Wpisy z tagiem: Premier League
poniedziałek, 14 maja 2012
Ostatnie sceny sezonu rozdygotały najbardziej lodowatych fanów, choć nie mnie, z przyczyn obiektywnych oglądałem je z odtworzenia. Manchester City zadał decydujące pchnięcia dopiero, gdy czasu nie miał już właściwie wcale, zaledwie 40 sekund dzieliło Manchester United od utrzymania panowania w Premier League, obaj pretendenci uzbierali w lidze angielskiej tyle samo punktów. Kiedy jednak przypominam sobie, co działo się na boiskach, to sądzę, że nowy mistrz wyglądał wyraźnie okazalej niż mistrz ustępujący. Wygrał oba bezpośrednie starcia, raz sąsiadów wręcz znokautował, był stabilniejszy i uniknął zawstydzających wpadek - u siebie pozostał niepokonany, na wyjazdach ponosił porażki jednobramkowo minimalne, i to zazwyczaj dopiero po golu traconym w samej końcówce - Arsenalowi ustąpił w 87. minucie, Swansea w 83., Sunderlandowi w 93., Chelsea w 82. Niewiele brakowało, by United obronili tytuł, ale nie tak wiele brakowało też, by City zdetronizowali ich jeszcze wcześniej. Podejrzewam, że bić się do końca musieli przede wszystkim z powodu wewnętrznych problemów - dezercji Carlosa Teveza oraz notorycznej niesubordynacji Mario Balotellego. Jeśli zgodzić się z trenerem Wernerem Liczką, że o sile drużyny stanowi jej kręgosłup, to mistrz Anglii może niebawem wyrosnąć na kolosa rzucającego wyzwanie Barcelonie i Realowi Madryt, moim zdaniem nadal najmocniejszym na kontynencie. Joe Hart to wśród angielskich bramkarzy niemal takie dziwo, jak dortmundzka święta trójca wśród polskich piłkarzy. O Vincencie Kompanym pisałem już, że widzę w nim największą znakomitość wśród graczy, którzy nie zdołali awansować na Euro 2012. Yaya Toure, bezapelacyjnie mój ulubiony wielkolud w futbolu, każdym meczem brutalniej zawstydza wszystkich, którzy kiedykolwiek ośmielali się posądzać go o zalety wyłącznie defensywne. Sergio Agüero rozwinął się na wyjątkowo dorodnego przedstawiciela gatunku specyficznie argentyńskiego - niskich, mocno trzymających pion, pracowitych rozrabiaków - którego od Teveza różni bardzo istotny drobiazg, czyli porządek we własnej głowie. Ten core jest naprawdę hard. Oni wraz z Davidem Silvą, przez wiele miesięcy najbardziej błyskotliwym graczem Premier League, tworzą rdzeń grupy, która w niedzielę ogłosiła, że obalanie zastanej hierarchii dopiero rozpoczyna. Arabscy właściciele zainwestowali w Manchester City miliard funtów, spychając na drugi plan Romana Abramowicza. Zastąpili go w roli tyleż egzotycznych, co biznesowo agresywnych bogaczy, którzy bezceremonialnie wtarabaniają się na cudze włości i usiłują zaprowadzić tam swoje rządy, nie pytając tubylców o zdanie. I na razie rozwijają firmę szybciej niż Rosjanin. Owszem, Chelsea odzyskała prymat w Anglii już dwa lata po przybyciu Abramowicza. Ale on przejmował uczestnika Ligi Mistrzów. Inwestorzy ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich przejęli klub będący dla sąsiadów z Manchesteru pośmiewiskiem, który ledwie kilka wcześniej wygramolił się z niższej ligi, by w najwyższej przeważnie bronić się przed spadkiem. Przejęli i jęli obserwować błyskawiczne postępy. Pierwszy sezon przyniósł tylko dziesiąte miejsce w Premier League. Drugi sezon - piąte miejsce oraz półfinał Pucharu Ligi Angielskiej, niewidziany w City od 1981 roku. Trzeci sezon - skok na podium oraz triumf w Pucharze Anglii, czyli pierwsze trofeum od 1976 roku. I wreszcie czwarty sezon - mistrzostwo kraju, pierwsze od 1968 roku. Teraz ruszą w kolejną podróż po Lidze Mistrzów. W europejskich rozgrywkach też znaczyli niewiele, do finału jedyny raz zajrzeli w 1970 roku, kiedy Puchar Zdobywców Pucharów wzięli po zwycięstwie nad Górnikiem Zabrze. Fani i piłkarze City są w siódmym niebie, dla konkurentów niemal z dnia na dzień stali się piekielnie antypatyczni - wszyscy zazdroszczą im fortuny, która spłynęła na nich rzecz jasna niezasłużenie. Ohyda. Paradoks polega na tym, że w dzisiejszym, zdominowanym przez korporacje futbolu chyba tylko szejkowie lub osobnicy szejkopodobni są w stanie naruszyć ustaloną hierarchię, którą UEFA próbuje jeszcze utrwalić przez wprowadzenie finansowego fair play. Mozolna praca u podstaw może przynieść sukces w krótszej perspektywie, w dłuższej sprowokuje raczej do splądrowania szatni przez zamożniejszych rywali. Szatni opłacanych przez arabskich bonzów nikt nie tknie. A oni idą ławą. Już wiemy, że w następnej Lidze Mistrzów spróbują polansować się nie tylko właściciele Manchesteru City, ale również właściciele Paris Saint Germain i Malagi.
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Pobloguję długodystansowo, a jakże, nie mam alternatywy. Nie mam alternatywy, odkąd zorientowałem się, że kiedy od futbolowego hiciora dzielą mnie jeszcze całe godziny i siłą woli bezskutecznie staram się przyspieszyć pracę zegarów, najlepszą metodą na przetrwanie jest kompulsywne stukanie w klawiaturę. Od razu przyznam się niepatriotycznie, że klasyk angielski kręci mnie dziś bardziej niż polski, również dlatego, że wyspiarze tłuką się o wielką stawkę, a pod Wawelem tylko piłkarze Cracovia mają jeszcze powód, by się pocić. 17.27. Do niedawna derby Manchesteru łączył z derbami Krakowa charakter relacji między klubami. W obu zachłannie pożerający trofea potentaci (United, Wisła) mierzyli się z ligowymi przeciętniakami, którzy w swoich krajach panowali albo w futbolowej starożytności (City), albo w epoce lodowcowej (Cracovia). Ostatnio jednak oba miasta pomknęły w przeciwnych kierunkach. Angielskie się wzbogaciło - City doścignęło United finansowo i sportowo, więc derby przeobraziły się w mecz o tytuł. Polskie zubożało - właściciel Wisły oszczędza, a jego piłkarzy obniżyli poziom, choć jeszcze nie na położyli się przy Cracovii. 17.42. Także cała liga angielska oddala się od polskiej, i to bynajmniej nie piję do poziomu gry, lecz obfitości podstawowych w futbolu atrakcji. Oto w Premier League - do niedawna pełnej taktycznych klinczy, bo dyktatowi José Mourinho i Rafy Beniteza podporządkował się nawet Alex Ferguson - albo podupadła sztuka defensywy, albo trenerom zmieniły się priorytety. Szlagiery przypominają tam naloty dywanowe, i to na ofiary niemal bezbronne - w jesiennych derbach Manchesteru City nokautuje United 6:1, United aplikuje osiem goli naszemu Wojtkowi Szczęsnemu, Arsenal z Chelsea zabawiają się na wynik 5:3, derby północnego Londynu piłkarze ozdabiają siedmioma bramkami, w poprzedni weekend na Old Trafford gospodarze zabawiają się z Evertonem etc. W ogóle nastał na murawach czas tak upstrzony fajerwerkami, że pozwoliłem sobie nazwać go szumnie wystrzałową erą futbolu. Niestety, nie w Polsce. Niewiele jest lig na kontynencie - o ile jeszcze jakieś się ostały, nie mam czasu teraz sprawdzać - w których piłka wpada do siatki rzadziej. U nas zwłaszcza w tzw. hitach nie zdarzają się wariackie wymiany ciosów, a przyszły mistrz, kto by nim nie został, będzie prawdopodobnie najrzadziej strzelającym od wyłonionego w sezonie 1984/85, w którym Górnik Zabrze w 30 kolejkach wydusił 38 bramek. 17.59. Stadion Wisły to w ogóle jeden z najsmutniejszych, tamtejszym fanom można tylko współczuć. Zanim ich piłkarze pobili przed dwoma tygodniami ŁKS, grali u siebie na 0:0 z Legią, 0:0 z Lechem, 0:1 z Koroną, 0:1 z Polonią, 1:0 z Widzewem, 0:1 z Górnikiem, 0:1 z Cracovią (to wyjazd, ale niezbyt odległy), 0:1 z Podbeskidziem. Między połową października a połową kwietnia widzieli jednego marnego gola dla swoich. I niewiele więcej dla rywali... Martwa cisza. Za Cupiała jeszcze niesłyszana. 18.18. Gdybym miał złożyć manchesterski dream team, to powołałbym jedenastkę: Hart - Valencia, Kompany, Vidić, Evra - Yaya Toure, Scholes - Nani, Rooney, David Silva - Aguero. Wiem, że do zatracenia ofensywna, ale nie umiałem się powstrzymać przed zmieszczeniem w niej ekwadorskiego pędziwiatra, choćby za cenę wycofania go pod własną bramkę. A wasze propozycje? Blogowe forum jest długie, szerokie i głębokie;-) Krakowskiego odpowiednika nie stworzę, bo na Cracovię spoglądałem tylko incydentalnie. Nie znam się. 18.37. Nie umiałem przemóc się, żeby w ogóle rozważać umieszczanie w mojej wirtualnej superjedenastce Carlosa Teveza. Sportowo zasługuje, jego styl gry bardzo lubię, ale cała reszta - sami wiecie, jaka - mnie mierzi. Precz z graczami, dla których stanem naturalnym jest niesubordynacja i którzy sądzą, że są więksi niż klub, poradzimy sobie sami. Tak czy owak jeden poważny ośrodek badawczy ocenia, iż Argentyńczyk był w kwietniu najlepszym po Leo Messim piłkarzem czołowych lig europejskich. W Krakowie już grają, więc ze stadionu płyną dźwięki przypominające kanonadę z broni palnej. Ot, urok naszych trybun, zdominowanych przez mniejszość niezbyt zainteresowaną futbolem, za to sławiącą samą siebie ze skupieniem i zapałem, za przeproszeniem, nałogowego onanisty. 18.59. Wisła prowadzi 1:0. Pierwszy gol w sezonie Maora Meliksona, czyli jedynego obcokrajowca z polskimi korzeniami, którego naprawdę chciałem widzieć przeszczepionego - z różnych powodów - do naszej reprezentacji. To był pierwszy celny strzał w derbach Krakowa, bo pierwsza połowa generalnie wygląda jak materiał dowodowy dla oskarżenia polskiej ligi o absolutną niezdolność do utkania ataku pozycyjnego. To jej największa zmora. Ale przynajmniej pasję do grania na Reymonta mają. 19.17. Przerwa. Za 45 minut gry Cracovia spadnie, zastąpi ją pewnie Nieciecza. Sądziłem, że rozwijająca się ekstraklasa przestanie wpuszczać drużynki z wygwizdowa, tymczasem wpuści wygwizdowo bezprecedensowo wyludnione. Ktoś wie, czy kiedykolwiek wcześniej do najwyższej ligi dostał się klub w sensie dosłownym wiejski? Co do Wisły, to upieram się przy niemożliwej do udowodnienia tezie, że gdyby Cupiał nie pogonił Maaskanta, to wciąż walczyłby o mistrza. A z dyrektorem sportowym Bednarzem, który stęka w telewizorach, jak jest ciężko, i sam sobie osłabia przyszłą pozycję negocjacyjną opowieściami o masowym skupowaniu Polaków, przyjemnej przyszłości krakowian wyobrazić sobie nie umiem. 19.34. Wdepnąłem w przerwie w tekst, który jest dowodem, że mamy wystrzałową erę futbolu - Premier League idzie na rekord. A tutaj przeczytacie gazetową zapowiedź o manchesterskich „Derbach dla masochistów”. (W Krakowie znów przerwa w grze. Trzeba kibolskim onanistom oddać, że mają bardzo udaną wiosnę, co ważniejszy mecz, to się wpychają na pierwszy plan, orgazm za orgazmem). 19.50. Za Gervasio Nuneza, którego nie znoszę, wchodzi Radosław Sobolewski, najbardziej szanowany przeze mnie wiślak. W grudniu skończył 35 lat, ale należy do piłkarzy, z którymi klub powinien przedłużać kontrakt dopóty, dopóki oni sami nie ogłoszą, że mają dość. Wiecie, gatunek reprezentowany też przez Frankowskiego, del Piero, Tottiego, Zanettiego, Giggsa etc. 20.05. Skład Manchesteru City: Hart, Zabaleta, Clichy, Kompany, Lescott, Barry, Yaya, Silva, Nasri, Tevez, Aguero. Na tyłach głównie twarde chłopy z Północy, a z przodu błyskotliwość z Południa. Dla mnie gospodarze są faworytami - jak Wisłę przy oszczędzeniu Maaskanta widziałbym dziś w czubie polskiej tabeli, tak City bez zamętu wywołanego przez Teveza widziałbym dziś nad United w tabeli angielskiej. Będzie się działo! 20.13. Skład Manchesteru United: De Gea, Jones, Smalling, Ferdinand, Evra, Carrick, Scholes, Nani, Giggs, Park, Rooney. Cholernie Ważny Mecz, czyli mój ulubiony koreański pracuś musi wziąć sprawy w swoje nogi. Będzie się działo! 20.19. Trener Roberto Mancini znów konsekwentny po swojemu. Balotelli miał zostać ostatecznie karnie odsunięty od murawy, a siedzi w rezerwie. Najnowsze wieści z jego niezwykle ciekawego życiorysu, transmitowanego na żywo przez tabloidy: Mario lubi się umalować na buzi, założyć na łepek perukę i odziać w damskie ciuszki. Całe szczęście, że przepisy precyzyjnie opisują strój boiskowy. 20.25. Zgodnie z przewidywaniami pojedynczy kop Meliksona wystarczył, że rozstrzygnąć i zesłać rywala o klasę niżej. Żegnam i przypominam, że Wisła tylko jednego gola w tym sezonie zawdzięcza Polakowi (w listopadzie Rafał Boguski ugodził z karnego Śląsk), Cracovia - ledwie cztery. To pod tym względem najmniej biało-czerwone kluby ekstraklasy. A fajerwerki za pół godziny. Twitterowe statystyki Henry’ego Wintera: Grand occasion? Three more goals would make it 1000 this PL season. 25 games to go. Record is 1063. Current run-rate would take it to 1067. 20.42. Włoscy trenerzy panoszą się wszędzie, i to wszędzie na szczytach. W Serie A o tytuł walczą Antonio Conte i Massimiliano Allegri, w lidze rosyjskiej mistrzostwo właśnie obronił Luciano Spalletti, we francuskiej wiceliderem jest Carlo Ancelotti, na Champions League zasadza się Roberto di Matteo, w angielskiej sąsiadów zamierza zdetronizować Roberto Mancini. Ale ten ostatni powtarza, że jeden triumf go nie usatysfakcjonuje, że chce zostawić po sobie dziedzictwo, dzięki któremu będzie pamiętany przez kibiców City przez całą wieczność. Będzie się działo! 20.57. Zaczynamy. Jak to rozsądnie ujął Nick Hornby, w jednym z najdonioślejszych zdań w dziejach literatury: „Nic poza piłką nożną nie ma znaczenia”. 21.43. Krycie bywa chwilami tak zajadłe, że oni nie powinni być w stanie wymienić trzech podań z rzędu. Manchester United przyczajony, znów podziwiamy zdolność przeciwstawienia się rozgorączkowanym w ruchach rywalom Ryana Giggsa (w listopadzie skończy 39 lat) i Paula Scholesa (w listopadzie skończy 38 lat), jedynej takiej pary w wielkim futbolu. City dłubie i dłubie, ale idei na przedziurawienie defensywnej ściany gości nie ma - ewidentnie chce wyrzeźbić gola barcelońskiego, strzały spoza pola karnego nie wchodzą w grę, wtarabaniamy się do bramki razem z piłką. Pamiętajmy, że remis to cholernie korzystny wynik dla United. 21.45. Ale do przerwy 1:0 dla City. Bramka po rzucie rożnym, ale właściwie też katalońska - tyle że w roli Carlesa Puyola wystąpił Vincent Kompany. Czy to nie jest najlepszy europejski gracz, który nie przyleci na nasze mistrzostwa? 22.00. W Fergusona niby nie wolno wątpić nigdy, ale... Jeśli United mają odrobić straty, to chyba tylko serduchem. 22.52. City wygrywa 1:0. Lapidarnie to ujmując: piłkarze United usiłowali uwiesić się na Yaya Toure, a on chyba nawet nie zauważył, że ich strzepnął. Nie musiał się ruszać, po prostu wciągnął trochę więcej powietrza do płuc. 22.55. Ani prądu, ani prędkości w drugiej linii MU. Żywszy był Alex Ferguson, kiedy wyrwał w kierunku Manciniego. Jego ludzie nie oddali w ligowym meczu celnego strzału po raz pierwszy od maja 2009 roku. 23.04. Przed City jeszcze Newcastle (wyjazd) i QPR (dom) - pierwsi walczą o Ligę Mistrzów, drudzy o utrzymanie. Przed United Swansea (dom) i Sunderland (wyjazd) - nie walczą o nic. 23.23. Wykrakałem w styczniu, że Manchester United może nie zdobyć żadnego trofeum w tym sezonie i musieć przełknąć najbardziej przykry sezon od połowy lat 90. Jeśli Giggs ze Scholesem okażą się śmiertelni, to mogą nastać dla nich ciężkie czasy. Para Vidić - Ferdinand też już nie ożyje. Biednie. A Manchester City to taki buldożer z gracją, który jeszcze spotężnieje. 00.04. Pomyślcie o następnej Lidze Mistrzów: „nasza” Borussia Dortmund i latynoski Manchester City, które już nie powtarzają błędów debiutanta; Paris Saint Germain jako kolejna firma na bliskowschodnim dopingu; wraz z nią być może Malaga; złamane w tym sezonie supermocarstwa barcelońskie i madryckie; powrót Juventusu; Arsenal być może już bez dużych personalnych strat poniesionych lat; dyszący żądzą odwetu Manchester United. A jeszcze Bayerny, Milany, być może Intery i inne takie... Będzie się działo! 00.47. Anglicy donoszą, że Kompany wciąż sterczy pod stadionem i rozdaje autografy. Teraz, dwie godziny po meczu.
środa, 01 lutego 2012
Chyba jeszcze tutaj nie zeznawałem, że od lat czuję specjalną sympatię do Davida Pizarro. Piłkarza niepozornego, o trudnym charakterze (przez to często skłóconego z trenerami), ale urzekającego mnie techniką, sposobem prowadzenia, osłaniania oraz podawania piłki i w ogóle stylem rozgrywania. To jeden z tych graczy, którzy wywołują wrażenie, że gdyby życie ułożyło im się szczęśliwiej, to osiągnęliby znacznie więcej. Ja zawsze widziałem w nim kopię - owszem, słabszą - Xaviego Hernandeza, kiedy więc w Romie wylądował trener Luis Enrique, by przeszczepić na jej boisko filozofię futbolu barcelońską, sądziłem, że mojego ulubionego Chilijczyka pasuje na małego rycerza środka pola. Myliłem się, Luis Enrique stawia na innych, zatem Pizarro został właśnie odesłany do Manchesteru City, gdzie spotka się ze swoim starym znajomym z Interu - trenerem Roberto Mancinim. A ja znów się rozmarzyłem. Wyobraziłem sobie, że Manchester City wznosi małą Barcelonę. Wokół monumentalnego Yaya Toure, gracza ewidentnie swojemu klubowi niezbędnego, rozstawia zgraję kurdupli o szybkich nogach, giętkich stopach i/lub bogatej piłkarskiej wyobraźni - Pizarro, Samira Nasriego, Sergio Aguero, Davida Silvę oraz awanturnika Carlosa Teveza. To byłby materiał na grupę uprawiającą futbol zjawiskowy, w Anglii niewidziany od szczytowego okresu wengerowego Arsenalu: Na diagramie z premedytacją umieściłem narodowości graczy, bo transfer Pizarro znów przypomniał mi o postępującej latynizacji ligi angielskiej, o której jesienią spłodziłem obszerny felieton. Dynamicznie przybywa tam piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Południowej, co powinno coraz silniej wpływać na wyspiarski styl gry. Spójrzcie na Chelsea - drugą linię portugalski trener Andres Villas-Boas może zestawić z Oriola Romeu (Hiszpania), Ramiresa (Brazylia) i Raula Meirelesa (Portugalia), napad z Juana Maty i Fernando Torresa (obaj Hiszpania), a w obronie postrzelonego Davida Luiza (Brazylia), Jose Bosingwę i Paulo Ferreirę (obaj Portugalia). Dwaj ostatni zasłużyli, by być na wylocie, ale generalnie londyńczykom niewiele brakuje, by podstawową jedenastkę ułożyli wyłącznie z Latynosów. Spójrzcie wreszcie na Manchester United. Paul Scholes z Ryanem Giggsem kariery chyba jednak kiedyś skończą, a wtedy władzę powinni przejąć Javier Hernandez (Meksyk, 24 lata), Nani (Portugalia, 26), Anderson (Brazylia, 24), Valencia (Ekwador, 27) oraz bliźniacy da Silva (Brazylia, 22). Nie tylko Premiership uparła się, by przyszłość opierać na Latynosach. Oto rekrutujące piekielnie silną kadrę Paris Saint Germain wzięło właśnie Thiago Mottę (czego moim zdaniem Inter Mediolan jeszcze pożałuje), Aleksa oraz Maxwella. Wzięło trzech Brazylijczyków, którzy dołączyli do swojego rodaka Nene, Argentyńczyka Javiera Pastore, Urugwajczyka Diego Lugano. A na tym import z tamtej półkuli pewnie się nie skończy, już dyrektor sportowy Leonardo o to zadba. Hiszpańskie kluby z ambicjami też uznają tylko dwa rynki - wewnętrzny iberyjski i południowoamerykański. W Realu Madryt rodzimych graczy wspierają przede wszystkim Portugalczyk Cristiano Ronaldo (najwięcej goli), Argentyńczyk Angel di Maria (najwięcej asyst) i inny Portugalczyk Pepe (najwięcej zarżniętych wrogów); w Barcelonie, w której coraz ładniej przyjmuje się Chilijczyk Alexis Sanchez, niehiszpańscy Europejczycy niemal nie występują; Valencia wyjątek czyni właściwie tylko dla Francuzów. Jeśli duże firmy włoskie kupują w Ameryce Łacińskiej wstrzemięźliwej, to nie względu na świadomie przyjętą strategię, lecz obłożenie ich limitami na graczy spoza Unii. Ale i tak Juventus wziął w styczniu Martina Caceresa (Urugwaj), Milan - Maxi Lopeza (Argentyna), Inter - Freddy’ego Guarina (Kolumbia) oraz Juana (Brazylia), Napoli - Eduardo Vargasa (Chile), Roma - Marquinho (Brazylia) i Nicolasa Lopeza (Urugwaj). Słowem, wielki futbol coraz chętniej zaprasza graczy miniaturowych, coraz głośniej mówi po hiszpańsku albo portugalsku, coraz częściej odrzuca osobników z plemion Północy. I to jest dobre. Futbol wymyślili Brytyjczycy (choć Sepp Blatter sądzi inaczej), ale do rangi sztuki wynieśli go Latynosi.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Xavi Hernandez podaje w tym sezonie piłkę naprawdę celnie, bo z 93-procentową skutecznością, ale Leon Britton jest jeszcze precyzyjniejszy. O 0,3 proc. Britton po barcelońsku nie przesadzał z wyciąganiem się w pionie (odrósł od ziemi na skromne 165 cm), a drużyna Swansea, dla której ściboli te swoje kopnięcia, ośmiela się próbować po barcelońsku grać. Dlatego jej wczorajsze zwycięstwo nad zawsze radosnym Arsenalem można było pomylić z meczem ligi hiszpańskiej. Zresztą posłuchajcie trenera Brendana Rodgersa: „Piłkarz musi się na boisku bawić, dotykać piłki możliwie najczęściej. My, Brytyjczycy, możemy grać jak Hiszpanie, to wyłącznie kwestia mentalności”. Inne skojarzenia barcelońskie lub szerzej - iberyjskie? Klub należy w 20 proc. do kibiców; jest walijski, więc w angielskiej Premier League czuje się swoją odrębność; jako trenerów zatrudniał poprzednio Portugalczyka Paulo Sousę oraz Hiszpana Roberto Martineza. Nie myślcie sobie, że zamierzam dzisiaj kontynuować opowieść o postępującej latynizacji angielskiej Premier League, którą z zadowoleniem witałem w tym felietonie. Wspominam o Swansea, bo jej kolejny ładny sukces przypomniał mi Fredzie Pentlandzie. Postaci, której twórczość mam ochotę zadedykować wszystkim pochłoniętym niekończącymi się, niezmiennie jałowymi dyskusjami na forum o wyższości ligi śmakiej nad owaką. On na pewno te wasze dzikie awantury wzbogaci;-) Otóż był Pentland trenerem w erze futbolowej starożytności, który przybył do Hiszpanii z Anglii, by oduczyć Hiszpanów sprowadzonego z Anglii sposobu gry. Oznaczanego tam przed wojną kodem „1-2-3” odnoszącym się do liczby kopnięć mających doprowadzić piłkę od bramkarza do środkowego napastnika, który następnie wsadzi ją między słupki wroga. Oczywiście w akcji idealnej, niedorajdy musiały wymienić więcej podań. Choć oczywiście nie więcej - zgaduję, nie mam statystyk - niż wymieniają ich dzisiaj Swansea albo Barcelona. Nadciągnął zatem Pentland, który między swoimi był wyrzutkiem, i jął naprawiać to, co nawyrabiali jego rodacy. Oni, sami doskonale wiecie, narzucali ton jako futbolowi pionierzy. Stąd wiele z angielska brzmiących nazw klubów w latynoskim świecie. Jak argentyńskie River Plate, brazylijskie Corinthians czy hiszpańskie Athletic Bilbao. Właśnie w Kraju Basków wylądował Pentland, orędownik gry tkanej z licznych krótkich podań. I oryginał, choć ukryty pod manierami klasycznego angielskiego dżentelmena. Nosił melonik (stąd przydomek El Bombin), palił grube cygara, ale prawdopodobnie - znów zgaduję, nie mam na niego żadnych medycznych kwitów - miał świra. Phil Ball w „Morbo. The Story of Spanish Football” pisze, że pierwszy trening w Bilbao zaczął od objaśniania piłkarzom, jak prawidłowo wiązać sznurówki. Promowany przez niego styl przejęła Barcelona. I zdobyła mistrzostwo. W 1929 roku. Matka Johana Cruyffa pewnie nie miała jeszcze wtedy pojęcia, że za dwie dekady urodzi syna, który po następnych kilku dekadach też będzie zarażał Katalończyków wizją futbolu złożonego z gęstej plątaniny mikropodań. I że w następnym stuleciu Katalończycy opanują tę sztukę do perfekcji. Pentland nie od razu odniósł sukces. Popodróżował po Hiszpanii - pracował w Santander, Madrycie i Oviedo - zanim wrócił do Athletic, patronował dwóm mistrzostwom kraju i kilku innych trofeom, został najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach klubu. W marcu minie pół wieku od jego śmierci. Gwarantuję wam, że w Bilbao rocznicę zauważą, Anglik to dla nich legenda jak Rafael Moreno Aranzadi alias Pichichi. W końcu to Pentland odpowiada za najwyższą klęskę, jaką kiedykolwiek poniosła Barcelona. W Bilbao zdarzyło jej się przegrać 1:12.
czwartek, 12 stycznia 2012
Przeprowadzkę Kaki z Milanu do Realu Madryt wyprognozowałem dwa lata przed transferem, a przeprowadzkę Ronaldinho z Barcelony do Milanu na rok przed transferem - w felietonie, w którym analizowałem, jak wpływa na futbolowe wyniki przyczyna prozaiczna, acz rzadko dyskutowana - podatki: „Kluby Primera Division wspiera tzw. prawo Beckhama, które uprzywilejowuje pracujących w Hiszpanii obcokrajowców. Podatkowy raj trwa jednak tylko sześć lat, potem napływowych traktuje się jak tubylców. (...) Prześledźmy problem na przykładzie Kaki - otóż Brazylijczyk dostaje obecnie 5,5 mln euro za sezon. Gdyby pobierał pensję w Hiszpanii, każdego roku kosztowałby pracodawcę niespełna 7,5 mln. W Anglii i Niemczech - 10 mln. Włosi wydają na niego przeszło 11 mln. Wreszcie we Francji pensja Brazylijczyka obciążałaby budżet balastem aż 14,5 mln euro! Liczby uświadamiają, jak nierówna jest rywalizacja w Lidze Mistrzów i jak niesprawiedliwie przedsiębiorców - czytaj: właścicieli klubów - traktuje europejski rynek. Jak drobny, niewidoczny ze stadionowych trybun retusz hiszpańskiego prawa wpływa na wyniki i przepływ gwiazd.” Wówczas jeszcze nie przypuszczałem, że żarłoczność fiskusa w innych krajach pomoże także ściągać do Hiszpanii gwiazdy formatu Cristiano Ronaldo, Karima Benzemy czy Zlatana Ibrahimovicia i uczynić z Barcelony oraz Realu Madryt duet absolutnie bezkonkurencyjny. Tak się jednak stało, obłożenie obcokrajowców (zarabiających co najmniej 600 tys. euro rocznie) podatkiem ledwie 23-procentowym (Hiszpanie płacili wtedy niemal dwukrotnie więcej) dało im znaczącą przewagę na rynku. Przywileje zostały już zlikwidowane (choć ligowcy grozili strajkiem), lecz Mariano Rajoy, nowy premier rozłożonej kryzysem Hiszpanii, właśnie ogłosił, że generalnie podniesie podatki, by kraj nie musiał prosić o międzynarodową pomoc. Dla klubów oznacza to, że utrzymanie każdego piłkarza, któremu płacą 300 tys. euro rocznie, będzie kosztowało o siedem procent więcej niż dotychczas. Cały podatek wyniesie 54 proc., a w Katalonii nawet 56 proc. Barcelona i Real pewnie zniosą zmiany stosunkowo najłagodniej (w końcu ich przychody nadal dynamicznie rosną), ale je odczują. Innym klubom ligi - przygniecionej 3,5-miliardowym zadłużeniem - politycy zadają natomiast mocny cios. Cios mogący rozszerzyć transferowy nurt, którym na Wyspy popłynęli David Silva, Juan Mata, Sergio Aguero. Hiszpanom pozostanie bronić się sprawnym zarządzaniem, intuicją transferową, wysokim przeciętnym wyszkoleniem lokalnych graczy. Imponujący wzór znajdą w ledwie dyszącej finansowo Valencii. Klub z Mestalla nadal dokazuje tuż pod Barceloną i Realem, choć stracił ostatnio wszystkich piłkarzy, którzy zdobyli w RPA mistrzostwo świata - Davida Silvę (za 29 mln euro, stał się najlepszy w Premier League), Juana Matę (28 mln, stał się prawie najlepszy w Premier League), David Villę (40 mln), Raula Albiola (15 mln) i Carlosa Marchenę - oraz Joaquina. W minionych latach wykrwawił się jak nikt w europejskiej czołówce, a rany opatrywał działaniami bardzo wstrzemięźliwymi - od 2007 roku nie wydali na nikogo ponad 10 mln. Ale Valencia sportowo oddycha, nawet pomimo niepowodzenia - również podduszającego ekonomicznie - w Lidze Mistrzów. Czy ona i jej konkurenci przeżyją, jeśli kryzys jeszcze przyciśnie? |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||