Wpisy z tagiem: Premier League

piątek, 10 sierpnia 2018

Premier League, liga angielska

Kanał La Manche się nie poszerza, ale liga angielska stale się od reszty kontynentu oddala. Nie tyle jej ucieka – trudno byłoby uzasadnić tezę, że to rozgrywki w sensie sportowym najlepsze – ile z każdym rokiem staje się coraz bardziej osobna, kolorowa, inna niż wszystkie. Poniżej pięć dowodów na jej wyjątkowość, popartych twardymi liczbami (spisuję naprędce, podczas urlopu muszę się kryć z blogowaniem).

2008/09 – od tego sezonu nikt w Premier League nie zdołał obronić tytułu. To jedyna taka liga w całej Europie (!), a od trzech lat aktualnym mistrzom żyje się coraz ciężej – żaden nie utrzymał się nawet na podium, zajmowali miejsca 10., 12. oraz 5. Tu nigdy nie wiesz, co się zdarzy, a zdarzają się historie nieprawdopodobne, jak sensacyjny triumf Leicester. Teraz panowanie objęła jednak drużyna szczególna, oszałamiająca stylem gry i morderczo regularna, w minionym sezonie odleciała wiceliderowi na odległość 19 punktów. Czy piłkarze Manchesteru City wciąż będą grali jak natchnieni i Pep Guardiola zostanie pierwszym od czasów Alexa Fergusona trenerem, który obroni tytuł?

16 z 20 szkoleniowców Anglicy importowali, rodzimi fachowcy uchowali się już tylko w klubach słabszych (Bournemouth, Burnley, Cardiff City, Crystal Palace). Na szczycie tabeli rywalizowali w poprzednim sezonie właściciele chyba najsłynniejszych nazwisk minionych kilkunastu lat, czyli Pep Guardiola i José Mourinho (ucieleśniający wielką wojnę idei, reprezentujący wiarę w futbol proaktywny i reaktywny), naciska na nich heavymetalowiec Jürgen Klopp, a właśnie dołączył do tego elitarnego towarzystwa Maurizio Sarri – kolejny orędownik autorskiego, niepodrabialnego stylu gry, który jeszcze wzbogaci burzę trenerskich mózgów ekscytującą jak w żadnych innych rozgrywkach. Dołączą też ciekawi fachowcyz dalszego planu, którzy właśnie awansowali z drugiej ligi (Portugalczyk Nuno Espírito Santo i Serb Slaviša Jokanović), gdzie również widać olbrzymią siłę przyciągania na angielskie boiska – niedawno zgodził się tam pracować wybitny technokrata Rafa Benitez (przecież triumfator Champions League!), teraz Leeds zaszczycił szalony argentyński radykał Marcelo Bielsa. Ależ tam się dzieje! I pomyśleć, że ktoś w tym gronie będzie musiał przegrywać... Najtęższe trenerskie umysły wyspiarze jęli kolekcjonować przed kilku laty i już w ubiegłym sezonie poczuli przyjemne skutki rewolucji, bo wszystkie ich kluby osiągnęły ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a Liverpool dofrunął wręcz do finału. Czy w najbliższej edycji wzbiją się jeszcze wyżej?

80 mln euro kosztował najdroższy bramkarz w historii, 62,5 mln – drugi najdroższy. Na takie ekstrawagancje stać tylko wyspiarzy, więc powyższe kwoty rzuciły przed chwilą Chelsea (na Kepę) oraz Liverpool (na Alissona), które działały jednak w skrajnie odmiennych okolicznościach. Pierwszych zmusił do inwestycji szantaż Thibauta Courtoisa (uciekł do Realu Madryt), natomiast drudzy wzmacniali najsłabiej obsadzoną pozycję w zespole, pozyskując najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji LM i finalizując najważniejszy transfer w czołówce. Generalnie bowiem Anglicy kupowali stosunkowo wstrzemięźliwie (zainwestowali o blisko pół miliarda euro mniej niż przed rokiem) i – znów, o tym traktuje ta notka! – inaczej niż wszyscy. Sami nałożyli sobie ograniczenia, zatrzaskując okno transferowe już dziewiątego sierpnia, co teoretycznie daje przewagę konkurentom z Europy – oni mogą manewrować jeszcze kilka tygodni, tymczasem wyspiarze mogą piłkarzy jedynie tracić. Przede wszystkim jednak na szczycie tabeli panował transferowy bezruch. Mistrz i wicemistrz z Manchesteru tylko retuszowali składy, natomiast trzeci Tottenham, rzecz w dzisiejszych czasach niesłychana, nie wydał ani szylinga. Jeszcze raz, literami o rozmiarze adekwatnym do doniosłości wydarzenia: londyńczycy NIE POZYSKALI NIKOGO. Nikogo też nie stracili, ja takiego przypadku na tym poziomie nie pamiętam. Anglicy też nie zarejestrowali żadnego, odkąd w 2003 r. zamontowano tzw. letnie okno transferowe.

Już tylko 6 z 20 klubów Premier League należy do Brytyjczyków. Pozostali właściciele pochodzą z Chin, Iranu, Malezji, Rosji, Tajlandii, USA, Włoch i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, zatem rozgrywki tracą tożsamość nie tylko rodzimą, ale i europejską, tworzące je firmy w coraz większym przejmują ludzie z kultur egzotycznych. I niewykluczone, że wpłyną na system bardziej niżbyśmy chcieli – myślę zwłaszcza o biznesmenach amerykańskich, których jest wśród posiadaczy pakietów kontrolnych najwięcej, którzy mają w portfolio również wielkie sportowe przedsiębiorstwa w swoim kraju i sądzą, że z piłki nożnej można wycisnąć finansowo znacznie więcej niż się wyciska. Do Stana Kroenke, który położył właśnie łapę na 100 procentach udziałów w Arsenalu (stracili je m.in. kibice, więc stracą nawet znikomy wpływ na klub), należą także Los Angeles Rams (futbol amerykański, NFL), Denver Nuggets (koszykówka, NBA), Colorado Avalanche (hokej na lodzie, NHL), Colorado Rapids (piłka nożna, MLS), Colorado Mammoth (lacrosse, NLL) oraz Los Angeles Gladiators (e-sport, Overwatch League). Publicysta Matthew Syed widzi w nim i jego pobratymcach ludzi, którzy doprowadzą do stworzenia kontynentalnej superligi – zamkniętej, pozbawionej spadków i awansów – a ja mu wierzę. I jako przeciwnik tej idei uważam ich za główne zagrożenie dla futbolu, większe niż bonzowie z Kataru czy ZEA, którzy przynajmniej nie chcą nam urządzać świata po swojemu.

18 z 20 klubów wpuściło już sponsorów nie tylko na klaty piłkarzy, ale również na rękawy. To też czyni ligę angielską zjawiskiem niepospolitym, łatwo odróżnialnym od wszystkich innych rozgrywek, i być może zwiastuje erę, w której po boiskach będą biegali zawodnicy obklejeni mnóstwem marek, w strojach pstrokatych jak kombinezony kierowców Formuły 1. Na razie nawet na ramionach zawodników dostrzeżemy dowody na niesamowitą wielobarwność rozgrywek, do których chcą się przytulić wszyscy. Everton od wiosny gra z fińskim Angry Birds, Crystal Palace z chińskim Dongqiudi, Leicester z tajskim browarem, a Arsenal – z logiem Visit Rwanda, dzięki któremu rząd tego afrykańskiego kraju chce ściągać turystów z całego świata, zresztą tamtejszy prezydent Paul Kagame od lat kibicuje londyńskiemu klubowi i wielokrotnie jego szefom publicznie „doradzał” (ruch wywołał słuszne kontrowersje).

Słowem, Premier League to nie Anglia, to kolorowy zawrót głowy.

20:33, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 07 maja 2018

Z góry przepraszam, że zakłócam uroczystości pożegnalne, to było silniejsze ode mnie. Felieton o trenerze, który został pogoniony z Arsenalu, przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Niniejszy portret najskuteczniejszego piłkarza ligi angielskiej wymalowywałem w nastroju pokutnika – dlaczego akurat w takim, wyjaśniam w felietonie. Przeczytacie go tutaj.

wtorek, 03 stycznia 2017

Premier League, liga angielska, Pep Guardiola

Udzielający w poniedziałek pomeczowego wywiadu Pep Guardiola był rozdygotany, to nie tylko słychać, ale i widać, wytężcie wzrok, to dostrzeżecie, że cały układ nerwowy ma trener na wierzchu – ja oglądałem jego popis na odsuniętym daleko od twarzy iPadzie, a i tak kopnął mnie prąd, mrowienie czuję do teraz. Co ciekawe, Katalończyk rozmawiał po zwycięstwie, więc powinniśmy raczej poczuć jego oddech ulgi.

Nie poczuliśmy. Guardiola ewidentnie źle znosi powrót do średniej – sezon w lidze angielskiej rozpoczął aż nazbyt znakomicie, biorąc pod uwagę skalę rewolucji, jaką zamierza(ł) przeprowadzić w Manchesterze City. Pisałem wówczas, że w sąsiedzkim pojedynku z szefującym piłkarzom United José Mourinho portugalskiego rywala wręcz miażdży, i tak było, jednak po pewnym czasie role się odwróciły. Teraz to ta druga manchesterska drużyna wygląda lepiej, rzekłbym nawet, że zasługuje na jeszcze korzystniejsze wyniki niż uzyskiwane. A ekipa City, przedtem prująca przez ligę jak bolid, rzęzi.

Pomimo wynajęcia trenerskich gigantów i zainwestowania setek milionów euro obu klubom znów zatem bliżej do wyścigu o czwarte miejsce (jak wiosną) niż walki o mistrzostwo. Rozlegają się nawet szepty, że epoka Guardiola i Mourinho nieodwołalnie się skończyli, że nastaje czas Antonio Conte (lider, z Chelsea) oraz Jürgena Kloppa (wicelider, Liverpool).

W sezonach minionym oraz obecnym zachodzi jednak zbyt wiele – znacznie więcej niż dotychczas – szczególnych okoliczności, by udawać ciemniaka i redukować wszystko do kwestii trenerskich.

Mistrzem poprzedniej edycji rozgrywek – mistrzem z olbrzymią przewagą punktową! – zostało Leicester, które w przeciwieństwie do konkurentów ze szczytu tabeli nie występowało w europejskich pucharach; wypuściło na boisko najmniejszą liczbę piłkarzy w szeroko pojętej czołówce; aż siedmiu z nich rozegrało więcej niż 3 tys. ligowych minut (w Arsenalu i MU – trzech, w MC – jeden).

Liderem i wiceliderem obecnej edycji rozgrywek – lider znów ma olbrzymią przewagę – są natomiast odpowiednio Chelsea i Liverpool, które w przeciwieństwie do konkurentów ze szczytu tabeli nie występują w europejskich pucharach; wypuściły na boisko najmniejszą liczbę piłkarzy w szeroko pojętej czołówce (odpowiednio 19 oraz 21, przy 23 w obu Manchesterach oraz Arsenalu); też mają zdecydowanie najstabilniejszy podstawowy skład.

Kiedy porównujemy intensywność sezonu u różnych drużyn, zwracamy zazwyczaj uwagę na fizyczne zmęczenie i mentalne znużenie bardziej eksploatowanych piłkarzy. Słusznie, ale oni wówczas także mniej trenują. I nie ma znaczenia, czy przekopują się przez Ligę Mistrzów, czy Ligę Europy. Zawsze trzeba przestudiować przeciwnika, rozegrać mecz, a często także popodróżować, przenocować, poćwiczyć raczej dla zapoznania się z terenem niż poważnych zajęć taktycznych. Wytracić mnóstwo energii. A przecież piłkarze potrzebują tym więcej ćwiczeń, im bardziej nowy i obcy jest trener, który tworzy z nich drużynę na obraz i podobieństwo swoich marzeń.

W Chelsea mają komfort wprost niespotykany. Od 13 meczów – tyle trwa zwycięska passa – Antonio Conte nie dotknął ani bramki (Thibaut Courtois), ani trzyosobowej obrony (Cesar Azpilicueta, David Luiz, Gary Cahill), ani obu cofniętych skrzydeł (Victor Moses, Marcos Alonso). W 12 z nich w podstawowym składzie znaleźli się N’Golo Kanté, Eden Hazard i Diego Costa, a w 11 ­– Nemanja Matić oraz Pedro. Nienaruszalność wyselekcjonowanej grupy tylko niekiedy naruszali Willian i Cesc Fabregas, co czyni londyńską jedenastkę bodaj najstabilniejszą w poważnej europejskiej piłce. Takie rzeczy się już właściwie nie zdarzają.

Notorycznie wraca natomiast awantura wokół terminarza liga angielskiej, teraz włosy z głowy wyrywa sobie Arsené Wenger, utrzymując, że jego Arsenal należy na początku roku do szczególnie poszkodowanych, a Chelsea – szczególnie uprzywilejowanych. Ja tam się nie wypowiadam, zarobiony jestem, ale dzięki kilkunastu miesiącom ze zwycięstwami Leicester, Chelsea i Liverpoolu coraz częściej przychodzi mi na myśl, że analizy trenerskich manewrów analizami, a w Premier League najżwawiej brykają ci, którzy mają czas, by trenować.

18:54, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
niedziela, 27 listopada 2016

Chciałem złożyć mu hołd od baaardzo dawna, wożę się z tym zamiarem bodaj od stycznia, ale jakoś nie wyszło. Nadrabiam zaległości, cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

niedziela, 11 września 2016

Trenerski pojedynek na szczycie – ponoć na szczycie – ponoć trwa od lat, ale obaj gwiazdorzy musieli spotkać się w Manchesterze, by ta opowieść zyskała rozdział rzeczywiście miarodajny, pozwalający zawyrokować, czyja wizja futbolu zatriumfowała. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 13 sierpnia 2016

Kiedy Pep Guardiola i José Mourinho - żywe ikony, reprezentujące skrajnie odmienne myślenie o futbolu - rywalizowali przed laty jako trenerzy Barcelony i Realu Madryt, świat chętnie odwoływał się do metafory gwiezdnych wojen. Pierwszy miał walczyć w imię imperium dobra, drugi dla imperium zła. I kiedy Guardiola ogłaszał przerwę od futbolu, mówiło się, że wojna poturbowała go psychicznie, że od dążącego do bezpośredniej konfrontacji Mourinho wręcz ucieka. Choć na boisku to on częściej był górą.

Teraz, w startującej właśnie lidze angielskiej, obejrzymy kolejny odcinek tego widowiska. Antagoniści wylądowali nie tylko w tych samych rozgrywkach, ale i w tym samym mieście, w Manchesterze mieszkają o kilka kilometrów od siebie. I choć od tamtej pory nie powiększyli swoich kolekcji triumfów w Lidze Mistrzów, to skojarzenia z gwiezdnymi wojnami - pojęcie pochodzi z kina popularnego, ale również od politycznej doktryny Ronalda Reagana rzucającego wyzwanie komunizmowi - znajduje być może jeszcze większe uzasadnienie. Sąsiadujące kluby uczestniczą bowiem w bezprecedensowym wyścigu zbrojeń. City wydało tego lata na transfery już 175 mln euro, United - 180 mln (netto). To obu trenerów do siebie upodobniło, bo Guardiola na barcelońskim Camp Nou polegał głównie na wychowankach. I również dlatego miał reprezentować jasną stronę mocy, wielu kibiców wciąż brzydzi się masowym werbowaniem kosztujących fortunę „najemników”.

Liga angielska, tuczona rosnącymi w obłędnym tempie zyskami z praw telewizyjnych, innej metody jednak nie zna. A United oraz City przelicytowują wszystkich. Każdego lata rzucają na transfery od 100 do 200 mln, mają też najwyższe na świecie budżety płacowe - i to nie w piłce, lecz we wszystkich sportach zespołowych. Manchester stał się bezapelacyjnie najbogatszym futbolowym miastem w historii futbolu.

Tylko na boisku nędza, w minionej edycji Premier League zażartą rywalizację o czwarte miejsce City wygrało z United dzięki okazalszemu stosunkowi bramkowemu. I obaj nowi menedżerowie budują przyszłość od zera. Guardiola kupuje graczy o reputacji wyłącznie lokalnej, spoza Ligi Mistrzów - najwięcej wydał na Johna Stonesa (22-letni obrońca Evertonu), Leroya Sané (20-letni skrzydłowy Schalke) i Gabriela Jesusa (19-letni napastnik Palmeiras), większe doświadczenie biorąc jedynie w osobie Ilkaya Gündogana. Mourinho natomiast w swoim stylu szuka sprawdzonych wyczynowców - kluczowymi postaciami chce uczynić Zlatana Ibrahimovicia (11 tytułów mistrza kraju) oraz Paula Pogbę (wciąż kwestionowany, ale z Juventusem wygrywał Serie A czterokrotnie, wystąpił też w finale LM). I jak zwykle brutalnie postępuje z niechcianymi (Bastianem Schweinsteigerem oraz Juanem Matą), bywa wręcz oskarżany o mobbing.

Ile potrwa stwarzanie nowych światów i czy w ogóle się powiedzie, nie wiadomo. Mourinho, znany niegdyś jako „Wyjątkowy”, ostatnio zezwyczajniał i tracił posady w przykrych okolicznościach, a Guardiola to nawiedzony, wymagający od podwładnych ponadprzeciętnej boiskowej inteligencji filozof, który nie pracował jeszcze w lidze tak wyrównanej jak angielska. I przyjmowano go tam jak przedstawiciela wyższej cywilizacji, zamierzającego nie tyle podnieść poziom gry drużyny, ile wynaleźć piłkę nożną na nowo. W dodatku obaj sławni szkoleniowcy zderzą się z innymi charyzmatycznymi guru, którzy teoretycznie również mają wszystko, by wskoczyć na szczyt - bodaj głównym trenerskim bohaterem Euro Antonio Conte (wziął do Chelsea zdolnego patrolować całe boisko pracusia N’Golo Kante) oraz Jürgenem Kloppem (po przejęciu Liverpoolu natychmiast dociągnął go do finału Ligi Europejskiej). A Arsene Wenger (od dawna wyszydzany, jednak Arsenal urósł ostatnio na wicemistrza, nauczył się wygrywać szlagiery i znów zaczął zdobywać krajowe puchary) oraz Mauricio Pochettino z Tottenhamu mają tę przewagę, że nie zaczęli pracy wczoraj. I nawet jeśli nie wezmą tytułu - ten pierwszy znów boi się za kogokolwiek „przepłacić”, a to na angielskim rynku transferowym bywa zgubne - to w sprzyjającym momencie mogą skrzywdzić każdego rywala.

Ja w żadnym razie nie spuszczam Wengera poza strefę LM, choć mnóstwo komentatorów czyni to dzisiaj niemal odruchowo, prognozując mu najsłabszy rok w całej 20-letniej karierze w Premier League (inna sprawa, że londyńczycy mają bodaj najcięższy start). Zwłaszcza że w najbliższych tygodniach, może wręcz miesiącami spodziewam się rozgardiaszu – uczestnicy Euro 2016 długo byczyli się na wakacjach, nowi trenerzy zapoznawali się z drużynami w trakcie komercyjnych międzykontynentalnych podróży (i np. w USA grywali przy widowniach grubo ponadstutysięcznych, na naszych kontynentach niespotykanych), niektórym piłkarzom z bliska przyjrzą się dopiero w trakcie sezonu, transferowe szaleństwo jeszcze potrwa. Niewykluczone też, że na przytomność umysłu trenerów wpłyną ekstremalne oczekiwania – nawet gdyby właściciele, powiedzmy, pięciu najbardziej renomowanych trenerskich nazwisk pracowali perfekcyjnie, może nawet wspięli się na swój zawodowy szczyt, to ktoś będzie zajmował piąte miejsce. Piąte, czyli w powszechnym odbiorze haniebne.

Premier League zaczęła zatem stać luksusowymi szkoleniowcami, jakby prezesi gromadnie uznali, że wypada wreszcie wywoływać wrażenie nie tylko wydatkami. Anglia to wciąż okolica specyficzna, momentami zalatuje wręcz ciemnogrodem - i Guardiola, i Conte załamali się po wizycie na klubowych stołówkach, zarządzili ścisłą dietę, hucznie pozabraniali pochłaniania pizzy, słodkich napojów, keczupu, ciężkich sosów etc. Ile czasu musi jeszcze upłynąć, by tłusto opłacanych zawodowców z angielskich muraw nie trzeba było pilnować jak przedszkolaków? Dlaczego gdzie indziej (mówię o krajach piłkarsko zaawansowanych) to się już właściwie nie zdarza, a za Kanałem La Manche zdarza się notorycznie?

Mimo wszystko nie sposób jednak ogłosić – kolejna chóralnie kolportowana teza – że Premier League pościągała najlepszych trenerów. Minione lata należą raczej do Diego Simeone czy Massimiliano Allegriego (niewyraźnie mówi, nieefekciarski i w ogóle mało medialny, to jego zasadnicza przywara), którzy od - odpowiednio - 2011 i 2010 r. wspaniale rozwijają autorskie projekty w Atlético Madryt oraz Juventusie Turyn, może także do Carlo Ancelottiego. A żeby jeszcze bardziej zagmatwać sytuację, dodajmy, że w LM triumfują ostatnio trenerzy z doświadczeniem zerowym (Zinedine Zidane w Realu) lub niewielkim (Luis Enrique w Barcelonie), natomiast w Anglii sensację ponad wszystkie wyreżyserował w Leicester lekceważąco traktowany przez całą karierę Claudio Ranieri.

I to ich muszą dzisiaj ścigać Guardiola oraz Mourinho, chwilowo (?) zdegradowany do LE. Bo jeśli gigantom się nie powiedzie, manchesterscy burżuje ustanowią kolejny rekord - najbardziej spektakularnego marnotrawstwa w dziejach piłki nożnej.

niedziela, 08 maja 2016

Leicester mistrzem

Claudio Ranieri wybitnym trenerem jest czy zawsze był, tylko my nie zauważyliśmy? I czy sensacyjne rozstrzygnięcie ligi angielskiej to rzeczywiście jego autorskie dzieło? Felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

(A ponieważ temat Leicester powoli zamykamy, to przypomnę teksty o Leicester jako ściemie; jako fabryce snów; jako zbieraninie ludzi, którzy nigdy nigdzie niczego nie wygrali.)

wtorek, 03 maja 2016

Leicester, skład

Zdarzają się drużyny, które mocno zapadają nam w pamięć w całości, od pierwszego do ostatniego zawodnika. Ja wyrwany ze snu wyrecytowałbym m.in. jedenastkę piłkarskiej reprezentacji ZSRR z lat 80., nigdy nie zapomnę też hokejowego kwintetu złożonego z Fietisowa, Kasatonowa, Krutowa, Łarionowa i Makarowa, podobnie jak wirujących wokół Jordana koszykarzy Chicago Bulls z ich rekordowego sezonu – Pippena, Rodmana, Harpera i Longleya.

Teraz dołączyli do grona niezapomnianych piłkarze Leicester, obwoływani właśnie najbardziej sensacyjnymi mistrzami czegokolwiek w XXI wieku. Dołączyli nie dlatego, że tworzą drużynę szczególnie wirtuozerską – przeciwnie, wbrew nastrojom kibiców rozanielonych bajkową historią zasugerowałbym, że wśród mistrzów ligi angielskiej minionych kilkunastu lat należą do najsłabszych, o czym zresztą świadczy wiele statystyk (odkąd w 1993 roku powstała Premier League, żaden nie wypracował tak mizernego stosunku bramkowego). Wyraziste kształty Leicester wdrukowywały się nam jednak miesiącami dzięki decyzji Claudio Ranieriego, by podstawową jedenastkę korygować tylko w chwilach absolutnej konieczności, w dodatku ustawiając piłkarzy w systemie 4-4-2, najbardziej klasycznym i zarazem przejrzystym. (Włoski trener uciekł od własnych nawyków, przez które zyskał przydomek wiecznie dłubiącego w składzie „Majsterkowicza”). Co więcej, podziwialiśmy wśród nich wiele sylwetek w futbolu wręcz archetypicznych – od zwalistych stoperów (Huth i Morgan), przez oszalałego pracusia ze środka pola (Kante), po nawiedzonego dryblera (Mahrez) i cholernie szybkiego, naturalnego łowcę goli (Vardy). Jakże oryginalnie wyglądała ta drużyna w swojej prostocie akurat dzisiaj, w erze wymyślnych taktycznych zawijasów, maniackiego tasowania bardzo szerokimi kadrami i w ogóle doszukiwania się we wszystkim, co robi trener, wielopiętrowej intrygi zwanej „filozofią”.

Ranieri nie kombinował, lecz skorzystał z najmniejszej liczby piłkarzy w całej Premier League – miał komfort, w europejskich pucharach nie grał, z angielskich prędko odpadł – a nam podstawowa jedenastka Leicester wryła się w zwoje mózgowe już na zawsze. Nieśmiertelność zyskały nazwiska ludzi właściwie w komplecie skazanych na zapomnienie. Niemłodych, przez wielki futbol już odrzuconych, w najlepszym razie klasyfikowanych jako średniacy z dobrych lig. Wyczynowców świetnie opłacanych, acz trochę bez właściwości.

Kasper Schmeichel (29 lat). Przez całą karierę tułał się między drugą a czwartą ligą, w której nagrał się więcej niż w pierwszej. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Danny Simpson (29). Kilkakrotnie rzucał się na Premier League, zawsze z niej zlatywał. Pojedyncze występy w europejskich pucharach, miał przepaść jako ciut większy okruch statystyczny.

Wes Morgan (32). W najwyższej lidze zadebiutował po trzydziestych urodzinach. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Robert Huth (32). Milion lat temu notoryczny rezerwowy w Chelsea, potem stany średnie Premier League, do Leicester wypożyczony ostatniego dnia zimowego okna transferowego w ubiegłym roku. Pojedyncze występy w europejskich pucharach, ucieleśnienie ligowego przeciętniactwa.

Christian Fuchs (30). Jak na standardy Leicester, postać wybitna, bo z Schalke sięgnął Champions League. To był szczyt jego kariery, też nigdzie nie zdobył tytułu, transfer do Leicester zdawał się sportową degradacją.

Riyad Mahrez (25). Całe dorosłe życie w drugiej (bądź czwartej, gdy kopał w rezerwach Le Havre) lidze francuskiej, na najwyższy poziom rozgrywek wskoczył dopiero teraz w Leicester. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

N’Golo Kante (25). On biegał wręcz w ósmej lidze (tutaj obszerna sylwetka), na najwyższy poziom rozgrywek wskoczył dwa sezony temu. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Danny Drinkwater (26). Cała kariera w niższych ligach, kolejny, który najwyższej ligi dotknął dopiero w Leicester. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Marc Albrighton (27). Sześć sezonów w Aston Villi, tylko przez moment mocno trzymał się tam w jedenastce. Kiedy go wylali, wegetował w rezerwie Wigan. Trzy występy w europejskich pucharach (tak stare dzieje, że nie wiadomo, czy to prawda), miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Shinji Okazaki (30). Późno wyleciał z Japonii, w Stuttgarcie i Mainz sięgał co najwyżej Ligi Europejskiej. Znów – przeciętna kariera klubowa, bez jakiegokolwiek trofeum, bez Leicester przepadłby w archiwach wśród setek tysięcy nazwisk.

Jamie Vardy (29). Historia chyba najbardziej znana, przed przybyciem do Leicester błąkał się po niskoligowej prowincji i nie zawsze mógł grać do końca meczu, bo jako skazany za pobicie został objęty dozorem policyjnym i musiał wracać do domu przed 18. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

O tym ostatnim prawdopodobnie powstanie wielkoekranowa fabuła, ale najbardziej filmowo wygląda Leicester jako bohater zbiorowy, to grupa szaraków, którzy zasadniczo nigdy nigdzie niczego nie wygrali, w tę regułę wpisują się oczywiście także rezerwowi. Nawet trener Claudio Ranieri – posiadacz nazwiska zdecydowanie najszerzej rozpoznawalnego – uchodził za nieudacznika, wygrywał bowiem co najwyżej srebrne medale, a współczesny sport składa się, jak wiadomo, ze zwycięzców i patałachów, czyli całej reszty. I on zresztą przycupnął w Leicester po koszmarnej klęsce, jako selekcjoner Greków został wszak wykopany m.in. po porażce z Wyspami Owczymi w eliminacjach Euro 2016.

Jego osiągnięcie odruchowo porównujemy z nieprawdopodobnym dziełem Otto Rehhagela, który właśnie Greków zaciągnął do złota Euro 2004 (choć ja mam jeszcze inne). Skojarzenie samo się narzuca, tamtego wyczynu również dokonali ocaleni od zapomnienia piłkarze znikąd, niemłodzi już i przekonani, że przepadną w kronikach jako statystyczne okruchy. I też lubili wygrywać 1:0. Ich sylwetki mi się jednak rozmywają – i dlatego, że nie mieli postaci tak charakterystycznych jak Mahrez, Vardy czy przede wszystkim buzujący energią Kante, i dlatego, że wystarczyło im zwyciężać przez ledwie kilka tygodni, faworyci nie zdążyli się nawet zreflektować, jak poważne nadciąga niebezpieczeństwo.

Rywale Leicester czasu mieli aż nadto. Ale nie dali rady. Nie nadążyli nad jedenastoma – plus rezerwowi, wpuszczani w równie jednostajnym rytmie – piłkarzami, którzy rozegrają w tym sezonie mniej meczów niż jakikolwiek mistrz Premier League. A w przyszłym podejmą wyzwanie, jakiego nie zaznali, między ligowymi weekendami popodróżują po LM. I osobność ich historii polega także na tym, że nie sposób dzisiaj wykluczyć, że przygnieceni nawałem zupełnie nowych obowiązków nie stoczą z powrotem do środka tabeli ligi angielskiej. A może nawet jeszcze niżej.

14:39, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Archiwum
Tagi