Wpisy z tagiem: kinofilia

sobota, 11 lutego 2012

New York Movie, Edward Hopper, 1939

Swoim bzikiem filmowym was raczej nie zadręczam, co najwyżej czasem coś mi się wymsknie między wierszami, w odruchu bezwarunkowym. Zrobię wyłom, bo rzadko mi się zdarza, żebym po seansie natychmiast zaaplikował sobie seans tego samego dzieła ponownie. A wczoraj „Artystę” wchłonąłem dwukrotnie i gdybym dziś nie musiał przyjąć obfitej dawki futbolu, to nie wykluczam, że wchłonąłbym po raz trzeci.

Nie zamierzam streszczać ani analizować, zresztą sami pewnie słyszeliście, o co chodzi: rzecz dzieje się na granicy epok, gdy upada kino nieme (a wraz z nim gasną nieme megagwiazdy ekranu) wypierane przez udźwiękowione (a wraz nim rozbłyskują megagwiazdy rozgadane); opowiada o miłości dojrzałego aktora ucieleśniającego epokę odchodzącą i początkującej aktorki podbijającej epokę nadchodzącą; wszystko podane jest po starożytnemu, zamiast dialogów słuchamy muzyki i z rzadka czytamy napisy, a odgrywający główne role Jean Dujardin (jak wyjęty z przeszłości, Douglas Fairbanks miałby konkurenta) oraz Berenice Bejo (oczywiście się w jej roztrzepotanych rzęsach zakochałem do obłędu) uprawiają gestykulację i mimikę tylko trochę przesadnie zamaszystą - żeby zbliżyć się do starego, ale nie rozdrażnić współczesnego widza zbyt anachronicznym. Ni to imitacja kina niemego, ni to hołd złożony kinu niememu przez świadomego twórcę dzisiejszego.

Jako kinofil przeżyłem absolutny odlot. Tak musiała się czuć Alicja po tamtej stronie lustra.

Z „Artystą” naprawdę podróżujesz do innego świata. Dzisiejsze filmy podzieliłbym z grubsza na trzy kategorie: 1) kino artystyczne lub artystowskie, które bywa wystudiowane, przeintelektualizowane i wyrachowane, a przez to chłodne, wyprane z emocji; 2) kino głównego nurtu, które oferuje powiada historie wciągające lub wręcz pasjonujące, lecz owija je w przezroczystą, czyli nudną formę; 3) kino spektakularne, które ogłusza efektami specjalnymi za milion dolarów na sekundę.

Niby jest wszystko, do wyboru do koloru, jednak prawie się nie zdarza, by seans stał się doświadczeniem totalnym w sensie dla sztuki ruchomych obrazków archetypicznym - na widza został rzucony urok, zaczarowany widz nie zadławi się nawet zatopiony lejącym się z ekranu patosem, bo nie siedzi na sali, lecz zostaje wciągnięty na ekran, gdzie wszystko jest dozwolone, możliwe, uprawnione.

Ja właśnie zostałem nie tyle uwiedziony, co urzeczony. To nie jest wśród obejrzanych przeze mnie ostatnio film najlepszy, specjalnie inspirujący, najbardziej zapadający w pamięć etc. Ba, gdyby opowiedzieć „Artystę” tradycyjnie, byłby zapewne banalnym melodramatem nie do zniesienia. Ale opowiedziany w sposób zaproponowany przez Michela Hazanaviciousa - po staroświecku, acz subtelnie tę staroświeckość retuszujący, by nie przeszarżować - przywraca kinu utracony przezeń wymiar magiczny. Bezcenne.

Co oczywiście poczują - lojalnie wolnych od uzależnień przestrzegam - prawdopodobnie tylko kinofile.

Tagi: kinofilia
16:21, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
Archiwum
Tagi