Wpisy z tagiem: tenis

niedziela, 03 marca 2019

Nick Kyrgios, tenis

W sobotę setny turniej w karierze wygrał w Dubaju fenomenalny Roger Federer, ale to była feta nad wyraz spodziewana, więc mnie obszedł raczej odniesiony nazajutrz sukces Nicka Kyrgiosa – nie wiem, czy na pewno tenisisty najbardziej uzdolnionego w swoim pokoleniu, wiem natomiast, że czołowego wśród tenisistów popaprańca. On triumfował na zawodach ATP w Acapulco, oczywiście, jakże by inaczej, w okolicznościach wybitnie specyficznych.

O niezrównoważonym Australijczyku już swego czasu blogowałem. Gdy ten delikwent wkroczy na kort prawą nogą, to jest najlepszym graczem w galaktyce, a gdy wlezie lewą, to jest najgorszym tenisistą w galaktyce. Nie przepada za sportem, który uprawia (woli koszykówkę); nie zwykł przemęczać się na treningach ani trzymać niezbędnej atlecie diety; lekceważenia do obowiązków nie ukrywa, rzekłbym raczej, że swoją dezynwolturę eksponuje; pozwala sobie na chuligańskie wybryki, dlatego mnóstwo kibiców go nienawidzi. Last but not least – drzemie w nim bajeczny talent, więcej możecie przeczytać w tej notce.

W Meksyku Kyrgios wygrał w wybitnie klasycznym stylu.

Najpierw wywołał skandal. W drugiej rundzie zderzył się z wielkim Rafaelem Nadalem i po przegraniu pierwszego seta zamierzał poddać mecz, ponieważ czuł się źle, zresztą już wcześniej narzekał, że walczy z urazem kolana (oba miał obandażowane), łapią go skurcze, zatruł się. Z kortu jednak nie zszedł, a potem tłumaczył, że kierował nim strach – zarówno przed tłumem na trybunach, który go wygwiżdże, jak i przed prasą, która tradycyjnie rozdmucha incydent, sugerując, że Australijczykowi się nie chciało.

Kyrgios poprzestał zatem jedynie na manifestowaniu kiepskiego samopoczucia; demonstrował irytację zachowaniem kibiców oraz rywala, jego zdaniem zbyt leniwego w ruchach między akcjami; w pewnym momencie zaserwował spod ramienia, uderzając piłkę lekko i chcąc posłać ją tuż za siatkę. To zagranie uchodzi dla niektórych za niegrzeczne (aczkolwiek w przypadku stojącego daleko za linią końcową Nadala ma sens), choć więc w tym przypadku kompletnie Australijczykowi nie wyszło, to Hiszpana krew zalała. O czym dowiedzieliśmy się po meczu, gdy Nadal, zazwyczaj patologicznie szarmancki dżentelmen, porwał się na absolutnie wyjątkową dla siebie krytykę rywala: „Nick mógłby wygrywać tytuły wielkoszlemowe, ale znamy powód, dla którego znajduje się tam, gdzie się znajduje. Nie szanuje ani publiczności, ani przeciwnika, ani samego siebie”.

Tenisowy gigant nie wytrzymał, bo Kyrgios przekroczył wszelkie granice bezczelności. Drugiego i trzeciego seta wygrał, w obu przypadkach po wojnie nerwów w tie-breakach, a przy okazji zdołał obronić trzy meczbole. Co więcej, na efektowny wzlot porwał się akurat wtedy, gdy spadł na swoje dno (72. pozycja w rankingu ATP) i wydawało się, że jako poważny sportowiec dogorywa.

Po wyeliminowaniu Nadala żegnały go gwizdy, ale skruchy nie było. Na konferencji prasowej Australijczyk nie zamierzał się z niczego tłumaczyć ani ripostować na komentarze pokonanego rywala, powtarzając tylko, że nikt nie ma prawa go oceniać, bo nikt nie wie, ile on, Kyrgios, w życiu przeszedł; że każdy człowiek jest inny; że każdy ma swój styl.

I już do końca turnieju trwał festiwal jego oryginalnych zagrywek. Australijczyk co rusz gadał do siebie i wchodził w nieprzyjazne interakcje z widownią, wyjaśniając między meczami, że gra lepiej, kiedy czuje wrogość tłumu, że złe emocje otoczenia go napędzają. W ćwierćfinale pokonał Stana Wawrinkę, w półfinale – Johna Isnera, w finale – Alexandra Zvereva. Po przeszło roku bez turniejowych zwycięstw wykosił za jednym zamachem dziewiątego, trzeciego oraz drugiego zawodnika globalnego rankingu.

Dokonał tego wszystkiego oczywiście bez trenera i sprecyzowanych taktycznych planów na mecze, grę urozmaicając czasem tylko z tego powodu, że się na korcie nudził, ewentualnie nie miał ochoty biegać. Miał dość długiej wymiany z głębi kortu, to odpowiadał drop shotem – jak sam zeznawał, niczego tu nie nadinterpretuję.

Kyrgios znów wszystkich zaskoczył, ponieważ ostatnie miesiące poświęcił głównie na konsultacje psychologiczne, zresztą z jego zwierzeń wielokrotnie wynikało również, że jeśli nawet nie choruje na depresję, to miewa stany depresyjne. Intrygująca postać. Po zwycięskim finale przekonywał, że miniony tydzień może otworzyć zupełnie nowy rozdział w jego sportowym życiu, a zarazem przyznał, że wciąż nie umie powstrzymać się przed zachowaniami niedopuszczalnymi dla graczy ze światowej czołówki. Jak tuż przed decydującym starciem ze Zverevem, gdy pognał nad ocean, żeby poszaleć na wodnym skuterze.

On też, jak Federer, obchodził w weekend jubileusz, tylko mniejszy. Wygrał piąty turniej w karierze. W rankingu ATP poprawi się o kilkadziesiąt miejsc, a ponieważ skończył ledwie 23 lata, wciąż wypada dostrzegać w nim gracza przyszłościowego. Jeszcze niejedna publiczność przeraźliwie go wygwiżdże, a może nawet nagrodzi owacją na stojąco.

Tagi: tenis
19:20, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
niedziela, 12 lutego 2017

Agnieszka Radwańska

Wychodzę od przypadku Agnieszki Radwańskiej, znajdującej się pod stałym ostrzałem narodowo wzmożonych kibiców, ale nie chodzi mi o nią, lecz o problem. Cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 01 lipca 2013

Jeszcze zanim nasi ludzie wpakowali się do ćwierćfinału Wimbledonu, napisało mi się w ich kwestii parę akapitów. Felieton z dzisiejszego „Gazety” – jak każdy tekst z poniedziałkowego magazynu, za płatną ścianą – przeczytacie tutaj.

sobota, 03 listopada 2012

Tłuszcza już się na Jerzyka rzuciła, już się ślini i obłapia, do ciężkiej cholery, wszyscy się nagle znają na tenisie, na poziomie doktoratu się znają, wszyscy lgną do kortów i dotykają brudnymi łapami, skandal to skandalicznie skandaliczny, podłość normalnie, co te głupki se wyobrażają, wcześniej wcale tenisa nie oglądały, ja bym im teraz Jerzyka zabronił oglądać, nie ma już żadnych zasad, ginący świat bez wartości, każdy róbta co chceta, sezonowiec sezonowca sezonowca pogania, cywilizacja sezonowców musi upaść, a przecież dla cywilizacji ratowania wystarczałoby rozdawać zwykłe certyfikaty, kto nie obejrzał wymaganej liczby tenisowych meczów, ten won od telewizora, kto nie obejrzał podwójnej wymaganej liczby, ten won od mówienia na głos, czy się podoba, czy nie, polskie państwo znowu zawiodło, system edukacji usiadł na samym dnie, przecież ja wiedziałem o Jerzyku wszystko, wierzyłem w niego i pilnie śledziłem karierę, i co teraz z tego mam, nic nie mam, na nic mój znój trudem okupiony, banda ignorantów będzie mi Jerzyka podglądać, zapaskudzi mi go na amen, tefałeny się już szykują, nic tylko uciekać na wściekłą wewnętrzną emigrację, szans na ocalenie nie ma, oni się będą cieszyć Jerzyka sukcesami jak swoimi, oni nie rozumieją, że nie mają moralnego prawa, będą łazić za nim po internetach i telewizorach, będą się wypowiadać...”

Nie wiem, jak szło to dalej, tyle tylko podsłuchałem na ulicy, cytuję, bo ciekawe mi się wydało, z pasją powiedziane.

Tagi: tenis
20:40, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
czwartek, 01 listopada 2012

Jerzy Janowicz

Na tenis spoglądam wyrywkowo, przyciągają mnie właściwie wyłącznie najważniejsze starcia wielkoszlemowe, więc do dziś nie miałem pojęcia, że Jerzy Janowicz nie stoi przy serwisie za kortem, lecz nad kortem, że kort przy jego zasięgu ramion kurczy się do gabarytów stołu pingpongowego, że proponuje styl gry absolutnie odmienny - w sensie ścisłym, wzięty chyba wręcz z drugiego końca skali - od stylu Agnieszki Radwańskiej, która nie zmężniała poza dziewczęce standardy, więc fizyczną wątłość ukrywa za sprytem, fantazją, techniką. Chłonąłem zatem wymierzone w Andy’ego Murraya manewry 203-centymetrowego Polaka od pierwszego do ostatniego gema, chłonąłem je oszołomiony, jakby to na mnie spadały te wszystkie serwisowe petardy. Mecz był porywający, rozstawałem się z nim w irracjonalnym przeświadczeniu, że gracz o tak potężnym napędzie rakietowym zwyczajnie musi dofrunąć do samego tenisowego szczytu. To oczywiście nieprawda, wystarczy zerknąć, jak niewiele łupów zgarnął najwyższy w stawce Ivo Karlovic. I jak nędznie wygląda dorobek Samuela Grotha, rozsławionego wyłącznie przez serwisowy rekord wszech czasów (piłka przeszywała powietrze z prędkością 263 km/h, najlepszy wynik Janowicza to 251 km/h).

Jako tenisowy dyletant nie umiem wyprognozować, gdzie dotrze Polak. Wsłuchuję się i wczytuję w opinie fachowców, sprawdzam jego ostatni rankingowy postęp, zauważam, że gdyby nominacje do nagród ATP ogłaszano później, to nasz 21-latek wykonałby w roku 2012 skok okazalszy (z 221. miejsca wystrzeli zaraz co najmniej do czołowej pięćdziesiątki) niż wszyscy konkurenci w kategorii „Newcomer of the Year” oraz „Most Improved Player of the Year” (to defekt zadziwiająco wielu plebiscytów, w futbolowej „Złotej Piłce” też głosuje się zbyt wcześnie), czytam, że Janowiczowi zmianę barw narodowych oferował Katar. Nie umiem uciec od naszego tenisisty myślami, zupełnie jakby po jednym z jego dzisiejszych asów piłka utkwiła w mojej głowie.

Dopiero przed chwilą dotarło do mnie, dlaczego Janowicz wziął gwałtem całą moją jaźń, aż po wymuszenie wystukania niniejszej notki. Wyjaśnienie jest banalne - nie pamiętam, by jakikolwiek polski atleta wywarł na mnie większe wrażenie już przy pierwszym wejrzeniu.

Janowicz wywarł poniekąd dzięki wyrazistemu stylowi - agresywnemu, ofensywnemu, bezkompromisowemu, buchającemu energią. Ale również dzięki mowie ciała i w ogóle okolicznościom paryskiego triumfu.

Wielokrotnie zżymałem się blogowo i felietonowo, że u wielu naszych sportowców - bez względu na dyscyplinę - uwiera mnie mentalność petenta, że tęsknię do aroganckich zuchwalców w typie Zbigniewa Bońka, który przed meczem reprezentacji reszty świata (z Argentyną) okłamywał trenera Enzo Bearzota, iż często grywa na skrzydle, byle wepchnąć się do podstawowego składu. Albo w typie Roberta Kubicy, który na zdobywcę świata wyglądał już w wieku lat 14, gdy patrzyłem, jak na testach w Le Mans, będąc w bolidzie debiutantem, zostawia za sobą starszych konkurentów. W Janowiczu również objawił mi się dzisiaj impertynent, który wszędzie wchodzi razem z drzwiami. Na korcie nie stanął, by się kajać, lecz chwycić rywala za twarz. A przecież za rywala miał Andy’ego Murraya, gracza rankingowo trzeciego na planecie, ale ostatnio pierwszego, przeżywającego najwspanialszy okres w karierze, przełamującego trwający całą wieczność brytyjski kompleks wielkoszlemowy. Janowicz nie zachłysnął się radością z faktu, że spadło mu z nieba prawo do porażki z gigantem, nie pytał, czy może wygrać, nie przystąpił do walki z nieśmiałym „może się uda”, nie wystarczało mu słynne „pokazanie się dobrej strony”. Jak już podniósł rakietę, to ewidentnie chciał wygrać, bezczelny. Przed chwilą tłukł się przez kwalifikacje, teraz nasz nieustraszony pogromca Murraya bezpardonowo nacierał na mistrza - to się oglądało! I jeszcze ten obroniony meczbol...

Naprawdę polski chłopak może wtargnąć na tenisowe szczyty? I to jeszcze chłopak z takim wykopem? Czyste szaleństwo, na razie we łbie mi się nie mieści. Może przez tę wystrzeloną rakietą Janowicza piłkę. Ona wciąż tam tkwi.

Tagi: tenis
22:32, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
Archiwum
Tagi