Wpisy z tagiem: Clarence Seedorf

wtorek, 11 marca 2014

Najbardziej utytułowany piłkarski klub minionego ćwierćwiecza rozstanie się z Ligą Mistrzów na pewno. Na długo lub bardzo długo. Jeśli jednak wywoła sensację w Madrycie, pożegna się w wielkim stylu.

Włosi reklamują rewanż w 1/8 finału jako bój o 8 mln euro. Tyle zarobi mediolański klub, jeśli piłkarze – dwa tygodnie temu ulegli Atlético 0:1 – awansują do następnej rundy.

Jeszcze przed chwilą brzmiałoby to niepoważnie. 8 mln euro? Dla firmy wedle jej właściciela „uniwersalnej jak papież, bo należącej do całego globu”, która jako jedyna w ostatnim ćwierćwieczu triumfowała w najważniejszych rozgrywkach aż pięciokrotnie? Finansowanej przez Silvio Berlusconiego, jedynego w zjednoczonej Europie magnata łączącego wielomiliardowy majątek z władzą polityczną na miarę premiera kraju?

Dziś brzmi to rozsądnie. 8 mln waży naprawdę sporo, skoro Milan wydał mniej więcej tyle na transfery wszystkich piłkarzy, poza Mario Balotellim, których prawdopodobnie rzuci na Atlético. Skoro za wymienionym napastnikiem, ostatnią gwiazdą na San Siro, biegają już niekiedy niemal wyłącznie pomocnicy wzięci za darmo.

A pojedyncze miliony jeszcze przybiorą na wadze, ponieważ mediolańczycy nie wpadli w kłopoty przejściowe. Nie są Manchesterem United – inna potęga w kryzysie – który zachwiał się pozbawiony opieki oświeconego jedynowładcy Fergusona, więc już rozrysowuje letnią kampanię transferową, prawdopodobnie najkosztowniejszą w dziejach korporacji. Strategia Milanu sprowadza się do drastycznego oszczędzania. Upadły także w polityce Berlusconi jako fundator porzucił klub kilka lat temu, dementuje wszelkie plotki o pozbyciu się udziałów, luksusowych zakupów nie zastępują piłkarze wypromowani z akademii dla młodzieży ani znalezieni przez wydajną siatkę skautów (nie istnieje), budżetu nie uratuje też dalsza wyprzedaż. Nie uratuje, bo wszystkiego, co najcenniejsze, już się pozbyto. Ośmiocyfrową rynkową wartość zachowali co najwyżej Balotelli i Stephan El Shaarawy, ale pierwszy wzbudza nieufność potencjalnych nabywców permanentną niesubordynacją, a drugi po kilkumiesięcznej eksplozji talentu zmienił się w permanentnego pacjenta.

Dlatego Milan – dryfujący gdzieś w połowie tabeli włoskiej Serie A – zniknie zaraz nie tylko z Champions League, ale w ogóle z europejskich pucharów. Kiedy przeżywał to poprzednio (sezon 1998/99), zdobył przynajmniej mistrzostwo kraju, na co się teraz nie zanosi. Juventus uciekł wszystkim, znacznie ładniejsze perspektywy mają też Napoli i Roma, które wynajęły doświadczonych szkoleniowców z klarowną wizją drużyny. Mediolańczyków – w przeciwieństwie do konkurencji skazanej na kolejną radykalną wymianę kadr – prowadzi tymczasem Clarence Seedorf, trener debiutant i trener enigma.

Holender również pozuje na fachowca, który wie, czego chce i jak to osiągnąć. W rozmowach z piłkarzami nie skupia się na ich wadach i błędach, lecz zaletach i udanych zagraniach, zachęca, by szukali w sobie „wewnętrznego ognia”, wszystko wedle najnowszych trendów w zarządzaniu ludźmi. Irytuje się, gdy przyciskać go o system gry, przekonuje, że w nowoczesnej piłce obejmuje on tylko fazę obronną, atak natomiast polega na nieustającym ruchu sześciu piłkarzy, by utrzymywać przeciwnika w stanie dezorientacji. I generalnie pozuje na orędownika futbolu ofensywnego, który sam decyduje, jak ma wyglądać mecz. Włosi uważnie słuchają – Seedorf to aura niezapomnianych triumfów w LM, wielojęzyczna elokwencja i wytworność światowca, oprzeć mu się trudno. Z boiska wywołany jego powrotem entuzjazm jednak wyparował, a Milan niemal przestał strzelać gole. I nawet wtedy, gdy długo robi dobre wrażenie, jak w meczach z Atlético i Juve (0:2), to zarazem przypomina typowego odzwyczajonego od zwyciężania przeciętniaka, któremu cwańsi, cyniczni rywale pozwalają się wyszumieć, by następnie skarcić go na zimno wyprowadzonymi ciosami.

Nic dziwnego, na San Siro ostali się już pojedynczy gracze, którzy mają pojęcie o zabawie w zaawansowane fazy LM. Niestety, mają do zaoferowania więcej pięknych wspomnień niż aktualnych możliwości – wygnany z Madrytu Kaká odżył, lecz bardzo daleko mu do siebie w glorii laureata Złotej Piłki; przygarniętego z Chelsea Michaela Essiena nogi już nie słuchają tak, jak przed kontuzjami; Sulley Muntari w rozszalałym Interze według Mourinho służył za rezerwowego, i to nie pierwszorzędnego. Im bardziej więc Berlusconi zaklina rzeczywistość, przypominając, że jego osobiści wybrańcy w roli trenerów wspaniale się sprawdzali (przed Seedorfem wskazał Sacchiego oraz Capello), tym bardziej uświadamia, że nikt dotąd nie pracował na tak byle jakim materiale.

Inspiracji można jednak szukać w Atlético. Tamtejszy bohater Diego Simeone też przejmował szatnię w opłakanym stanie – mentalnym i, zdawało się, technicznym – ale w lidze hiszpańskiej porwał się na wyzwanie we Włoszech niedostępne, czyli rozerwanie hegemonii Barcelony i Realu. A jego sukces polega m.in. na tym, że odkrył futbolistów światowego formatu w ludziach, których nikt o takie możliwości nie podejrzewał, że ich przywary zamaskował organizacją gry, że drużyna stała się emanacją jego charyzmatycznej osobowości.

Słowem, Milanowi nie brakuje niczego, czym dysponowali dzisiejsi madryccy rywale. I zanim z LM zniknie, ma szansę się z nią godnie rozstać, przypominając, że czerwono-czarne szlachectwo zobowiązuje, dlatego piłkarze z San Siro, nawet zdołowani, na europejskich scenach nie dają ciała tak, jak otępiały Manchester, który w Pireusie wyczłapał brutalne dla kibiców 0:2 z Olympiakosem. Ba, gdyby Milan żegnał się z elitą najwcześniej w ćwierćfinale, to żegnałby się nawet nie godnie, lecz efektownie. I sensacyjnie. Atlético jest wszak faworytem z powodu wszystkiego, czego dokonał już trener Simeone, i wszystkiego, czego nie dokonał jeszcze trener Seedorf.

środa, 15 stycznia 2014

Clarence Seedorf, AC Milan

Nastrój ogarnia mnie szampański, najchętniej natychmiast rozpluskałbym się w euforycznych rozważaniach, czy Clarence Seedorf będzie kolejnym wybitnym piłkarzem, który został wybitnym trenerem.

Od zawsze czytałem i słyszałem, że urodził się, by rządzić. Wedle legendy już po przedszkolu panoszył się jak pan dyrektor, rozsądzając wszelkie spory o zabawki i pocieszając płaczących za rodzicami; w wieku 12 lat pouczał trenera Ajaxu, że piłki należy pompować ustami, jak w jego rodzinnym Surinamie; cztery lata później w amsterdamskiej szatni nazywali go „dziadkiem”; w Milanie mówili o nim – już przywoływałem ten cytat – że „wypowiada się w 10 proc. jak piłkarz, w 20 proc. jak trener i w 70 proc. jak dyrektor generalny”. Wszędzie uchodził za nadprzeciętnie inteligentnego, świadomego taktycznie, charyzmatycznego, niemal filozofa. Pracował pod Louisem van Gaalem, Fabio Capello, Juppem Heynckesem, Guusem Hiddinkiem, Carlo Ancelottim i Frankiem Rijkaardem, jak nie liczyć, to grono na miarę ośmiu Pucharów Europy. We włoskim klubie już ładnych parę sezonów temu rodził się plan, by w przyszłości powierzyć mu funkcję menedżerską. Nie ustalono jedynie, jaką, choć dla poszerzania kompetencji Holender spotykał się akurat z Philem Jacksonem – legendarnym trenerem koszykarzy Chicago Bulls i Los Angeles Lakers. To wszystko sprawia, że nie wypada więzić go w ciasnym pojęciu trenerskiego żółtodzioba. Owszem, w Milanie debiutuje, ale wypada podejrzewać, że czuje się, i ma prawo się czuć, wyjątkowo przygotowany do nowej roli.

Niestety, najpierw Seedorf musi zwyczajnie przeżyć. On nie wchodzi do szatni, lecz wdeptuje w sam środek totalnej rozpierduchy, w towarzystwo zdołowane, gdzieniegdzie naznaczone zaburzeniami osobowości, pozbawione spójnej strategii, spętane jednym rozkazem – oszczędzać. Kiedy nowy trener zobaczy na pierwszych zajęciach, jak niewiele dziś trzeba umieć, by ubrać się w kolory Milanu, grozi mu poznawczy wstrząs.

Sprzyja Holendrowi co najwyżej tyle, że w przeciwieństwie do wylanego w poniedziałek Massimiliano Allegriego, właściciel Silvio Berlusconi go nie tylko akceptuje – poprzednika nawet nie tolerował – ale jeszcze uwielbia. I sam go wybrał, a włoscy komentatorzy bez wytchnienia przypominają, że upadły premier ma intuicję do trenerów – przez ćwierćwiecze rządów wskazał ledwie dwóch, Arrigo Sacchiego oraz Fabio Capello, i obaj podbijali Puchar Europy.

Co jeszcze zastanie Seedorf? Szurniętego Mario Balotellego w eksponowanej roli pierwszego talentu, z którym problem może być także wtedy, gdy Milan zechce się od niego uwolnić, ale żaden poważny klub nie zaoferuje kozetki. Starzejącego się w oczach bramkarza i podziurawioną linię obrony, w której w dłuższej perspektywie rokuje chyba tylko Mattia De Sciglio. Drużynę bez tożsamości, nie mającą pojęcia, jak zamierza grać. Trybuny coraz bardziej wrogie władzom klubu, już demonstrujące nieufność wobec nowego trenera (on ani razu nie naraził się tylko temu, z kim nie miał kontaktu). Budżetową nędzę – boleśnie obnażającą brak porządnego skautingu, niezbędnego przy ograniczeniach finansowych. Wojnę domową na szczytach, rozpętaną przez córkę właściciela, która postanowiła obalić wieloletniego zaufanego ojca, znakomicie zasłużonego Adriano Gallianiego. W Barbarze Berlusconi – przede wszystkim szefową bez klasy (przynajmniej na razie), publicznie poniżającą podwładnych (sposób zwolnienia Allegriego). To nie są standardy, do których przywykł Seedorf – typ o naturze mocno konfrontacyjnej, jeszcze raz podkreślmy – to jest opowieść bez głównego wątku, z dygresjami w większości przygnębiającymi.

A nie wystarczy powiedzieć, że planów trenera nie znamy, należy jeszcze dodać, że nieprędko zacznie je realizować. Teraz ponoć doraźnie wróci do ustawienia z czasów Ancelottiego (Kaká bliżej napastnika, Honda jako trequartista, Montolivo cofniętym rozgrywającym w typie Pirlo etc), dopiero latem ma wykuwać własny projekt, dopiero wówczas ma powstać jego autorski team z precyzyjnym podziałem obowiązków – Seedorf zajmie się pracą z pomocnikami, Jaap Stam poedukuje obrońców, Hernan Crespo przejmie napastników. Jeśli przy nich stanie jeszcze opiekujący się juniorami Filippo Inzaghi, to nam stanie – przed oczami – ostatnia wielka drużyna Milanu.

I ujrzymy jedyny powód, by fanów mógł dziś nieść entuzjazm. Zvonimir Boban ponoć wzdychał, że klub z San Siro stracił duszę, ja bym uściślił, że stracił elegancję, prestiż, profesorską powagę, maniery wyższych sfer. Gdyby nie wrócił Kaká, w szatni nie byłoby już w tym sezonie nikogo, kto zasłużył się dla największych europejskich triumfów. Brazylijczyk ożył – szału nie ma, ale jest więcej niż miało być – teraz jeszcze szlachetności miejscu doda Clarence Seedorf. Jego nie ośmielą się wykopać z roboty w najpodlejszym trybie pezetpeenowskim, czyli przez telewizję.

Chyba że się łudzę, zwiedziony urokiem chwili.

Archiwum
Tagi