester lekceważąco traktowany przez całą karierę Claudio Ranieri.

I to ich muszą dzisiaj ścigać Guardiola oraz Mourinho, chwilowo (?) zdegradowany do LE. Bo jeśli gigantom się nie powiedzie, manchesterscy burżuje ustanowią kolejny rekord - najbardziej spektakularnego marnotrawstwa w dziejach piłki nożnej.

niedziela, 08 maja 2016

Leicester mistrzem

Claudio Ranieri wybitnym trenerem jest czy zawsze był, tylko my nie zauważyliśmy? I czy sensacyjne rozstrzygnięcie ligi angielskiej to rzeczywiście jego autorskie dzieło? Felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

(A ponieważ temat Leicester powoli zamykamy, to przypomnę teksty o Leicester jako ściemie; jako fabryce snów; jako zbieraninie ludzi, którzy nigdy nigdzie niczego nie wygrali.)

wtorek, 03 maja 2016

Leicester, skład

Zdarzają się drużyny, które mocno zapadają nam w pamięć w całości, od pierwszego do ostatniego zawodnika. Ja wyrwany ze snu wyrecytowałbym m.in. jedenastkę piłkarskiej reprezentacji ZSRR z lat 80., nigdy nie zapomnę też hokejowego kwintetu złożonego z Fietisowa, Kasatonowa, Krutowa, Łarionowa i Makarowa, podobnie jak wirujących wokół Jordana koszykarzy Chicago Bulls z ich rekordowego sezonu – Pippena, Rodmana, Harpera i Longleya.

Teraz dołączyli do grona niezapomnianych piłkarze Leicester, obwoływani właśnie najbardziej sensacyjnymi mistrzami czegokolwiek w XXI wieku. Dołączyli nie dlatego, że tworzą drużynę szczególnie wirtuozerską – przeciwnie, wbrew nastrojom kibiców rozanielonych bajkową historią zasugerowałbym, że wśród mistrzów ligi angielskiej minionych kilkunastu lat należą do najsłabszych, o czym zresztą świadczy wiele statystyk (odkąd w 1993 roku powstała Premier League, żaden nie wypracował tak mizernego stosunku bramkowego). Wyraziste kształty Leicester wdrukowywały się nam jednak miesiącami dzięki decyzji Claudio Ranieriego, by podstawową jedenastkę korygować tylko w chwilach absolutnej konieczności, w dodatku ustawiając piłkarzy w systemie 4-4-2, najbardziej klasycznym i zarazem przejrzystym. (Włoski trener uciekł od własnych nawyków, przez które zyskał przydomek wiecznie dłubiącego w składzie „Majsterkowicza”). Co więcej, podziwialiśmy wśród nich wiele sylwetek w futbolu wręcz archetypicznych – od zwalistych stoperów (Huth i Morgan), przez oszalałego pracusia ze środka pola (Kante), po nawiedzonego dryblera (Mahrez) i cholernie szybkiego, naturalnego łowcę goli (Vardy). Jakże oryginalnie wyglądała ta drużyna w swojej prostocie akurat dzisiaj, w erze wymyślnych taktycznych zawijasów, maniackiego tasowania bardzo szerokimi kadrami i w ogóle doszukiwania się we wszystkim, co robi trener, wielopiętrowej intrygi zwanej „filozofią”.

Ranieri nie kombinował, lecz skorzystał z najmniejszej liczby piłkarzy w całej Premier League – miał komfort, w europejskich pucharach nie grał, z angielskich prędko odpadł – a nam podstawowa jedenastka Leicester wryła się w zwoje mózgowe już na zawsze. Nieśmiertelność zyskały nazwiska ludzi właściwie w komplecie skazanych na zapomnienie. Niemłodych, przez wielki futbol już odrzuconych, w najlepszym razie klasyfikowanych jako średniacy z dobrych lig. Wyczynowców świetnie opłacanych, acz trochę bez właściwości.

Kasper Schmeichel (29 lat). Przez całą karierę tułał się między drugą a czwartą ligą, w której nagrał się więcej niż w pierwszej. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Danny Simpson (29). Kilkakrotnie rzucał się na Premier League, zawsze z niej zlatywał. Pojedyncze występy w europejskich pucharach, miał przepaść jako ciut większy okruch statystyczny.

Wes Morgan (32). W najwyższej lidze zadebiutował po trzydziestych urodzinach. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Robert Huth (32). Milion lat temu notoryczny rezerwowy w Chelsea, potem stany średnie Premier League, do Leicester wypożyczony ostatniego dnia zimowego okna transferowego w ubiegłym roku. Pojedyncze występy w europejskich pucharach, ucieleśnienie ligowego przeciętniactwa.

Christian Fuchs (30). Jak na standardy Leicester, postać wybitna, bo z Schalke sięgnął Champions League. To był szczyt jego kariery, też nigdzie nie zdobył tytułu, transfer do Leicester zdawał się sportową degradacją.

Riyad Mahrez (25). Całe dorosłe życie w drugiej (bądź czwartej, gdy kopał w rezerwach Le Havre) lidze francuskiej, na najwyższy poziom rozgrywek wskoczył dopiero teraz w Leicester. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

N’Golo Kante (25). On biegał wręcz w ósmej lidze (tutaj obszerna sylwetka), na najwyższy poziom rozgrywek wskoczył dwa sezony temu. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Danny Drinkwater (26). Cała kariera w niższych ligach, kolejny, który najwyższej ligi dotknął dopiero w Leicester. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Marc Albrighton (27). Sześć sezonów w Aston Villi, tylko przez moment mocno trzymał się tam w jedenastce. Kiedy go wylali, wegetował w rezerwie Wigan. Trzy występy w europejskich pucharach (tak stare dzieje, że nie wiadomo, czy to prawda), miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Shinji Okazaki (30). Późno wyleciał z Japonii, w Stuttgarcie i Mainz sięgał co najwyżej Ligi Europejskiej. Znów – przeciętna kariera klubowa, bez jakiegokolwiek trofeum, bez Leicester przepadłby w archiwach wśród setek tysięcy nazwisk.

Jamie Vardy (29). Historia chyba najbardziej znana, przed przybyciem do Leicester błąkał się po niskoligowej prowincji i nie zawsze mógł grać do końca meczu, bo jako skazany za pobicie został objęty dozorem policyjnym i musiał wracać do domu przed 18. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

O tym ostatnim prawdopodobnie powstanie wielkoekranowa fabuła, ale najbardziej filmowo wygląda Leicester jako bohater zbiorowy, to grupa szaraków, którzy zasadniczo nigdy nigdzie niczego nie wygrali, w tę regułę wpisują się oczywiście także rezerwowi. Nawet trener Claudio Ranieri – posiadacz nazwiska zdecydowanie najszerzej rozpoznawalnego – uchodził za nieudacznika, wygrywał bowiem co najwyżej srebrne medale, a współczesny sport składa się, jak wiadomo, ze zwycięzców i patałachów, czyli całej reszty. I on zresztą przycupnął w Leicester po koszmarnej klęsce, jako selekcjoner Greków został wszak wykopany m.in. po porażce z Wyspami Owczymi w eliminacjach Euro 2016.

Jego osiągnięcie odruchowo porównujemy z nieprawdopodobnym dziełem Otto Rehhagela, który właśnie Greków zaciągnął do złota Euro 2004 (choć ja mam jeszcze inne). Skojarzenie samo się narzuca, tamtego wyczynu również dokonali ocaleni od zapomnienia piłkarze znikąd, niemłodzi już i przekonani, że przepadną w kronikach jako statystyczne okruchy. I też lubili wygrywać 1:0. Ich sylwetki mi się jednak rozmywają – i dlatego, że nie mieli postaci tak charakterystycznych jak Mahrez, Vardy czy przede wszystkim buzujący energią Kante, i dlatego, że wystarczyło im zwyciężać przez ledwie kilka tygodni, faworyci nie zdążyli się nawet zreflektować, jak poważne nadciąga niebezpieczeństwo.

Rywale Leicester czasu mieli aż nadto. Ale nie dali rady. Nie nadążyli nad jedenastoma – plus rezerwowi, wpuszczani w równie jednostajnym rytmie – piłkarzami, którzy rozegrają w tym sezonie mniej meczów niż jakikolwiek mistrz Premier League. A w przyszłym podejmą wyzwanie, jakiego nie zaznali, między ligowymi weekendami popodróżują po LM. I osobność ich historii polega także na tym, że nie sposób dzisiaj wykluczyć, że przygnieceni nawałem zupełnie nowych obowiązków nie stoczą z powrotem do środka tabeli ligi angielskiej. A może nawet jeszcze niżej.

14:39, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
piątek, 11 marca 2016

Premier League, liga angielska, mózgi, trenerzy

Jeśli uznajemy, że tzw. polska myśl szkoleniowa zasłużyła na traktowanie z buta – choć ostatnio, po udanych meczach reprezentacji Adama Nawałki, wstrzymaliśmy nogi – to na angielską powinniśmy spoglądać jak na zbiorowego Jasia Fasolę. A może nawet jak na jego pluszowego misia, który żywy jest tylko w oczach Jasia Fasoli i generalnie nic mu nie wychodzi. A to odetną mu łepek, a to skurczy się w praniu... Przewlekła deprecha i koklusz.

Szefowie Newcastle wystawili właśnie za drzwi swojskiego trenera Steve’a McClarena, by zatrudnić Rafę Beniteza, trenera w najwyższym stopniu zagranicznego. W czym naturalnie znów przejawia się finansowa wszechmoc Premier League. Oto klub dyndający na przedostatnim miejscu w tabeli ośmiela się podchodzić do fachowca przywykłego do standardów Ligi Mistrzów bądź w najgorszym razie finałowych rund Ligi Europejskiej – podróżującego od Valencii do Liverpoolu czy Chelsea i od Napoli do Realu Madryt – i wcale nie zostaje oskarżony o obrazę majestatu. Przeciwnie, Hiszpan jest poważnie zainteresowany i wzrasta prawdopodobieństwo, że w następnym sezonie na Wyspach stawi się tłum gigantów, obok Beniteza (zdobył trzy europejskie trofea) pracować będą Pep Guardiola, Jürgen Klopp i José Mourinho.

Zarazem jednak staje się jasne, że istnieje przynajmniej jedna grupa społeczna, która powinna nie tylko przez aklamację poprzeć Brexit, ale jeszcze błagać rodaków, by całkowicie zamknęli przed obcymi lokalny rynek pracy. Błagać z pasją modlących się o przetrwanie.

Cały angielski futbol to siedlisko rozszalałego kosmopolityzmu, tamtejsze kluby należą do rekordowego odsetka zagranicznych właścicieli i najmują rekordowy odsetek zagranicznych piłkarzy, aż dziwne, że nacjonaliści nie obwołują klęsk w LM kolejnym niezbitym dowodem na niewydolność idei multikulti. Nikt wśród autochotonów nie cierpi jednak z powodu najazdu imigrantów ekonomicznych tak, jak cierpią angielscy trenerzy.

Latami przyzwyczajali się, że nie są wpuszczani do Champions League. W minionej dekadzie wślizgiwali się do elity wyłącznie na chwileczkę i przez rzadkie błędy w systemie – lista szczęśliwców kończy się na Harrym Redknappie (ćwierćfinałowe 0:5 Tottenhamu z Realem Madryt) – a półfinału LM nie widział żaden z nich. Nigdy, odkąd rozgrywki powstały na początku lat 90. Ostatnio wypięli się jednak na tubylczych szkoleniowców również prezesi od skromniejszych aspiracjach. Wykopywali Anglików i wykopywali, aż osiągnęliśmy stan obecny – żałosny, niespotykany chyba w żadnej innej lidze, nawet chińskiej, importującej przecież maniakalnie. Otóż po wylaniu z Newcastle McClarena w najbogatszych rozgrywkach ostali się ledwie trzej rodzimi trenerzy.

Powtórzmy, dla lepszego zapamiętania: trzej.

W lidze hiszpańskiej jest ich 15. W Bundeslidze ­– 12 (wliczam urodzonego w Berlinie Niko Kovaca). W lidze włoskiej – 18 (19. Sinisza Mihajlović też jest niezbyt serbski, skoro w Italii mieszka od 24 lat i tam pobierał wykształcenie). We francuskiej – 18. W portugalskiej – 14. W holenderskiej – 17. Możemy tak przewędrować cały kontynent i nigdzie nie wdepniemy w murawy, na których ostentacyjnie pomiata się własnymi futbolowymi mózgami, doprawdy szkoda, że Anglicy, tak chętnie pozujący na przywiązanych do tradycji, nie dochowali się swojego Antoniego Piechniczka, który by wstał, rąbnął pięścią w prezesowskie czaszki, krytykowanych kolegów po fachu osłonił własnym rozumem, w retorycznym zrywie przywołał sukcesy synów Albionu z lat 60.

Stanowcza reakcja jest tym bardziej niezbędna, że nielicznych Anglików tolerowanych Anglia wgniata w doły tabeli, jeśli już nawet Anglika ktoś łaskawie przygarnie, to natychmiast skazuje na walkę o utrzymanie, niech zresztą przemówi ligowa klasyfikacja według trenerskich narodowości:

liga angielska, Premier League, trenerzy

Skąd na powyższe zestawienie nie spojrzeć, mamy niesłychany skandal i grubiaństwo, aż nie mam sumienia zwracać na marginesie uwagi, że nawet w drugiej lidze, na Wyspach zwanej szumnie Championship, rodzimi fachowcy zachowali już marną połowę z 24 trenerskich posad. Co więcej, tamtejsi szkoleniowcy nie są prorokami również w niewłasnym kraju, na kontynencie nie chce ich zasadniczo nikt, choć akurat w ostatnich miesiącach bawi nas albo i nie bawi anegdota z Garym Nevillem, który dzięki znajomości i wspólnocie interesów z właścicielem Valencii został angielskim jedynakiem utrzymającym styczność z europejskim futbolem.

Jakieś przywiązanie do tradycji tu mimo wszystko widać, przedstawiciele futbolowej ojczyzny z krwi i kości z bezkompromisową konsekwencją pielęgnują programowy antyintelektualizm środowiska, dzielnie broniąc się przed rosnącymi wszak wpływami z zewnątrz. Można nawet powiedzieć, że dbają o dziejową sprawiedliwość – skoro Anglikom zawdzięczamy narodziny tej pięknej gry, to powinniśmy się odwdzięczyć, Anglicy mają pełne moralne prawo, by w XXI wieku bardzo dużo od świata brać, niczego mu w zamian nie dając.

I niewykluczone, że już wkrótce, np. w następnym sezonie, w Premier League zaobserwujemy zjawisko w historii piłki nożnej bez precedensu – ligę reżyserowaną w całości przez trenerów cudzoziemców. A potem ekspansję rozpoczną polscy fachowcy, tak, również oni się rozochocą, od dawna czekam na transfer tyleż dzisiaj nieprawdopodobny, co nieunikniony, otóż ja jestem święcie przekonany, że na pomoc do Anglii uda się pewnego dnia szkoleniowiec Podbeskidzia, ktokolwiek by nim wówczas nie był. I pociągnie wózek tam, gdzie nie poradzi sobie Sam Allardyce.

wtorek, 01 marca 2016

Wassily Kandinsky,

Louis van Gaal właśnie znów awansował na geniusza. Oczywiście przez przypadek.

Roli przypadku w piłce nożnej, jak wiadomo, przecenić się nie da, przypadek rozstrzyga o wynikach najdonioślejszych meczów. Ale ja jeszcze bardziej lubię obserwować, jak przypadek sprawia, że media – znaczy my, dziennikarze – to samo zaczynamy nazywać zupełnie inaczej.

Manchester United od wielu tygodni był tragikomedią o drużynie, w której kontuzje ścinają piłkarzy stadami, a holenderskiego trenera, o ile nie ogłaszano go współwinnym zarazy, oskarżano o lekkomyślność na rynku transferowym, która pozbawiło drużynę alternatywnych opcji w ataku. Aż znienacka objawił się niejaki Marcus Rashford, 18-letni smarkacz z zerowym doświadczeniem w dorosłym futbolu. Strzelił dwa gole Midtjylland w Lidze Europejskiej, dołożył dwa kolejne (plus asystę) w meczu z Arsenalem i oto komentatorzy zreflektowali się, że dzieje się historia, oto Louis van Gaal, nie od wczoraj znany jako zapamiętały promotor młodzieży, inicjuje spektakularną wymianę pokoleń, buduje świetlaną przyszłość Manchesteru i w ogóle dokonuje czynów wielkich. Rozbłysnęła nawet konkretna, imponująca liczba. Odkąd mianowicie Holender wylądował na Old Trafford, pozwolił zadebiutować już 14 klubowym wychowankom. Wyczyn unikalny w skali ligi angielskiej, a może całej szeroko pojętej europejskiej czołówki (naturalnie w omawianym okresie).

Unikalny i świadczący o odwadze, nawet brawurze, na pewno wyjątkowej intuicji van Gaala.

A przecież aż sześciu z 14 wychowanków zadebiutowało między 13 a 28 lutego. W szczycie kadrowych problemów MU, gdy w każdym momencie leczyło się kilkunastu piłkarzy.

W hicie z Arsenalem nie mogło wystąpić 13 ludzi, w tym obaj potencjalni środkowi napastnicy – Anthony Martial i Wayne Rooney – oraz wysyłany niekiedy na środek ataku Marouane Fellaini, „dorosłych” graczy nie wystarczyło nawet na pełną jedenastkę, a w rezerwie usiadły wyłącznie dzieciaki, wyjąwszy bramkarza Sergio Romero. Przynajmniej jednego żółtodzioba trener MUSIAŁ zatem wystawić. I MUSIAŁ sięgnąć po kolejnego żółtodzioba, jeśli chciał kogokolwiek z boiska zdjąć. A kiedy na ostatnie sekundy gry wpuszczał Jamesa Weira, nie tyle dawał mu szansę, ile zwyczajnie wytracał czas – gospodarze prowadzili wówczas 3:2.

Kilka dni wcześniej było identycznie, a nawet bardziej. Bardziej, ponieważ na rozgrzewce przed europejskim rewanżem z Midtjylland urazu doznał niespodziewanie Martial. I znów – trener MUSIAŁ wygonić na murawę Rashforda, jedynego napastnika pośród rezerwowych. A angielscy reporterzy nie sławili wówczas niczyjej odwagi, lecz rozpaczali, że epidemia nie odpuszcza. I zbaranieli, gdy młokos się rozstrzelał.

Żeby była jasność: nie zamierzam kwestionować wizerunku wychowawcy van Gaala, zresztą jego dorobek z poprzednich klubów wspaniale broni się sam (o czym tutaj opowiada Michał Szadkowski). Holenderski trener też nie dopisuje do swoich decyzji sensów, które nie istnieją, lecz przyznaje, że poddaje się okolicznościom. Ale składane mu właśnie hołdy doskonale jednak pokazują, jak potrzeba uproszczeń i ciekawych historii fałszuje rzeczywistość.

Właśnie powstaje – i niewykluczone, że przetrwa – mit o van Gaalu tworzącym przyszłość Manchesteru United, choć ostatnich ruchów kadrowych nie wykonywał on z własnej woli, a wcześniej lansował chłopców ze średnią skutecznością (Saidy Janko, Reece James czy Tom Thorpe zostali już sprzedani), Anglicy brutalnie obśmiewali nawet żałosny stan klubowej akademii. Powiodło się jedynie Cameronowi Borthwickowi-Jacksonowi oraz Jesse Lingardowi, tyle że ten ostatni z młodością już się zdecydowanie rozstał – w tym roku skończy 24 lata, przed debiutem na Old Trafford przez kilka sezonów ćwiczył się w graniu z dorosłymi na wypożyczeniach w Brighton&Hove Albion, Birmingham i Leicester.

Ale, jako się rzekło, wszystkie detale przepadną zapewne w mrokach zapomnienia. Przetrwa legenda. Louis van Gaal przybył, odkrył, wylansował.

niedziela, 21 lutego 2016

Manchester United, Deadpool

Wbrew medialnemu czarnemu PR-owi najbardziej utytułowanemu angielskiemu klubowi wiedzie się nie tyle świetnie, ile coraz świetniej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi