Wpisy z tagiem: Wayne Rooney

środa, 29 stycznia 2014

Wayne Rooney, Manchester United soul

Oto nowiusieńki, jeszcze pachnący drukarką kontrakcik, sir, wystarczy złożyć łaskawy podpis, proponujemy krągluteńkie 300 tys. funtów tygodniowo, wychodzi 15 mln rocznie, żaden angielski piłkarz tyle nie wyciągał, a tutaj do wglądu lista naszych celów transferowych, chyba akceptowalna, sam pan szanowny widzi, że planujemy na bogato, został do omówienia drobiazg, mianowicie przyszłość wyobrażamy sobie z panem w stopniu kapitana, wystarczy wyrazić zgodę, ponownie prosimy o autograf... Tak, Wayne’owi Rooneyowi składają w klubie najwyższe honory, zanosi się wręcz, że awansuje do szarży nieformalnego asystenta trenera Davida Moyesa, a komentatorzy zdumiewają się i wzdychają, że za Alexa Fergusona to wszystko byłoby nie do pomyślenia.

Może i byłoby, ale również poprzedni trener naciągał dogmat „nikt nie jest większy niż klub”, gdy Rooney w 2010 r. podważał klasę kolegów z szatni i usiłował zbiec do firmy bardziej godnej jego talentu, być może wręcz do sąsiadów z Manchesteru City. Ferguson postanowił zatrzymać renegata za wszelką cenę, choć wielokrotnie dawał dowody, że nie lęka się pożegnań z najznamienitszymi osobistościami – jak twardziel Keane, niezastąpiony marketingowo Beckham, bezlitosny goleador van Nistelrooy.

Naturalne kontrowersje wzbudza też pasowanie na kapitana piłkarza, który dwukrotnie (!) usiłował się ewakuować, kiedy zdawało mu się, że okręt tonie. Piłkarza indoktrynowanego przez Paula Stretforda, notorycznie karanego grzywnami notorycznego krętacza. Zaprzeczenie kibicowskiego marzenia – może adekwatniej byłoby: urojenia – o wierności barwom odczuwanej tym głębiej, w im większe tarapaty popadnie klub. To nie jest człowiek zrośnięty z Manchesterem United.

Sęk w tym, że kiedy widzimy Rooneya na boisku, widzimy właśnie Manchester United. Ten najczystszej, diabelnie czerwonej krwi, tchnący etosem wprowadzanym przez Fergusona. Ile by ten gracz nie nacudował w sensie sportowym – niech z przewrotki w derbach machnie nawet całego hattricka – pozostaje nade wszystko uniwersalnym, zasuwającym do upadłego, ryjącym po całej murawie robotnikiem, ja w każdym razie dostrzegam najpierw pasję, determinację i szaleństwo w oczach (musi tam być, wiem to bez zbliżeń), a dopiero potem wybitnego piłkarza.

To wartość bezcenna, jeśli wierzymy, że grupę napędza coś więcej niż techniczne kompetencje jednostek i taktyczny podział ról. I że klub potrzebuje tożsamości – nawiasem mówiąc, również klub jako marka. A Manchesterowi grozi rozmycie się tożsamości, skoro z rozmaitych przyczyn mogą go wkrótce opuścić Patrice Evra (żołnierz z blizną, najbliższy Rooneyowi), Nemanja Vidić, Rio Ferdinand czy Ryan Giggs.

Ferguson bez skrupułów żegnał wszystkich, którzy mu się narazili, ale zarazem pilnował, by w szatni dominowali ludzie wielosezonowo związani z klubem. Przytaczałem kiedyś – bodaj na blogu, nie umiem odnaleźć tekstu – dane CIES Football Observatory, z których wynikało, że MU ma kadrę z najdłuższym w Europie średnim stażem w klubie kupionego piłkarza. Nie wychowywał następnego Giggsa czy Scholesa, to przynajmniej starał się trzymać ludzi rozumiejących ducha miejsca.

Jeśli weźmiemy pod uwagę niepewną przyszłość wspomnianego wyżej kwartetu – a także ciężko doświadczanego przez los Darrena Fletchera – to klub ryzykuje, że niebawem znikną z szatni niemal wszyscy, którzy przelewają krew za manchesterską czerwień od wieczności. Że z weteranów ostanie się Michael Carrick, na służbie od siedmiu lat.

On i Rooney, któremu zaraz stuknie dekada spędzona na Old Trafford. Po zakończeniu karier przez Giggsa i Ferdinanda, a może również pożegnaniu z Evrą, stanie się w szatni postacią absolutnie wyjątkową.

Gdyby mistrzowie Anglii go stracili, już nie tyle płynnie przechodziliby z przeszłości w przyszłość, ile całkiem z przeszłością by zrywali. Obserwowaliśmy to niedawno w Milanie, który cały tłum starych mistrzów przepędził niemal z dnia na dzień. Decyzję uzasadniał ich wiek oraz realia budżetowe, ale wystąpił przykry skutek uboczny – drużyna utraciła jakiekolwiek punkty podparcia. I tożsamość właśnie.

Czy ktoś wierzy, że Ferguson, który sam nie chciał kiedyś ujawnić gwiazdorzącemu graczowi strategii transferowej, nadal kategorycznie się temu sprzeciwiał? Że David Moyes postąpił wbrew jego opinii lub – rozmawiają regularnie – o niczym mu nie wspomniał? Wynoszenie Rooneya ponad wszystkich może nie tylko nie naruszać równowagi, ale przeciwnie, przywracać ją. Dotychczas, kiedy już Anglik po fochach wracał do gry, zasuwał jak zawsze, a teraz, na szczycie hierarchii – pozbawionej już oświeconego dyktatora – powinien poczuć jeszcze większą odpowiedzialność za los całej grupy. Co więcej, nowa pensja zbliża go do finansowego statusu Messiego czy Ronaldo i uczyni realnym celem dla dosłownie trzech-pięciu klubów, które zwłaszcza w erze finansowego fair play nie muszą marzyć o rekordowym wykosztowywaniu się akurat na piłkarza dobiegającego trzydziestki.

No i w swoim świecie Wayne widzi cele poruszające wyobraźnię. Jeszcze tylko 42 gole dzielą go od obalenia klubowego rekordzisty, legendarnego Bobby’ego Charltona. Bardziej przekonujących powodów, by podejmować ryzyko, Manchester nie znajdzie.

Archiwum
Tagi