Wpisy z tagiem: Komercjalizacja futbolu

sobota, 05 sierpnia 2017

Ucieczka Neymara do Paris Saint-Germain to transfer przełomowy, bodaj najbardziej znaczący w trwającej dekadzie. Nie ze względu na cenę – między klubami krąży tyle mamony, że zobojętnieliśmy, nawet 222 mln euro nikogo nie zwali z nóg. Istotniejsze, że ruch Brazylijczyka jeśli nie obala, to przynajmniej poważnie narusza hierarchię na szczytach.

Dotąd sytuacja była jasna: nad rynkiem panują Barcelona i Real Madryt. Bezapelacyjnie. Finansową elitę współtworzyły też kluby angielskie oraz paryski, które jednak stać było na każdego gracza świata tylko pod warunkiem, że nie chciały go potęgi rywalizujące w El Clásico, czyli najsłynniejszej futbolowej superprodukcji w dziejach futbolu.

Wyłom w regule uczynił minionego lata Paul Pogba. Juventus oraz agent Mino Raiola żądali za niego tyle, że Real Madryt postanowił nie licytować się z Manchesterem United – choć wziąłby we francuskim rozgrywającym, poza sportowym kunsztem, także gigantyczny potencjał marketingowy. Piłkarzy kupuje się już wszak wraz z klientelą obserwującą ich na Facebooku, Instagramie czy Twitterze, a Pogba to szafiarka razy milion, celebryta obłędnie popularny zwłaszcza wśród najmłodszych konsumentów. Dlatego kosztował 100 mln z okładem.

Wyjęcie z Barcelony brazylijskiego skrzydłowego jest ciosem jeszcze bardziej spektakularnym, brutalnym kopem w szczękę hegemona. Neymara lansowano na spadkobiercę Leo Messiego, Neymara dotychczasowy pracodawca desperacko chciał zatrzymać, Neymar komercyjnie waży wielokrotnie więcej (30 mln fanów na Twitterze) niż Pogba (3,65 mln, podaję oczywiście jedno z wielu kryteriów). Swoją wyprawą do stolicy Francji wykrzyczał, że El Clásico traci władzę absolutną. Z Barceloną i Realem nie tylko można zwycięsko konkurować na zakupach, im można wydrzeć megagwiazdę. I poważnie zagrożone zostały interesy całego hiszpańskiego biznesu futbolowego. Dlatego transakcję usiłował zablokować szef całej tamtejszej ligi, który uważa, że PSG łamie zasady wprowadzonego przez UEFA finansowego fair play, czyli „wydaje więcej niż zarabia” (jeśli wolno mi uprościć) - może kupić każdego, ponieważ jest sponsorowane przez katarski rząd.

Jego argumentacja w ogóle mnie nie wzrusza, w idei pieniężnej „czystej gry” widzę jedynie obronę starych oligarchów - Barcelony, Reale, Bayerny i inne wiodące marki - przed inwazją nowych oligarchów - PSG, Manchester City - którzy marketingowo liderom ustępują, ale polegają na właścicielach dysponujących budżetami bez dna. Dla czystej zgrywy popatrzyłbym na Katarczyków bezczelnie trollujących UEFA. Nie tyle oferujących Neymarowi 222 mln euro za rolę ambasadora mundialu 2022 (dzięki czemu piłkarz sam wykupuje się z Camp Nou), ile płacących, powiedzmy, 500 mln za jakiegoś podstarzałego rezerwowego PSG. Oczywiście transfer przeprowadzałby klub tamtejszej ligi, np. czerpiąc z rządowej darowizny...

Sugestie, jakoby Neymar był tak drogi, że Katarczycy gwałcą zdrowy rozsądek, uważam za pochopne. Przeciwnie, transakcja całkowicie mieści się w logice rynku. Brazylijczyk kosztował tylko pięć razy więcej niż niejaki Vinicius, wzięty właśnie za 45 mln euro przez Real Madryt nastolatek, który na razie spędził na boisku z dorosłymi ledwie kwadrans. I ledwie dwa razy więcej - z małym okładem - niż Romelu Lukaku, na dobrą sprawę rówieśnik Neymara, również atakujący, który dotąd operował w średnich stanach angielskiej Premier League. Biorąc pod uwagę aktualne standardy (dziesiątki milionów wyrzucane na obrońców w typie Kyle’a Walkera), a także skalę talentu, dotychczasowe osiągnięcia oraz wspomnianą wartość marketingową, supergwiazdor Barcelony kosztował jeśli nie tanio, to w normie. Inflacja cen podąża zresztą za dynamiką wzrostu przychodów, ba, europejski futbol znajduje się dzisiaj w znacznie lepszej kondycji finansowej niż przed kilku laty, kiedy nawet ligę hiszpańską straszono bankructwem. Neymara trzeba traktować jak element monstrualnego przedsiębiorstwa rozrywkowego, inwestycję nie mniej błahą niż setki milionów przeznaczane na hollywoodzkie opowiastki o superbohaterach.

Przede wszystkim jednak kwestia pieniędzy pozostaje tym razem drugorzędna. Katarczycy kolonizują zachodnie metropolie (m.in. skupując prestiżowe nieruchomości w Paryżach, Londynach czy Mediolanach) oraz przejmują kontrolę nad globalnym sportem (organizują dziesiątki imprez, sponsorowali także FC Barcelonę, której w pięć sezonów przelali 150 mln euro), by zademonstrować soft power. Wrosnąć w naszą cywilizację. I dlatego, że złoża gazu kiedyś się wyczerpią, i przez niepewną sytuację w regionie - właśnie dyplomatyczno-ekonomiczną wojnę wydały im Arabia Saudyjska, Egipt, Bahrajn oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, oskarżające maleńki kraik o wspieranie terroryzmu (fascynująco zawiła historia, zbyt skomplikowana, by opisywać ją podczas urlopu). Oni kupują przyszłość. Płacą za bezpieczeństwo, którego zagwarantują sobie tym więcej, im silniejsze będą ich więzi z Zachodem.

Transfer Neymara to nie projekt biznesowy czy czysto sportowy, lecz polityczny. Przemyślany, wcielony w życie w chwili kryzysowej, racjonalny.

piątek, 28 lipca 2017

International Champions Cup, El Clasico, Real Madryt - Barcelona

Nienawidzę sparingów. Ściślej: nienawidzę sparingów, które udają wielkie hity, i właściwie powoli przestają być sparingami, bo sparingi się nie opłacają – dzisiaj w sprzedaży są wyłącznie hity, wstyd oferować coś skromniejszego niż oszałamiające efekty specjalne, superprodukcja za kwintyliony, wzruszenia ekstremalne i obowiązkowo niezapomniane.

Jeszcze ściślej: nienawidzę pankontynentalnego tworu oblepionego metką International Champions Cup. Wymyślił go niejaki Stephen M. Ross, amerykański specjalista od monetyzowania popularności sportu, który – cytat z oficjalnej witryny internetowej – „zrewolucjonizał futbolowy krajobraz”. Jak sam mówi, nie podobało mu się nazywanie rozgrywanych podczas wakacji meczów „towarzyskimi” albo „pokazowymi”, bo fani nie chcą patrzeć, jak piłkarze grają o nic. I w materiałach agencji Relevent Sports, czyli organizatora International Champions Cup, przymiotniki „towarzyski” oraz „pokazowy” nie występują. Są zakazane. Piłkarze 17 słynnych europejskich marek gromadzą na stadionach chińskich, singapurskich i USA punkty, których liczba decyduje o kolejności w jednej z trzech tabel (dwóch „azjatyckich”, jednej „amerykańskiej”).

Najpierw kojarzyły mi się te rozgrywki z siatkarską Ligą Światową, która otwiera każdy sezon reprezentacyjny. Impreza komercyjna – bez rangi mistrzowskiej, ale mająca istotne znaczenie dla globalnego rankingu FIVB – wymyślona po to, by ożywić martwy wcześniej okres. Doszedłem jednak do wniosku, że bardziej przypominają osławioną Superligę. Czyli zamknięty turniej dla kasty uprzywilejowanych, którymi straszą nas jak dzieci bajkami o wiedźmach – najbogatsi odetną się od plebsu, nie będą ryzykować klęski w eliminacjach, będą w elicie grali zawsze. Do International Champions Cup zaproszono np. szósty w lidze włoskiej Milan oraz siódmy Inter, a nie np. czwartą Atalantę, bo Atalanta nikogo poza swoim regionem nie obchodzi, natomiast mediolańskie drużyny mają renomę ponadlokalną.

I sparingi na szczytach przestały istnieć. Zastąpiły je szlagiery, zarezerwowane dotąd dla Ligi Mistrzów. Ewentualnie – zdarzające się dwa razy na sezon w rozgrywkach krajowych.

Nienawidzę ich, bo niszczą naturalny porządek, w którym po wiośnie następuje lato, po nocy wstaje dzień, po miesiącach pracy wyjeżdżasz na wakacje, po kilkunastu godzinach na chodzie kładziesz się spać, po przebiegnięciu swojej dawki kilometrów bierzesz prysznic, po wychlaniu cysterny bimbru masz kaca.

I, do ciężkiej cholery, czasami nic się nie dzieje. Znaczy – nie dzieje się nic szczególnie ważnego. Zbijasz bąki wpatrzony w pień drzewa, któremu nigdy dotąd się nie przyjrzałeś, a może nawet, o zgrozo, się nudzisz.

Niestety, nicnierobienie to już dzisiaj grzech, czyn w najlepszym razie wątpliwy etycznie. W cywilizacji nadmiaru jedyną religią naprawdę uniwersalną jest konsumpcjonizm – na PKB musisz harować na okrągło, choć harówkę reklamuje się jako spełnianie najgłębszych potrzeb, niemal realizowanie samego siebie. W puszce z gazowanym napojem nie kupujesz gazowanego napoju, tylko emocje, styl życia, bycie cool.

A w oglądaniu z trybun International Champions Cup kupujesz, jak piszą organizatorzy, unikatowe i wyjątkowe – inny towar nie ma wartości – „fan experience”. Ekstazę przeżyją zwłaszcza naoczni świadkowie sobotniego El Clásico, czyli największego sukcesu Rossa. Amerykanin zdołał ściągnąć do Miami najsłynniejszy mecz futbolowy.

Jeszcze raz: nienawidzę tego. Chcę, żeby Real Madryt tłukł się z Barceloną od święta. Żeby sezon ogórkowy był sezonem ogórkowym. Żeby nie wpychali mi do gardła pięciu kilogramów krewetek także wtedy, gdy nie zacząłem jeszcze trawić wchłoniętych chwilę wcześniej pięciu kilogramów krewetek. Nie chcę ćwierćfinału Ligi Mistrzów w lipcu. Chcę, żeby czasami nic się nie działo. Dla psychicznej higieny.

Oczywiście nie mam szans, nawet jeśli czuję, że im więcej El Clásico na rok, tym bardziej pojedyncze El Clásico się dewaluuje. Amerykanie znają się na sportowym biznesie, wiedzą, co robią. A ja odnoszę wrażenie, że jestem szantażowany. „Przecież nie musisz oglądać” – powiecie. Tak, nie muszę, ale jak interesować się piłką nożną i opuścić awanturę madrycko-barcelońską?! Wykpić się prostą wymówką, że akurat jestem na detoksie?!

Miewam szatańską ochotę, by organizatorzy International Champions Cup zaproponowali za zwycięstwa w rozgrywkach gigantyczny szmal, wielokrotnie większy niż w Lidze Mistrzów. I sprawili, że kluby zaczynają je traktować serio. Specjalnie się do nich przygotowywać. Dla draki bym chciał, z poczucia bezradności, z ogarniającej mnie na myśl o jutrzejszym El Clásico irytacji, nawet furii. Łajdaki mnie mają, już teraz wiem, że o 1.45 w nocy z soboty na niedzielę otworzę telewizor i będę się na Barcelonę z Realem gapił. Zeżrę, co mi podadzą, innego wyjścia nie widzę, zwłaszcza że rozpocząłem urlop.

Oczywiście obiecywałem sobie, że w trakcie urlopu nie będę blogował.



poniedziałek, 17 kwietnia 2017

AC Milan, Silvio Berlusconi

O sprzedaży Milanu – ciągnęła się ta opera mydlana półtora roku – pisałem tutaj w czwartek, gdy negocjacje wreszcie sfinalizowano, a jesienią spisałem obszerną sylwetkę ustępującego właściciela klubu. Postanowiłem jednak dopisać jeszcze post scriptum, bo dotarło do mnie, że to on stworzył System, że nikt nie wpłynął bardziej na model nowoczesnego futbolu. Cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

wtorek, 17 stycznia 2017

Red Bull Salzburg, RB Lipsk

Fani klubów piłkarskich uwielbiają rozpaczać nad swoim losem, istnieje nawet zażarta rywalizacja o to, kto ma najgorzej.

Jerzy Pilch wielokrotnie pochlipywał, że bycie kibicem Cracovii jest dramatem egzystencjalnym, bo „Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach”. Zaprzyjaźniony świr od kopaniny angielskiej Michał Okoński utrzymuje, że w przyrodzie nie występują okoliczności, w których uwierzyłby, że jego ulubieni piłkarze cokolwiek wygrają, bo jako szalikowiec Tottenhamu ma mentalność „jamnika wychowanego pod szafą”. Jego redakcyjny kolega z „Tygodnika Powszechnego”, kierownik monumentalnego działu „Małpy” Łukasz Kwiatek, wmawia światu, że męki prawdziwie piekielne znosi przez całą doczesność jedynie homo futbolens skazany na Valencię. Znam wreszcie cały tłumek szurniętych typów z Rzymu, którzy wegetują w poczuciu bezsensu, ponieważ żarliwie wierzą, że w lidze włoskiej nie ma silnych na potajemną zmowę establishmentu turyńsko-mediolańskiego.

Zważcie, że nie przywołuję drużyn najgorszych na świecie i nie wypytuję cytowanych nieszczęśników, czy aby na pewno cierpią bardziej niż kibice Stali Mielec, Rotherham United, Getafe albo innego Ascoli. Nie wypytuję, bo wiem, że skala rozgoryczenia złym wynikiem jest wprost proporcjonalna do aspiracji. Boli przede wszystkim tych, którzy śnią o wielkości. Ewentualnie – wzdychają do wielkości przeszłej. Dlatego gdy ktoś mi mówi, że cierpi jak nikt inny na planecie, to mu życzliwie wierzę.

Znaczy ­– wierzyłem. Poglądy zmieniłem właśnie teraz, po przeprowadzce niejakiego Dayota Upamecano z kllubu Red Bull Salzburg do klubu RasenBallsport Leipzig.

Nie, nikt nie jest bardziej godnym współczucia kibicem niż kibice Salzburga.

Upamecano to młodzieniec ledwie 18-letni, zdążył rozegrać w Salzburgu ledwie 23 mecze. Ale talent posiada niezmierzony. Z Francją zdobył złoto juniorskich mistrzostw kontynentu, pożądały go europejskie potęgi. Dlatego właśnie zabrali Upamecano, w środku sezonu, do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Nadzwyczajny talent ujawnił też w Salzburgu Naby Keïta, obecnie 22-letni. Dlatego właśnie przed sezonem zabrali go do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Ładną przyszłość prorokuje się Benno Schmitzowi. Dlatego minionego lata zabrali go z Salzburga do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Tę samą podróż przebył 21-letni Bernardo, stacjonujący wcześniej w drużynie o romantycznej nazwie Red Bull Brasil. Rokuje, więc zabrali go z Salzburga do Lipska.

I nie sądźcie, że to wynalazek z wczoraj. Podstawowy bramkarz RB Leipzig Péter Gulácsi (lat 26) przybył z Salzburga rok wcześniej, podobnie jak pomocnik Stefan Ilsanket (24). Identyczną ścieżkę kariery wybrano dla Marcela Sabitzera, kolejnego istotnego dzisiaj członka podstawowego składu z Lipska, drużyny prężącej się na pozycji wicelidera niemieckiej Bundesligi. I jeszcze dla kilku innych graczy, których nazwisk nie wymieniam, ponieważ im się nie powiodło.

Słowem, Red Bull Salzburg egzystuje zasadniczo po to, by dostarczać pokarmu RasenBallsport Leipzig. Tak zdefiniowany sens istnienia w piłkarskim łańcuchu pokarmowym ma nawet swoją nazwę, mniejsze kluby regularnie podrzucające mięso większym klubom znamy jako „żywicieli”. Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że zachowują one pewną autonomię – mogą twardo negocjować cenę transferu, mają prawo zatrzymać sezon dłużej piłkarza związanego nimi kontraktem. (Choć ostatnio niektórzy uzależniają się od konkretnego potentata, jak Vitesse Arnhem od Chelsea, zdarza się to wręcz coraz częściej). Salzburg jest ubezwłasnowolniony. Menedżerowie odesłani przez Red Bulla do zarządzania jednym klubem nie będą przesadnie awanturować się z menedżerami odesłanymi przez Red Bulla do zarządzania innym klubem.

Salzburskim kibicom należy jednak współczuć przede wszystkim dlatego, że dano im nadzieję. Kiedy w 2005 roku drużynę przejął Dietrich Mateschitz – miliarder lokalny, austriacki – mieli wszelkie powody marzyć, wszak globalnego producenta napojów energetycznych stać na wszystko. Gdyby się zasłużył, można by nawet wybaczyć, że wymazał tradycyjną nazwę klubu i zastąpił jego godło logiem Red Bulla.

I rzeczywiście, od tamtej pory piłkarze Salzburga wygrywają krajową ligę właściwie sezon w sezon.

Ale im bardziej porywali się na Ligę Mistrzów, tym brutalniej obrywali w eliminacjach, nie wytrzymywali nawet zderzeń ze znacznie uboższymi rywalami z Luksemburga czy Litwy. Nie awansowali nigdy, stopniowo zyskując reputację powszechnie obśmiewanych fajtłapów, jakich Europa jeszcze nie widziała.

Dopiero teraz ostatecznie tracą jednak godność. No dobrze, nie zajrzałem do głów wszystkich salzburskich kibiców – myślę po swojemu, to ja bym się w ich sytuacji czuł skrajnie poniżony. Salzburg skarlał do klubiku bez podmiotowości, do przybudówki, do skrzynki z narzędziami, aż mam ochotę z typową dla siebie przesadą przyrównać go do niewolnika, który zbiera bawełnę wyłącznie dla zysków swego pana, w zamian otrzymuje jedynie wikt i dach nad głową. Chyba nie kombinuję zresztą nazbyt oryginalnie, skoro austriacki piłkarz Martin Hinteregger, który latem uparł się akurat na transfer do Augsburga, mówił, że „Lipsk niszczy Salzburg”, że wszystkie decyzje między oboma klubami podejmuje się na korzyść niemieckiego, że „Lipsk po prostu bierze, co zechce, więc Salzburg nigdy nie zdoła zbudować drużyny”.

Dobrze powiedziane, dlatego najbardziej nurtuje mnie, co się stanie, gdy oba czerwono-bycze kluby awansują do Ligi Mistrzów. UEFA, która teoretycznie nie dopuszcza udziału w rozgrywkach dwóch drużyn należących do tego samego właściciela, będzie udawała, że nie wie, iż pomimo formalnych wykrętów za RB Lipsk oraz RB Salzburg stoi jedno korpo? UEFA nie będzie udawała i zmusi do Mateschitza, by wybrał? Czyżby Salzburgowi groziło, że upadnie jeszcze niżej?

wtorek, 06 grudnia 2016

Football Leaks, podatki

Z dokumentów ujawnionych przez Football Leaks wynika przede wszystkim tyle, że światowa piłka nożna to rynek pracy dziwaczny i nielogiczny. Najtrudniej jest chyba tam nie zwariować.

Harmider wywołały przede wszystkim doniesienia – na okładce umieścił je szacowny „Der Spiegel”, ale 1,9 terabajta danych przez pół roku analizowało 12 redakcji z całej Europy – o milionach ukrytych w rajach podatkowych przez Cristiano Ronaldo, José Mourinho i wiele innych gwiazd, ze szczególnym uwzględnieniem zatrudnionych w Realu Madryt. Co powinniśmy raczej przyjąć ze wzruszeniem ramion, skoro od miesięcy wysłuchujemy o kiwających fiskusa sławach Barcelony. W sprawie Leo Messiego i Javiera Mascherano wyroki już zapadły, Neymar na rozprawę dopiero czeka, zaciągnięcie przed kolejnych delikwentów zdaje się nieuniknione. Po prostu piłkarze z samego szczytu wolą oddawać państwu mniej niż więcej, a nawet jeśli sami nie chcą, to doradcy wytłumaczą im, że tak trzeba, to ewidentnie stało się częścią kultury tego środowiska. Jak w globalnych korporacjach, które w skrajnych przypadkach okazują się być tak niedochodowe, że podatków nie płacą wcale.

Dlatego ciekawiej brzmi korespondencja ojca Martina Odegaarda, wybitnie zdolnego ponoć nastolatka pozyskanego przez Real, który stanowczo odmówił zarejestrowania w raju podatkowym firmy zarządzającej zyskami z praw do wizerunku syna. Norweg miał „zaoszczędzić” w ten sposób nawet dwa miliony euro rocznie, jednak uznał, że działałby niemoralnie. Bo są ludzie mniej zamożni, którzy „muszą poświęcić więcej, by zapłacić swoje podatki” – napisał Odegaard proponującym pomoc prawnikom.

Najbardziej intrygujące zapisy znajdujemy jednak w kontraktach piłkarzy. Okazuje się na przykład, że znakomity brazylijski obrońca Thiago Silva, choć wyciąga osiem milionów rocznie bez nagród za trofea, otrzymuje od Paris Saint-Germain 33333 euro premii za przestrzeganie kodeksu etycznego, rozumiane m.in. jako unikanie publicznej krytyki uderzającej w wizerunek klubu. Że Liverpool zobowiązywał się wynagradzać Mario Balotellemu dobre zachowanie jeszcze hojniej, bo milionem funtów, a wymagań nie miał przesadnych – włoskiemu napastnikowi wystarczyło nie uzbierać w sezonie więcej niż trzech (!) czerwonych kartek za brutalność, plucie na przeciwnika lub sędziego, ewentualnie obraźliwych gestów. Dowiedzieliśmy się też, że Matija Nastasić, piłkarz Schalke, ma prawo założyć inne skarpetki niż wyprodukowane przez Adidasa tylko pod warunkiem przedstawienia dowodów medycznych, że wyroby tego koncernu szkodzą jego zdrowiu. A Larry Kayode podpisał z Austrią Wiedeń umowę, wedle której: palenie jest zakazane, ale tylko w autokarze drużyny i kiedy reprezentuje klub na oficjalnych imprezach; wolno mu wyjść na miasto w wieczór przed meczem, o ile wróci do trzeciej nad ranem; zapłaci tysiące euro grzywny za opuszczenie ławki rezerwowych przed końcem meczu; odda 30 proc. pensji, jeśli zostanie przyłapany po pijanemu, ale tylko w miejscu publicznym lub na treningu... Imponujący regulamin jak na wyczynowego sportowca, prawda?

Barwnych kwiatków wyrasta z dokumentów mnóstwo, mnie szczególnie ujął kontrakt niejakiego Ezequiela Lavezziego, który nie wiedzieć czemu został bodaj najwyżej opłacanym – pomijam wpływy z reklam – piłkarzem świata. Zdaję sobie sprawę, że w lidze chińskiej budżety zmierzają ku nieskończoności, ale dlaczego do nieskończoności dąży też akurat gaża argentyńskiego skrzydłowego? Lavezzi przez 23 miesiące w Hebei China Fortune zarobi 56,7 mln euro (przelewane na konto w Luksemburgu), co uzmysławia, że hierarchia na futbolowym rynku pracy jest już nie tyle nielogiczna, bo obojętna na kryterium merytoryczne, ile wręcz surrealistyczna. Podobnie jak oczekiwania zawodników. Argentyńczykowi nie wystarczyła rekordowa pensja, on jeszcze zażądał kompletnie wyposażonego domu, kompletnie wyposażonego apartamentu, dwóch samochodów, osobistego kierowcy i osobistego kucharza. Oczywiście wszystko dostał.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Niewielu spośród polskich kibiców życzyło Legii rywali w Lidze Mistrzów możliwie najsłabszych, przeważali zwolennicy Barcelon, Reali i innych Bayernów. Co można uznać za przejaw zdrowego rozsądku – skoro nie ma szans, by z kimkolwiek wygrać, to chociaż popodziwiajmy z bliska wirtuozów, pozwólmy im pobłogosławić stopami nasze murawy. Ale można też wyczytać w zbiorowych reakcjach odruchowe poddaństwo, hodowany latami kompleks, który nie pozwala nam myśleć normalnymi kategoriami sportowymi. Nie pożądamy takich przeciwników, by Legia raczej podjęła walkę niż jej nie podjęła, lecz oczekujemy, że na jej stadionie przedefilują bożyszcza, a my powodzimy za nimi maślanymi oczyma.

To nie jest mentalność z Ligi Mistrzów. To jest mentalność okolicy, w której płacimy Barcelonie czy Realowi, by okazały łaskę, zajrzały do nas podczas wakacji i odbębniły lekkopółśredni sparing w niepodstawowym składzie. A potem jeszcze nasze media posłusznie potrąbiły o jakimś „Supermeczu”. Trener Legii wkomponowuje się w krajobraz idealnie – zamiast z koszyka rozstawionych chcieć CSKA Moskwa, głośno marzy o Realu.

W ogóle wszystko jest na tym obrazku spójne, bo w Madrycie też niechętnie zniżą się do latania do Warszawy. Współwłaściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski mówi w wywiadzie, że w Europie Legię „szanują”, tymczasem kontynentalna oligarchia od miesięcy radzi, jak zmienić formułę LM i odseparować się od Legii na zawsze. Oczywiście nie tylko od Legii, z przecieków wiemy, że jako rywala poniżej godności Realu jego przedstawiciele wymieniali podczas debat np. białoruskie BATE Borysów.

Podobnie kombinują w Barcelonie. W Bayernie. Nawet w Juventusie, który długo się przed ostateczną elitaryzacją futbolu klubowego wzbraniał. To jednak interes całej Serie A – skoro jej przedstawiciele niemal co sezon obrywają w kwalifikacjach Champions League i liga włoska wystawia w fazie grupowej ledwie dwie drużyny, to trzeba tak pogmerać w przepisach, żeby kwalifikacje wyminąć. I zawsze wystawiać cztery drużyny. Bez wychodzenia na boisko, bez udowodnienia, że jest się od kogokolwiek sportowo lepszym. Dotyczy to m.in. Milanu, który miał zapraszać Legię na sparing. Na sparing, owszem – ale w LM jej sobie nie życzy.

To się stanie już za chwilę. Rozanieleni popatrzymy jeszcze raz czy dwa, jak europejscy potentaci zgodzą się zaszczycić sobą polski stadion. A potem wielbione u nas Barcelona, Real czy Bayern do miejsc, których się brzydzą, wpadną ewentualnie co najwyżej za osobny hajs, po sezonie, na pokazową atrapę meczu piłkarskiego. Kibiców mają wszędzie, i tak przywita ich radosny pisk. Mentalnie jesteśmy gotowi.

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Paul Pogba, Manchester United

Po kolejnym rekordzie transferowym jak zwykle słychać oburzonych. Że wydane pieniądze są „absurdalne”. Że piłkarz „nie powinien tyle kosztować”.

Nie padają natomiast propozycje, jak ustalać cenę piłkarza, by była „rozsądna”. Sumę 110 mln euro, którą Manchester United zapłaci Juventusowi za Paula Pogbę, dyskwalifikuje po prostu to, że przebije wszystkie dotychczasowe, jest nowa, jeszcze się z nią nie oswoiliśmy. Choć na rynku dóbr luksusowych – lub z natury mających wartość niemierzalną twardą walutą – nie wydaje się szczególną ekstrawagancją. Skoro wysadzany klejnotami zegarek Choparda kosztuje 25 mln dolarów, Jeff Koons sprzedaje rzeźby za ponad 50 mln dol., a za dzieła artystów nieżyjących kolekcjonerzy płacą więcej niż za Pogbę... Ba, najdroższy w historii jacht – zbudowany m.in. ze złota, platyny, kości dinozaura i kawałków meteorytu – jest wart 4,5 miliarda dolarów. Zdrowego rozsądku tu nie odnajdziesz, za horrendalne kwoty zamożni ludzie kupują sobie prestiż lub realizują niezrozumiałe dla innych pasje.

Oczywiście, można – może wręcz wypada? – poczuć naturalną niechęć do tych zbytków zwłaszcza dzisiaj, w czasach bezprecedensowego rozziewu między majątkiem najbogatszych a nędzą najbiedniejszych. Sam bywam zdegustowany zarobkami piłkarzy (choć mój niesmak nie wzrasta wprost proporcjonalnie do wzrostu płac, ponieważ mam zbyt ubogą wyobraźnię, by objąć nią różnicę między 250 a 300 tys. tygodniówki). Tyle że gwiazdorzy boiska napędzają gigantyczny, dynamicznie rozwijający się przemysł rozrywkowy. I jeśli Pogba staje się częścią przedsiębiorstwa Manchester United, to punkt odniesienia stanowi dla niego raczej, powiedzmy, Matt Damon, który za tytułową rolę w filmie o Jasonie Bournie otrzymuje 20 mln dol. A przecież on na planie zdjęciowym spędza kilka tygodni, jego kompetencji nie pozyskuje się na kilka sezonów.

Wbrew nieśmiertelnym miejskim legendom kluby nie odzyskują kwot zainwestowanych w transfery poprzez sprzedaż koszulek – na nich zarabia się drobne, więcej wyciągają tu producenci sprzętu sportowego. Manchester United bardziej liczy na profity z 80 proc. praw do wizerunku Pogby oraz komercyjne kontrakty, których wysokość zależy od marketingowej potęgi całej drużyny wynikającej z popularności graczy o sławie francuskiego rozgrywającego. Kontrakty takie jak 10-letnia umowa z Adidasem, który co roku przelewa klubowi 75 mln funtów. Nie ma łatwego sposobu, żeby porachować, ile MU zarobi na nowym gwiazdorze, nie ustalimy też co do funta, ile wyciśnie ze sławy Zlatana Ibrahimovicia. Oni współdziałają i na murawie, i poza nią. Szefowie Adidasa są zachwyceni wielotygodniowymi medialnymi serialami transferowymi, a w 23-letnim Pogbie widzą idola młodych (od feerii fryzur po fetowanie goli dyskotekowymi pląsami tańca Dab), pozwalającego uwodzić nowe pokolenia klientów.

Można nawet zapomnieć na chwilę o liczbach bezwzględnych i ogłosić, że Francuz będzie najdroższy jedynie pozornie. Przecież kosztuje tylko 25 proc. więcej niż 29-letni Gonzalo Higuain, który z kolei kosztuje – on, król strzelców ligi włoskiej o skuteczności niespotykanej od dekad! – niespełna trzy razy więcej niż niesprawdzony jeszcze na wysokim poziomie Arkadiusz Milik. Nikt tu nie przepłaca, po prostu po rynku krąży więcej pieniędzy spływających m.in. z niebotycznych zysków ze sprzedaży praw do transmitowania meczów w telewizji. Pieniędzy rozdysponowywanych wręcz „rozsądniej” niż przed dekadę lub dwiema.

Kiedy w 1999 r. Inter Mediolan ustanawiał rekord transferowy, płacąc 49 mln euro za Christiana Vieriego, wydawał prawie 100 proc. swych rocznych przychodów. Kiedy w 2001 r. Real Madryt rzucał 75 mln na Zinedine’a Zidane’a, wydawał 55 proc. przychodów. Kiedy w 2009 r. ten sam klub wycenił Cristiano Ronaldo na 94 mln, wydawał już tylko 23 proc. przychodów. A dzisiaj Manchester United wyda na Pogbę skromne 21 proc. rocznych przychodów. Owszem, jest drogi. Ale nie aż tak drogi.

Chcecie, żeby piłkarze potanieli? Istnieje tylko jeden sposób. Ludzie muszą przestać się futbolem interesować. Wtedy ceny praw telewizyjnych spadną, a głaszczący własną próżność inwestorzy poszukają poklasku gdzie indziej.

niedziela, 21 lutego 2016

Manchester United, Deadpool

Wbrew medialnemu czarnemu PR-owi najbardziej utytułowanemu angielskiemu klubowi wiedzie się nie tyle świetnie, ile coraz świetniej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

środa, 10 lutego 2016

Katar, flaga

Skutki katarskiego nalotu na francuski futbol są coraz bardziej spektakularne. Piłkarzy PSG deprawują. Rywali – frustrują. Kibiców ligi francuskiej – okradają z emocji.

Popisy paryżan na krajowych boiskach przypominają trochę stare filmy z Jamesem Bondem. Podziwiasz widoki (w dzieciństwie zafascynowany wynotowywałem wszystkie miejsca na Ziemi, które zwiedził 007) i efekty specjalne (za paryskie odpowiada Zlatan), ale wszystkiego doświadczasz przy tętnie spoczynkowym, nie masz szans poczuć choćby śladowego napięcia – nie dość, że wiadomo, że superbohater zatriumfuje, to jeszcze nikt go raczej nie zadraśnie (dlatego zaznaczyłem: stare Bondy). I wiadomo, że wszystko mu wolno. Ten z ekranu zabija, kogo zechce, ten z boiska kupuje, kogo zechce. Emocji prawie żadnych.

No, może w bajeczkach o 007 niektóre sceny trochę emocji wywoływały, kino ma swoje sposoby, by widza zmanipulować. Ale w meczach PSG? Czyli akurat tam, gdzie emocje, jak to w sporcie, są ponoć niezbędne?

Uwaga, wyleję teraz wodospad cyferek.

W ostatnich 34 meczach ligowych meczach piłkarze Paris Saint Germain 31 razy wygrywali i trzykrotnie remisowali. Znaczy zdobyli 96 ze 102 możliwych do zdobycia punktów. 94-procentowa skuteczność.

Powiedzieć, że seria 34 meczów bez porażki jest najlepsza w czołowych ligach Europy, to nic nie powiedzieć. Następna w rankingu Barcelona pozostaje niepokonana od 15 kolejek. Juventus – od 14.

W bieżącym sezonie paryżanie biegali przy niekorzystnym wyniku ledwie trzykrotnie – przez 11 minut meczu z Marsylią, 37 minut meczu z Nantes i kilkadziesiąt sekund meczu ze Stade de Reims.

Jeszcze perfekcyjniej wygląda to na własnym stadionie. Tam zremisowali w tym sezonie tylko jedno z 17 spotkań.

Gdy natomiast przejrzeć wszystkie krajowe rozgrywki – i ligowe, i pucharowe – to ich najnowszy bilans pięknieje do 40 zwycięstw i trzech remisów w 43 próbach.

Tak, podstawowe czasowniki ze sportowego słownika są tutaj nieadekwatne, przecież paryżanie nie wygrywają, oni nawet nie dominują, lecz rywalami wręcz pomiatają. AS Monaco zajmuje w lidze pozycję wicelidera, ale do lidera mu nie bliżej (24 punkty) niż do strefy spadkowej (też 24 punkty). Roczny budżet Ajaccio nie wystarczyłby do opłacenia pensji Ezequiela Lavezziego, Ángela di Marii czy Edinsona Cavaniego, nie wspominając o najjaśniejszej gwieździe mistrzów Francji – Zlatanie Ibrahimoviciu. To bitwa lotniskowca z chmarą rybackich kutrów. Przestańmy opowiadać o Bayernie jako synonimie futbolowej władzy absolutnej, właściwy punkt odniesienia znajduje się w stolicy Francji. Interweniować próbował już nawet prezydent Francois Hollande, który podczas wizyty w Indiach do inwestowania w kluby Ligue 1 namawiał tamtejszych biznesmenów. By zafundować hegemonowi jakąkolwiek konkurencję. (Nawiasem mówiąc, Katarczyków wprowadził do Francji jego poprzednik i polityczny przeciwnik Nicolas Sarkozy).

To nie znaczy, że paryżanie zachwycają, ilekroć wmaszerują na boisko. Po niedzielnym zwycięstwie nad Olympique Marsylia – ósmym z rzędu w Le Classique! – niektórzy komentatorzy narzekali, że faworyci wyglądali szaro i niewyraźnie, być może ze względu na rozleniwiające poczucie całkowitego bezpieczeństwa. Nie wiem, czy oni zdają sobie z tego sprawę, ja policzyłem. Otóż gdyby PSG poprzegrywało wszystkie z pozostałych 13 ligowych meczów, a rywale zdobywaliby punkty w dotychczasowym tempie, lider i tak obroniłby tytuł!

Pardon, to nie jest walka o mistrzostwo, to jej karykatura.

A piłkarze albo się relaksują, albo wiercą. Adrien Rabiot próbował szantażem zmusić trenera, by go wystawiał w podstawowym składzie, chciał uciec na wypożyczenie; drugoplanowej roli nie chce też zaakceptować Marquinhos i według „L’Equipe” chętnie wybyłby z klubu choć dzisiaj (a może prze ku podwyżce? Opinie są podzielone); zirytowany koniecznością biegania po skrzydle Edinson Cavani poczucie krzywdy manifestuje publicznie i przedwcześnie wyjeżdża na wakacje z zimowego zgrupowania; zejścia z boiska odmówił w niedzielę David Luiz. I właściwie trudno się dziwić, że gwiazdorom przewraca się w głowach, czymś zająć je muszą. A krajowe granie toczy się rytmie sparingowo-relaksacyjnym.

Gdyby ktoś pomyślał, że tak oto bezlitosny, agresywny kapitalizm zabija sport, temu śpieszę podpowiedzieć, że najdłuższą ligową passę bez porażki w Europie przeżyła ze wszech miar socjalistyczna Steaua Bukareszt. W latach 1986-89 pozostawała niepokonana przez 106 meczów. Nawet ona jednak biła się wówczas o mistrzostwo Rumunii do ostatnich kolejek – ze stołecznym Dinamem.

Nie sądzę, by paryżanie tamten rekord pobili, dochodzę za to do wniosku, że porównaniem z początku tekstu skrzywdziłem opowiastki o Bondzie. Nie, one nigdy nie były aż tak przeraźliwie nudne. Nawet te najnudniejsze.

A opowieść o rozgrywkach złożonych z jednego olbrzyma i tłumu liliputów jest w dodatku dość smętna. Jeszcze chyba żaden zagraniczny inwestor, przynajmniej w miarę poważnej piłce, nie obszedł się z jakimiś rozgrywkami piłkarskimi aż tak bezceremonialnie i brutalnie. Im bardziej obserwuję jego skuteczność, tym bardziej boję się zawiązania europejskiej Superligi, dostępnej tylko dla najbogatszych. Przecież paryżanie nie będą wiecznie kopać leżących.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi