Wpisy z tagiem: Inna strona futbolu

piątek, 16 grudnia 2011

Zdarzyło się przed kilkoma tygodniami, ale wtedy miałem nawał innych spraw, dlatego nie zdążyłem pochylić nad najważniejszą - sensacyjnymi sukcesami Samoa Amerykańskiego. Wróciłem do tematu teraz, bo pracuję nad podsumowaniem futbolowego roku, które zamieścimy w najbliższej poniedziałkowej „Gazecie Sport.pl” - już zachęcam, cobyście kupili czasem też papier (pachnie ładniej niż monitor;-)).

Tam wśród superbohaterów jako pierwszych wyróżnię właśnie ich, piłkarzy z Samoa Amerykańskiego - wysepek pływających na końcu świata i zaludnianych przez 55 tys. mieszkańców, ze stolicą w Pago Pago, w której maksymalna dopuszczalna prędkość na ulicach to 20 mil na godzinę.

Grali tak beznadziejnie, że przeciwników wpędzali w zakłopotanie. Od zawsze leżeli na dnie rankingu FIFA, w międzypaństwowym meczu nigdy nie objęli nawet prowadzenia (przegrali wszystkie trzydzieści, stracili w nich przeszło 200 goli), a kiedy porażką 0:31 z Australią ustanowili rekord wszech czasów, federacja Oceania zmieniła reguły mundialowych eliminacji (zorganizowała małe igrzyska prekwalifikacyjne między słabymi), żeby kuriozalnych spektakli uniknąć.

Aż notorycznymi przegrywaczami zaopiekował się Thomas Rongen, trener juniorskiej kadry USA. Szok przeżył już pierwszego dnia, kiedy do jego biura weszła atrakcyjna kobieta. - Pomyślałem, że jest kierownikiem drużyny albo masażystką, ale zapytałem, jaką pełni funkcję. „Środkowego obrońcy” - usłyszałem. W tych okolicznościach zetknąłem się z przedstawicielem Fa’afafine, czyli specyficznej dla kultury samoańskiej trzeciej płci - biologicznym mężczyzną czującym się kobietą. To tutaj powszechnie akceptowane, że na co dzień ubierasz się jak dziewczyna, randkujesz z chłopakami, a sport też uprawiasz z mężczyznami. I jeszcze zostajesz najlepszym stoperem reprezentacji - opowiada Amerykanin.

Na Johnny’ego „Jayiaha” Saeluę koledzy wołają po prostu „siostra”. - Żeby być Fa’afafine, musisz urodzić się Samoańczykiem, wyglądać jak facet, wewnątrz być kobietą, czuć pociąg do mężczyzn - opowiada 23-letni piłkarz. - W naszej społeczności pełnimy ważną funkcję. Musimy opiekować się rodzicami i starszymi, bo tradycyjnie nie zakładamy rodzin, w przeciwieństwie do naszych braci i sióstr. Znają nas z tego, że można na nas polegać.

Jego historia - w kadrze debiutował jako 14-latek - jest osobną niezwykłą historią wewnątrz niezwykłej historii. Nowy selekcjoner też polegał na Saelui. Rongen pochodzi z Holandii, tam się wyuczył na trenera, jako swoich mistrzów wymienia Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa. Na Samoa musiał się zająć wszystkim. O 4.30 wsiadał w jedną z kilku na wyspie półciężarówek, zabierał ośmiu śpiących na podłodze - w jednym dużym pokoju, bez materaców - piłkarzy i zawoził na nadbrzeże, skąd wypływali na połów tuńczyka. Tak zarabiają na życie. Rongen zaordynował im prawdziwe zajęcia taktyczne, sesje medytacyjne i jogę; skrócił treningi, lecz uczynił je intensywniejszymi i wydajniejszymi; nauczył odpoczywać; wyperswadował odruchowy defetyzm, który kazał im sądzić, że jeśli nie stracili dwucyfrowej liczby goli, to osiągnęli świetny wynik.

Minęło trzy tygodnie i piłkarze Samoa Amerykańskie wywołali futbolowe trzęsienie muraw. Pokonali 2:1 Tonga, odnosząc bezprecedensowe, historyczne zwycięstwo. Potem zremisowali jeszcze z Wyspami Cooka, by dopiero w ostatniej kolejce preeliminacji ulec 0:1 Samoa (gospodarzom turnieju) i zaprzepaścić szansę na awans. Bramkę stracili w 90. minucie, wcześniej sami trafili w słupek...

Przed decydującym starciem internetową witrynę federacji Oceanii rozgrzało 380 tys. kliknięć, 19-krotnie więcej niż w dotychczasowym rekordowym dniu. Z tamtej okrutnej chłosty australijskiej do dziś w podstawowej jedenastce przetrwał tylko bramkarz Nicky Salapu. Zwierza się, że po przyjęciu 31 goli nie umiał poradzić sobie ze wstydem i z rozpaczy zaczął pić. Uratował go prezent od dziewczyny - PlayStation.

Teraz wreszcie wygrał w realu.



Archiwum
Tagi