Wpisy z tagiem: Euro 2016

poniedziałek, 11 lipca 2016

W sprawie nowej formuły turnieju jestem za, a nawet przeciw, choć wcześniej byłem wyłącznie przeciw. Bilans wynikających z reformy zysków i strat zawarłem w felietonie do „Gazety Sport.pl Ekstra”. Przeczytacie go tutaj.

Tagi: Euro 2016
16:16, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
niedziela, 10 lipca 2016

Mijała 108. minuta brzydkiego finału Euro 2016, gdy zwycięskiego gola wbił Eder. Portugalczycy to nie są mistrzowie, których łatwo lubić. Ale dokonali wyczynu wyjątkowego. Odebrali Francji nietykalność.

Najpierw obejrzeliśmy jedne z najbardziej poruszających scen na Euro 2016. Cristiano Ronaldo dwa razy padał i dwa razy wstawał, żeby kontynuować grę, ale za trzecim razem z naturą przegrał. Znów kończył mecz o złoto załzawiony.

Kiedy płakał po sensacyjnej porażce z Grecją w finale Euro 2004, był jeszcze drobnym nastoletnim chłopcem, który lubi tańczyć z piłką na skrzydle i generalnie nieźle się zapowiada. Od tamtej pory przeistoczył się w gladiatora, być może najwspanialszego atletę wśród wszystkich wybitnych futbolistów z teraźniejszości i przeszłości. Po półfinale, w którym wyskoczył o piętro wyżej niż walijscy obrońcy, zmierzono, że odrywa się od ziemi na większą wysokość niż przeciętny koszykarz NBA.

O ciało dba maniakalnie. Po meczach Realu Madryt natychmiast pędzi do rezydencji, żeby poddać się wyrafinowanej procedurze w prywatnym, wyłożonym zaawansowaną technologią gabinecie odnowy - inaczej krew nie będzie krążyć idealnie, siniaki nie zblakną natychmiast, zacznie miejscami przypominać zwykłego homo sapiens. To turbopiłkarz o parametrach z samiutkiego końca skali, człowiek bolid, przywykły do działania wyłącznie na najwyższych obrotach.

Jednak nawet jego organizm czasami nie wytrzymuje. Na Stade de France nie wytrzymało starcia z Dimitri Payetem, po którym sędzia nawet nie odgwizdał faulu. Ronaldo zaczął kuleć, częściej zerkał na swoje kolano niż na piłkę. W końcu zszedł za linię boczną, potem wrócił - już obandażowany. Próbował zainicjować kontratak, ale po kilku krokach stanął, przegrał z bólem. Aż został zniesiony do szatni na noszach. Paradoks, że w szpitalnej pozie kończył akurat on, właściciel ciała o absurdalnie proporcjonalnych kształtach, które wygląda na niezniszczalne. Jego spłakana twarz będzie jedną z finałowych ikon, jak legendarny karny Panenki z Euro 1976, osławiony nokaut Zidane’a na Materazzim z MŚ 2006, czy bramkarz Casillas błagający sędziego o zakończenie meczu o złoto Euro 2012, żeby nie przedłużać poniżających chwil dla Włochów, przegrywających wówczas 0:4.

Kiedy straciliśmy z oczu Ronaldo, wydawało się, że jego rodacy porzucą wszelkie nadzieje. To lider drużyny w pojedynkę zapewnił Portugalii jedyne na turnieju zwycięstwo, półfinałowe z Walią. A w finale Francuzi od początku oblegali wrogie pole karne, atakując rywali agresywnie i notorycznie odbierając im piłkę na ich połowie. Chwilami wyglądało to tak, jakby o wyborze strategii na finał przesądziła obecność Marka Clattenburga, sędziego z ligi angielskiej, w której piłkarzom wolno więcej. Bo gospodarze grali momentami brutalnie.

Poza tym długo wiele się nie działo, wraz z zejściem Ronaldo z boiska uszła energia. Mecz był coraz słabszy, obustronnie zachowawczy, bałaganiarski. Francuzi ponownie przyspieszyli dopiero w końcówce. I od powodzenia dzieliły ich centymetry. W 92. minucie André-Pierre Gignac trafił w słupek. Ale w dogrywce lepiej wyglądała już Portugalia. Lepiej fizycznie, choć musiała znosić już trzecią dogrywkę na turnieju. Gospodarze nie przeżyli żadnej.

To były mistrzostwa pierwszych razów, obalania hierarchii, przerywania niekończących się serii. Polacy wreszcie wyszli z grupy jakiegokolwiek turnieju w XXI wieku i po raz pierwszy uczestniczyli w konkursie rzutów karnych. Debiutanci z Islandii dofrunęli do ćwierćfinału. Debiutanci walijscy zabawili aż w półfinale. Niemcy po dekadach traum w starciu z Włochami wreszcie swoich prześladowców wykopali z turnieju. Aż zburzona została Francja. Nikt tak jak ona nie korzystał dotąd z przywileju bycia gospodarzem - na Euro 1984 wzięła złoto, na mundialu 1998 wzięła złoto, teraz też pragnęła złota. Jej globalny bilans z nowożytnych turniejów u siebie składał się do paryskiego finału z 16 zwycięstw i dwa remisy. Nietykalna.

Gdyby Portugalia znów zatriumfowałaby po rzutach karnych, jej dokonania głośno by kwestionowano. Z grupy wyczołgała się po trzech remisach, potem zaserwowała nam rozciągniętego o dogrywkę gniota z Chorwacją, ćwierćfinał przetrwała dzięki jedenastkom... Idealny kandydat na mistrza, który „nie zasłużył”. Ale zwycięstwo nad Francją, i to odniesione po dramacie kapitana drużyny musi wpłynąć na nasz werdykt.

Ronaldo wrócił z szatni na dogrywkę, w ostatnich sekundach biegał wzdłuż linii i dopingował kolegów do walki. On być może znów, jak to ma w zwyczaju, zapłacze podczas odbierania Złotej Piłki. Odbierze ją jako jedyny piłkarz obok obrońcy Pepe, rodaka i kolegi z Realu, który w 2016 roku zdobył najcenniejsze trofeum i w futbolu klubowym, i w futbolu reprezentacyjnym. To jego najszczęśliwszy sezon w karierze.

Tagi: Euro 2016
23:38, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
sobota, 09 lipca 2016

Euro 2016 zwieńczy w niedzielę opowieść najbardziej klasyczna z klasycznych. Urodziwa Francja, która jak zwykle pożąda złota, spróbuje rozszarpać brzydką Portugalię, która złota nie była jeszcze nigdy.

Finaliści mieszkają podczas mistrzostw w sąsiedztwie, w zalanych zielenią zaciszach nieopodal francuskiej stolicy - gospodarze w swoim narodowym, zmodernizowanym niedawno na lśniąco ośrodku w Clairefontaine; Portugalczycy w należącym do rugbystów, przyprószonym już patyną ośrodku w Marcoussis. Ale to jedyne, co ich łączy. Do złota dokopują się skrajnie odmiennymi metodami.

Francuzi - z gracją. Portugalczycy - za cenę obniżenia atrakcyjności spektaklu. Takie są przynajmniej odczucia większości, bo w futbolu nie istnieje uniwersalna, wspólnie przyjęta definicja „piękna”. Wiadomo tylko, że generalnie nad drużyny pragnące przede wszystkim nie przegrać kibice przedkładają drużyny pragnące wygrać. Że od drużyn kontrolujących przestrzeń wolą drużyny kontrolujące piłkę. I co pewien czas w najważniejszych turniejach oglądają starcie skrajnie różnych stylów, które zamieniają się niemal w wojnę dobra ze złem, jasnej strony mocy z siłami ciemności. Ubóstwiany przez tłumy futbol reprezentowały ostatnio m.in. Barcelona i Hiszpania, Bayern i Niemcy. A ten znienawidzony przez tłumy, doceniany co najwyżej przez mniejszość koneserów - klubowe zespoły trenerskiego ultrapragmatyka José Mourinho czy reprezentacja Grecji, sensacyjna triumfatorka Euro 2004.

***

I w niedzielę znów obejrzymy tradycyjne, niemal archetypiczne zderzenie ideologii. Nawet jeśli finaliści nie stanowią przypadków aż tak skrajnych jak wyżej wymienione.

Francuzi wygrali na Euro 2016 wszystkie mecze poza ostatnim w grupie, w którym remis pozwalał im utrzymać pozycję lidera. Portugalczycy natomiast zremisowali - pomijam rozstrzygnięcia w dogrywce i rzutach karnych - wszystkie poza półfinałowym z Walią. Francuzów publika zapamięta ze specjalisty od strzałów o wymyślnych trajektoriach lotu piłki Dimitriego Payeta, który czarował w fazie grupowej, czy miniaturowego dryblera Antoine’a Griezmanna, który rozszalał się w fazie pucharowej. Portugalczykom nie zapomni natomiast zręcznego paraliżowania przeciwnika. Aż tak zręcznego, że uniemożliwiającego utkanie natarcia zakończonego sensownym strzałem, i wymagającego obronnego zaangażowania wszystkich zawodników, z których żaden nie pozwala na to, by jakikolwiek rywal z piłką przy nodze znalazł się za jego plecami.

- Nie obchodzi mnie, czy uchodzimy za brzydkie kaczątko. Nie przylecieliśmy tutaj, by grać pięknie, przylecieliśmy tu zwyciężyć - mówi trener Fernando Santos, który notorycznie słyszy podczas francuskiego turnieju pytanie, dlaczego jego drużyna gra aż tak paskudnie. Przyzwyczaił się i nie próbuje nawet oskarżeniom zaprzeczać, woli prowokacyjnie powtarzać, że Portugalia najbardziej podobała mu się w 1/8 finału z Chorwacją - prowokacyjnie, ponieważ tamten mecz uchodzi za mocną kandydaturę na czołowe nudziarstwo mistrzostw, celny strzał padł wówczas dopiero pod koniec dogrywki. Jego piłkarze również są stale nagabywani i również nie wdają się w estetyczne rozważania, zgodnie powtarzając, że konsekwentnie dążą do konkretnego celu, nic innego nie zaprząta ich głów.

Oni coraz częściej wywołują u komentatorów skojarzenia z przywoływaną Grecją AD 2004, która stała się synonimem futbolowej megasensacji - historia nie zna bardziej niespodziewanego mistrza świata, Europy czy Ameryki Południowej - a zarazem futbolowego minimalizmu, absolutnego skupienia na zniszczeniu wszystkiego, co wymyśli przeciwnik.

Skojarzenia są oczywiste, ale też nie ma mowy tu o pełnej analogii. Grecy przywieźli na mistrzostwa kontynentu zawodników kompletnie anonimowych, zatrudnianych w prowincjonalnych klubach lub wręcz bezrobotnych, o wybranego przez UEFA na bohatera turnieju Theodorosa Zagorakisa - któż poza rodakami o nim dzisiaj pamięta?! - rywalizowały potem Bologna i Levante. To była grupa ludzi pozbawionych alternatywy, odważniejszy sposób gry sprowadziłby na nią nieuniknioną klęskę. Tymczasem za portugalskich kadrowiczów kluby wykładają po kilkadziesiąt milionów euro, a Cristiano Ronaldo globalną legendą stał się już za sportowego życia. No i Grecy w przeciwieństwie do swoich domniemanych następców nie potrzebowali przed 12 laty konkursów rzutów karnych, oni wygrywali i w ćwierćfinale, i w półfinale, i w finale. Ledwie 1:0, ale wygrywali.

***

Portugalia ma więc zatem liczny zastęp oponentów - twierdzą, że „nie zasłużyła” na finał - ma ich także Francja. Pierwszy podniósłby tu rękę zapewne trener Joachim Löw, który po porażce z gospodarzami na pytanie, co Niemcy zrobili źle, rzucił lakonicznym: „Nic”. A potem jeszcze dorzucił, że o ile na poprzednim Euro oraz na mundialu 2010 ulegli w półfinale rywalom lepszym od siebie, o tyle tym razem to oni byli lepsi. I znalazł zrozumienie mnóstwa komentatorów, którzy długo patrzyli w czwartek z marsylskich trybun, jak mistrzowie świata z urzekającą swobodą zabawiają się piłką na francuskiej połowie boiska.

Dzisiaj to wszystko jest już jednak tylko publicystyką, o realną chwałę walczą ci, którzy w półfinale wygrali jednak wyraźnie, dwubramkowo. Portugalczycy - najmniejsza wśród wielkich europejskich nacji - pragną wreszcie przeprowadzić skok na złoto do samego końca. Od 20 lat jako jedyni na kontynencie zawsze dobiegają do ćwierćfinału, raz w tym okresie brali srebro, a dwukrotnie - brąz. Potęga. Potęga, której brakuje tego jednego, rozwiewającego wszelkie wątpliwości podboju.

Francuzi pozycję tylko by potwierdzili, triumf na Euro 2016 dołożyliby do triumfów na mundialu 1998 oraz Euro 1984. A Didier Deschamps zostałby jedynym obok Bertiego Vogsta, który był mistrzem kontynentu i jako piłkarz, i jako trener. On między rodakami uchodzi za żywy talizman, człowieka ozłacającego wszystko, co dotknie. Mówią o nim, że gdyby tylko wybrano go na prezydenta republiki, wszystkie francuskie problemy natychmiast zostałyby rozwiązane. Znaczy tak wszechmocnego przeciwnika Portugalia jeszcze na tym turnieju nie spotkała.

Tagi: Euro 2016
20:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
czwartek, 07 lipca 2016

U siebie nie przegrali na nowożytnych mistrzostwach jeszcze nigdy, teraz rozprawili się (2:0) nawet z Niemcami. I jeśli w niedzielnym finale Euro 2016 złamią Portugalię, jak zwykle zdobędą złoto.

Zanim zaczęli popełniać grube błędy, grali porywająco. Nic dziwnego, jako jedyni w dziejach futbolu na półfinałowym pułapie fruwają już na szóstym turnieju z rzędu. Ale złoci medaliści ostatniego mundialu nie zostaną kolejną - po reprezentacji Niemiec z lat 70., Francji ze schyłku XX wieku oraz Hiszpanii sprzed kilku lat - drużyną, który jest równocześnie i mistrzem świata, i mistrzem Europy.

To był wreszcie mecz, podczas którego widz błaga, żeby się nie kończył. Może początkowo nieco zbyt narwany - jak na stawkę - ale za to wysadzony zagraniami klejnotami, utrzymujący nas w permanentnym stanie najprzyjemniejszych kibicowskich palpitacji. I gol padłby natychmiast, gdyby nie Manuel Neuer, bramkarz wprost nietykalny. Koledzy mogli go wystawiać w czwartkowy wieczór na dowolną próbę, nie sprawiało mu różnicy, czy musi im podać piłkę wolejem, czy musi wygrać pojedynek oko w oko z Antoine’em Griezmannem, liderem klasyfikacji najskuteczniejszych na Euro 2016. Uległ dopiero rzutowi karnemu. Podobnie jak w ćwierćfinale z Włochami, on inaczej na mistrzostwach nie puścił żadnego gola.

Niemcy jednak uparcie się o jedenastki napraszali. W poprzedniej rundzie ręce wysoko nad głowę uniósł Jerome Boateng - chciał pokazać arbitrowi, że nie popycha rywala, ale uderzyła go piłka - tym razem dłoń uniósł Bastian Schweinsteiger, wyczynowiec jeszcze bardziej doświadczony. I nawet jeśli piłki nie dotknął, to zrobił zbyt wiele, by sędziowski gwizdek wymusić. Trochę w obu tych epizodach było pecha, ale i dużo właśnie nieostrożności. Pewnych gestów się zwyczajnie w polu karnym unika.

Zanim gospodarze tuż przed przerwą objęli prowadzenie - piąta bramka Griezmanna - zachwycali Niemcy. Płynnością, szybkością, geometrią ofensywnych akcji. Trudno było się zorientować, że dyskwalifikacje za kartki oraz kontuzje pokiereszowały im skład, że trener Joachim Löw musiał się ostro przed półfinałem nakombinować. A przecież jeszcze przed turniejem stracił Marco Reusa oraz Ilkaya Gündogana, kandydatów do podstawowej jedenastki... Oni od niemal dekady grają tak, że coraz trudniej bronić się przed futbolową germanofilią - nawet tym, którzy pamiętają im mroczną przeszłość pragmatycznych boiskowych nudziarzy, i cierpieli niegdyś na germanofobię. Teraz przesuwają po murawie piłkę tak sprawnie, że czasami odnosisz wrażenie, że jedenastkę tworzą wyłącznie z rozgrywających. Że w środku pola z sensem poreżyserowałby nawet bramkarz Neuer.

Prędko stało się zatem jasne, że niezależnie od tego, kto zwycięży, w finale obejrzymy fabułę najklasyczniejszą. Że w niedzielę ci dobrzy - wyłonieni w szlagierze marsylskim stoczą pojedynek z tymi złymi, czyli uprawiającymi cyniczny, ostentacyjnie nieatrakcyjny futbol Portugalczykami. A jeśli dostąpią tego zaszczytu Niemcy, to mecz o złoto będzie miał obsadę wymarzoną z perspektywy polskiej.

Ziściłby się bowiem wówczas scenariusz przed turniejem niemal niewyobrażalny. Oto piłkarze Adama Nawałki nie tylko awansowali do ćwierćfinału, nie ponieśli żadnej porażki i nie pozwolili rywalom być na prowadzeniu nawet przez sekundę, ale jeszcze podsumowywaliby Euro 2016 w glorii tych, których nie zdołali pokonać ani mistrzowie, ani wicemistrzowie kontynentu. I tym razem nie byłoby to rozpaczliwe wypatrywanie jakichkolwiek, kultowych u nas „akcentów polskich”, lecz operowanie twardym konkretem. Popartym jeszcze wspomnieniami przebiegu gry. Przecież w zremisowanym bezbramkowo meczu z Niemcami to Polska była bliżej pełnego powodzenia!

Mieliśmy mnóstwo powodów oczekiwać tego miłego wariantu, nasi zachodni sąsiedzi umieją wszak gospodarzy turniejów wprost upokorzyć. I to gospodarzy najpotężniejszych - podczas ostatniego mundialu dali przecież popis wszech czasów, wtłukli Brazylii siedem goli.

Teraz jednak zderzyli się z przeciwnikiem absolutnie unikatowym. Francja organizowała po wojnie mistrzostwa (Europy i świata) dwukrotnie, by dwukrotnie wziąć złoto, a teraz 90 minut dzieli jej piłkarzy od kolejnego podniesienia trofeum. Co więcej, ozdobiła swoje popisy bilansem nieskazitelnym, wraz z marsylskim półfinałem ma w dorobku 16 zwycięstw i dwa remisy. Ideał.

Teraz też rozdaje fanom delicje, przywoływany Griezmann może konkurować z Dimitri Payetem o tytuł najbardziej magicznego uczestnika Euro 2016. Gdy Niemcom wbił jeszcze jednego gola, szóstego na turnieju, wiedzieliśmy, że tylko raz król strzelców mistrzostw kontynentu miał ich więcej - Michel Platini przed 32 laty, oczywiście również Francuz.

Reprezentacji gospodarzy przypadki losowe podczas turnieju nie krzywdziły, tymczasem Niemcy mogli czuć, że ktoś testuje granice możliwości ich futbolu. W drugiej połowie z powodu urazu stracili Boatenga i być może jego nieobecność spowodowała kaskadę błędów defensywy - młodego Joshuę Kimmicha oraz samego Neuera - poprzedzającą rozstrzygającego gola Francji. Francji rozszalałej, która kopie tym piękniej, im bliżej jej do złota.

Tagi: Euro 2016
23:00, rafal.stec
Link Komentarze (75) »

Ten szlagier powinni w zasadzie wygrać i Niemcy, i Francuzi. Bo przecież obaj rywale są podczas Euro 2016 skazani na złoto.

Awanturka po ćwierćfinale z Włochami - zwycięskim dopiero po niesamowitym, pełnym osobliwych zachowań piłkarzy konkursie rzutów karnych - uzmysławia, że ludziom niemieckiego futbolu kompletnie zakręciło się w głowie. Reprezentacja od lat wygrywa i porywa stylem gry, a oni zastanawiają się, czy trener Joachim Löw zna się na robocie.

Niemiec zawinił, ponieważ w meczu z Italią skopiował ustawienie rywali, upychając w podstawowym składzie trzech stoperów. I zdaniem Mehmeta Scholla - niegdyś piłkarza reprezentacji, dzisiaj eksperta publicznej telewizji ARD - zachował się w sposób urągający godności mistrzów świata, który powinni sami decydować, jak przebiega gra. Zwłaszcza gra z Włochami przeżywającymi kryzys, z zasobami kadrowymi uboższymi niż kiedykolwiek wcześniej. Dyskusja była na tyle głośna, że sprowokowała niemiecką federację do rozesłania oficjalnego stanowiska objaśniającego taktyczne wybory Löwa.

Uzmysłowiła też, jak niebotyczne wymagania można stawiać reprezentacji w kraju wyższej futbolowej kultury. Niemcy potrafią publicznie kwestionować nieomylność - pomińmy sensowność zarzutów - selekcjonera, który od dekady wyłącznie zwycięża. Na mundialu 2006 pełnił formalnie funkcję asystenta Jürgena Klinsmanna, ale zdaniem wtajemniczonych to on zaprojektował porywający styl Niemców, którzy zdobyli brąz. Na Euro 2008 już samodzielnie poprowadził piłkarzy do srebra. Na mundialu 2010 znów zatrzymał się dopiero w półfinale, podobnie jak na Euro 2012. Aż nadszedł mundial 2014 - ze złotem poprzedzonym spektakularnym 7:1 z Brazylią. Wraz z trwającym Euro 2016 mamy sześć turniejów z rzędu na poziomie medalowym, czyli wyczyn absolutnie bezprecedensowy w całej historii piłki nożnej.

Teraz też Niemcy suną przez turniej skazani na sukces. - Przyjechaliśmy tu nie po to, żeby wygrywać z Włochami, lecz po to, żeby wygrać złoto - wzruszał ramionami Oliver Bierhoff. Dyrektor reprezentacji bagatelizował ćwierćfinałowy wynik, choć drużyna uciekła od swojego najgłębszego kompleksu, wszak Italii nie pokonała na turnieju nigdy, pomimo prób podejmowanych od 54 lat. I na razie wspina się do kolejnych rund w nienagannym stylu - gdyby nie gol wbity z rzutu karnego przez Leonardo Bonucciego (zaczęło się od pecha Jerome’a Boatenga, piłka uderzyła w jego ręce), nie straciłaby jeszcze gola. Przez 480 minut gry.

Przed półfinałem do obmyślania alternatywnych wariantów zmuszają Löwa okoliczności. Obrońcę Matsa Hummelsa odebrała mu dyskwalifikacja za żółte kartki, a niesamowitego w meczu z Włochami napastnika Mario Gómeza oraz pomocnika Samiego Khedirę - kontuzje. Naruszone zostały wszystkie formacje, w dodatku leczy się także Bastian Schweinsteiger. Również dlatego Francuzi spotężnieli do roli faworytów.

Oni właśnie dali imponujący popis ofensywnej werwy. Islandii - dotąd świetnie zorganizowanej i zdyscyplinowanej - przyłożyli w ćwierćfinale pięcioma golami, a niewykluczone, że gdyby nie poczuli się zanadto zrelaksowani, to urządziliby rywalom piekło. I jak Niemcy budzą szacunek porządkiem na tyłach, tak gospodarze podbijają Euro tercetem, który przewodzi rankingowi snajperów - najbardziej błyskotliwym uczestnikiem turnieju Dmitri Payetem, naturalnym kandydatem na króla strzelców Antoine’em Griezmannem, fantastycznie wydajnym w reprezentacji Olivierem Giroudem. Ten ostatni bez ustanku powtarza, iż w Manuelu Neuerze w żadnym razie nie widzi „muru nie do przebicia”, a traktować go wypada o tyle poważnie, że w sześciu meczach pokonał niemieckiego bramkarza pięciokrotnie.

On reprezentuje zupełnie inną sportową kulturę, od Francuzów kilkakrotnie podczas turnieju słyszałem, że nie uważają się za kraj piłki nożnej - kręci ich przede wszystkim rugby, złoto wzięte na Euro dałoby im raczej przyjemność niż ekstazę. Jeśli to prawda, tym większy respekt budzi dorobek Trójkolorowych. Ilekroć bowiem organizują po wojnie mistrzostwa, rozprawiają się ze wszystkimi - w 1984 r. zostali najlepsi na kontynencie, a 1998 r. najlepsi na świecie. Co więcej, na swoich trawach pozostają nietykalni, ich fantastyczny dorobek na turniejach u siebie składa się z 15 zwycięstw oraz dwóch remisów. Tak, tylko o Francuzach można rzec, że są jeszcze bardziej skazani na sukces niż Niemcy.

Tagi: Euro 2016
08:00, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
środa, 06 lipca 2016

Do finału nie tyle awansowała, ile go wyściboliła. Walijski mur zburzyła dzięki wyskokowi Cristano Ronaldo, który przy okazji ostatecznie rozstrzygnął tegoroczny plebiscyt Złota Piłka.

Jego wyskok był jak eksplozja po blisko godzinie martwej ciszy. Ronaldo ramiona wyniósł wyżej, niż broniący rywale trzymali głowy. Znów przypomniał, że jest atletycznym monstrum. Gola wbił głową, kilka chwil później dołożył asystę. 2:0. Półfinał był rozstrzygnięty, Portugalczycy zabijanie gry opanowali do mistrzostwa.

Wcześniej cierpieliśmy w martwej ciszy, bo celnych strzałów nie było wcale. O ile Walijczycy próbowali czasami nacisnąć spust, o tyle Portugalczycy w pocie czoła utrwalali reputację bezwzględnych dla bezstronnego kibica nudziarzy. Trener Fernando Santos notorycznie odpowiada podczas Euro na pytanie, dlaczego jego piłkarze kopią aż tak brzydko.

Oni przed półfinałem nie wygrali ani jednego meczu w podstawowym czasie gry. W całym turnieju byli na prowadzeniu przez niewiele ponad 19 minut, w inauguracyjnym spotkaniu z Islandią. Spłodzili rozciągniętego o dogrywki potwornego gniota z Chorwacją w 1/8 finału. Mieli w składzie wybitnego goleadora, a jednak pozwalali sobie na takie bezhołowie w ofensywie, że całymi godzinami nie był w stanie oddać sensownego strzału. A teraz ocalił ich dopiero rzut rożny.

Tak, Portugalia wydłubała finał kozikiem. Wydłubała kosztem widzów, którym z niemal każdym meczem przybywa powodów do stęknięć, że uczestnicy Euro 2016 poziomem gry - i nastawieniem, lękiem przed podjęciem minimalnego ryzyka - urągają prestiżowi imprezy.

Walii wybaczylibyśmy więcej. To absolutna debiutantka na jakichkolwiek mistrzostwach, pełna niskoligowców, skromna. I wcześniej podarowała trochę ładnego futbolu, skrywając swoje ograniczenia za organizacją gry. Dlatego lider Gareth Bale wpływał na wyniki bardziej niż portugalski lider Ronaldo. Dlatego Aaron Ramsey, zanim przed półfinałem został zdyskwalifikowany, wyglądał w reprezentacji lepiej niż w Arsenalu. Dlatego decydujące gole strzelał Hal Robson-Kanu, który tydzień temu był drugoligowcem, a obecnie jest już bezrobotnym.

Osiągnięcie faworytów półfinału też musimy docenić. Podczas Euro pasjami dyskutujemy przecież o rozmiarach, sławimy reprezentacje z państw niezbyt ludnych, które pomimo naturalnych ograniczeń potrafią zwyciężać. Jak 300-tysięczna Islandia (ćwierćfinałowy rekord mistrzostw Europy) czy trzymilionowa Walia (rekord półfinałowy). Tymczasem w szerszej perspektywie na bodaj jeszcze głębsze pokłony zasługuje Portugalia. 10-milionowa, czyli maleńka przy globalnych mocarstwach, które zawsze i wszędzie mierzą w medal. A ona też ma zapędy imperialne - jako jedyna na kontynencie od 1996 roku osiąga co najmniej ćwierćfinał Euro, zazwyczaj zdobywając medal. I jej piłkarze otwarcie deklarują, że interesuje ich tylko złoto - co również jest oznaką mocy, słabi milczą.

Wyściboliła finał Portugalia, wyścibolił rekord wszech czasów Ronaldo. Doścignął dzisiaj Michela Platiniego, który na mistrzostwach kontynentu strzelił w sumie najwięcej, bo dziewięć goli. Ale Francuz pluł ogniem ciągłym, cały dorobek zawdzięcza spektakularnemu popisowi na pojedynczym turnieju. Tymczasem Ronaldo ciułał bramki na Euro 2004, Euro 2008, Euro 2012 i Euro 2016. Rozsławiał Portugalię jako nastolatek, rozsławia ją po trzydziestce. I teraz zachował szansę na tytuł króla strzelców, liderowi klasyfikacji ustępuje jednym golem.

Bohater wieczoru w maju triumfował w Lidze Mistrzów, więc przeżywa najwspanialszy sezon w karierze. I zbliża się do osiągnięcia pełnej osobistej satysfakcji.

Wiadomo, że od lat toczy prywatny pojedynek z Leo Messim, wiadomo, że go przegrywa - i dlatego, że odebrał mniej Złotych Piłek (trzy, wobec pięciu rywala), i dlatego, że w Manchesterze United oraz Realu Madryt podnosił wyraźnie mniej trofeów niż Argentyńczyk w Barcelonie. Teraz jednak stoi przed niepowtarzalną być może szansą, żeby konkurenta przelicytować. Messi pozostaje bowiem niespełniony reprezentacyjnie, po niedawnym niepowodzeniu w finale Copa America sfrustrowany ogłosił nawet, że rzuca grę dla ojczyzny. A Ronaldo dzieli jeden mecz od reprezentacyjnego złota. I jeśli się do niego dokopie, rodakom pozostanie chyba tylko jeden dylemat. Jak go uhonorować. Pomnik i muzeum już ma.

Tagi: Euro 2016
22:57, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Nazywa się King. Andy King. I choć piłki dotyka stosunkowo rzadko, to jest prawdopodobnie jedną z najbardziej wpływowych postaci nie tylko na Euro, ale w ogóle w futbolu AD 2016. Bo dotyk ma królewski.

Kiedy o nim myślę, natychmiast staje mi przed oczami niejaki Bernie Lootz, nieszczęśnik zatrudniony w kasynie w Las Vegas. Zatrudniony właśnie dlatego, że jest łażącym nieszczęściem. Wkracza do akcji, gdy klient ma dobrą pasę - w ruletce, blackjacku i co tam jeszcze w jaskiniach hazardu podają do stołu. To tzw. „cooler”, wystarczy mu wygrywającego delikwenta musnąć, żeby fart ustąpił pechowi. Mały wielki aktor William H. Macy, odgrywający tytułową rolę w filmie Wayne’a Kramera, wygląda na ekranie jak dziurawe kapcie. Łazi przygnieciony, pomiętą twarz krzywi jeszcze bardziej niż zwykle, w studzienną deprechę możesz wpaść na sam jego widok.

Andy King na „coolera” wybitnie się nie nadaje. Jest jego przeciwieństwem - sprawdziłby się raczej jako specjalista od doprowadzania kasyn do bankructwa.

Zatrudnia go Leicester. Niedawno był zatem współautorem futbolowej megasensacji, został mianowicie mistrzem Anglii, choć wedle wszelkich prognoz wraz z całą leicesterową hałastrą powinien grzecznie stoczyć się do drugiej ligi. Prawdopodobieństwo tego, że ta drużyna wygra ligę, oszacowali przed sezonem bukmacherzy, ustalając kurs na to zdarzenie - 5000 do 1.

Ponieważ King reprezentuje również dumny naród walijski, to właśnie współuczestniczy w kolejnej baśni z tysiąca i jednej nocy, awansował mianowicie do półfinału Euro 2016. Bukmacherski kurs? 13 do 1. Łatwo policzyć, jakie było prawdopodobieństwo, że bieżący rok ułoży się właśnie tak - tytuł w kraju weźmie Leicester, a do czołowej czwórki na kontynencie wtargnie Walia. 1 do 65000.

Nie zamierzam pochylać się nad stylem gry naszego bohatera, jego umiejętnościami i podobnymi duperelami. Nie ma sensu, Andy udziela się na boisku niezbyt często - w całym sezonie ligi angielskiej ledwie dziewięć razy wystąpił w podstawowym składzie, podczas Euro 2016 nabiegał się całe 26 minut. Ale zasługi położył niebagatelne, tu nie ma mowy o zbiegu okoliczności. Zwróćmy uwagę, że na murawę zajrzał tylko w dwóch meczach - za każdym razem na niespełna kwadrans - i to akurat wtedy Walia odnosiła najefektowniejsze zwycięstwa. Grupowe 3:0 z Rosją oraz ćwierćfinałowe 3:1 z Belgią.

Jeszcze raz: dzięki Kingowi Leicester zostało najmniejszym mistrzem mocnej ligi w dziejach nowoczesnego futbolu, a Walia - najmniejszym półfinalistą mistrzostw Europy w całej historii futbolu.

Podczas Euro miał na razie ledwie 20 kontaktów z piłką, jednak efekt osiągnął niewiarygodny. Cała jego kariera świadczy zresztą o tym, że powinien stawiać nie na ilość, lecz jakość. Kiedy grał dużo, to Leicester błąkało się po niższych ligach.

Niezwykły talent ujawnił już w dzieciństwie. Trenował w akademii Chelsea, robił tam też za chłopca od podawania piłki - zawsze błagał, by pozwolono mu stawać za bramką, bo tylko wtedy miał szansę zobaczyć swoją twarz w telewizji, we flagowym programie „Match of the Day”.

Pełnił tę teoretycznie drobną rólkę w sezonie 2003/04. Dotykał piłki podczas gry ledwie kilkakrotnie, a jednak Chelsea akurat wtedy po raz pierwszy awansowała do Ligi Mistrzów. I dzięki temu przyciągnęła uwagę Romana Abramowicza, który uczynił jednym z najpotężniejszych klubów świata. Ma trochę przemilczanych osiągnięć Andy, prawda?

Teraz kolejna misja. Trzeba dostać się do finału Euro. Trochę się niepokoję, bo z powodu dyskwalifikacji Aarona Ramseya King może awansować do podstawowego składu - a już ustaliliśmy, że ilość kontaktów z piłką służy mu średnio, lepiej byłoby, gdyby skupił się na jakości. Ale trzeba wierzyć. I liczyć, że w przyszłości ktoś sfilmuje pojedynek na szczycie: Bernie Lootz kontra Andy King.

Przedturniejowy kurs u bukmacherów na złoto dla Walii? 71 do 1. Czyli istniała jedna szansa na 355000, że w tym roku zatriumfują oba malce - angielski klubowy i przyangielski reprezentacyjny. Idealne wyzwanie dla Kinga. Dla Kinga, z którym wiążę również osobiste nadzieje. Marzy mi się mianowicie, żeby właściwi ludzie to jego poprosili o wskazanie palcem - naturalnie palcem u nogi - gdzie powinniśmy szukać obcych cywilizacji.

Tagi: Euro 2016
00:06, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 04 lipca 2016

Świat zredukuje środowy półfinał Euro 2016, w którym Walia zagra z Portugalią, do pojedynku dwóch rewolwerowców z Realu Madryt. I w sporej mierze będzie miał rację.

Banał o futbolu jako zabawie wybitnie zespołowej nadal zachowuje aktualność, żaden ze sławnych liderów samotnie tego meczu nie wygra. Ba, niekoniecznie Gareth Bale czy Cristiano Ronaldo najbardziej wpłyną na wynik. To jednak bez znaczenia - równolegle z wojną o finał mistrzostw Europy będzie się toczyć strzelanina o Złotą Piłkę, nagrodę dla najlepszego gracza na planecie.

Na francuskim turnieju ostało się czterech majowych triumfatorów Ligi Mistrzów, którzy zachowują szansę na złoto Euro. Czyli na zdobycie obu najcenniejszych trofeów - klubowego i reprezentacyjnego - w 2016 roku. To wyczyn rzadki, w XXI wieku po taki dublet sięgali tylko Brazylijczyk Roberto Carlos, Hiszpanie Juan Mata i Fernando Torres oraz Niemiec Sami Khedira (raczej nie odgrywali głównych ról w swoich drużynach).

Dzisiejsi kandydaci to: Niemiec Toni Kroos, Portugalczycy Pepe i Ronaldo, Walijczyk Bale. Co nie oznacza, że wszyscy stali się pretendentami do Złotej Piłki. Kroos gra w stylu zbyt nieefektownym, czasami wręcz niewidzialnie - to specjalista od podań w środku pola, rozdawanych z laserową precyzją. Obrońca Pepe nabroił już tyle, że reputacji tępego brutala nie zrzuci nigdy, nawet gdyby do końca kariery żadnemu rywali nie pogroził nawet palcem. Realnie o indywidualny tytuł walczą jedynie skrzydłowi Realu.

I słowo „strzelanina” precyzyjnie oddaje charakter ich pojedynku. Obaj uderzają na bramkę bez wytchnienia, 36 prób Ronaldo daje mu pozycję lidera na Euro, a 21 prób Bale’a daje Walijczykowi pozycję wicelidera. Obu też kojarzymy nade wszystko ze scenami jak z westernu - rozstawione nogi, najwyższe skupienie, znieruchomienie poprzedzające wystrzał - ponieważ pasjami podchodzą do rzutów wolnych.

Kiedy już jednak dobiegną do leżącej piłki, wszystko zaczyna ich różnić. Bale imponuje zabójczą skutecznością, jako dopiero trzeci zawodnik potrafił na Euro zdobyć dwie bramki z wolnych. Ronaldo przypomina natomiast strzelającego na oślep, statystycy stale aktualizują porażające dane - na mistrzowskich turniejach, w których uczestniczy od 2004 r., uderzał już 42-krotnie, ale do siatki nie trafił nigdy.

Ten ostatni, który przegrywa 3-5 prywatny mecz na Złote Piłki z Leo Messim, mógł się poczuć (prawie) zdobywcą czwartej po finale LM - jako wykonawca decydującego rzutu karnego i jako król strzelców całych rozgrywek. Mógł też poczuć się nim niemal na pewno w ubiegłym tygodniu, gdy argentyński wirtuoz spudłował z jedenastu metrów w przegranym finale Copa America. Aż znienacka na poważne zagrożenie wyrósł Bale, biegający po przeciwległym skrzydle Realu.

Walijczyk należy do nielicznych gwiazdorów piłki klubowej, którzy biegają jak nakręceni na Euro 2016. Być może dlatego, że wiosną odetchnął - przynajmniej mentalnie - gdy tygodniami leczył kontuzje. Już we wspomnianym finale LM rozsadzała go energia, dał asystę przy golu Sergio Ramosa, był najlepszy na boisku. A teraz daje twarz reprezentacji uwodzącej miliony bezstronnych kibiców, którzy pożądają obalania hierarchii - Walia to najmniejszy półfinalista w historii mistrzostw Europy (trzy miliony ludzi) i jej awans do meczu o złoto, nie wspominając o czymś więcej, byłby zjawiskiem wybitnie medialnym i zapadającym w pamięć. Co w konkursie piękności, jakim jest Złota Piłka, bywa absolutnie kluczowe.

Tymczasem Portugalia do półfinału nie wbiegła, lecz się do niego dotoczyła. Niespójna w ataku, cyniczna, wszystkie pięć meczów w 90 minutach zremisowała (Chorwację przepchnęła w końcówce dogrywki, Polskę po rzutach karnych). Ronaldo nie zachwyca, jak zresztą w ostatnich tygodniach sezonu klubowego, gdy nękały go urazy. Gole strzelił tylko Węgrom, kiedy obie strony postawiły na spontaniczną wymianę ciosów, zostawiając atakującym mnóstwo wolnego miejsca. I nagle okazało się, że będącą na wyciągnięcie ręki Złotą Piłkę - odbiera ją spłakany, otwarcie przyznaje, ile dla niego znaczy - może mu podprowadzić nie doskonale rozpoznany rywal z Barcelony, tylko przyczajony kolega z Madrytu.

niedziela, 03 lipca 2016

Od Atlético do Leicester, od Walii do Islandii - niesamowity okresik w historii nowoczesnego futbolu, prawda? A na samym szczycie elity pręży się drużyna, która teoretycznie osiągnęła najmniej, bo zaledwie nieodnotowywany w medalowych tabelach ćwierćfinał. I została na pożegnanie okrutnie wychłostana.

Atlético nie jest aż tak małe, a już na pewno nie jest aż tak biedne, jak chcielibyśmy sądzić, i zdobywa przychylność mnóstwa kibiców nie tylko dlatego, że mimo wszystko jest znacznie mniejsze i biedniejsze od drużyn, którym rzuciło wyzwanie w lidze hiszpańskiej i Lidze Mistrzów. Rajcuje nas raczej to, że - trochę tu przesadzę, zważcie proporcje - startowało w pewnym sensie od zera. Nie podbiera gwiazd wylansowanych gdzie indziej, lecz samo lansuje własne. Ewentualnie ratuje sportowe życie piłkarzom odrzuconym, uchodzącym za skończonych. Jak (to chyba przypadek szczególnie spektakularny) Fernando Torres.

Leicester, choć mniejsze niż przywołany wyżej klub madrycki, też nie jest aż tak małe - a już na pewno nie aż tak biedne - ale jest znacznie mniejsze i biedniejsze od rywali, którym rzuciło wyzwanie w lidze angielskiej. I też rajcuje nas dzięki temu, że startowało od zera. Nie podbiera gwiazd, lecz wystrzeliwuje w kosmos własne, ocaliło cały tłum piłkarzy odrzuconych. Jak Jamie Vardy, N’Golo Kante czy Riyad Mahrez, by poprzestać na przypadkach najgłośniejszych.

Walia jest bezapelacyjnie mniejsza od większości przeciwników, których wyprzedziła podczas Euro 2016. I w startowaniu niemal od zera (pamiętam o Bale’u czy Ramseyu, pamiętam) oraz rozsławianiu zawodników niechcianych osiągnęła jeszcze więcej - zwycięskie gole Belgom wbijali Hal Robson-Kanu, który w dniu meczu został bezrobotnym, oraz Sam Vokes, zatrudniony w minionym sezonie w drugiej lidze. Oni reprezentują plemię rzeczywiście małe, marne trzy miliony Walijczyków.

Islandia przelicytowuje wszystkich, ponieważ jest już maleństwem w sensie ścisłym. Selekcjonuje reprezentację z 330 tysięcy ludzi; sprzyjającej kombinacji genów i okoliczności nie zawdzięcza ani jednej choćby gwiazdki; wystawia zawodników nie tyle odrzuconych, ile z racji pochodzenia wręcz skazanych na kopanie piłki z dala od poważnego zawodowego biznesu. Urzekłaby jej historia każdego.

Nie chodzi tu jednak tylko o rozmiar, czyli archetypiczne strzelanie z procy do ciężko uzbrojonego Goliata (Islandia jako kraina pasterzy owiec wkomponowuje się w mit idealnie), oraz ubóstwo jako cnotę. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Łączy bowiem owe mniejsze oraz najmniejsze drużyny etos współpracy. Wszystkie w najwyższym stopniu wyrażają ducha sportu zespołowego, gwałconego ostatnio coraz bardziej bezceremonialnie przez narcystycznych megagwiazdorów, którzy wyglądają na sfrustrowanych po wygranych meczach, jeśli tylko sami nie błysną. Doskonale znane nazwiska litościwie pomińmy, by nie wywoływać awantur.

Łączy ulubieńców publiki również upodobanie prostoty. W przypadku Atlético, Leicester oraz Islandii widoczne nawet w ustawieniu piłkarzy - wszędzie tam oglądamy powrót do klasycznego, przejrzystego jak roztopiony lodowiec 4-4-2.

Islandczycy górują tu nad wszystkimi, prowadzi ich wręcz kult prostoty. A także kult zwyczajności, powściągliwości, egalitaryzmu. Ucieleśniany przede wszystkim przez Larsa Lagerbacka. I ujęty w fundamentalnym dla szwedzkiej mentalności słówku „lagom”. Pisałem o nim podczas Euro 2004, ale powtórzę. Otóż kiedy wikingowie zasiadali do posiłku, miska (zawsze jedna) wędrowała z ręki do ręki i każdy biesiadnik jadł tyle, by nasycić głód, a zarazem tyle, by wystarczyło dla wszystkich. Nie za dużo, nie za mało, dokładnie w sam raz. „Lagom” - to słowo Szwedzi rzucają przy byle okazji, upierając się, że niuansów ich mentalności nikt nie zrozumie. W tym wybitnie egalitarnym społeczeństwie chodzi o to, by nie odstawać, ale też, by się nie wybijać. Po prostu być „lagom”.

Widzieliśmy i widzimy tę postawę w karierze Lagerbacka. Kiedy został on mianowicie asystentem selekcjonera Tommy’ego Soderberga, prędko został wywindowany na równego mu współtrenera. I na tych zasadach obaj pracowali w latach 2000-2004. Gdy się rozeszli, Lagerback próbował z kolei uczynić równym sobie asystenta Rolanda Anderssona, by publika doceniała wysiłek ich obu.

Teraz działa identycznie. My, którzy nie rozumiemy „lagom”, upieramy się, że Islandczyków prowadzi Lagerback, tak informują niemal wszystkie światowe media. Tymczasem Szwed współprowadzi drużynę ze współtrenerem Heimirem Helgirssonem, sławnym już ze swojej drugiej profesji, wykonywanej na pół etatu (stomatologia). Jeszcze raz: selekcjoner Lagerback od 16 lat - z krótką przerwą na nieudany epizod w Nigerii - ostentacyjnie umniejsza swoją rolę. Redukuje samego siebie w czasach naszego wspólnego zachwytu dla trenerów jako demiurgów, nieomylnych i charyzmatycznych guru udających, że osobiście popychają stopę każdego piłkarza, bo on sam nie miałby pojęcia, jak kopnąć.

- Czterema oczami widzi się więcej - przekonuje współselekcjoner Islandczyków. Cytuje też swego nauczyciela z lat 70. („Geniusz polega na tym, by umieć działać w prosty sposób”) oraz Alberta Einsteina („Jeśli nie umiesz czegoś prosto wyjaśnić, to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”). I wypada mu wierzyć, w końcu zilustrował swoje motto najbardziej niesamowitym triumfem prostoty, skromności oraz „lagom”, jaki kiedykolwiek oglądał futbol. W podróży do dzisiejszego meczu w Paryżu Islandia zatrzymywała m.in. Holandię, Czechy, Turcję, Portugalię, Austrię oraz Anglię. Oszałamiająca lista. Reprezentacją z bezprecedensowo maleńkiego kraju była już Islandia jako zwykły uczestnik mistrzostw Europy, a wypadem do ćwierćfinału ustanowiła prawdopodobnie jeden z tych rekordów, których nikt nigdy nie pobije.

Nic dziwnego, że na stadion Saint-Denis przyleciał prezydent kraju. I oczywiście wyminął lożę honorową, by usiąść między szeregowymi kibicami.

Tagi: Euro 2016
22:45, rafal.stec
Link Komentarze (19) »

W bramkach stali giganci, ale nawet nie musieli wyskakiwać z siebie - rzuty karne w szlagierowym ćwierćfinale Euro 2016 to był raczej pokaz strzeleckiej bezradności. Bardziej partaczyli Włosi, którzy po 54 latach wreszcie przegrali z Niemcami.

Simone Zaza - wpuszczony na boisko w ostatnich sekundach dogrywki! - przed strzałem długo dziwacznie pląsał. Graziano Pelle uderzył tak, że na podwórku krzyczelibyśmy o „kapciu”. Leonardo Bonucci w ostatniej chwili się zawahał.

Żaden nie trafił, a listę tych, którzy pudłowali w okropnym stylu, moglibyśmy ciągnąć. Piłkarze dotarli aż do dziewiątej serii karnych! Aż przemknęło mi przez głowę, że Polacy na Euro 2016 uderzali z 11 metrów jeszcze świetniej niż sądziliśmy.

Ale najpierw dłonie wysoko nad głowę wyciągnął Jerome Boateng. To przez niego doszło do dogrywki, do której miało nie dojść. Chciał wyraźnie pokazać sędziemu, że nie próbuje Giorgio Chielliniego szarpać ani popychać, jednak w ręce uderzyła go piłka. Rzut karny. Zawalił w tej akcji kandydat na bohatera wieczoru - zostałby nim, gdyby Niemcy utrzymali 1:0. Brakowało im niespełna kwadransa.

Na 1:1 wyrównał inny kandydat na bohatera wieczoru. Z jedenastu metrów idealnie przymierzył Bonucci, strzelający karnego w meczu po raz pierwszy w karierze.

Ten mecz to była uczta. Nie uczta dla każdego, ale uczta. Mecz rarytas, w którym obie strony tak cyzelują ruchy w obronie, że uprawiają wręcz kaligrafię. Mecz pełen drobnych smaczków, w którym najbardziej wirtuozersko wyglądają ci od burzenia. Bonucci i Boateng nie tylko pilnowali, by na ich pole karne wróg nie rzucił nawet papierka, ale jeszcze sami próbowali rozgrywać. Rozgrywać z sensem.

Inna sprawa, że długo tylko oni znajdowali niekiedy ułamek sekundy, by przymierzyć. W środku pola było zbyt gęsto i zbyt duszno.

Włochów można zrozumieć. Przed każdym ich spotkaniem podczas Euro wysłuchiwaliśmy wszak tej samej śpiewki. Belgowie? Bezapelacyjnie bogatsi w talent, nasza nadzieja to taktyka, harówka, poświęcenie. A jednak udało się wygrać 2:0. Hiszpanie? Bezapelacyjnie bogatsi w talent, nasza nadzieja to taktyka, harówka, poświęcenie. A jednak udało się wygrać 2:0. I to oba wieczory należały do najwspanialszych na turnieju.

Teraz to samo. Niemcy? Bezapelacyjnie bogatsi w talent, nasza nadzieja to... Zmieniło się tyle, że Włosi mieli świadomość, iż w ćwierćfinałowym przeciwniku nie spotkają ani takiego chaosu, jak u Belgów, ani tak wolnego przesuwania piłki, jak u Hiszpanów. Że tym razem zderzą się z drużyną niemal kompletną, zapewne najlepszą obecnie reprezentacją na świecie, nad którą nie będą mieli nawet przewagi fizycznej. I postawili na ostrożność skrajną, niewtajemniczeni mogliby ją uznać za wręcz patologiczną.

No dobrze, a czym kierowali się Niemcy? Od początku faworyci turnieju, rozpędzeni, wiedzący, że rywal w zapaści, że jego zasoby kadrowe wynędzniały jak nigdy w historii?

Oni oczywiście panicznie boją się Włochów z przyzwyczajenia. Polakom kojarzy się ta piłkarska nacja ze wszystkim, tylko nie z lękiem, ale pogłębianie kompleksu ciągnie się już 54 lata. Nasi sąsiedzi zderzali się na imprezach mistrzowskich z Italią ośmiokrotnie i nie wygrali nigdy, sposób znajdują na nich okrutni rywale zawsze, niezależnie od okoliczności. Ostatnio, czyli w półfinale poprzedniego Euro, Niemcy mieli tego pecha, że jedyny wielki mecz w karierze rozegrał Mario Balotelli. A przedostatnio, czyli w półfinale mundialu sprzed 10 lat, tuż przed nieuniknionymi, jak się zdawało, rzutami karnymi decydujący cios zadał nieszczęśnikom Fabio Grosso, który nigdy wcześniej, ani nigdy później się już na najwyższy poziom nie wzbił.

Te prześladujące piłkarzy ze wszystkich zakątków świata zmory - po włosku „bestie nere”, nawet potentaci mają swoich notorycznych oprawców - pojąć niekiedy trudno. W końcu dlaczego na psyche współczesnego gracza mają wpływać mecze z przeszłości, w których nie tylko nie uczestniczył, ale nawet ich nie oglądał? A jednak wpływają. Czytasz o klątwie każdego dnia, słyszysz o niej w setkach decybeli, wciskają ci do głowy, że nadciąga śmiertelne zagrożenie, wszelkimi dostępnymi kanałami.

Najwspanialsze widowisko obaj giganci stworzyli w półfinale mundialu w 1970 r. W dogrywce padło wówczas aż pięć goli, do historii przeszedł ów hicior jako „Mecz XX wieku”. I wyobraźcie sobie, że Niemcy - przegrali, to chyba jasne - nigdy się ponoć z tamtej porażki otrząsnęli. Niektórzy naprawdę w to wierzą.

Dlatego w Bordeaux obrali strategię możliwie bezpieczną. Nie uspokoiło ich nawet to, że kontuzja wyeliminowała centralną postać włoskiej drugiej linii (33-letni Daniele De Rossi), a dyskwalifikacja za kartki - jego naturalnego następcę (35-letni Thiago Motta). I że z konieczności zastąpi ich rezerwowy Juventusu (23-letni Stefano Sturaro), którego nazwisko wywołało wściekłe protesty po ogłoszeniu powołań na Euro 2016. Niemcy zdają sobie sprawę, że u Conte wyjęcie pojedynczego trybiku nie rozreguluje mechanizmu.

A ponieważ na boisko wybiegło mnóstwo zawodników zagrożonych wykluczeniem z półfinału w razie żółtej kartki - w tym niemal wszyscy obrońcy, od Boatenga i Hummelsa do Bonucciego, Chielliniego i Barzaglego - to długo unikali nawet bardziej stanowczych interwencji, pierwszy faul sędzia odgwizdał po niespełna kwadransie. Gwałtowniej zrobiło się dopiero po przerwie, ale nawet wówczas na agresję pozwalali sobie raczej ci, którzy wiedzieli, że za upomnienie nie zapłacą dyskwalifikacją.

Z czasem błędów - błędzików - przybyło, to wraz z narastaniem zmęczenia nieuniknione. Ale obaj fenomenalni bramkarze, Gianluigi Buffon oraz Manuel Neuer szczytowego kunsztu długo demonstrować nie musieli. Bo ci, którzy się mylili, mieli asekurację. Czujną, skupioną na każdym geście.

Mur rozbił Mario Gomez. Finezyjnym podaniem ze skrzydła, którego spodziewaliśmy się po każdym z ofensywnych niemieckich piłkarzy, tylko nie po nim, lubiącym przebywać w polu karnym napastniku. I niewiele brakowało, by włoską defensywę całkiem wysadził w powietrze - ale jego jeszcze piękniejszy strzał piętą z powietrza zatrzymał Buffon. W stylu zapierającym dech. Tak, można mu wierzyć, że dociągnie w bramce Italii do czterdziestki. On, rozgrywający w reprezentacji mecz numer 160. Gdyby nie jego parada, Niemcy podwyższyliby na 2:0. I uniknęli nerwów.

Niemcy, którzy przepędzili upiora. Nie dość, że awansowali do półfinału, to jeszcze oszczędzili sobie - i przyszłym pokoleniom - wtłaczania do głów przesądu, że Włosi są nietykalni. Już nie są. Wreszcie przestali być tak straszni, jak ich malują.

Tagi: Euro 2016
00:07, rafal.stec
Link Komentarze (50) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi