Wpisy z tagiem: Athletic Bilbao

środa, 09 maja 2012

Atheltic Bilbao, Marcelo Bielsa

Niemal wszędzie w mocnych ligach rządzą w tym sezonie drużyny, które albo wcześnie odpadały z europejskich pucharów, albo w ogóle nie musiały rozpraszać sobie nimi uwagi. Oba Manchestery (mistrz i wicemistrz Anglii) i Borussia Dortmund (mistrz Niemiec) nie wygramoliły się z rundy grupowej Champions League, Juventus (mistrz Włoch) i Montpellier (lider we Francji) w ogóle w międzynarodowych rozgrywkach nie uczestniczyły, Paris Saint Germain (wicelider we Francji) nie przetrwało jesieni w Lidze Europejskiej, FC Porto (mistrz Portugalii) i Ajax Amsterdam (mistrz Holandii) zostały z niej wyproszone w lutym, Zenit Sankt Petersburg (mistrz Rosji) już jesienią padł ofiarą sensacyjnych piłkarzy APOEL-u Nikozja. Dlatego wyjątkowo trudno wytypować drużynę zasługującą na miano najlepszej w ogóle - jak np. porównać osiągnięcia Bayernu, który znów nie triumfował w Bundeslidze, z Realem Madryt, który uległ monachijczykom w półfinale LM, lecz w kraju zdetronizował tę niesamowitą Barcelonę i w ogóle miał w Primera Division sezon fenomenalny?

Nie wiem, komu i w jakim stopniu wolne od europucharów pomogło, ale dzisiaj miałem nieodparte wrażenie, że wiem, kto sezonu kondycyjnie nie zniósł. Na cierpienie Athletiku Bilbao patrzyłem z przykrością, bo dla to mnie drużyna sezonu. Jak w poprzednim najbardziej lubiłem Udinese (po odejściu Jose Mourinho z Mediolanu jedyna we Włoszech, która mi się naprawdę podobała), tak teraz uwiedli mnie Baskowie - za niezapomniany dwumecz z Manchesterem United (najbardziej pasjonujący spektakl sezonu w pucharach), za remis 2:2 z Barceloną (najbardziej pasjonujący spektakl sezonu w ligach krajowych), za oryginalny i chwilami porywający styl gry.

Porywający tylko chwilami, bowiem uprawiana przez nich kombinacja agresywnego pressingu i rozbrajająego (nas i rywali) tempa rozgrywania ataku działa na organizmy piłkarzy wyniszczająco. Dlatego Athletic Bilbao był niestabilny, za uniesienia w Lidze Europejskiej płacił wpadkami w kraju. Kiedy np. rozprawiał się z Manchesterem, tracił szansę na podium hiszpańskiej Primera Division lub choćby czwarte miejsce, pozwalające zabawić się co najmniej w kwalifikacjach LM (przegrał kolejno z Osasuną, Valencią i Atletico).

Baskom pod dowództwem Marcelo Bielsy musiało być ciężko. Rotacji w składzie unika, więc swoich ludzi wyżął po ostatnią kroplę potu - gdyby nie istniał Leo Messi, to Susaeta, Iraizoz czy Muniain byliby najbardziej eksploatowanymi piłkarzami na kontynencie. Nie unikał za to Argentyńczyk wielogodzinnych sesji treningowych, zdominowanych przez żmudną dłubaninę przy jego taktycznych ideach. Dłubaninę, dodajmy, uprawianą i na trawie, i przed monitorami, Bielsa zamęcza graczy także wykładami teoretycznymi. A nie jest charyzmatyczną mówcą. Raczej oschłym belfrem.

To związany z nim paradoks - za widzianą na boisku poezją jego wizji futbolu kryje się niewidziana proza codziennej pracy, której Argentyńczyk jest fanatykiem. Z jednej strony zaraża piłkarzy upodobaniem do zawodu trenera (zostało nim aż 11 z 14 graczy Newell’s Old Boys, którzy 20 lat temu pod jego rządami rywalizowali w finale Copa Libertadores) i czyni bardzo świadomymi taktycznie, z drugiej - zmusza do tytanicznego wysiłku nie tylko fizycznego, ale również umysłowego. - Mieliśmy po 20 lat, a on rozdawał nam relacje z czterech różnych gazet i kazał sporządzać charakterystyki przeciwników - opowiada Mauricio Pochettino, dziś szkoleniowiec Espanyolu Barcelona. - Byłem obrońcą, więc pewnego razu musiałem przeprowadzić gruntowną analizę pressingu stosowanego przez Milan - to z kolei wspomnienie Eduarda Berizza, dziś robiącego karierę jako szkoleniowiec w lidze chilijskiej.

Na mój nos piłkarze Bilbao zwyczajnie nie wytrzymali. W finale Ligi Europejskiej, przegranym z Atletico Madryt aż 0:3, brakowało im inspiracji, błyskotliwości, precyzji w konstruowaniu ataków. Został tylko duch walki. I łzy. Piłkarze wręcz szlochali, oni jeszcze bardziej niż barcelończycy zdają sobie sprawę, że tworzą więcej niż klub.

A ja jestem ciekawy, co się stanie, jeśli argentyński ekscentryk - wiem, dziś na notkę bardziej zasługuje jego inny uczeń, czyli Diego Pablo Simeone - wreszcie spróbuje wzniecić swoją rewolucję w naprawdę wielkiej firmie, w której presję czuje się w każdym meczu, wygrywać trzeba zawsze i wszędzie, nie ma mowy o odpuszczaniu jednych rozgrywek, by walczyć do upadłego w innych. Tam nie będzie miał ograniczeń naturalnych dla zatrudniającego wyłącznie Basków Athletiku Bilbao, kadrę dostanie znacznie bogatszą w warianty alternatywne. Tyle że on za wariantami alternatywnymi nie przepada, awanturę potrafi wszcząć z powodu braku DVD z nagranymi meczami niskoligowego sparingpartnera, a jak widzą go podwładni, przypomina sławny cytat z Ikera Muniaina. Na pytanie, czy jego trener jest aż tak szalony, jak się mówi, piłkarz odpowiedział: „Nie. Bardziej”.

czwartek, 15 marca 2012

Athletic Bilbao

Zanim napiszę większy tekst o fenomenie Athletiku, jedynym znanym mi bezwyjątkowo jednolitym narodowym klubie piłkarskim, do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl”, podrzuciłem do dzisiejszego wydania obrazek z Bilbao szykującego się do wieczornego szlagieru z Manchesterem United. Przeczytacie go tutaj. Relacji z meczu z przyczyn logistycznych nie nadam, ale zwierzę się, że bardziej chorującego na futbol miejsca jeszcze nie widziałem. No, może poza Argentyną. Fioła mają tutaj totalnego, mam wrażenie, że w Polsce nawet po awansie naszej reprezentacji do finału Euro 2012 nie zobaczyłbym tak powszechnie manifestowanego przywiązania do drużyny, jaką oglądam tutaj przez rewanżem z MU...

Jeszcze raz zapraszam do lektury. Aupa Athletic!

16:26, rafal.stec
Link Komentarze (75) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012

Athletic Bilbao, Barcelona, Primera Division, tiki-taka, bowler hat,

Xavi Hernandez podaje w tym sezonie piłkę naprawdę celnie, bo z 93-procentową skutecznością, ale Leon Britton jest jeszcze precyzyjniejszy. O 0,3 proc.

Britton po barcelońsku nie przesadzał z wyciąganiem się w pionie (odrósł od ziemi na skromne 165 cm), a drużyna Swansea, dla której ściboli te swoje kopnięcia, ośmiela się próbować po barcelońsku grać. Dlatego jej wczorajsze zwycięstwo nad zawsze radosnym Arsenalem można było pomylić z meczem ligi hiszpańskiej. Zresztą posłuchajcie trenera Brendana Rodgersa: „Piłkarz musi się na boisku bawić, dotykać piłki możliwie najczęściej. My, Brytyjczycy, możemy grać jak Hiszpanie, to wyłącznie kwestia mentalności”.

Inne skojarzenia barcelońskie lub szerzej - iberyjskie? Klub należy w 20 proc. do kibiców; jest walijski, więc w angielskiej Premier League czuje się swoją odrębność; jako trenerów zatrudniał poprzednio Portugalczyka Paulo Sousę oraz Hiszpana Roberto Martineza.

Nie myślcie sobie, że zamierzam dzisiaj kontynuować opowieść o postępującej latynizacji angielskiej Premier League, którą z zadowoleniem witałem w tym felietonie. Wspominam o Swansea, bo jej kolejny ładny sukces przypomniał mi Fredzie Pentlandzie. Postaci, której twórczość mam ochotę zadedykować wszystkim pochłoniętym niekończącymi się, niezmiennie jałowymi dyskusjami na forum o wyższości ligi śmakiej nad owaką. On na pewno te wasze dzikie awantury wzbogaci;-)

Otóż był Pentland trenerem w erze futbolowej starożytności, który przybył do Hiszpanii z Anglii, by oduczyć Hiszpanów sprowadzonego z Anglii sposobu gry. Oznaczanego tam przed wojną kodem „1-2-3” odnoszącym się do liczby kopnięć mających doprowadzić piłkę od bramkarza do środkowego napastnika, który następnie wsadzi ją między słupki wroga. Oczywiście w akcji idealnej, niedorajdy musiały wymienić więcej podań.

Choć oczywiście nie więcej - zgaduję, nie mam statystyk - niż wymieniają ich dzisiaj Swansea albo Barcelona.

Nadciągnął zatem Pentland, który między swoimi był wyrzutkiem, i jął naprawiać to, co nawyrabiali jego rodacy. Oni, sami doskonale wiecie, narzucali ton jako futbolowi pionierzy. Stąd wiele z angielska brzmiących nazw klubów w latynoskim świecie. Jak argentyńskie River Plate, brazylijskie Corinthians czy hiszpańskie Athletic Bilbao.

Właśnie w Kraju Basków wylądował Pentland, orędownik gry tkanej z licznych krótkich podań. I oryginał, choć ukryty pod manierami klasycznego angielskiego dżentelmena. Nosił melonik (stąd przydomek El Bombin), palił grube cygara, ale prawdopodobnie - znów zgaduję, nie mam na niego żadnych medycznych kwitów - miał świra. Phil Ball w „Morbo. The Story of Spanish Football” pisze, że pierwszy trening w Bilbao zaczął od objaśniania piłkarzom, jak prawidłowo wiązać sznurówki.

Promowany przez niego styl przejęła Barcelona. I zdobyła mistrzostwo. W 1929 roku. Matka Johana Cruyffa pewnie nie miała jeszcze wtedy pojęcia, że za dwie dekady urodzi syna, który po następnych kilku dekadach też będzie zarażał Katalończyków wizją futbolu złożonego z gęstej plątaniny mikropodań. I że w następnym stuleciu Katalończycy opanują tę sztukę do perfekcji.

Pentland nie od razu odniósł sukces. Popodróżował po Hiszpanii - pracował w Santander, Madrycie i Oviedo - zanim wrócił do Athletic, patronował dwóm mistrzostwom kraju i kilku innych trofeom, został najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach klubu.

W marcu minie pół wieku od jego śmierci. Gwarantuję wam, że w Bilbao rocznicę zauważą, Anglik to dla nich legenda jak Rafael Moreno Aranzadi alias Pichichi.

W końcu to Pentland odpowiada za najwyższą klęskę, jaką kiedykolwiek poniosła Barcelona. W Bilbao zdarzyło jej się przegrać 1:12.

Archiwum
Tagi