Wpisy z tagiem: Historia Futbolu

sobota, 23 listopada 2013

W poniedziałek minie 60 lat od meczu, który oświecił imperium. Polski remis na Wembley to epizodzik przy triumfie na Wembley Węgrów, który zdobyli je, gdy wciąż było niezdobyte. O cudzie, który zdarzył się dzięki centralnemu planowaniu – w demokratycznym ta historia byłaby niemożliwa – napisałem do dzisiejszego magazynu świątecznego „Gazety”. Tekst jest tutaj, leży za płatną ścianą.

10:16, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
sobota, 16 listopada 2013

Jak już zapewne wiecie, mityczni bohaterowie boisk z lat 70. są więcej niż podejrzani o to, że swoje powodzenie zawdzięczają m.in. ostrej szprycy. Doniosła sprawa, aż dziw, że nieniderlandzkie media ją właściwie zignorowały, w końcu bez „futbolu totalnego” nie byłoby ani srebrnej ery reprezentacji Holandii, ani hegemonii Ajaxu Amsterdam, ani barcelońskiej tiki-taki. To fundament przeszłości i teraźniejszości tego sportu.

Do tematu wrócę w felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Extra”, teraz tylko jeden drobiażdżek. Kiedy mianowicie wspominamy, np. w archiwalnych migawkach, Johana Cruyffa i jego kumpli, zazwyczaj skupiamy się nad tym, co wyczyniali z piłką przy stopach. Byli oni tymczasem także prekursorami nowoczesnego pressingu, legendarny trener Rinus Michels żądał, by zawodnicy naciskali rywala także wtedy, gdy to on przejmuje piłkę – z fantastycznym defensywnym skutkiem, przed finałem MŚ 1974 Holendrzy stracili ledwie jednego gola (samobója bez znaczenia, w wygranym 4:1 meczu z Bułgarią). Co wymagało oczywiście końskiego zdrowia... Rozglądałem się za pojedynczymi dowodami rzeczowymi, gdy znów się okazało, że w internecie jest wszystko. Poniższa mozaika wyimków z mundialowego zwycięstwa nad Argentyną bardzo sugestywnie, acz nie kradnąc wiele czasu, utwierdza w bardzo ponurych odpowiedziach na pytanie, czy doping rzeczywiście mógł mieć dla holenderskiego cudu znaczenie zasadnicze...

sobota, 01 czerwca 2013

Wybierania drużyn wszech czasów my, kibice, nigdy nie zaniechamy, choć w tarapaty wpadamy już przy ustalaniu kryteriów. Oceniać wyniki czy również styl? Brać pod uwagę jego rewolucyjność, wpływ na rozwój gry? Jaki okres analizować? A może szatkować historię klubu na epoki wyznaczane przez trenerów? To kwestie nierozstrzygalne, w futbolu wszystko płynie, drużyny nie mają swojego początku ani końca, a czasami nie chcą nawet przeżyć wyraźnego przełomu, lecz złośliwie ewoluują w rytmie drobnych korekt personalnych – jak usłyszycie, że największy był wygrywający pięć inauguracyjnych edycji Pucharu Europy Real Madryt, odpowiadajcie, że w finale z 1960 roku wystąpili tylko czterej piłkarze, którzy uczestniczyli w finale 1956 roku.

Jeśli pobawimy się w porównywanie pojedynczych sezonów, to Bayern właśnie stał się naturalnym kandydatem do tytułu dla supergrupy ponad wszystkie, bowiem zdobył potrójną koronę – najcenniejsze trofeum na kontynencie oraz oba główne krajowe – czego dotąd dokonały tylko Celtic Glasgow (1967), Ajax Amsterdam (1972), PSV Eindhoven (1988), Manchester United (1999), FC Barcelona (2009) oraz Inter Mediolan (2010). Kto był w tej elicie elit największy?

Najłatwiej odrzucić piłkarzy PSV Eindhoven – oni Puchar Europy niemal wyżebrali od losu, wszystkie pięć meczów w ćwierćfinale, półfinale i finale remisując. Na krawędzi chybotał się też Manchester United – Bayern przepchnął w wiadomym doliczonym czasie gry, w kraju ledwie wysforował się przed Arsenal. Inter? Do ostatniej kolejki włoskiej Serie A bronił się przed atakiem Romy. Celtic? Też naciskany w kraju (przez sąsiadów z Glasgow), nacierpiał się w Pucharze Europy (zerknijcie na rywali...). Nawet tamta zjawiskowa Barcelona według Pepa Guardioli ocalała w półfinale Ligi Mistrzów dopiero w 93. minucie rewanżu z Chelsea, awansowała po dwóch remisach, a w lidze hiszpańskiej gubiła punkty w aż 11 kolejkach.

Z monachijczykami, którzy rozdeptali konkurencję we wszystkich rozgrywkach, może zatem konkurować jedynie legendarna amsterdamska drużyna Rinusa Michelsa (choć on już wcześniej porzucił ją dla Barcelony) i Johana Cruyffa. Popatrzcie  na uderzająco zbliżone statystyki:

Ajax w Eredivisie:                      30/3/1     104-20

Bayern w Bundeslidze:               29/4/1      98-18

Ajax w pucharze kraju:                5/0/0       17-5

Bayern w pucharze kraju:            6/0/0       20-3

Ajax w Europie:                          7/2/0       14-3

Bayern w Europie:                     10/1/2       31-11

Ajax razem:                             42/5/1     135-28

Bayern razem:                         45/5/3     149-32

Od razu się przyznam: rozejrzałem się po domu, obmacałem wszelkie dające nadzieję narzędzia, ale nie znalazłem tak precyzyjnego, by zmierzył, kto przeżył sezon bardziej idealny. Choć amsterdamczycy arcydzieła porównywalnego z półfinałowym 7:0 nad Barceloną nie spłodzili…

sobota, 27 października 2012

Zbigniew Boniek, PZPN

Gdyby powodzenie polskiej piłki nożnej zależało od sportowej klasy prezesa PZPN, zaraz bronilibyśmy mistrzostwa świata. Rządził król strzelców mundialu Grzegorz Lato, porządzi nasz najsłynniejszy gracz Zbigniew Boniek. To się nie zdarza niemal nigdzie.

Wizerunkowo związek z ligi okręgowej przeskoczył do ekstraklasy. Szefa przynoszącego wstyd przy każdym wystawieniu go na widok publiczny zdetronizował celebryta, który kumpluje się z samym prezesem UEFA Michelem Platinim. Szefa nieznającego biegle żadnego języka zastąpił salonowiec mieszkający od ćwierćwiecza w Rzymie, popularny także we włoskich telewizyjnych show. Szefa wyszydzanego i zarazem nienawidzonego przez kibiców – bohater tłumów, bezdyskusyjny lider przedwyborczych internetowych sond.

Futbolowi działacze, znani ze swojej betonowej trwałości poglądów, dojrzeli do zmian? Zainspirowała ich dodatkowo rewolucja technologiczna (używali maszynek do głosowania z kolorowymi przyciskami, co poważnie zdestabilizowało przebieg obrad)? Bońkowy powab skłania raczej do postawienia hipotezy, że zwyczajnie mieli dość. Przez lata zdawali się na krytykę impregnowani, ale ostatnio robiło się coraz duszniej. Wrogość ludu, w naszych rozinternetyzowanych czasach namacalna jak pejcz, narastała. Nawet szeregowi pracownicy centralnego i regionalnych związków skarżyli się, że odstraszają samym ujawnieniem miejsca zatrudnienia, sponsorzy brzydzili się kontaktu z piłką nożną nawet na poziomie lokalnym. PZPN stał się chyba najwstrętniejszą dla opinii publiczną polską instytucją, choć konkurencję ma bardzo mocną.

Było nieprzyjemnie, robiło się też, z powodu owej niechęci świata biznesu, niebezpiecznie finansowo. Z Bońkiem PZPN z dnia na dzień zyskuje przyjazną, dającą nadzieję twarz. Nawet politycy, i to politycy z pułapów Grzegorza Schetyny, go lubią.

Były gwiazdor Juventusu Turyn zmądrzał jako polityk. Za czasów swojej wiceprezesury przed dekadą nie ukrywał pogardy dla działaczy, teraz złagodniał, przemawiał albo koncyliacyjnie, albo starając się szarpnąć za emocje głosujących.

Przekonał ich, tak jak zdołał przez lata utrzymać sympatię fanów, choć po zejściu z boiska znacząco się od środowiska nie różnił. Ani jako zarządca w Widzewie (bez sukcesów), ani postawą etyczną (kręcił w imię interesu łódzkiego klubu), ani jako selekcjoner reprezentacji (zdezerterował po kilku nieudanych miesiącach), ani jako trener (pasmo klęsk we włoskich klubach).

Ale jako wiceprezes PZPN swoje zasługi miał. I od dawna marzył, by zajść jeszcze wyżej, na sam związkowy szczyt. Wtargnął tam niespodziewanie, po dryblingu jak z boiska. Odniósł największy sukces po zakończeniu kariery zawodnika.

Najpierw, w przedwyborczym wystąpieniu, sporo mówił o szkoleniu młodzieży. Wyjaśniał nawet, dlaczego jego zdaniem nadwiślański system edukacji kształci wyroby piłkarzopodobne – graczy bez właściwości, którzy więdną, zanim rozkwitną. To fundamentalny problem naszego futbolu, wszystkie inne kurczą się przy nim do problemików.

Jeśli Boniek go rozwiąże, jeśli nie skupi się wyłącznie na fetyszu działaczy, czyli „naprawianiu wizerunku PZPN”, wybuduje sobie pomnik największy. Jako gracz, choć sławą przysłania wszystkich, ma konkurentów – trochę wirtuozów się jednak dochowaliśmy. Niestety, wszyscy giganci boiska, to już u nas tradycja, poza boiskiem maleli. Dlatego po ozdobieniu wielkiej kariery przełomową prezesurą Boniek rywalom ucieknie – stanie się największą osobistością w dziejach polskiego futbolu.

niedziela, 21 października 2012

Messi rekordzista

W styczniowym meczu Copa del Rey z Osasuną miał nie grać, ówczesny trener Pep Guardiola zamierzał oszczędzać jego siły na ważniejsze wieczory. Wszystko było ustalone, ale niedługo przed gwizdkiem barceloński gwiazdor zadzwonił do szefa i powiedział, że nieróbstwa nie zniesie psychicznie, że aż go skręca z ochoty na pokopanie piłki. Dojechał na stadion, usiadł w rezerwie, po godzinie wtruchtał na murawę. I huknął dwa gole. Od niechcenia, jak zwykle.

Leo Messi nie jest już tamtym wiotkim chłopcem, który musi ostrożnie stąpać, bo każdym bardziej zamaszystym wymachem nogą ryzykuje naderwanie, zwichnięcie albo inne boleści. Klubowi lekarze znaleźli idealną uodparniającą miksturę, idealną dietę czy jakiego tam jeszcze ideału trzeba? Iluminację przeżyli spece od przygotowania fizycznego? Sam piłkarz nauczył się wsłuchiwać we własny organizm i postępować z nim perfekcyjnie? Nie wiemy, w każdym razie Argentyńczyk przepoczwarzył się w wiecznie nienasyconego, niezniszczalnego gladiatora, który choruje, gdy musi zejść z boiska. Dlatego z niego nie schodzi. Wystąpił w 51 z 53 ostatnich meczów ligowych (raz odpoczywał przed finałem Ligi Mistrzów, raz musiał odcierpieć dyskwalifikację za żółte kartki), nie opuszcza nawet mniej istotnych gier europejskich, posłusznie lata na wszystkie mecze reprezentacji kraju, a tam nie zaraża się szalejącym dziś wirusem FIFA - zamiast po międzykontynentalnej podróży ledwie łazić, drybluje z normalną dla siebie werwą i ładuje gola za golem. Jak w sobotę na stadionie Deportivo La Coruña, któremu wbił trzy, choć znów miał odpoczywać, jak wtedy w Pampelunie. Ten facet chyba nigdy nie ma nawet chandry, on właściwie już bramek nie zdobywa, one same wypadają mu z butów.

Owa nadludzka regularność zyskała na znaczeniu, odkąd zrozumieliśmy, że Messi mknie nie tylko po tytuł futbolisty wszech czasów, ale także po tytuł snajpera wszech czasów. Podnosi wydajność i podnosi, a kiedy już nam - osłupiałym - się widzi, że dotknął granicy swych możliwości, przesuwa je poza horyzont. Miał być niepowtarzalnym sezon 2010/2011 (53 bramki w klubie), to Argentyńczyk przyłożył sceptykom rekordowymi w skali całej historii futbolu 73 bramkami w sezonie minionym. Miał być niepowtarzalny miniony, to w bieżącym Argentyńczyk jeszcze dołożył skuteczności. I ta stale rośnie: 2007/2008 – 0,40 gola na mecz; 2008/2009 – 0,75; 2009/2010 – 0,89; 2010/2011 – 0,96; 2011/2012 – 1,22; 2012/2013 – 1,25. Nie widać żadnych powodów, by sądzić, że trend się odwróci, przeciwnie, Messi systematycznie wzbogaca arsenał środków wyrazu. Powoli pięknieje na głównego w świecie wirtuoza od kopnięć z rzutów wolnych, bramkami szczodrze obdarowuje już również kadrę narodową - przed rokiem bieżącym uciułał 19 bramek w 67 meczach, czyli miał taką sobie przeciętną 0,28, w roku bieżącym przeciętna skoczyła do imponującego 1,5. A ponieważ należy, jak ustaliliśmy, do ścisłej czołówki najwięcej grających i zawsze wytrzymuje pełne 90 minut...

Na razie wbijał piłkę do siatki 299 razy (stronniczo i na jego niekorzyść pomijam mecze reprezentacji olimpijskiej, rezerwy Barcelony etc). Przy wyczynach statystycznych rekordzistów to dorobek skromny - Josef Bican nastrzelał goli 805, Romario 772, Pelé 767, Ferenc Puskás 746, Gerd Müller 735 (autorzy rankingu wliczają im wszelkie możliwe rozgrywki). Tyle że Messi skończył ledwie 25 lat, nie zostawił za sobą nawet połowy kariery. Pohipotetyzujmy ostrożnie - niech do trzydziestki zasuwa w dzisiejszym tempie (73 mecze w klubie i kadrze na sezon), niech potem na pięć sezonów gwałtownie zwolni (znaczy 40 meczów na sezon). Wtedy wystarczy mu zachować do końca kariery średnią 0,89 bramki na mecz, by prześcignąć Bicana. A to średnia - przesuńcie wzrok do akapitu wyżej - poniżej jego standardów z dziś, wczoraj i przedwczoraj. Gdyby miał utrzymać aktualne tempo snajperskie, wybiłby się ponad wszystkich łowców goli niedługo po trzydziestce. Duch dziejów mu sprzyja, ogłaszałem niedawno wystrzałową erę futbolu oraz upadek sztuki defensywnej, która rodzi szaleństwa jak sobotnie dziewięciogolowe w La Coruñii.

Oczywiście nieszczęścia chodzą po ludziach, kariery niszczą rywale łamiący kości albo kobiety łamiące serca, w ciężką depresję wpędzić może ulubiony chomik, który zdechnie, albo zwykłe wypalenie zawodowe. Jeśli jednak Argentyńczyk - sprawiający wrażenie humanoida zaprogramowanego wyłącznie na strzelanie goli, niezainteresowanego niczym, czego nie można przesuwać stopą nad trawą - uniknie poważniejszych dramatów, to znacznie bardziej prawdopodobnie wydaje się, że zostanie rekordzistą, niż że nie zostanie. Jeszcze raz: nie mam pojęcia, czy urośnie na gracza wszech czasów, ale nabieram poważnych podejrzeń, że zejdzie z boiska jako snajper wszech czasów.

PS Przypominam, że jeszcze tylko do 23.59 we wtorek możecie wziąć udział w waszym ulubionym konkursie na jasnowidza roku.

niedziela, 30 września 2012

Ależ oni się wtedy nad naszym piłkarzem rozcmokali! Kiedy kilka lat temu czekałem na Celtic Park na Artura Boruca, gawędziłem ze szkockimi dziennikarzami, nie pamiętam już, dlaczego zeszło na Dariusza Dziekanowskiego, a wtedy tubylcy rozrzewnili mi się niemal do spłakanego rozczulenia. Ten to miał zdrowie! Wszystkie knajpy i nocne kluby w Glasgow zeksplorował! A jak umiał nazajutrz, po harcach ciągnących się po świt, poharcować na boisku! Nie wiadomo, gdzie szusował sprawniej, czy na dyskotekowych parkietach, czy na piłkarskich trawach! Chyba tylko o Bońku słyszałem w obcym świecie podobnie entuzjastyczne recenzje, jakoś nie trafiałem na zbyt wielu cudzoziemców rozkochanych w gigantach polskiego futbolu.

Dziekanowski urodził się z darem większym od Bońkowego, ale determinacji, by przekuć go w wymierny sukces, mu brakowało. Wiódł słodkie życie playboya, zachwycał nieregularnie, w Glasgow został zapamiętany jako Disco King. Co nie znaczy, że fani go nie kochali, przecież wszystkich nas dotyka słabość do utracjuszy trwoniących swój talent, a Brytyjczycy mają w tej kwestii tradycje niewątpliwie bogate.

Spisuję te słowa dosłownie w kilkadziesiąt sekund (szukając równocześnie właściwego linka na jutiubie), bo dopiero przed chwilą znajomy uświadomił mi, że Dariusz Dziekanowski skończył dziś 50 lat. Aż wstyd, że przeoczyłem, jeszcze większy wstyd byłby, gdybym o nim w czas nie nablogował, przecież to postać zajmująca poczesne miejsce w katalogu naszych wielkich zmarnowanych talentów. Słyszeliście o tamtym szalonym wieczorze (znalazłem, ufff), podczas którego dał chyba swój najbardziej porywający show w Glasgow?



niedziela, 19 sierpnia 2012

...od ostatniego gola polskiego piłkarza w lidze angielskiej. 19 sierpnia 1992 roku Robert Warzycha, zatrudniony wówczas w Evertonie, załadował go Manchesterowi United - na stadionie Old Trafford, w meczu wygranym 3:0.

Wyszkolonym u nas graczom nie idzie też w hiszpańskiej Primera Division (tam jako ostatni bramkę zdobył Cezary Kucharski, w grudniu 1997 roku) oraz włoskiej Serie A (w minionych 14 latach dopchał się do siatki tylko Radosław Matusiak, niestety, był to jednorazowy wyskok), ale to właśnie na Wyspach mieliby dorobek historycznie najuboższy, gdyby nie bramkarze - ich się tam ceni, Dudek, Fabiański, Kuszczak i Szczęsny dostawali kontrakty w poważnych firmach.

Dawno, dawno temu zdarzało się, że Polacy się na angielskich trawach nie przyjmowali z powodów przynoszących wręcz chlubę. Opisywałem kiedyś (tutaj), że sami wyspiarze uniewinnili Kazimierza Deynę, konstatując, że nasz rozgrywający uprawia futbol zbyt wyrafinowany, by rozkwitnąć w ojczyźnie osławionego „kick and rush”. Kiedy jednak poczciwą First Division zastąpiła rozbuchana marketingowo Premier League, kiedy jej rozgrywki stawały się coraz bardziej eklektyczne (ze względu na style gry i zapraszane narodowości) i coraz bogatsze, milczenie Polaków zaczęło wynikać z ich sportowej nędzy. Chcieli tam grać wszyscy lub prawie wszyscy, bo prezesi płacili tam najwięcej lub prawie najwięcej, ale kopacze nadwiślańscy przebić się nie umieli. Szansę dostawali nieliczni. W tym stuleciu: Grzegorz Rasiak pomiotał się w Tottenhamie ledwie kilka chwil, bo nie bardzo nadążał nad przebiegiem wypadków; Jarosław Fojut zagrał w Boltonie raz; Piotra Świerczewskiego w Birmingham też wpuścili na boisko w jednym ligowym meczu, a on tłumaczył, że się ma jego wizjonerstwie nie poznali (Olisadebe i Smolarka pomijam, ich wychowywali inni, też zresztą z mizernym skutkiem).

Sprawdziłem, jaką nację jeszcze Anglicy dyskryminują. Wyszło, że wśród 28 najludniejszych krajów kontynentu swojego gola przed dwie dekady nie strzelił u nich jedynie nasz. Zszedłem w badaniach niżej, zlustrowałem wszystkie europejskie państwa z co najmniej milionem mieszkańców. Ani jednej bramki przez 20 lat nie zdobyli piłkarze z Polski (38,3 mln), Mołdawii (3,5 mln), Litwy (3,3 mln), Albanii (3,2 mln) i Estonii (1,3 mln).

Przeżyjmy to zatem jeszcze raz. Najpierw (na 1:0) Robert Warzycha daje bardzo ładną asystę Peterowi Beardslayowi, a potem (na 2:0) wkręca w murawę niejakiego Gary’ego Pallistera, by strzelić obok Petera Schmeichela:

 

piątek, 06 lipca 2012

Spóźniłem się, już wczoraj minęło okrągłe 30 lat od mundialowej porażki z Włochami reprezentacyjnej drużyny uchodzącej za najwspanialszą pośród wszystkich, które nie zdobyły mistrzostwa świata. W każdym razie za najwspanialszą uważają ją sami Brazylijczycy. Wirtuozi Tele Santany byli być może najbliżej urzeczywistnienia romantycznego mitu o futbolu jako dziedzinie artystycznej. Wiódł ich instynkt. Urzekali subtelnymi dotknięciami piłki, zmiennym rytmem gry, oryginalnym ustawieniem taktycznym (boczni obrońcy Leandro i Junior nie tylko przeobrażali się w skrzydłowych, ale jeszcze zbiegali do środka pola!), niespotykaną geometrią akcji. Rodacy do dziś wspominają ją z czułością, do dziś wielbią trenera Santanę, choć ten przywiódł kadrę do klęski. I uczynił ją synonimem pięknej katastrofy. Popatrzcie, jak natchniony, zmysłowy futbol uprawiali Socrates, Zico, Falcao i inni:




poniedziałek, 02 kwietnia 2012

 Kandinsky

Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Mario Gomez, Robin van Persie, Klaas Jan Huntelaar. Dlaczego nikt na świecie jeszcze nie zauważył, że nasze uszy właśnie ostrzeliwuje kanonada, jakiej futbol nie słyszał od dekad? Że oglądamy wielobramkową orgię piłkarskiej starożytności? Szkoda tylko, że w tych kolorowych czasach najskuteczniejsze drużyny naszej szarej ekstraklasy potrafią wycisnąć ledwie półtora gola na mecz... Felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl” przeczytacie tutaj.

wtorek, 27 marca 2012

Superbohaterowie. Diego Maradona, Pele, Leo Messi, Cristiano Ronaldo

„Urodziłem się dla piłki nożnej, tak jak Beethoven urodził się dla muzyki, a Michał Anioł dla malarstwa” - powiedział oficjalnej stronie FIFA jak zwykle skromny Pele. „Chyba zmienili mu lekarstwa. To ja w takim razie jestem Ronem Woodem, Keithem Richardsem i Bono w jednej osobie, bo ucieleśniam pasję w futbolu” - skomentował w weekend jak zwykle subtelny Diego Maradona.

Obaj giganci, którzy rozminęli się w czasie, więc nigdy nie zmierzyli na murawie, agresywnie rywalizują na słowa od lat, usiłując osobiście przyczynić się do rozstrzygnięcia, kto był największym wśród wielkich. Nie rozstrzygnęli, nie rozstrzygną i w ogóle nikt nie rozstrzygnie, bo nie dysponujemy żadnymi narzędziami pozwalających choćby podjąć próbę rozstrzygnięcia. Pele wygrał więcej - aż trzykrotnie złoto mundialu - ale w reprezentacji Brazylii otaczali go wirtuozi, a w europejskim klubie nigdy się nie sprawdził. Maradona wygrał mniej - mundial tylko raz - ale w reprezentacji Argentyny, podobnie zresztą jak w Napoli, tłumu wirtuozów nie miał.

Nie rozstrzygniemy też, kto bardziej zawodzi po zakończeniu kariery. Pele stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, który stara się nigdy nie wywoływać kontrowersji, a Maradona beznadziejnym trenerem i niezrównoważonym awanturnikiem, który kontrowersje wywołuje w odruchu bezwarunkowym.

Debata o najlepszym współcześnie piłkarzu też może okazać się nie do rozstrzygnięcia. A mamy powody zakładać, że jak wiek XX należał do Maradony i Pelego, tak wiek XXI jeszcze przez wiele lat będziemy uważać za erę Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Obaj różnią się diametralnie (naturalny wszechtalent kontra wytrenowany terminator), ale też obaj w różny sposób wywierają na wyniki zbyt wyraźne piętno i wywierają go na zbyt długim dystansie czasu, by porównywać ich do jakiegokolwiek rywala z boiska. To superbohaterowie toczący osobny pojedynek na szczycie. Batman kontra Superman, The Beatles kontra Pink Floyd, Mann kontra Dostojewski, chianti kontra single malt.

Messi wygrał (na razie) więcej, ale przez całą karierę przebywa w idealnym świecie. Tam, gdzie się wychował; otoczony wirtuozami tworzącymi najlepiej zsynchronizowaną i najbardziej wyrafinowaną orkiestrę w futbolu; u dyrygenta, dla którego podstawowym kryterium oceny przydatności innych graczy jest umiejętność współpracy z argentyńskim liderem. A także podporządkowania mu się. Ronaldo wygrał (na razie) mniej, ale szaleje w drużynach „zwyczajnych” (czytaj: przystosowujących styl do aktualnych okoliczności), do których musiał wyemigrować. I niewykluczone, że Argentyńczyk w Barcelonie wytrzyma po ostatni dzień kariery, a Portugalczyk jeszcze co najmniej raz klub zmieni - na Bayern, Milan czy inną firmę o godnej jego nazwiska renomie lub przyjętej do arystokracji za pieniądze szejków.

Jeśli tak, to w jakimś sensie będzie ich dzielić to, co dzieli dziś ich aktualnych trenerów. Niełatwo zmierzyć, czy więcej osiągnął Josep Guardiola, który kataloński zna od kołyski i czerpie z długofalowej filozofii klubu, czy Jose Mourinho, który wciąż podbija nowe światy.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że polemiki między Messim i Ronaldo - a także między ich zwolennikami, że pozwolę sobie pofantazjować - nigdy nie będą przypominać niekończącej się dyskusji między Pelem i Maradoną.

Ten ostatni znów zaapelował, by wreszcie zostawić Messiego w spokoju i przestać dywagować, czy zdystansuje swego wielkiego poprzednika, ale przy okazji dodał, że jedną korzyść z debaty widzi: „Ten kolorowy z FIFA nie lubi, kiedy zbyt wiele się o nas mówi”. Pił oczywiście do Pelego.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi