Wpisy z tagiem: geografia futbolu

piątek, 11 marca 2016

Premier League, liga angielska, mózgi, trenerzy

Jeśli uznajemy, że tzw. polska myśl szkoleniowa zasłużyła na traktowanie z buta – choć ostatnio, po udanych meczach reprezentacji Adama Nawałki, wstrzymaliśmy nogi – to na angielską powinniśmy spoglądać jak na zbiorowego Jasia Fasolę. A może nawet jak na jego pluszowego misia, który żywy jest tylko w oczach Jasia Fasoli i generalnie nic mu nie wychodzi. A to odetną mu łepek, a to skurczy się w praniu... Przewlekła deprecha i koklusz.

Szefowie Newcastle wystawili właśnie za drzwi swojskiego trenera Steve’a McClarena, by zatrudnić Rafę Beniteza, trenera w najwyższym stopniu zagranicznego. W czym naturalnie znów przejawia się finansowa wszechmoc Premier League. Oto klub dyndający na przedostatnim miejscu w tabeli ośmiela się podchodzić do fachowca przywykłego do standardów Ligi Mistrzów bądź w najgorszym razie finałowych rund Ligi Europejskiej – podróżującego od Valencii do Liverpoolu czy Chelsea i od Napoli do Realu Madryt – i wcale nie zostaje oskarżony o obrazę majestatu. Przeciwnie, Hiszpan jest poważnie zainteresowany i wzrasta prawdopodobieństwo, że w następnym sezonie na Wyspach stawi się tłum gigantów, obok Beniteza (zdobył trzy europejskie trofea) pracować będą Pep Guardiola, Jürgen Klopp i José Mourinho.

Zarazem jednak staje się jasne, że istnieje przynajmniej jedna grupa społeczna, która powinna nie tylko przez aklamację poprzeć Brexit, ale jeszcze błagać rodaków, by całkowicie zamknęli przed obcymi lokalny rynek pracy. Błagać z pasją modlących się o przetrwanie.

Cały angielski futbol to siedlisko rozszalałego kosmopolityzmu, tamtejsze kluby należą do rekordowego odsetka zagranicznych właścicieli i najmują rekordowy odsetek zagranicznych piłkarzy, aż dziwne, że nacjonaliści nie obwołują klęsk w LM kolejnym niezbitym dowodem na niewydolność idei multikulti. Nikt wśród autochotonów nie cierpi jednak z powodu najazdu imigrantów ekonomicznych tak, jak cierpią angielscy trenerzy.

Latami przyzwyczajali się, że nie są wpuszczani do Champions League. W minionej dekadzie wślizgiwali się do elity wyłącznie na chwileczkę i przez rzadkie błędy w systemie – lista szczęśliwców kończy się na Harrym Redknappie (ćwierćfinałowe 0:5 Tottenhamu z Realem Madryt) – a półfinału LM nie widział żaden z nich. Nigdy, odkąd rozgrywki powstały na początku lat 90. Ostatnio wypięli się jednak na tubylczych szkoleniowców również prezesi od skromniejszych aspiracjach. Wykopywali Anglików i wykopywali, aż osiągnęliśmy stan obecny – żałosny, niespotykany chyba w żadnej innej lidze, nawet chińskiej, importującej przecież maniakalnie. Otóż po wylaniu z Newcastle McClarena w najbogatszych rozgrywkach ostali się ledwie trzej rodzimi trenerzy.

Powtórzmy, dla lepszego zapamiętania: trzej.

W lidze hiszpańskiej jest ich 15. W Bundeslidze ­– 12 (wliczam urodzonego w Berlinie Niko Kovaca). W lidze włoskiej – 18 (19. Sinisza Mihajlović też jest niezbyt serbski, skoro w Italii mieszka od 24 lat i tam pobierał wykształcenie). We francuskiej – 18. W portugalskiej – 14. W holenderskiej – 17. Możemy tak przewędrować cały kontynent i nigdzie nie wdepniemy w murawy, na których ostentacyjnie pomiata się własnymi futbolowymi mózgami, doprawdy szkoda, że Anglicy, tak chętnie pozujący na przywiązanych do tradycji, nie dochowali się swojego Antoniego Piechniczka, który by wstał, rąbnął pięścią w prezesowskie czaszki, krytykowanych kolegów po fachu osłonił własnym rozumem, w retorycznym zrywie przywołał sukcesy synów Albionu z lat 60.

Stanowcza reakcja jest tym bardziej niezbędna, że nielicznych Anglików tolerowanych Anglia wgniata w doły tabeli, jeśli już nawet Anglika ktoś łaskawie przygarnie, to natychmiast skazuje na walkę o utrzymanie, niech zresztą przemówi ligowa klasyfikacja według trenerskich narodowości:

liga angielska, Premier League, trenerzy

Skąd na powyższe zestawienie nie spojrzeć, mamy niesłychany skandal i grubiaństwo, aż nie mam sumienia zwracać na marginesie uwagi, że nawet w drugiej lidze, na Wyspach zwanej szumnie Championship, rodzimi fachowcy zachowali już marną połowę z 24 trenerskich posad. Co więcej, tamtejsi szkoleniowcy nie są prorokami również w niewłasnym kraju, na kontynencie nie chce ich zasadniczo nikt, choć akurat w ostatnich miesiącach bawi nas albo i nie bawi anegdota z Garym Nevillem, który dzięki znajomości i wspólnocie interesów z właścicielem Valencii został angielskim jedynakiem utrzymającym styczność z europejskim futbolem.

Jakieś przywiązanie do tradycji tu mimo wszystko widać, przedstawiciele futbolowej ojczyzny z krwi i kości z bezkompromisową konsekwencją pielęgnują programowy antyintelektualizm środowiska, dzielnie broniąc się przed rosnącymi wszak wpływami z zewnątrz. Można nawet powiedzieć, że dbają o dziejową sprawiedliwość – skoro Anglikom zawdzięczamy narodziny tej pięknej gry, to powinniśmy się odwdzięczyć, Anglicy mają pełne moralne prawo, by w XXI wieku bardzo dużo od świata brać, niczego mu w zamian nie dając.

I niewykluczone, że już wkrótce, np. w następnym sezonie, w Premier League zaobserwujemy zjawisko w historii piłki nożnej bez precedensu – ligę reżyserowaną w całości przez trenerów cudzoziemców. A potem ekspansję rozpoczną polscy fachowcy, tak, również oni się rozochocą, od dawna czekam na transfer tyleż dzisiaj nieprawdopodobny, co nieunikniony, otóż ja jestem święcie przekonany, że na pomoc do Anglii uda się pewnego dnia szkoleniowiec Podbeskidzia, ktokolwiek by nim wówczas nie był. I pociągnie wózek tam, gdzie nie poradzi sobie Sam Allardyce.

czwartek, 22 maja 2014

Gdyby nie ofermowaty popis piłkarzy Realu Sociedad – dali jesienią ciała na miarę pojedynczego punkciku uciułanego w grupie Ligi Mistrzów – to hiszpańskie kluby byłyby w upływającym sezonie europejskich pucharów nietykalne.

O najcenniejsze trofeum powalczą zaraz Real Madryt i Atlético. Mniej prestiżowe wzięła Sevilla. Barcelona, owszem, odpadła już w ćwierćfinale, ale wykopana przez rywala ze swojego kraju (Atlético) – wcześniej rozprawiła się z nowym mistrzem Anglii. Valencia, owszem, odpadła w półfinale, ale wykopana przez rywala ze swojego kraju (Sevillę). Betis odpadł jeszcze szybciej, ale również wykopany przez rywala ze swojego kraju (Sevillę). Jeszcze raz: gdyby nie wspomniane gapy z Realu Sociedad, ŻADEN hiszpański zespół nie zostałby wyeliminowany przez niehiszpański. Dlatego już tylko na marginesie zwrócę uwagę, że koronę króla strzelców Ligi Europejskiej założył niejaki Jonathan Soriano – a jakże, Hiszpan, tyle że zatrudniony w Salzburga – który o jednego gola wyprzedził Paco – a jakże, Hiszpana, młodzieńca z ataku Valencii.

Nie wiem, czy to wszystko uprawnia do obwołania Primera Division najsilniejszymi rozgrywkami krajowymi na świecie – jak wiemy z kibicowskich awantur, nikt jeszcze nie wskazał kryteriów mierzenia siły lig, które usatysfakcjonowałyby wszystkich. Zamiast stawiania hałaśliwych tez proponuję zatem rozejrzeć się, skąd czerpią natchnienie inni potentaci.

W lidze angielskiej, w rankingu UEFA sklasyfikowanej na drugiej pozycji, wszystkich pokonał Manchester City, którym zarządzają były barceloński dyrektor sportowy Txiki Begiristain oraz były barceloński wiceprezes od spraw biznesowych Ferran Soriano, i który w napadzie wystawia Davida Silvę, Jesusa Navasa i Álvaro Negredo (a funkcję trenera pełni fachowiec chilijski, lecz od dekady zbierający doświadczenia w drużynach hiszpańskich). Hiszpańska inwazja obejmuje zresztą od lat wiele wyspiarskich boisk – także w renomowanych firmach, jak Chelsea czy Arsenal – a najnowsze plotki transferowe wskazują, że wkrótce jeszcze się nasili. I hiszpańscy piłkarze wreszcie stworzą tam najliczniejszą nację imigrancką – na razie ustępują francuskim (oczywiście ilościowo, jakości nie ma co porównywać).

Ligę niemiecką, w rankingu UEFA sklasyfikowaną na trzeciej pozycji, w rekordowo przytłaczającym stylu zdominował Bayern, który postanowił oddać władzę nad szatnią – i projektowanie nowej przyszłości – Hiszpanowi Pepowi Guardioli. A ten reżyserię gry powierzył rodakowi Thiago Alcantarze. I dopóki wybrańca trenera nie rozłożyła kontuzja, monachijska kręciła się jak perpetuum mobile. (Można by jeszcze napomknąć o domieszce hiszpańskiej krwi buzującej w żyłach Javiego Martineza).

W lidze włoskiej, w rankingu UEFA sklasyfikowanej na czwartej pozycji, ponownie triumfował akurat Juventus, który hiszpańskim wpływom się opiera – choć całkiem ich nie unika, stąd obecność w ataku Fernando Llorente – ale już krajowy puchar zdobyło Napoli, czyli drużyna kierowana przez Hiszpana Rafę Beniteza, a na boisku reprezentowana przez jego rodaków Pepe Reinę, Raula Albiola i Jose Callejona (oraz wypchniętego z Madrytu Gonzalo Higuaina).

Również w innych krajach, już bardziej oddalonych od kontynentalnej czołówki, znajdziemy mnóstwo klubów – zwycięskich! – którzy uwierzyli, że kto chce, by go w nowoczesnym futbolu słuchali, musi przemawiać po hiszpańsku. Jak we wszechpanującym w Grecji Olympiakosie. Tam szatnia przyjęła czterech hiszpańskich piłkarzy, a także trenera – w osobie Michela, przez całe moje dzieciństwo krążącego w linii pomocy Realu Madryt.

Gdzie indziej wysłanników z kraju mistrzów świata odnajdziemy mniej, ale zarazem coraz trudniej wypatrzeć okolice, które ich urokowi nie ulegają. Hiszpanie to hard power i soft power. Nie tylko sami zwyciężają, ale jeszcze wystarcza im zasobów ludzkich, by stopniowo spychać Brazylię z pozycji czołowego futbolowego eksportera. Sprzedają ludzi i know-how. Od Euro 2008 liczba ich graczy najętych przez ligi zagraniczne najwyższego szczebla potroiła się – według szacunków ze stycznia było ich 222, kopali nawet w Azerbejdżanie, Hongkongu czy Nowej Zelandii. Nienawróconych na obrządek hiszpański ubywa z każdym sezonem, nawet w naszej ekstraklasie pojawili się znienacka aż dwaj trenerzy najpopularniejszego wyznania – najpierw José Rojo Martín w Kielcach, potem Ángel Pérez García w Gliwicach.

To więcej niż moda, wywołana niedawną karierą tiki-taki, czyli jedynym nowym stylem gry, którego nazwa wzbogaciła ostatnio język futbolu. Jak marketingu nauczają konkurentów kluby angielskie, a gigantyczny kapitał dostarczają inwestorzy z innych kontynentów, tak w sensie najważniejszym – czysto sportowym – Europę skolonizowała Hiszpania.

niedziela, 13 października 2013

mundial 2014, Belgia, Romelu Lukaku, Eden Hazard, Marc Wilmots

Wszyscy przeczuwaliśmy, że ta potęga wzejdzie, promyki od dawna przedostawały się na największe stadiony, sam latem 2012 roku blogowałem o zagadce nie do rozwikłania. Dlaczego 11-milionowy kraik spłynął znienacka nieprawdopodobnym talentem, skoro nie przedsięwziął żadnego przełomowego uzdrawiania swojego futbolu, jak np. sąsiedzi z Francji (nagrody odbierali u schyłku lat 90.) i Niemiec (odbierają je ostatnio)? Prywatne firmy, niezależnie od siebie i dla czystego zysku, zainwestują w poprzedzone intensywną selekcją szkolenie i już wystarczy, nazajutrz stajemy się eksportowym potentatem, zasypującym towarem najbogatsze ligi świata? Pomogło to, że po poniżającej klęsce na rozgrywanym u siebie Euro 2000, federacja rozesłała klubom podręcznik ze wskazówkami, jak uczyć dzieci?

Tajemnicy nadal nikt nie odkrył, być może dlatego, że tajemnica wcale nie istnieje, jak zdaniem wielu nie istnieją Belgowie – obywatele państwa znajdującego się nieustannie w krawędzi rozpadu, a paradoksalnie dającego stolicę zjednoczonej Europie. Wiemy natomiast, że w futbolu Belgowie istnieją coraz zuchwalej. Właśnie awansowali na mundial w stylu zarezerwowanym ostatnio wyłącznie dla Hiszpanów, Niemców i Holendrów. 8 zwycięstw, 1 remis, stosunek bramkowy 17-3. Drużyna zwarta i zorganizowana w stopniu niełatwym do uzyskania w reprezentacjach, w rankingu FIFA plasująca się już na szóstym miejscu, w następnym notowaniu wyskoczy prawdopodobnie jeszcze wyżej – nad Kolumbię i Włochy, co da jej czwartą pozycję. A na mistrzostwach świata wystawi wyłącznie ludzi, których już lepiej już gorzej znacie z lig europejskich, wyrobników z prowincji wśród nich nie uświadczysz.

Do losowania grup przystąpi Belgia, uwaga, jako rozstawiona. I chyba już teraz wiadomo, że dla mnóstwa fanów – spragnionych nowości, jak zawsze – będzie podczas turnieju drużyną drugiego wyboru, ulubioną zaraz po własnej. A dla tych, którzy własnej nie będą mieli – pierwszego wyboru.

Kiedy na nią patrzę, nie umiem oprzeć się skojarzeniu z reprezentacją Francji, która zdobywała mistrzostwo świata i Europy – tutaj też mamy miksturę genów z całej planety. Kiedy natomiast szukam wspólnego mianownika dla kluczowych belgijskich piłkarzy, dostrzegam imponujące warunki fizyczne – rdzeń tworzą wielkogabarytowi twardziele, od Kompany’ego (190 cm) i van Buytena (197), przez Witsela (187) i Fellainiego (194), po Benteke (190) i Lukaku (191). Ten ostatni – opisywałem cud natury, gdy miał 16 lat – poleci na MŚ jako rozpoznawana ponad granicami gwiazda, jeśli tylko José Mourinho pójdzie po rozum do głowy i zabierze go w styczniu z wypożyczenia do Evertonu (i jeśli zdoła, ponoć sobie tego nie zagwarantował). Oczywiście gwiazda niejedyna, skoro między wielkoludami przemyka 22-letni mikrus Eden Hazard, część innego niespotykanego zjawiska, wpisującego się w ten magiczny czas – w reprezentacji zadebiutował już jego 20-letni brat Thorgan, w White Stars Bruxelles zaczyna karierę 18-letni Kylian (co ciekawe, wszyscy wykonują na boisku podobne role), w Chelsea ćwiczy 9-letni Ethan, a w przeszłości w ligach belgijskiej kopali również mama Carine oraz tata Thierry. Niczego sobie rodzinka, aż się boję sprawdzać, czy akwariowe rybki nie pływają aby u nich w zalecanych przez federację ustawieniu 4-3-3. Mniej efektownie wyglądają nawet bracia Borlee – belgijscy czterystometrowcy, którzy do sztafety 4x400 m na sierpniowych mistrzostwach świata musieli dosztukować jednego biegacza spoza rodziny.

Nawiasem mówiąc, ta opowieść staje się jeszcze bardziej przytłaczająca, gdy zerknąć, co wyprawiają Belgowie w wieku juniorskim. Młodzieżówka prze od zwycięstwa do zwycięstwa na igrzyska w Rio de Janeiro, 19-latkowie rozpoczęli właśnie eliminacje do mistrzostw Europy od dwóch zwycięstw, chyba wszyscy usłyszeli 17-letnim Zakaria Bakkalim, o dojrzewających bogactwach pisze John Chapman w otwartym liście do angielskiego selekcjonera Roya Hodgsona, który umyślił sobie przeciągnąć na stronę Anglików innego belgijskiego żółtodzioba, Adnana Januzaja z Manchesteru United.

Oni przyszłością żyć jednak nie potrzebują, teraźniejszość smakuje przepysznie, a operacją mundial 2014 kieruje Marc Wilmots, który w sprawach mundialowych ma rachunki do załatwienia. Przed 12 laty, kiedy poleciałem na swoje pierwsze mistrzostwa, wytypowałem go – wówczas już schorowanego weterana – do gazetowej jedenastki turnieju, ale on usatysfakcjonowany z boiska nie schodził. W 1/8 finału z Brazylią zabawiał się z Lucio jak chciał, był tamtego wieczoru najlepszy, strzelił nawet gola. Niestety, sędzia niesłusznie go anulował.

Dziś Wilmots ma kłopoty przyjemniejsze, z każdym tygodniem będzie mu trudniej pomijać przy powołaniach tych, których kadra nie pomieści. Jak już ćwierkałem na Twitterze, przybywa powodów, by ten kraj rzeczywiście rozparcelować na Flandrię i Walonię.

środa, 09 października 2013

Diego Costa, Adnan Januzaj, mundial 2014, FIFA, Brazylia, Hiszpania, Anglia

Trwa w futbolu od lat, teraz włączają się do niej supermocarstwa. Prawdziwe – jak Brazylia i Hiszpania, a także samozwańcze – jak Anglia, która związana dżentelmeńską umową deklarowała dotąd neutralność.

Niewykluczone, że Diego Costa wskazuje właśnie mistrza przyszłorocznego mundialu. Albo już wskazał. 25-letniego napastnika wyrywają sobie obaj najwięksi faworyci – brazylijscy gospodarze i hiszpańscy obrońcy tytułu.

Byłby to konflikt, jakich dziś wiele, gdyby nie ranga zaangażowanych reprezentacji. Brazylia, tradycyjnie największy eksporter piłkarzy na rynku klubowym, porozdawała już mnóstwo swoich emigrantów także drużynom narodowym, ale tylko tych, którymi sama wzgardziła lub wręcz nie bardzo zdawała sobie sprawę z ich istnienia. Jak przeszczepiony do reprezentacji Polski Roger Guerreiro.

Skorzystała z jej bogactwa także Hiszpania. W 2008 roku fachowcy zgodnie twierdzili, że nie zdobyłaby złota mistrzostw Europy – od niego rozpoczęła trwający do dziś triumfalny pochód – bez defensywnego pomocnika Marcosa Senny. Na niego „Canarinhos” również jednak nawet nie spojrzeli, Diego Costy pożądają. Najbardziej biedzą się właśnie z obsadą środka napadu – Fred i Alexandre Pato bywają ostatnio głównie bohaterami kronik towarzyskich, Leandro Damiao i Luis Fabiano strzelają od święta. Żaden z wymienionych nie spełnia zresztą standardów, do jakich przywykli Brazylijczycy. Brutalna prawda: po raz pierwszy zdarza im się nie dysponować snajperem najwyższej klasy światowej.

Żadnym poza Diego Costą. Odkrytym w tym roku, wyniesionym pomiędzy wielkie gwiazdy dopiero w tym sezonie. A przede wszystkim – więcej niż snajperem. To najświetniejszy obrońca wśród napastników, brutal gotowy zagryźć każdego, kogo dopadnie. Idealny kandydat, by dać twarz sforze wściekłych psów z Atlético – drużynie zdeterminowanych, agresywnych, przykrych w bliskim kontakcie wojowników, którzy zachowują się jak wielogłowe wcielenie trenera Diego Simeone, niegdyś twardziela nad twardzielami wśród boiskowych bandytów.

Hiszpanie nazywają Brazylijczyka „Sukinsynem”. Do Madrytu przybył w 2007 r., ale długo tułał się po wypożyczeniach. I najpierw kolekcjonował raczej czerwone kartki niż bramki, w poprzednim sezonie odwalał brudną robotę (ale nie tylko) wokół bezlitośnie skutecznego Radamela Falcao – popisowego wieczoru prowokował ofiary z Sevilli na tyle przebiegle, że sędzia zesłał Kondogbię i Medela do szatni. Wyborowego snajpera obudziło w nim dopiero wyeksportowanie wspomnianego Falcao do AS Monaco. Dziś przewodzi strzeleckiemu rankingowi ligi hiszpańskiej, wyprzedza i Messiego, i Ronaldo.

Tego nie mógł zignorować selekcjoner mistrzów świata i Europy. Vicente del Bosque też – jeśli w ogóle wypada sugerować, że gdzieś brakuje mu piłkarzy – stosunkowo najskromniej ma w centrum ataku. Fernando Torres i David Villa (w sumie 199 występów w reprezentacji) chyba już zeszli ze szczytu formy, Roberto Soldado i Álvaro Negredo nie dali pełnej satysfakcji nigdy. W ogóle najznakomitsi współcześni napastnicy – klasyczni, grasujący w polu karnym – zaskakująco często wywodzą się z krajów piłkarsko drugo- lub wręcz trzeciorzędnych. Jak wspomniany Kolumbijczyk Falcao, Szwed Ibrahimović czy Polak Lewandowski, a wcześniej Kameruńczyk Eto’o lub Drogba z Wybrzeża Kości Słoniowej.

M.in. dlatego właśnie przekonujemy się, że nie istnieją nacje odporne na przejmowanie graczy nie całkiem „swoich”. Przypadek Costy jest wyjątkowy z jeszcze jednego powodu – otóż w marcu... debiutował on w reprezentacji Brazylii w meczach z Włochami i Rosją, by pół roku później obwieścić, że nie odmawia się... trenerowi del Bosque. Uchodząca za nadzwyczaj konserwatywną FIFA dopuszcza takie wolty (o ile dla pierwotnie wybranej kadry piłkarz udzielał się tylko w sparingach), bo choć przepisy zaostrza, to w tej jednej kwestii wciąż pozostaje nadzwyczaj łagodna – władze wielu innych sportów, nawet jeśli akceptują zmianę barw, często ustalają okres karencji, by uniknąć przeskoków z dnia na dzień.

Hiszpanie poprosili FIFA o zgodę na powołanie Costy (odebrał już paszport), Brazylijczycy zwlekają z przysłaniem dokumentów w nadziei, że jednak wyperswadują piłkarzowi dezercję. – Skoro FIFA zgadza się, by po 5, 20 czy 100 meczach towarzyskich wciąż można było zmienić reprezentację, to niebawem ktoś zakontraktuje 20 zawodników i tak stworzy drużynę narodową – wścieka się trener Luiz Felipe Scolari.

Wymachuje scenariuszem skrajnym, ale dotyka zjawiska coraz powszechniejszego. Na ostatnim mundialu Kevin Prince-Boateng z Ghany zagrał przeciw bratu reprezentującemu Niemcy – Jérôme Boatengowi. Teraz nawet Anglicy zastanawiają się nad ewentualnym wszyciem do kadry Adnana Januzaja, ledwie 18-latka, który wsławił się jednym meczem – w sobotę dwoma golami uratował zwycięstwo Manchesteru United. Dlaczego „nawet Anglicy”? Bo pozowali na futbolowy naród zbyt dumny, by błagać o pomoc z zewnątrz, powstrzymywała ich też dżentelmeńska umowa zakazująca podbierania sobie piłkarzy – ale również importowania ich spoza Wysp – przez wszystkie reprezentacje brytyjskie. Umowa traktowana bardzo poważnie zablokowała nawet naturalizację Manuela Almunii w czasie, gdy reprezentacyjną bramkę chroniły wyłącznie patałachy.

Sfrustrowana permanentnym przegrywaniem, wciąż marząca o medalach Anglia rozdyskutowała się jak kiedyś Polska (przy kazusach Olisadebe czy Rogera), tyle że ostrzej. Stanowczo sprzeciwił się naturalizacjom m.in. aktualny reprezentant Jack Wilshere, choć cała debata brzmi o tyle jałowo, że Januzaj musiałby czekać do 2018 r., by zagrać dla przybranej ojczyzny.

A jest chłopakiem o tożsamości tyleż pokręconej, co dziś coraz mniej zdumiewającej, który prawdopodobnie mógłby wybierać nawet między pięcioma lub wręcz sześcioma reprezentacjami. Od dwóch lat mieszka w Anglii, urodził się w Belgii (już jej odmawiał), mama jest z Kosowa (bez skutku zabiega o pełne członkostwo w FIFA), tata z Albanii (ponoć nakłania syna, by grał dla tej drużyny), babcia z Serbii, dziadek z Turcji. Ba, jeśli przyjmie brytyjskie obywatelstwo – dozwolone po pięciu latach pobytu – teoretycznie zyska też prawo do gry dla Irlandii Płn., Szkocji i Walii...

niedziela, 27 stycznia 2013

Jezus (z Belo Horizonte) jako Ronaldinho. Fot. Leo Fontes, AP

Gdyby firma Deloitte, co sezon hierarchizująca piłkarskie przedsiębiorstwa według kryteriów biznesowych, rozszerzyła badania na wszystkie kontynenty, Europa mogłaby się poczuć jeszcze bardziej zagrożona. Do elity najbogatszych – reklamowanej jako Football Money League – wtargnęłoby brazylijskie Corinthians, które z 118 mln euro rocznego przychodu zajmowałoby 18. miejsce, tuż nad Valencią oraz Napoli, a nieco niżej zmieściłyby się w raporcie jeszcze Săo Paulo oraz Santos. Oszałamiający, 62-procentowy wzrost deklarują zwłaszcza ci ostatni, których od lat stać na zatrzymywanie Neymara, pożądanego przez najpotężniejsze firmy, z Barceloną i Realem Madryt na czele.

Choć brazylijska gospodarka zwolniła, brazylijski futbol nadal się ekonomicznie rozpędza, wykorzystując sprzyjającą koniunkturę związaną z organizacją przyszłorocznych mistrzostw świata. Sponsorzy lgną do rodzimych boisk jak nigdy, modernizowane lub budowane od gołej ziemi stadiony ładnieją, cała liga osiągnęła w 2011 roku miliard dolarów przychodu. A ponieważ gospodarka generalnie potężnieje (wyprzedziła brytyjską), ponieważ współtworzy jej sukces 200-milionowa populacja, dynamiczny rozrost klasy średniej i ogólnonarodowa futbolowa szajba, to kanarkowe piłkokopanie powinno wchodzić w złoty wiek. Znaczy – jeszcze bardziej złoty niż minione.

Niestety, sielankowo mają się wyłącznie księgowi. Z czego mógł zdać sobie sprawę każdy, kto zarywał noce, by rzucić okiem na mistrzostwa Ameryki Płd. dwudziestolatków. Z fazy grupowej nie wygramolili się tam ani Argentyńczycy, ani Brazylijczycy, przez co niebawem odbędzie się pierwszy w historii futbolu mundial – na razie młodzieżowy – bez obu tradycyjnych supermocarstw. Trzęsienie muraw z wyżyn skali Richtera, jeśli Andy nadal stoją, to ani chybi zaraz się zapadną.

***

Klapę argentyńską zniosłem spokojniej, im już sama wszechobecność Leo Messiego powinna wystarczyć, by uznać, że żyją w całkiem przyjemnych czasach. Inaczej Brazylijczycy, którzy na kontynentalnych mistrzostwach chłopiąt do lat 20 bronili tytułu, tytuł brali tam notorycznie, z podium nie schodzili od przeszło trzech dekad. Oni nie mają już gdzie spojrzeć, by poczuć sportową satysfakcję.

Z dwóch ostatnich mundiali dali się wykopać w ćwierćfinale, nie zmusili nawet rywali do wzlotu na wyjątkowy poziom – w RPA potentaci przegrali, gdy Felipe Melo władował pierwszego w historii mundiali brazylijskiego samobója, a potem przyjął czerwoną kartkę za tępą brutalność. Z Copa América „Canarinhos” też wylecieli w ćwierćfinale, też w podłych okolicznościach – w grupie wybiedzili jedno zwycięstwo, potem przez 120 minut mordowali się bezbramkowo z Paragwajem, by następnie spudłować ze wszystkich (!) rzutów karnych i zakończyć turniej na pozycji ósmej, najniższej w dziejach. Nie umieli wygrać nawet marnego turnieju olimpijskiego, choć się zawzięli, choć zaciągnęli do Londynu dorosłe gwiazdy – Thiago Silvę, Marcelo, Hulka. Wreszcie w rankingu FIFA uklękli Brazylijczycy na historycznym dnie – niech sobie stojący za nim algorytm zniekształca boiskową prawdę, 18. miejsce i tak pozostanie zawstydzające dla drużyny, która nigdy wcześniej nie wypadła z czołowej dziesiątki.

Ostatnio ta drużyna coraz częściej robi jednak przede wszystkim za dojną krowę wysyłaną na tłustopłatne sparingi. Piłkarze czasem uczczą reżim Roberta Mugabe, okładając workiem goli Zimbabwe, czasem pospacerują sobie towarzysko z Tanzanią, czasem na neutralnym, zazwyczaj egzotycznym terenie poznęcają się nad Irakiem lub Chinami. Działacze liczą szmal, a reprezentację toczy permanentny chaos. Właśnie okazało się, że czas po spartaczonym mundialu został przeputany, federacja wylała selekcjonera Mano Menezesa, który sytuacji nie opanował w żadnym rewirze – między słupki wepchnął do testów dwunastu bramkarzy, nie zdołał ukształtować stabilnego, kreatywnego środka pola, nie znalazł zabójczego goleadora.

***

O tamtejszej kadrze moglibyśmy opowiadać wielotomowo, to byłby fascynujący thriller pełen absurdalnych zwrotów akcji z bogatym tłem politycznym, o Seleçăo dbają przecież najszacowniejsze osobistości w państwie, aktywnie udzielał się były pan prezydent Lula, aktywnie udziela się obecna pani Dilma Rousseff. I jeszcze panuje pełna wspólnota poglądów, każdy, bez względu na przynależność partyjną, głosuje za odzyskaniem przez Brazylię w 2014 roku mistrzostwa świata.

Ale kryzys widać nie tylko w niepowodzeniach zbiorowych, czyli reprezentacyjnych, kryzys chyba jeszcze wyraźniej widać w ruchach jednostek. Niemrawych. Coraz rzadziej wykonywanych na najważniejszych stadionach. Coraz rzadziej międzynarodowo oklaskiwanych. W najnowszym plebiscycie na najlepszego gracza globu zaistniał jeden Neymar, i to zaistniał drugoplanowo, na miarę zaledwie 13. pozycji – a mówimy tutaj o głosowaniu, w którym brazylijski futbol dotąd zawsze wdzięczył się w czołowej dziesiątce, zwyczajowo tańcząc na szczytach, raz proponując Ronaldo, innym razem Rivaldo, a jeszcze innym Ronaldinho, ewentualnie podsuwając Kakę. Złota Piłka goniła Złotą Piłkę, odkąd zaczęliśmy rozdawać ją nie tylko Europejczykom, władzę nad nią przejęli kanarkowi.

Dziś nawet nie aspirują. Owszem, graczy obronnych – lub z założenia obronnych, acz z niepohamowanymi skłonnościami do ataku – nadal mają wspaniałych. Thiago Silva uchodzi za specjalistę od przyskrzyniania napastników najskuteczniejszego na planecie, wielkie kluby polegają też na Marcelo, Rafaelu, Dantem, Davidzie Luizie, być może zdoła jeszcze odzyskać moc Dani Alves. Kiedy przeniesiemy się jednak na drugi kraniec boiska, kolor kanarkowy blaknie. Albo wręcz znika.

***

W żadnej z najbardziej renomowanych lig europejskiej Brazylijczyk nie zabiega o tytuł króla strzelców. Najskuteczniejszy w hiszpańskiej Léo Baptistăo uciułał sześć goli dla Rayo Vallecano, od czołówki dzieli go otchłań. Najskuteczniejszego w niemieckiej – Diego z Wolfsburga – wyszukamy dopiero w trzeciej dziesiątce listy snajperów. Najskuteczniejszego w angielskiej – Ramiresa z Chelsea – w ósmej dziesiątce. Nieco wyżej plasuje się we włoskiej Hernanes z Lazio, lecz i on nie ma śladowych szans, by podejść pod podium. Liga francuska? Też trzeba kopać głęboko, aż dotrzemy do pięciu bramek Michela Bastosa z Lyonu. Zapomnijmy na chwilę o karczowaniu amazońskiej dżungli, karczują też brazylijskie murawy. Z talentu.

W klasyfikacjach asyst nie wypadają Brazylijczycy okazalej, sami ich porywających, nieopisywanych w statystykach ofensywnych figur też nie pamiętamy – wyjąwszy może epizody Ligi Mistrzów, z kopnięciami Oscara z Chelsea i kanarkową wyspą z Doniecku – bowiem największe firmy się od nich odwróciły. Puchnące finanse brazylijskich klubów wszystkiego nie wyjaśniają, skoro powrotom wielu bohaterów do ojczyzny towarzyszy westchnienie ulgi europejskich pracodawców. Nie wytrwali w profesjonalnej wstrzemięźliwości do końca karier Ronaldinho czy Adriano, nie zdołali podbić naszego kontynentu Fred, Elano czy Jo, madrycki Real chętnie pozbyłby się balastu w osobie Kaki, włoski Milan przepędził kruchego Pato. I przepędziłby również wiecznie rozchwianego – emocjonalnie i sportowo – Robinho, gdyby ten efekciarski drybler nie przykleił się do wysokiej pensji.

Kiedy agencje badawcze donosiły, że Argentyna zdystansowała sąsiada z północy jako największy eksporter piłkarzy, odruchowo tłumaczyłem to jej nową taktyką sprzedaży (coraz młodszymi młodymi zaczęły handlować prywatne szkółki, bez pośrednictwa klubów i menedżerów) oraz rosnącą wartością brazylijskiej waluty. Aż ponownie nastał czas selekcjonera Felipe Scolariego, który postanowił ocalić reprezentację „Canarinhos” powołaniem 33-letniego Ronaldinho. W Atletico Mineiro ostatnio fruwającego, ale niedającego żadnej pewności, że w poważnej grze w ogóle oderwie się od ziemi.

środa, 23 stycznia 2013

Premier League, La Liga, Serie A, Bundesliga

Stali czytelnicy mogą pamiętać, że niemożebnie wnerwia mnie wszechobecne u nas kolportowanie dawno już nieaktualnych stereotypów futbolowych (jak nieśmiertelne utożsamianie włoskiego stylu z ucieleśniającym defensywną monotonię catenaccio), a ja pamiętam, że czytelnicy lubią bezkresne polemiki o wyższości jednej zagranicznej ligi nad drugą, które nigdy do niczego nie prowadzą, ale im bardziej nie prowadzą, tym burzliwsze awantury wywołują. Dlatego pomyślałem sobie, że znalazłem pretekst do notki idealnie godzącej szajbę moją z waszą.

Nadrabiałem dziś zaległości prasowe z ubiegłego tygodnia i natknąłem się na przywołane przez „La Gazzettę dello Sport” statystyki firmy Opta - analizującej rywalizację w najważniejszych rozgrywkach - z których wynika, że w bieżącym sezonie najwięcej podań wykonują, uwaga, piłkarze angielskiej Premier League - średnio 857 na mecz. Fred Pentland (jeszcze zanim wyszliśmy z pieczar, nauczał tiki-taki na Półwyspie Iberyjskim;-)) byłby dumny.

Wiceliderami klasyfikacji są bohaterowie niemieckiej Bundesligi - średnio 840 podań mecz.

Dopiero trzecie miejsce zajmują ligowcy z hiszpańskiej Primera Division (819), których odruchowo i powszechnie kojarzy się właśnie z płynnymi akcjami utkanymi z wielu drobnych zagrań, czyli stylem uchodzącym za najładniejszy, czyli ponoć szczególnie atrakcyjnym dla kibica. Niżej plasują się Włosi z Serie A (815) oraz Francuzi z Ligue (790).

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zerkniemy do rankingu drużyn. W nim bezapelacyjnie panuje oczywiście Barcelona. By jednak znaleźć następnego przedstawiciela ligi hiszpańskiej, trzeba zsunąć wzrok aż na 20. pozycję - zajmujący ją Real Madryt wykonuje tyle podań, ile Fulham, ustępując (!) wszakże londyńczykom precyzją. Co więcej, wspomniani katalońscy liderzy mają tak ogromną przewagę nad resztą stawki, że gdyby potraktować ich zupełnie osobno i usunąć z obliczeń, to Hiszpanię wyprzedzałyby nie tylko Anglia oraz Niemcy, ale również Włochy oraz Francja.

Wyspiarze już dawno temu porzucili osławiony „kick and rush” i niewykluczone, że obecny trend w futbolu rozgrywanym na ich murawach będzie się nasilał. Przybywa tam graczy prowieniencji latynoskiej, przybywa trenerskich zwolenników przesuwania piłki po ziemi wedle wymyślnych geometrii (Francuz Arsene Wenger, północny Irlandczyk Brendan Rodgers, Duńczyk Michael Laudrup, Portugalczyk Andre Villas-Boas etc), od lat kosmopolityzują się tamte okolice szybciej niż jakakolwiek liga w świecie. „Kopnij i biegnij” nie wróci. Ani w Anglii, ani chyba nigdzie indziej.

poniedziałek, 03 września 2012

Polska - Czarnogóra

Im bardziej Europa się rozpada, w tym tragiczniejsze położenie wpycha niezdarny polski futbol. Wszystko przez uparte duże państwa, które po podziale na maleńkie państewka wcale sportowo nie słabną, wbrew oczywiście logicznej zasadzie, że mniejszy może mniej niż duży. To początek mojego felietonu do dzisiejszej „Gazety”, który spisałem z okazji nadciągającej inauguracji eliminacyjnej kampanii do mundialu w 2014 roku, w której musi nasza reprezentacja pobić maleństwo z Bałkanów. Rzecz przeczytacie tutaj.

sobota, 25 sierpnia 2012

Eden Hazard, Vincent Kompany, Thomas Vermaelen, Marouane Fellaini. Belgia

Coraz łapczywiej zagarniają coraz większe połacie boisk. Eden Hazard (21 lat) wyczarowuje niemal wszystkie gole Chelsea; Vincent Kompany (26) wypotężniał w Manchesterze City na czołowego środkowego obrońcę na świecie; Thomas Vermaelen (27) został pasowany na kapitana Arsenalu; rozsadzany energią Marouane Fellaini (25) panuje w rewelacyjnie rozpoczynającym sezon Evertonie; rozszalały w lidze belgijskiej już jako dziecię Romelu Lukaku (19) dojrzewa w West Bromwich, przebywa tam na wypożyczeniu z Chelsea; kwestią czasu pozostaje zapewne transfer do wielkiej firmy Axela Witsela (23), obecnie służącego Benfice Lizbona; Moussa Dembélé (25) pięknie rozkwita w Fulham, w dzisiejszym meczu z Manchesterem United pomylił się w jednym ledwie z 50 wykonanych podań, a dryblował z powodzeniem częściej niż wszyscy rywale razem wzięci. Jeszcze wam mało znakomitych Belgów? To zajrzyjcie do bramki Atletico Madryt, tam skacze wspaniale zdolny, wypożyczony z Chelsea Thibaut Courtois (20), który zdążył już wygrać Ligę Europejską. Zerknijcie, jak w defensywie Zenitu St. Petersburg rządzi Nicolas Lombaerts (27). Poczekajcie, aż w Tottenhamie pewnie poczuje się dzisiejszy debiutant Jan Vertonghen - były kapitan Ajaksu Amsterdam, przykuwający uwagę m.in. Barcelony, Realu Madryt i Manchesteru Utd.

Wszyscy wyróżnieni znajdują się dopiero przed szczytem kariery, wszyscy ćwiczyli się w rywalizacji z dorosłymi jeszcze jako niepełnoletni, wszyscy błyskawicznie stali się osobowościami, wszyscy albo już biegają dla sławnych barw, albo niechybnie zaczną biegać. A wcale nie podałem wszystkich wartych zapamiętania nazwisk. W kraju, którego reprezentacja nie awansowała do mistrzostw Europy od 1984 roku, a ostatnio przestała też dosięgać MŚ, narodziła się generacja fantastycznie zdolna, potencjalnie na miarę najwyższych futbolowych zaszczytów. Selekcjonerowi Marcowi Wilmotsowi wystarczy teoretycznie nie popsuć darów, które spadły z nieba, by dostać się na następny mundial i potem bez umiaru na brazylijskim turnieju podokazywać.

Kiedy rośnie wielka drużyna albo kraj wyrasta na futbolową potęgę (ewentualnie status mocarstwa odzyskuje), odruchowo szukamy konkretnych przyczyn, z podziwem drogę do sukcesu opisujemy, analizujemy ją i staramy się wyciągnąć z analiz ogólne wnioski. Powstają romantyczne opowieści o La Masii, raporty o francuskiej sieci akademii dla młodzieży lub niemieckiej strategii wymuszenia na klubach inwestycji w szkolenie, korespondencje o agresywnym wejściu w rosyjską ligę tamtejszych oligarchów. Kłopot z Belgami polega na tym, że choć wyraźnie widzimy, iż nagle, po latach bylejakości, wyeksportowali całą masę niesamowitych talentów, to nie wiadomo, skąd się one wzięły. Tamtejsza federacja nie zaordynowała przełomowego planu uzdrawiania krajowego futbolu, czerpie z ledwie 11-milionowej populacji, niewiele wyjaśniają śmielsze inwestycje w wychowywanie juniorów Standardu Liege (stamtąd wywodzą się Witsel, Fellaini i Steven Defour z FC Porto), kluby nie ufają rodzimym trenerom i hurtowo zatrudniają holenderskich.

Gdybyśmy koniecznie chcieli zrozumieć, skąd Belgia wykopała swoje klejnoty - a taka już nasza, ludzka przypadłość, że chcemy - musielibyśmy znów pocmokać nad zglobalizowanym światem, w którym znikają granice, a rasy mieszają się ze sobą intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej. Dzięki temu Hazard zbiegł z małego AFC Tubize do francuskiego Lille, gdy miał 16 lat; Vertonghen i Vermaelen dojrzewali w Ajaksie Amsterdam; Kompany, Lukaku, Dembélé oraz Fellaini wnieśli do belgijskiego futbolu geny kongijskie, malijskie oraz marokańskie (jeśli oczywiście przyznamy genom narodowość); Witsel powstał z ojca mającego korzenie na karaibskiej Martynice.

Z dobrodziejstw migrującego do zatracenia świata korzysta jednak wiele krajów, biografie piłkarzy i ich rodzin fenomenu nie wyjaśniają, opisują co najwyżej okoliczności. A dzięki pomyślnemu zbiegowi tychże okoliczności belgijscy kibice mają dziś sporo frajdy z oglądania lig zagranicznych, a jutro być może nacieszą się także zwycięską reprezentacją. Zagadka pozostaje nierozwiązana, zresztą 17-latka zdobywającego tytuł ligowego króla strzelców (Lukaku) da się zaklasyfikować wyłącznie jako cudowny wybryk natury, w żadną ogólną regułę go nie wpiszecie.

Słowem, genialne pokolenie trafiło się Belgom prawdopodobnie przez przypadek. Zdarza się. Sami pamiętacie tamten kraj, w którym znienacka obrodziło wybitnymi piłkarzami i który na dziesięć lat wtargnął do światowej czołówki - Polskę.

Przypadek, Belgia

wtorek, 13 marca 2012

Pichichi, Emilio Arteta

Dziś o świcie rozpocząłem kilkudniową pielgrzymkę do Bilbao, którego najważniejszą budowlą wcale nie jest Muzeum Guggenheima, lecz San Mames, stadion drużyny Athletic zwany także Katedrą. Popracuję tutaj nad obszerniejszym tekstem - opublikujemy go, mam nadzieję, w najbliższej „Gazecie Sport.pl” - o jednym z najbardziej niezwykłych futbolowych klubów w Europie. O klubie, który w erze absolutnego zniesienia granic i wznoszenia w szatniach Wież Babel, o jakich autorom Biblii się nie śniło, nadal trzyma się świętej zasady zatrudniania wyłącznie piłkarzy ściśle związanych z regionem. Świadomie nie piszę, że szefowie Athletiku przyjmują wyłącznie Basków, bo uprawiają politykę mniej restrykcyjną niż przeciętnemu kibicowi się wydaje. Tak czy owak jednak ich konsekwencja zasługuje na podziw - nawet Barcelona, również dumna z pielęgnowania związków klubu z regionem, nie odważyła się samoograniczyć do tego stopnia, by wypuszczać na boisko wyłącznie Katalończyków lub prawie Katalończyków.

W Bilbao samoograniczają się od zawsze, a jednak nigdy nie spadli z Primera Division i w ogóle napisali kilka rozdziałów historii hiszpańskiej piłki najsławniejszych. Zdobyli najwięcej trofeów po Realu Madryt i Barcelonie. To tutaj eksperymentował - z powodzeniem - trener będący prekursorem tiki-taki, stylu gry kojarzonego dziś głównie z Katalonią (o Fredzie Pentlandzie już blogowałem). To tutaj nad bramkarzami znęcał się legendarny Rafael Moreno Aranzadi, zabójczy snajper znany także jako Pichichi, od którego przydomka pochodzi nazwa nagrody dla króla strzelców ligi hiszpańskiej (zmarł przed trzydziestką na tyfus, żadne ruchome obrazki z jego wyczynami nie przetrwały, uwiecznił go za to na płótnie Emilio Arteta, zerknijcie nad notkę). To stąd wywodziło się najwięcej reprezentantów Hiszpanii, a Lezama - tam ćwiczą młodzi i starzy piłkarze Athletiku, jutro się wybieram - zajmuje na mapie iberyjskiej piłki miejsce niemal tak poczesne, jak barcelońska La Masia.

Wyprawę zaplanowałem jeszcze w zeszłym roku, nie przypuszczając, że wyląduję w Bilbao w tak fascynującym momencie. Choć drużynę rzeźbił już wtedy Marcelo Bielsa - zjawiskowy trener oryginał, nazywany powszechnie Szaleńcem („El Loco”) - nie mogłem przewidzieć, iż marzec jego gracze rozpoczną od sensacyjnego triumfu na Old Trafford, więc przylecę do nich na rewanż, w którym mogą wyeliminować z Ligi Europejskiej Manchester United.

Jeśli wyeliminują, jeszcze wyraźniej dostrzeżemy kierunek zmian futbolowej geografii. Maniacko zwracam uwagę na latynizację angielskiej Premier League i w ogóle czołowych klubów na naszym kontynencie, teraz wreszcie wypada zauważyć, że pomimo upływu krwi kluby Primera Division nie zwalniają - w XXI wieku to one miały wśród triumfatorów międzynarodowych rozgrywek najwięcej przedstawicieli (Real Madryt i Barcelona w Lidze Mistrzów, Atletico Madryt, Sevilla i Valencia w Lidze Europejskiej/Pucharze UEFA), chwaliły się też przegranymi finalistami (Alaves, Espanyol), a teraz ewidentnie mają ochotę uwieść nas wszystkich baskijskim etapem twórczości Marcelo Bielsy. Jeszcze spektakularniej wyglądają jednak dokonania całego Półwyspu Iberyjskiego, czyli europejskiej części świata latynoskiego. W minionym sezonie dwa miejsca w półfinale Champions League obsadziły Barcelona i Real Madryt, a wszystkie miejsca w półfinale Ligi Europejskiej zajęły FC Porto, Braga, Benfica Lizbona oraz Villarreal.

Tej wiosny powtórka wydaje się całkiem realna. Latynosi zabawiają się do upadłego, również - jak w mniejszej skali Baskowie - opierając się na własnych siłach i rzadko stawiając na piłkarzy spoza regionów hiszpańsko- i portugalskojęzycznych. Jeśli nie wyhamują, jeszcze wzmocnią swoją pozycję w „medalowej” klasyfikacji pucharów trwającego stulecia, którą sporządziłem sumując wyniki LM, PUEFA i LE od sezonu 2000/2001:

Hiszpania               8 trofeów     3 finałowe porażki

Anglia                      3                   8

Portugalia              3                   2

Włochy                    3                2

Rosja                       2               0

Niemcy                    1                 4

środa, 01 lutego 2012

 El fútbol vuelve a casa

Chyba jeszcze tutaj nie zeznawałem, że od lat czuję specjalną sympatię do Davida Pizarro. Piłkarza niepozornego, o trudnym charakterze (przez to często skłóconego z trenerami), ale urzekającego mnie techniką, sposobem prowadzenia, osłaniania oraz podawania piłki i w ogóle stylem rozgrywania. To jeden z tych graczy, którzy wywołują wrażenie, że gdyby życie ułożyło im się szczęśliwiej, to osiągnęliby znacznie więcej. Ja zawsze widziałem w nim kopię - owszem, słabszą - Xaviego Hernandeza, kiedy więc w Romie wylądował trener Luis Enrique, by przeszczepić na jej boisko filozofię futbolu barcelońską, sądziłem, że mojego ulubionego Chilijczyka pasuje na małego rycerza środka pola.

Myliłem się, Luis Enrique stawia na innych, zatem Pizarro został właśnie odesłany do Manchesteru City, gdzie spotka się ze swoim starym znajomym z Interu - trenerem Roberto Mancinim.

A ja znów się rozmarzyłem. Wyobraziłem sobie, że Manchester City wznosi małą Barcelonę. Wokół monumentalnego Yaya Toure, gracza ewidentnie swojemu klubowi niezbędnego, rozstawia zgraję kurdupli o szybkich nogach, giętkich stopach i/lub bogatej piłkarskiej wyobraźni - Pizarro, Samira Nasriego, Sergio Aguero, Davida Silvę oraz awanturnika Carlosa Teveza. To byłby materiał na grupę uprawiającą futbol zjawiskowy, w Anglii niewidziany od szczytowego okresu wengerowego Arsenalu:

football formations

Na diagramie z premedytacją umieściłem narodowości graczy, bo transfer Pizarro znów przypomniał mi o postępującej latynizacji ligi angielskiej, o której jesienią spłodziłem obszerny felieton.

Dynamicznie przybywa tam piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Południowej, co powinno coraz silniej wpływać na wyspiarski styl gry. Spójrzcie na Chelsea - drugą linię portugalski trener Andres Villas-Boas może zestawić z Oriola Romeu (Hiszpania), Ramiresa (Brazylia) i Raula Meirelesa (Portugalia), napad z Juana Maty i Fernando Torresa (obaj Hiszpania), a w obronie postrzelonego Davida Luiza (Brazylia), Jose Bosingwę i Paulo Ferreirę (obaj Portugalia). Dwaj ostatni zasłużyli, by być na wylocie, ale generalnie londyńczykom niewiele brakuje, by podstawową jedenastkę ułożyli wyłącznie z Latynosów.

Spójrzcie wreszcie na Manchester United. Paul Scholes z Ryanem Giggsem kariery chyba jednak kiedyś skończą, a wtedy władzę powinni przejąć Javier Hernandez (Meksyk, 24 lata), Nani (Portugalia, 26), Anderson (Brazylia, 24), Valencia (Ekwador, 27) oraz bliźniacy da Silva (Brazylia, 22).

Nie tylko Premiership uparła się, by przyszłość opierać na Latynosach. Oto rekrutujące piekielnie silną kadrę Paris Saint Germain wzięło właśnie Thiago Mottę (czego moim zdaniem Inter Mediolan jeszcze pożałuje), Aleksa oraz Maxwella. Wzięło trzech Brazylijczyków, którzy dołączyli do swojego rodaka Nene, Argentyńczyka Javiera Pastore, Urugwajczyka Diego Lugano. A na tym import z tamtej półkuli pewnie się nie skończy, już dyrektor sportowy Leonardo o to zadba.

Hiszpańskie kluby z ambicjami też uznają tylko dwa rynki - wewnętrzny iberyjski i południowoamerykański. W Realu Madryt rodzimych graczy wspierają przede wszystkim Portugalczyk Cristiano Ronaldo (najwięcej goli), Argentyńczyk Angel di Maria (najwięcej asyst) i inny Portugalczyk Pepe (najwięcej zarżniętych wrogów); w Barcelonie, w której coraz ładniej przyjmuje się Chilijczyk Alexis Sanchez, niehiszpańscy Europejczycy niemal nie występują; Valencia wyjątek czyni właściwie tylko dla Francuzów. Jeśli duże firmy włoskie kupują w Ameryce Łacińskiej wstrzemięźliwej, to nie względu na świadomie przyjętą strategię, lecz obłożenie ich limitami na graczy spoza Unii. Ale i tak Juventus wziął w styczniu Martina Caceresa (Urugwaj), Milan - Maxi Lopeza (Argentyna), Inter - Freddy’ego Guarina (Kolumbia) oraz Juana (Brazylia), Napoli - Eduardo Vargasa (Chile), Roma - Marquinho (Brazylia) i Nicolasa Lopeza (Urugwaj).

Słowem, wielki futbol coraz chętniej zaprasza graczy miniaturowych, coraz głośniej mówi po hiszpańsku albo portugalsku, coraz częściej odrzuca osobników z plemion Północy. I to jest dobre. Futbol wymyślili Brytyjczycy (choć Sepp Blatter sądzi inaczej), ale do rangi sztuki wynieśli go Latynosi.

Archiwum
Tagi