Wpisy z tagiem: geografia futbolu

wtorek, 13 marca 2012

Pichichi, Emilio Arteta

Dziś o świcie rozpocząłem kilkudniową pielgrzymkę do Bilbao, którego najważniejszą budowlą wcale nie jest Muzeum Guggenheima, lecz San Mames, stadion drużyny Athletic zwany także Katedrą. Popracuję tutaj nad obszerniejszym tekstem - opublikujemy go, mam nadzieję, w najbliższej „Gazecie Sport.pl” - o jednym z najbardziej niezwykłych futbolowych klubów w Europie. O klubie, który w erze absolutnego zniesienia granic i wznoszenia w szatniach Wież Babel, o jakich autorom Biblii się nie śniło, nadal trzyma się świętej zasady zatrudniania wyłącznie piłkarzy ściśle związanych z regionem. Świadomie nie piszę, że szefowie Athletiku przyjmują wyłącznie Basków, bo uprawiają politykę mniej restrykcyjną niż przeciętnemu kibicowi się wydaje. Tak czy owak jednak ich konsekwencja zasługuje na podziw - nawet Barcelona, również dumna z pielęgnowania związków klubu z regionem, nie odważyła się samoograniczyć do tego stopnia, by wypuszczać na boisko wyłącznie Katalończyków lub prawie Katalończyków.

W Bilbao samoograniczają się od zawsze, a jednak nigdy nie spadli z Primera Division i w ogóle napisali kilka rozdziałów historii hiszpańskiej piłki najsławniejszych. Zdobyli najwięcej trofeów po Realu Madryt i Barcelonie. To tutaj eksperymentował - z powodzeniem - trener będący prekursorem tiki-taki, stylu gry kojarzonego dziś głównie z Katalonią (o Fredzie Pentlandzie już blogowałem). To tutaj nad bramkarzami znęcał się legendarny Rafael Moreno Aranzadi, zabójczy snajper znany także jako Pichichi, od którego przydomka pochodzi nazwa nagrody dla króla strzelców ligi hiszpańskiej (zmarł przed trzydziestką na tyfus, żadne ruchome obrazki z jego wyczynami nie przetrwały, uwiecznił go za to na płótnie Emilio Arteta, zerknijcie nad notkę). To stąd wywodziło się najwięcej reprezentantów Hiszpanii, a Lezama - tam ćwiczą młodzi i starzy piłkarze Athletiku, jutro się wybieram - zajmuje na mapie iberyjskiej piłki miejsce niemal tak poczesne, jak barcelońska La Masia.

Wyprawę zaplanowałem jeszcze w zeszłym roku, nie przypuszczając, że wyląduję w Bilbao w tak fascynującym momencie. Choć drużynę rzeźbił już wtedy Marcelo Bielsa - zjawiskowy trener oryginał, nazywany powszechnie Szaleńcem („El Loco”) - nie mogłem przewidzieć, iż marzec jego gracze rozpoczną od sensacyjnego triumfu na Old Trafford, więc przylecę do nich na rewanż, w którym mogą wyeliminować z Ligi Europejskiej Manchester United.

Jeśli wyeliminują, jeszcze wyraźniej dostrzeżemy kierunek zmian futbolowej geografii. Maniacko zwracam uwagę na latynizację angielskiej Premier League i w ogóle czołowych klubów na naszym kontynencie, teraz wreszcie wypada zauważyć, że pomimo upływu krwi kluby Primera Division nie zwalniają - w XXI wieku to one miały wśród triumfatorów międzynarodowych rozgrywek najwięcej przedstawicieli (Real Madryt i Barcelona w Lidze Mistrzów, Atletico Madryt, Sevilla i Valencia w Lidze Europejskiej/Pucharze UEFA), chwaliły się też przegranymi finalistami (Alaves, Espanyol), a teraz ewidentnie mają ochotę uwieść nas wszystkich baskijskim etapem twórczości Marcelo Bielsy. Jeszcze spektakularniej wyglądają jednak dokonania całego Półwyspu Iberyjskiego, czyli europejskiej części świata latynoskiego. W minionym sezonie dwa miejsca w półfinale Champions League obsadziły Barcelona i Real Madryt, a wszystkie miejsca w półfinale Ligi Europejskiej zajęły FC Porto, Braga, Benfica Lizbona oraz Villarreal.

Tej wiosny powtórka wydaje się całkiem realna. Latynosi zabawiają się do upadłego, również - jak w mniejszej skali Baskowie - opierając się na własnych siłach i rzadko stawiając na piłkarzy spoza regionów hiszpańsko- i portugalskojęzycznych. Jeśli nie wyhamują, jeszcze wzmocnią swoją pozycję w „medalowej” klasyfikacji pucharów trwającego stulecia, którą sporządziłem sumując wyniki LM, PUEFA i LE od sezonu 2000/2001:

Hiszpania               8 trofeów     3 finałowe porażki

Anglia                      3                   8

Portugalia              3                   2

Włochy                    3                2

Rosja                       2               0

Niemcy                    1                 4

środa, 01 lutego 2012

 El fútbol vuelve a casa

Chyba jeszcze tutaj nie zeznawałem, że od lat czuję specjalną sympatię do Davida Pizarro. Piłkarza niepozornego, o trudnym charakterze (przez to często skłóconego z trenerami), ale urzekającego mnie techniką, sposobem prowadzenia, osłaniania oraz podawania piłki i w ogóle stylem rozgrywania. To jeden z tych graczy, którzy wywołują wrażenie, że gdyby życie ułożyło im się szczęśliwiej, to osiągnęliby znacznie więcej. Ja zawsze widziałem w nim kopię - owszem, słabszą - Xaviego Hernandeza, kiedy więc w Romie wylądował trener Luis Enrique, by przeszczepić na jej boisko filozofię futbolu barcelońską, sądziłem, że mojego ulubionego Chilijczyka pasuje na małego rycerza środka pola.

Myliłem się, Luis Enrique stawia na innych, zatem Pizarro został właśnie odesłany do Manchesteru City, gdzie spotka się ze swoim starym znajomym z Interu - trenerem Roberto Mancinim.

A ja znów się rozmarzyłem. Wyobraziłem sobie, że Manchester City wznosi małą Barcelonę. Wokół monumentalnego Yaya Toure, gracza ewidentnie swojemu klubowi niezbędnego, rozstawia zgraję kurdupli o szybkich nogach, giętkich stopach i/lub bogatej piłkarskiej wyobraźni - Pizarro, Samira Nasriego, Sergio Aguero, Davida Silvę oraz awanturnika Carlosa Teveza. To byłby materiał na grupę uprawiającą futbol zjawiskowy, w Anglii niewidziany od szczytowego okresu wengerowego Arsenalu:

football formations

Na diagramie z premedytacją umieściłem narodowości graczy, bo transfer Pizarro znów przypomniał mi o postępującej latynizacji ligi angielskiej, o której jesienią spłodziłem obszerny felieton.

Dynamicznie przybywa tam piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Południowej, co powinno coraz silniej wpływać na wyspiarski styl gry. Spójrzcie na Chelsea - drugą linię portugalski trener Andres Villas-Boas może zestawić z Oriola Romeu (Hiszpania), Ramiresa (Brazylia) i Raula Meirelesa (Portugalia), napad z Juana Maty i Fernando Torresa (obaj Hiszpania), a w obronie postrzelonego Davida Luiza (Brazylia), Jose Bosingwę i Paulo Ferreirę (obaj Portugalia). Dwaj ostatni zasłużyli, by być na wylocie, ale generalnie londyńczykom niewiele brakuje, by podstawową jedenastkę ułożyli wyłącznie z Latynosów.

Spójrzcie wreszcie na Manchester United. Paul Scholes z Ryanem Giggsem kariery chyba jednak kiedyś skończą, a wtedy władzę powinni przejąć Javier Hernandez (Meksyk, 24 lata), Nani (Portugalia, 26), Anderson (Brazylia, 24), Valencia (Ekwador, 27) oraz bliźniacy da Silva (Brazylia, 22).

Nie tylko Premiership uparła się, by przyszłość opierać na Latynosach. Oto rekrutujące piekielnie silną kadrę Paris Saint Germain wzięło właśnie Thiago Mottę (czego moim zdaniem Inter Mediolan jeszcze pożałuje), Aleksa oraz Maxwella. Wzięło trzech Brazylijczyków, którzy dołączyli do swojego rodaka Nene, Argentyńczyka Javiera Pastore, Urugwajczyka Diego Lugano. A na tym import z tamtej półkuli pewnie się nie skończy, już dyrektor sportowy Leonardo o to zadba.

Hiszpańskie kluby z ambicjami też uznają tylko dwa rynki - wewnętrzny iberyjski i południowoamerykański. W Realu Madryt rodzimych graczy wspierają przede wszystkim Portugalczyk Cristiano Ronaldo (najwięcej goli), Argentyńczyk Angel di Maria (najwięcej asyst) i inny Portugalczyk Pepe (najwięcej zarżniętych wrogów); w Barcelonie, w której coraz ładniej przyjmuje się Chilijczyk Alexis Sanchez, niehiszpańscy Europejczycy niemal nie występują; Valencia wyjątek czyni właściwie tylko dla Francuzów. Jeśli duże firmy włoskie kupują w Ameryce Łacińskiej wstrzemięźliwej, to nie względu na świadomie przyjętą strategię, lecz obłożenie ich limitami na graczy spoza Unii. Ale i tak Juventus wziął w styczniu Martina Caceresa (Urugwaj), Milan - Maxi Lopeza (Argentyna), Inter - Freddy’ego Guarina (Kolumbia) oraz Juana (Brazylia), Napoli - Eduardo Vargasa (Chile), Roma - Marquinho (Brazylia) i Nicolasa Lopeza (Urugwaj).

Słowem, wielki futbol coraz chętniej zaprasza graczy miniaturowych, coraz głośniej mówi po hiszpańsku albo portugalsku, coraz częściej odrzuca osobników z plemion Północy. I to jest dobre. Futbol wymyślili Brytyjczycy (choć Sepp Blatter sądzi inaczej), ale do rangi sztuki wynieśli go Latynosi.

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi