Wpisy z tagiem: Komercjalizacja futbolu

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

AC Milan, Silvio Berlusconi

O sprzedaży Milanu – ciągnęła się ta opera mydlana półtora roku – pisałem tutaj w czwartek, gdy negocjacje wreszcie sfinalizowano, a jesienią spisałem obszerną sylwetkę ustępującego właściciela klubu. Postanowiłem jednak dopisać jeszcze post scriptum, bo dotarło do mnie, że to on stworzył System, że nikt nie wpłynął bardziej na model nowoczesnego futbolu. Cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

wtorek, 17 stycznia 2017

Red Bull Salzburg, RB Lipsk

Fani klubów piłkarskich uwielbiają rozpaczać nad swoim losem, istnieje nawet zażarta rywalizacja o to, kto ma najgorzej.

Jerzy Pilch wielokrotnie pochlipywał, że bycie kibicem Cracovii jest dramatem egzystencjalnym, bo „Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach”. Zaprzyjaźniony świr od kopaniny angielskiej Michał Okoński utrzymuje, że w przyrodzie nie występują okoliczności, w których uwierzyłby, że jego ulubieni piłkarze cokolwiek wygrają, bo jako szalikowiec Tottenhamu ma mentalność „jamnika wychowanego pod szafą”. Jego redakcyjny kolega z „Tygodnika Powszechnego”, kierownik monumentalnego działu „Małpy” Łukasz Kwiatek, wmawia światu, że męki prawdziwie piekielne znosi przez całą doczesność jedynie homo futbolens skazany na Valencię. Znam wreszcie cały tłumek szurniętych typów z Rzymu, którzy wegetują w poczuciu bezsensu, ponieważ żarliwie wierzą, że w lidze włoskiej nie ma silnych na potajemną zmowę establishmentu turyńsko-mediolańskiego.

Zważcie, że nie przywołuję drużyn najgorszych na świecie i nie wypytuję cytowanych nieszczęśników, czy aby na pewno cierpią bardziej niż kibice Stali Mielec, Rotherham United, Getafe albo innego Ascoli. Nie wypytuję, bo wiem, że skala rozgoryczenia złym wynikiem jest wprost proporcjonalna do aspiracji. Boli przede wszystkim tych, którzy śnią o wielkości. Ewentualnie – wzdychają do wielkości przeszłej. Dlatego gdy ktoś mi mówi, że cierpi jak nikt inny na planecie, to mu życzliwie wierzę.

Znaczy ­– wierzyłem. Poglądy zmieniłem właśnie teraz, po przeprowadzce niejakiego Dayota Upamecano z kllubu Red Bull Salzburg do klubu RasenBallsport Leipzig.

Nie, nikt nie jest bardziej godnym współczucia kibicem niż kibice Salzburga.

Upamecano to młodzieniec ledwie 18-letni, zdążył rozegrać w Salzburgu ledwie 23 mecze. Ale talent posiada niezmierzony. Z Francją zdobył złoto juniorskich mistrzostw kontynentu, pożądały go europejskie potęgi. Dlatego właśnie zabrali Upamecano, w środku sezonu, do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Nadzwyczajny talent ujawnił też w Salzburgu Naby Keïta, obecnie 22-letni. Dlatego właśnie przed sezonem zabrali go do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Ładną przyszłość prorokuje się Benno Schmitzowi. Dlatego minionego lata zabrali go z Salzburga do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Tę samą podróż przebył 21-letni Bernardo, stacjonujący wcześniej w drużynie o romantycznej nazwie Red Bull Brasil. Rokuje, więc zabrali go z Salzburga do Lipska.

I nie sądźcie, że to wynalazek z wczoraj. Podstawowy bramkarz RB Leipzig Péter Gulácsi (lat 26) przybył z Salzburga rok wcześniej, podobnie jak pomocnik Stefan Ilsanket (24). Identyczną ścieżkę kariery wybrano dla Marcela Sabitzera, kolejnego istotnego dzisiaj członka podstawowego składu z Lipska, drużyny prężącej się na pozycji wicelidera niemieckiej Bundesligi. I jeszcze dla kilku innych graczy, których nazwisk nie wymieniam, ponieważ im się nie powiodło.

Słowem, Red Bull Salzburg egzystuje zasadniczo po to, by dostarczać pokarmu RasenBallsport Leipzig. Tak zdefiniowany sens istnienia w piłkarskim łańcuchu pokarmowym ma nawet swoją nazwę, mniejsze kluby regularnie podrzucające mięso większym klubom znamy jako „żywicieli”. Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że zachowują one pewną autonomię – mogą twardo negocjować cenę transferu, mają prawo zatrzymać sezon dłużej piłkarza związanego nimi kontraktem. (Choć ostatnio niektórzy uzależniają się od konkretnego potentata, jak Vitesse Arnhem od Chelsea, zdarza się to wręcz coraz częściej). Salzburg jest ubezwłasnowolniony. Menedżerowie odesłani przez Red Bulla do zarządzania jednym klubem nie będą przesadnie awanturować się z menedżerami odesłanymi przez Red Bulla do zarządzania innym klubem.

Salzburskim kibicom należy jednak współczuć przede wszystkim dlatego, że dano im nadzieję. Kiedy w 2005 roku drużynę przejął Dietrich Mateschitz – miliarder lokalny, austriacki – mieli wszelkie powody marzyć, wszak globalnego producenta napojów energetycznych stać na wszystko. Gdyby się zasłużył, można by nawet wybaczyć, że wymazał tradycyjną nazwę klubu i zastąpił jego godło logiem Red Bulla.

I rzeczywiście, od tamtej pory piłkarze Salzburga wygrywają krajową ligę właściwie sezon w sezon.

Ale im bardziej porywali się na Ligę Mistrzów, tym brutalniej obrywali w eliminacjach, nie wytrzymywali nawet zderzeń ze znacznie uboższymi rywalami z Luksemburga czy Litwy. Nie awansowali nigdy, stopniowo zyskując reputację powszechnie obśmiewanych fajtłapów, jakich Europa jeszcze nie widziała.

Dopiero teraz ostatecznie tracą jednak godność. No dobrze, nie zajrzałem do głów wszystkich salzburskich kibiców – myślę po swojemu, to ja bym się w ich sytuacji czuł skrajnie poniżony. Salzburg skarlał do klubiku bez podmiotowości, do przybudówki, do skrzynki z narzędziami, aż mam ochotę z typową dla siebie przesadą przyrównać go do niewolnika, który zbiera bawełnę wyłącznie dla zysków swego pana, w zamian otrzymuje jedynie wikt i dach nad głową. Chyba nie kombinuję zresztą nazbyt oryginalnie, skoro austriacki piłkarz Martin Hinteregger, który latem uparł się akurat na transfer do Augsburga, mówił, że „Lipsk niszczy Salzburg”, że wszystkie decyzje między oboma klubami podejmuje się na korzyść niemieckiego, że „Lipsk po prostu bierze, co zechce, więc Salzburg nigdy nie zdoła zbudować drużyny”.

Dobrze powiedziane, dlatego najbardziej nurtuje mnie, co się stanie, gdy oba czerwono-bycze kluby awansują do Ligi Mistrzów. UEFA, która teoretycznie nie dopuszcza udziału w rozgrywkach dwóch drużyn należących do tego samego właściciela, będzie udawała, że nie wie, iż pomimo formalnych wykrętów za RB Lipsk oraz RB Salzburg stoi jedno korpo? UEFA nie będzie udawała i zmusi do Mateschitza, by wybrał? Czyżby Salzburgowi groziło, że upadnie jeszcze niżej?

wtorek, 06 grudnia 2016

Football Leaks, podatki

Z dokumentów ujawnionych przez Football Leaks wynika przede wszystkim tyle, że światowa piłka nożna to rynek pracy dziwaczny i nielogiczny. Najtrudniej jest chyba tam nie zwariować.

Harmider wywołały przede wszystkim doniesienia – na okładce umieścił je szacowny „Der Spiegel”, ale 1,9 terabajta danych przez pół roku analizowało 12 redakcji z całej Europy – o milionach ukrytych w rajach podatkowych przez Cristiano Ronaldo, José Mourinho i wiele innych gwiazd, ze szczególnym uwzględnieniem zatrudnionych w Realu Madryt. Co powinniśmy raczej przyjąć ze wzruszeniem ramion, skoro od miesięcy wysłuchujemy o kiwających fiskusa sławach Barcelony. W sprawie Leo Messiego i Javiera Mascherano wyroki już zapadły, Neymar na rozprawę dopiero czeka, zaciągnięcie przed kolejnych delikwentów zdaje się nieuniknione. Po prostu piłkarze z samego szczytu wolą oddawać państwu mniej niż więcej, a nawet jeśli sami nie chcą, to doradcy wytłumaczą im, że tak trzeba, to ewidentnie stało się częścią kultury tego środowiska. Jak w globalnych korporacjach, które w skrajnych przypadkach okazują się być tak niedochodowe, że podatków nie płacą wcale.

Dlatego ciekawiej brzmi korespondencja ojca Martina Odegaarda, wybitnie zdolnego ponoć nastolatka pozyskanego przez Real, który stanowczo odmówił zarejestrowania w raju podatkowym firmy zarządzającej zyskami z praw do wizerunku syna. Norweg miał „zaoszczędzić” w ten sposób nawet dwa miliony euro rocznie, jednak uznał, że działałby niemoralnie. Bo są ludzie mniej zamożni, którzy „muszą poświęcić więcej, by zapłacić swoje podatki” – napisał Odegaard proponującym pomoc prawnikom.

Najbardziej intrygujące zapisy znajdujemy jednak w kontraktach piłkarzy. Okazuje się na przykład, że znakomity brazylijski obrońca Thiago Silva, choć wyciąga osiem milionów rocznie bez nagród za trofea, otrzymuje od Paris Saint-Germain 33333 euro premii za przestrzeganie kodeksu etycznego, rozumiane m.in. jako unikanie publicznej krytyki uderzającej w wizerunek klubu. Że Liverpool zobowiązywał się wynagradzać Mario Balotellemu dobre zachowanie jeszcze hojniej, bo milionem funtów, a wymagań nie miał przesadnych – włoskiemu napastnikowi wystarczyło nie uzbierać w sezonie więcej niż trzech (!) czerwonych kartek za brutalność, plucie na przeciwnika lub sędziego, ewentualnie obraźliwych gestów. Dowiedzieliśmy się też, że Matija Nastasić, piłkarz Schalke, ma prawo założyć inne skarpetki niż wyprodukowane przez Adidasa tylko pod warunkiem przedstawienia dowodów medycznych, że wyroby tego koncernu szkodzą jego zdrowiu. A Larry Kayode podpisał z Austrią Wiedeń umowę, wedle której: palenie jest zakazane, ale tylko w autokarze drużyny i kiedy reprezentuje klub na oficjalnych imprezach; wolno mu wyjść na miasto w wieczór przed meczem, o ile wróci do trzeciej nad ranem; zapłaci tysiące euro grzywny za opuszczenie ławki rezerwowych przed końcem meczu; odda 30 proc. pensji, jeśli zostanie przyłapany po pijanemu, ale tylko w miejscu publicznym lub na treningu... Imponujący regulamin jak na wyczynowego sportowca, prawda?

Barwnych kwiatków wyrasta z dokumentów mnóstwo, mnie szczególnie ujął kontrakt niejakiego Ezequiela Lavezziego, który nie wiedzieć czemu został bodaj najwyżej opłacanym – pomijam wpływy z reklam – piłkarzem świata. Zdaję sobie sprawę, że w lidze chińskiej budżety zmierzają ku nieskończoności, ale dlaczego do nieskończoności dąży też akurat gaża argentyńskiego skrzydłowego? Lavezzi przez 23 miesiące w Hebei China Fortune zarobi 56,7 mln euro (przelewane na konto w Luksemburgu), co uzmysławia, że hierarchia na futbolowym rynku pracy jest już nie tyle nielogiczna, bo obojętna na kryterium merytoryczne, ile wręcz surrealistyczna. Podobnie jak oczekiwania zawodników. Argentyńczykowi nie wystarczyła rekordowa pensja, on jeszcze zażądał kompletnie wyposażonego domu, kompletnie wyposażonego apartamentu, dwóch samochodów, osobistego kierowcy i osobistego kucharza. Oczywiście wszystko dostał.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Niewielu spośród polskich kibiców życzyło Legii rywali w Lidze Mistrzów możliwie najsłabszych, przeważali zwolennicy Barcelon, Reali i innych Bayernów. Co można uznać za przejaw zdrowego rozsądku – skoro nie ma szans, by z kimkolwiek wygrać, to chociaż popodziwiajmy z bliska wirtuozów, pozwólmy im pobłogosławić stopami nasze murawy. Ale można też wyczytać w zbiorowych reakcjach odruchowe poddaństwo, hodowany latami kompleks, który nie pozwala nam myśleć normalnymi kategoriami sportowymi. Nie pożądamy takich przeciwników, by Legia raczej podjęła walkę niż jej nie podjęła, lecz oczekujemy, że na jej stadionie przedefilują bożyszcza, a my powodzimy za nimi maślanymi oczyma.

To nie jest mentalność z Ligi Mistrzów. To jest mentalność okolicy, w której płacimy Barcelonie czy Realowi, by okazały łaskę, zajrzały do nas podczas wakacji i odbębniły lekkopółśredni sparing w niepodstawowym składzie. A potem jeszcze nasze media posłusznie potrąbiły o jakimś „Supermeczu”. Trener Legii wkomponowuje się w krajobraz idealnie – zamiast z koszyka rozstawionych chcieć CSKA Moskwa, głośno marzy o Realu.

W ogóle wszystko jest na tym obrazku spójne, bo w Madrycie też niechętnie zniżą się do latania do Warszawy. Współwłaściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski mówi w wywiadzie, że w Europie Legię „szanują”, tymczasem kontynentalna oligarchia od miesięcy radzi, jak zmienić formułę LM i odseparować się od Legii na zawsze. Oczywiście nie tylko od Legii, z przecieków wiemy, że jako rywala poniżej godności Realu jego przedstawiciele wymieniali podczas debat np. białoruskie BATE Borysów.

Podobnie kombinują w Barcelonie. W Bayernie. Nawet w Juventusie, który długo się przed ostateczną elitaryzacją futbolu klubowego wzbraniał. To jednak interes całej Serie A – skoro jej przedstawiciele niemal co sezon obrywają w kwalifikacjach Champions League i liga włoska wystawia w fazie grupowej ledwie dwie drużyny, to trzeba tak pogmerać w przepisach, żeby kwalifikacje wyminąć. I zawsze wystawiać cztery drużyny. Bez wychodzenia na boisko, bez udowodnienia, że jest się od kogokolwiek sportowo lepszym. Dotyczy to m.in. Milanu, który miał zapraszać Legię na sparing. Na sparing, owszem – ale w LM jej sobie nie życzy.

To się stanie już za chwilę. Rozanieleni popatrzymy jeszcze raz czy dwa, jak europejscy potentaci zgodzą się zaszczycić sobą polski stadion. A potem wielbione u nas Barcelona, Real czy Bayern do miejsc, których się brzydzą, wpadną ewentualnie co najwyżej za osobny hajs, po sezonie, na pokazową atrapę meczu piłkarskiego. Kibiców mają wszędzie, i tak przywita ich radosny pisk. Mentalnie jesteśmy gotowi.

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Paul Pogba, Manchester United

Po kolejnym rekordzie transferowym jak zwykle słychać oburzonych. Że wydane pieniądze są „absurdalne”. Że piłkarz „nie powinien tyle kosztować”.

Nie padają natomiast propozycje, jak ustalać cenę piłkarza, by była „rozsądna”. Sumę 110 mln euro, którą Manchester United zapłaci Juventusowi za Paula Pogbę, dyskwalifikuje po prostu to, że przebije wszystkie dotychczasowe, jest nowa, jeszcze się z nią nie oswoiliśmy. Choć na rynku dóbr luksusowych – lub z natury mających wartość niemierzalną twardą walutą – nie wydaje się szczególną ekstrawagancją. Skoro wysadzany klejnotami zegarek Choparda kosztuje 25 mln dolarów, Jeff Koons sprzedaje rzeźby za ponad 50 mln dol., a za dzieła artystów nieżyjących kolekcjonerzy płacą więcej niż za Pogbę... Ba, najdroższy w historii jacht – zbudowany m.in. ze złota, platyny, kości dinozaura i kawałków meteorytu – jest wart 4,5 miliarda dolarów. Zdrowego rozsądku tu nie odnajdziesz, za horrendalne kwoty zamożni ludzie kupują sobie prestiż lub realizują niezrozumiałe dla innych pasje.

Oczywiście, można – może wręcz wypada? – poczuć naturalną niechęć do tych zbytków zwłaszcza dzisiaj, w czasach bezprecedensowego rozziewu między majątkiem najbogatszych a nędzą najbiedniejszych. Sam bywam zdegustowany zarobkami piłkarzy (choć mój niesmak nie wzrasta wprost proporcjonalnie do wzrostu płac, ponieważ mam zbyt ubogą wyobraźnię, by objąć nią różnicę między 250 a 300 tys. tygodniówki). Tyle że gwiazdorzy boiska napędzają gigantyczny, dynamicznie rozwijający się przemysł rozrywkowy. I jeśli Pogba staje się częścią przedsiębiorstwa Manchester United, to punkt odniesienia stanowi dla niego raczej, powiedzmy, Matt Damon, który za tytułową rolę w filmie o Jasonie Bournie otrzymuje 20 mln dol. A przecież on na planie zdjęciowym spędza kilka tygodni, jego kompetencji nie pozyskuje się na kilka sezonów.

Wbrew nieśmiertelnym miejskim legendom kluby nie odzyskują kwot zainwestowanych w transfery poprzez sprzedaż koszulek – na nich zarabia się drobne, więcej wyciągają tu producenci sprzętu sportowego. Manchester United bardziej liczy na profity z 80 proc. praw do wizerunku Pogby oraz komercyjne kontrakty, których wysokość zależy od marketingowej potęgi całej drużyny wynikającej z popularności graczy o sławie francuskiego rozgrywającego. Kontrakty takie jak 10-letnia umowa z Adidasem, który co roku przelewa klubowi 75 mln funtów. Nie ma łatwego sposobu, żeby porachować, ile MU zarobi na nowym gwiazdorze, nie ustalimy też co do funta, ile wyciśnie ze sławy Zlatana Ibrahimovicia. Oni współdziałają i na murawie, i poza nią. Szefowie Adidasa są zachwyceni wielotygodniowymi medialnymi serialami transferowymi, a w 23-letnim Pogbie widzą idola młodych (od feerii fryzur po fetowanie goli dyskotekowymi pląsami tańca Dab), pozwalającego uwodzić nowe pokolenia klientów.

Można nawet zapomnieć na chwilę o liczbach bezwzględnych i ogłosić, że Francuz będzie najdroższy jedynie pozornie. Przecież kosztuje tylko 25 proc. więcej niż 29-letni Gonzalo Higuain, który z kolei kosztuje – on, król strzelców ligi włoskiej o skuteczności niespotykanej od dekad! – niespełna trzy razy więcej niż niesprawdzony jeszcze na wysokim poziomie Arkadiusz Milik. Nikt tu nie przepłaca, po prostu po rynku krąży więcej pieniędzy spływających m.in. z niebotycznych zysków ze sprzedaży praw do transmitowania meczów w telewizji. Pieniędzy rozdysponowywanych wręcz „rozsądniej” niż przed dekadę lub dwiema.

Kiedy w 1999 r. Inter Mediolan ustanawiał rekord transferowy, płacąc 49 mln euro za Christiana Vieriego, wydawał prawie 100 proc. swych rocznych przychodów. Kiedy w 2001 r. Real Madryt rzucał 75 mln na Zinedine’a Zidane’a, wydawał 55 proc. przychodów. Kiedy w 2009 r. ten sam klub wycenił Cristiano Ronaldo na 94 mln, wydawał już tylko 23 proc. przychodów. A dzisiaj Manchester United wyda na Pogbę skromne 21 proc. rocznych przychodów. Owszem, jest drogi. Ale nie aż tak drogi.

Chcecie, żeby piłkarze potanieli? Istnieje tylko jeden sposób. Ludzie muszą przestać się futbolem interesować. Wtedy ceny praw telewizyjnych spadną, a głaszczący własną próżność inwestorzy poszukają poklasku gdzie indziej.

niedziela, 21 lutego 2016

Manchester United, Deadpool

Wbrew medialnemu czarnemu PR-owi najbardziej utytułowanemu angielskiemu klubowi wiedzie się nie tyle świetnie, ile coraz świetniej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

środa, 10 lutego 2016

Katar, flaga

Skutki katarskiego nalotu na francuski futbol są coraz bardziej spektakularne. Piłkarzy PSG deprawują. Rywali – frustrują. Kibiców ligi francuskiej – okradają z emocji.

Popisy paryżan na krajowych boiskach przypominają trochę stare filmy z Jamesem Bondem. Podziwiasz widoki (w dzieciństwie zafascynowany wynotowywałem wszystkie miejsca na Ziemi, które zwiedził 007) i efekty specjalne (za paryskie odpowiada Zlatan), ale wszystkiego doświadczasz przy tętnie spoczynkowym, nie masz szans poczuć choćby śladowego napięcia – nie dość, że wiadomo, że superbohater zatriumfuje, to jeszcze nikt go raczej nie zadraśnie (dlatego zaznaczyłem: stare Bondy). I wiadomo, że wszystko mu wolno. Ten z ekranu zabija, kogo zechce, ten z boiska kupuje, kogo zechce. Emocji prawie żadnych.

No, może w bajeczkach o 007 niektóre sceny trochę emocji wywoływały, kino ma swoje sposoby, by widza zmanipulować. Ale w meczach PSG? Czyli akurat tam, gdzie emocje, jak to w sporcie, są ponoć niezbędne?

Uwaga, wyleję teraz wodospad cyferek.

W ostatnich 34 meczach ligowych meczach piłkarze Paris Saint Germain 31 razy wygrywali i trzykrotnie remisowali. Znaczy zdobyli 96 ze 102 możliwych do zdobycia punktów. 94-procentowa skuteczność.

Powiedzieć, że seria 34 meczów bez porażki jest najlepsza w czołowych ligach Europy, to nic nie powiedzieć. Następna w rankingu Barcelona pozostaje niepokonana od 15 kolejek. Juventus – od 14.

W bieżącym sezonie paryżanie biegali przy niekorzystnym wyniku ledwie trzykrotnie – przez 11 minut meczu z Marsylią, 37 minut meczu z Nantes i kilkadziesiąt sekund meczu ze Stade de Reims.

Jeszcze perfekcyjniej wygląda to na własnym stadionie. Tam zremisowali w tym sezonie tylko jedno z 17 spotkań.

Gdy natomiast przejrzeć wszystkie krajowe rozgrywki – i ligowe, i pucharowe – to ich najnowszy bilans pięknieje do 40 zwycięstw i trzech remisów w 43 próbach.

Tak, podstawowe czasowniki ze sportowego słownika są tutaj nieadekwatne, przecież paryżanie nie wygrywają, oni nawet nie dominują, lecz rywalami wręcz pomiatają. AS Monaco zajmuje w lidze pozycję wicelidera, ale do lidera mu nie bliżej (24 punkty) niż do strefy spadkowej (też 24 punkty). Roczny budżet Ajaccio nie wystarczyłby do opłacenia pensji Ezequiela Lavezziego, Ángela di Marii czy Edinsona Cavaniego, nie wspominając o najjaśniejszej gwieździe mistrzów Francji – Zlatanie Ibrahimoviciu. To bitwa lotniskowca z chmarą rybackich kutrów. Przestańmy opowiadać o Bayernie jako synonimie futbolowej władzy absolutnej, właściwy punkt odniesienia znajduje się w stolicy Francji. Interweniować próbował już nawet prezydent Francois Hollande, który podczas wizyty w Indiach do inwestowania w kluby Ligue 1 namawiał tamtejszych biznesmenów. By zafundować hegemonowi jakąkolwiek konkurencję. (Nawiasem mówiąc, Katarczyków wprowadził do Francji jego poprzednik i polityczny przeciwnik Nicolas Sarkozy).

To nie znaczy, że paryżanie zachwycają, ilekroć wmaszerują na boisko. Po niedzielnym zwycięstwie nad Olympique Marsylia – ósmym z rzędu w Le Classique! – niektórzy komentatorzy narzekali, że faworyci wyglądali szaro i niewyraźnie, być może ze względu na rozleniwiające poczucie całkowitego bezpieczeństwa. Nie wiem, czy oni zdają sobie z tego sprawę, ja policzyłem. Otóż gdyby PSG poprzegrywało wszystkie z pozostałych 13 ligowych meczów, a rywale zdobywaliby punkty w dotychczasowym tempie, lider i tak obroniłby tytuł!

Pardon, to nie jest walka o mistrzostwo, to jej karykatura.

A piłkarze albo się relaksują, albo wiercą. Adrien Rabiot próbował szantażem zmusić trenera, by go wystawiał w podstawowym składzie, chciał uciec na wypożyczenie; drugoplanowej roli nie chce też zaakceptować Marquinhos i według „L’Equipe” chętnie wybyłby z klubu choć dzisiaj (a może prze ku podwyżce? Opinie są podzielone); zirytowany koniecznością biegania po skrzydle Edinson Cavani poczucie krzywdy manifestuje publicznie i przedwcześnie wyjeżdża na wakacje z zimowego zgrupowania; zejścia z boiska odmówił w niedzielę David Luiz. I właściwie trudno się dziwić, że gwiazdorom przewraca się w głowach, czymś zająć je muszą. A krajowe granie toczy się rytmie sparingowo-relaksacyjnym.

Gdyby ktoś pomyślał, że tak oto bezlitosny, agresywny kapitalizm zabija sport, temu śpieszę podpowiedzieć, że najdłuższą ligową passę bez porażki w Europie przeżyła ze wszech miar socjalistyczna Steaua Bukareszt. W latach 1986-89 pozostawała niepokonana przez 106 meczów. Nawet ona jednak biła się wówczas o mistrzostwo Rumunii do ostatnich kolejek – ze stołecznym Dinamem.

Nie sądzę, by paryżanie tamten rekord pobili, dochodzę za to do wniosku, że porównaniem z początku tekstu skrzywdziłem opowiastki o Bondzie. Nie, one nigdy nie były aż tak przeraźliwie nudne. Nawet te najnudniejsze.

A opowieść o rozgrywkach złożonych z jednego olbrzyma i tłumu liliputów jest w dodatku dość smętna. Jeszcze chyba żaden zagraniczny inwestor, przynajmniej w miarę poważnej piłce, nie obszedł się z jakimiś rozgrywkami piłkarskimi aż tak bezceremonialnie i brutalnie. Im bardziej obserwuję jego skuteczność, tym bardziej boję się zawiązania europejskiej Superligi, dostępnej tylko dla najbogatszych. Przecież paryżanie nie będą wiecznie kopać leżących.

wtorek, 09 lutego 2016

Liverpool, Anfield Road

Rozważają strajk generalny. Wściekli się, bo uważają, że bezdyskusyjnie najbogatsza liga piłkarska znów chce ich oskubać. Najdroższe bilety świata będą jeszcze droższe.

Na razie 10 tys. fanów Liverpoolu opuściło stadion w 77. minucie sobotniego meczu z Sunderlandem, by zaprotestować przeciw podniesieniu ceny wejściówki na główną trybunę na Anfield Road - ma obowiązywać od przyszłego sezonu - właśnie do 77 funtów.

Ich jeszcze stać na symbolikę, kibice Arsenalu czy West Ham musieliby doczekać przynajmniej dogrywki. Tam bilety już dzisiaj kosztują odpowiednio 97 i 95 funtów.

Złość w tłumie narasta od lat. W kraju, w którym klub jako budujący wspólnotę fundament lokalnej tożsamości odgrywa szczególną rolę - druga liga angielska ma wyższą frekwencję niż pierwsza brazylijska, a trzecia liga angielska tylko ciut niższą niż polska ekstraklasa - futbol komercjalizuje się w szalonym tempie. I kibice płacą za wstęp na mecz Premier League kilkaset procent więcej niż w innych czołowych rozgrywkach w Europie, jak niemiecka Bundesliga czy hiszpańska La Liga. Niegdysiejsza rozrywka dla robotników zaczyna wymagać wyrzeczeń lub wręcz bywa niedostępna nawet dla klasy średniej. Nie mówiąc o ludziach młodych.

Dlatego niektórzy właściciele klubów dofinansowują fanom przynajmniej wyprawy na obce stadiony - Swansea gwarantuje, że za bilet na mecz wyjazdowy zapłacą maksymalnie 22 funty. A teraz toczy się dyskusja, czy cała liga nie powinna podjąć decyzji o zahamowaniu wzrostu cen dla kibiców przyjezdnych. I nie umówić się na 30 funtów jako górny pułap.

Według „Timesa” pomysł popierają m.in. Bournemouth, Southampton, Everton czy Newcastle - czyli biedniejsi, o ile wolno szukać biedniejszych w lidze, w której spadkowicz wyciąga z praw telewizyjnych więcej niż Bayern Monachium. Uszczuplać przychodów nie chcą natomiast potężniejsi, jak MU, MC, Arsenal, Chelsea czy Tottenham. Na razie projekt został odrzucony.

Wszystko to dzieje się, gdy Premier League wynegocjowała za prawa telewizyjne w latach 2016-19 horrendalne, absolutnie rekordowe w piłce nożnej 8,3 mld funtów. I bogacą się - znów: w obłędnym tempie - wszyscy zaangażowani w nią ludzie. Od piłkarzy i trenerów, przez klubowych działaczy, po pośredników transferowych. Nawet zarobki szefa związku zawodowego zawodników Gordona Taylora wzrosły z 1,13 mln do 3,37 mln rocznie.

Inaczej dynamikę zmian odczuwają fani, coraz bardziej oddaleni od idoli, których dopingują. Jeszcze trzy dekady temu wspólnie omawiali ostatni mecz w lokalnym pubie (w 1990 r. bilet na Anfield kosztował 4 funty), teraz znają piłkarzy tylko z mediów, w których czytają głównie o ich celebryckich ekstrawagancjach i pazerności. Dimitri Payet podpisał przed sezonem kontrakt z West Ham do 2020 r., ale już po kilku miesiącach gry - owszem, znakomitej - żąda nowego, oczywiście wyższego. Kibice zresztą zarzucają klubom chciwość również dlatego, że wobec gigantycznych dochodów z innych źródeł obciążanie ich kolejnymi podwyżkami cen biletów wpływa na budżety nieznacznie. I według „Daily Telegraph” rozważają strajk generalny. Wyjście ze wszystkich meczów jednej z najbliższych ligowych kolejek.

Ludzie aktualnie zatrudnieni w Premier League wypowiadają się o sprawie niechętnie, głośno zabrzmiał tylko Jürgen Klopp, który przybył do Liverpoolu z zupełnie innej kultury - w Bundeslidze VIP-y też płacą za loże sporo, ale kluby zarazem dbają, żeby na najtańsze miejsca na trybunach stać było wszystkich (choć i tam trybuny protestują ostatnio przeciw podwyżkom). Niemiecki trener oświadczył, że rozwiązania problemu trzeba szukać wyłącznie w porozumieniu z kibicami, by nie utracić tych najwierniejszych. A mógł jeszcze dodać, że afera wybuchła akurat w miejscu szczególnie dumnym z więzi lokalnej społeczności z klubem, wyrażanej w emocjonalnym, najsławniejszym wśród futbolowych hymnów utworze „You’ll Never Walk Alone”.

Awantura sięgnęła parlamentu. Buntowników z Anfield poparł John Pugh, poseł Liberalnych Demokratów, kibic Liverpoolu, który oskarżył właścicieli klubu - amerykańscy inwestorzy z Fenway Sports Group - że nie szanują najlojalniejszych fanów. I niewykluczone, że w Izbie Gmin odbędzie się debata o problemie redukowania futbolu do biznesu maksymalizującego zyski udziałowców.

Komercyjna agresywność menedżerów dotknęła już nawet piłkarzy. Tym z Liverpoolu zaoferowano ponoć prawo pierwszeństwa do wynajmu ekskluzywnych, zmodernizowanych ostatnio stadionowych loży na 25 osób za 300 tys. za sezon. Oni również się zbuntowali. Ale klub na tym nie straci - innych chętnych nie zabraknie.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Liga Mistrzów, rewolucja

Ma wybuchnąć w roku 2018, uderzy również w polski futbol. Planują ją najbogatsze kluby, które chcą być w elicie już zawsze. Jeśli nie dzięki sukcesowi w rozgrywkach krajowych, to choćby za historyczne zasługi.

Jeszcze mniej zaproszeń dla drużyn z krajów drugorzędnych i trzeciorzędnych, jeszcze więcej zaproszeń dla krajów pierwszorzędnych, już teraz uprzywilejowanych. Oto scenariusz zmian łagodnych, stosunkowo najmniej niebezpiecznych dla Lecha, Legii czy innych naszych klubów z ambicjami.

Zanim najbogatsi ludzie debatowali przed kilkoma dniami na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, zarządcy czołowych firm futbolowych spiskowali w Nyonie. Mówili o tym, co zwykle – jak zarobić więcej. Ale również o nowym – jak przeciwstawić się przytłaczającej przewadze finansowej ligi angielskiej. I rosnącej w takim tempie, że ma grozić pożarciem niemal całej, wyjąwszy może kilka wysepek luksusu (Real Madryt czy Paris Saint Germain), europejskiej konkurencji.

Wiadomo na razie tyle, że w sezonie 2018/19 Liga Mistrzów zostanie przekształcona. Nie wiadomo natomiast, jak radykalnie. Ale wiadomo też, że UEFA, poddana presji Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), wpuściła do swojego Komitetu Wykonawczego dwóch potężnych lobbystów – szefa ECA i zarazem prezesa Bayernu Monachium Karla-Heinza Rummenigge oraz prezesa Juventusu Turyn Andrei Agnellego. To oni będą negocjować w imieniu bogaczy, którzy naciskają coraz mocniej, zbliżając się do granicy szantażu. Albo znów zreformujecie LM na naszą korzyść, albo my zorganizujemy własną, częściowo zamkniętą Superligę.

Strategię zrodziło kilka wielkich liczb.

Po pierwsze, Agnelli zżyma się, że śledzona przez 1,6 mld kibiców piłka nożna marnuje swój potencjał, skoro jej najpopularniejsze rozgrywki przynoszą rocznie 1,3 mld euro z praw telewizyjnych, a wizytówka śledzonego przez ledwie 150 mln kibiców futbolu amerykańskiego, czyli NFL, wyciąga rocznie blisko 7 mld. Dlatego trzeba Champions League uatrakcyjnić.

Po drugie, ewentualny sezon bez LM kosztuje elitę zbyt wiele, nawet kilkadziesiąt milionów. Manchesteru United nie było w tych rozgrywkach w ubiegłym sezonie, być może nie będzie ich również w następnych. Prawdopodobnie nie awansuje do nich również Chelsea. Milanu brakuje w Champions League od dwóch lat i jesienią zabraknie go najpewniej ponownie. Na to globalne korporacje pozwolić sobie nie mogą. Czy raczej – nie chcą.

Po trzecie, najważniejsze, istnieje turniej uzmysławiający, ile można wyciągnąć z piłki nożnej. Angielska Premier League zagwarantowała sobie 3,5 mld euro rocznie za transmisje, czyli więcej niż jej główni konkurenci – ligi hiszpańska, niemiecka, włoska i francuska – razem wzięci. Prawdziwa fortuna dopiero do niej spłynie, a już dzisiaj zdumiewamy się, gdy widzimy, że West Ham czy Stoke stać na graczy formatu Dimitriego Payeta czy Xherdana Shaqiriego. Jeśli trend się nie odwróci, niebawem czołowe firmy z Serie A czy Bundesligi nie zdołają konkurować na rynku transferowym nawet z drużynami broniącymi się w Anglii przed spadkiem. Ba, zanosi się, że do czołowej „30” klubów o najwyższych przychodach na świecie wkrótce wepchnie się cała „20” z Premier League. To dlatego od koncepcji Superligi nie odżegnują się już wspomniani szefowie Bayernu i Juve, dotychczas zdecydowanie jej przeciwni.

Widmo Superligi – ekskluzywnego towarzystwa z nieodwołalnie zatrzaśniętymi drzwiami dla plebsu – wisi nad futbolem od dwóch dekad. Odpychał je prezes UEFA Michel Platini, obdarowując potentantów Finansowym Fair Play (projekt upada) czy trzecim miejscem w LM niepoprzedzonym udziałem w eliminacjach.

Teraz jednak w UEFA panuje bezkrólewie (Platini został zawieszony przez komisję etyki FIFA), a oligarchia jest zdeterminowana, by rewolucję wzniecić już w tym roku. Wtedy będzie można przygotować zupełnie nową ofertę przed negocjowaniem kolejnego kontraktu telewizyjnego, który zacznie obowiązywać właśnie od edycji 2018/19.

Bogaci żądają utworzenia ekskluzywnego grona klubów zapraszanego do każdej edycji LM – ze względu na markę i wyniki z przeszłości – i pozostawienia tylko niewielkiego odsetka zaproszeń, o które będzie się toczyć walka w kwalifikacjach, a także zwiększenia liczby meczów. A jeśli propozycja zostanie odrzucona, grożą zorganizowaniem wspomnianej Superligi, choćby pod egidą UEFA. Czyli turnieju na wzór NBA. Z gronem uczestników zamkniętym, ewentualnie częściowo co pewien czas odnawianym. Z sezonem podzielonym na fazę ligową (każdy gra z każdym) i pucharową. Z pojedynczymi meczami rozgrywanymi na innych kontynentach.

To wizje wciąż niedoprecyzowane, ale oddające kierunek myślenia rzeczywistów władców nowoczesnego futbolu. Oni biedoty sobie nie życzą, w geście dobrej woli mogą co najwyżej zaakceptować jej domieszkę – a biedotę rozumieją szeroko, widzą w niej wszystkich poza wąziutką elitą elit. I nawet jeśli nie przeforsują wariantu najradykalniejszego, to przeforsują taki, który jeszcze pogłębi gigantyczne nierówności.

W minionych pięciu latach przychody 20 najbogatszych klubów wzrosły o 1,5 mld dol. Przychody CAŁEJ reszty klubów z Europy – o 300 mln. Imponująca prędkość, ale to nie znaczy, że nie wolno jeszcze przyśpieszyć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi