Wpisy z tagiem: Samoa Amerykańskie

wtorek, 07 lutego 2012

Samoa Amerykańskie, flaga, Johnny „Jayiah” Saelua, Thomas Rongen

Najgorsza reprezentacja na świecie przestała być najgorsza. Teraz jest najbardziej niezwykła. Blogowałem o niej już jesienią, ale historia nie dawała mi spokoju, więc wznowiłem risercz, rozbudowałem ją - znacznie rozbudowałem - i dałem na magazynowe kolumny sobotniej „Gazety”. Zaspokojonych tamtą notką lojalnie uprzedzam, innym polecam, bo powynajdywałem wiele drobiazgów, które czynią opowiastkę jeszcze bardziej uroczą.

Grali tak beznadziejnie, że przeciwników wprawiali w zakłopotanie. Od zawsze leżeli na dnie klasyfikującego drużyny narodowe rankingu FIFA, w międzypaństwowym meczu nigdy nie objęli nawet prowadzenia. Przegrali wszystkie trzydzieści, stracili przeszło dwie setki goli. Kiedy dekadę temu porażką 0:31 z Australią ustanowili negatywny rekord wszech czasów, bramki padały tak często, że na tablicy elektronicznej widniał nieprawidłowy wynik - obsługujący ją stracili rachubę. Federacja Oceania zmieniła wówczas reguły mundialowych eliminacji - zorganizowała małe igrzyska prekwalifikacyjne między słabymi - żeby kuriozalnych spektakli uniknąć.

*****

Wydawało się, że dla piłkarzy z Samoa Amerykańskiego - wysepek pływających na końcu świata - nie ma nadziei. Futbol to sport oparty na dynamice, agresji, walce, a przede wszystkim selekcjonujący najlepszych spośród dziesiątek milionów uprawiających go zawodowców. Niezbyt odpowiedni dla 55-tysięcznego kraiku ze stolicą w Pago Pago, w której maksymalna dopuszczalna prędkość na ulicach to 20 mil na godzinę.

Ale nałogowymi przegrywaczami zaopiekował się Thomas Rongen, trener juniorskiej kadry USA.

Szok przeżył już pierwszego dnia, kiedy do jego biura weszła atrakcyjna kobieta. - Pomyślałem, że jest kierownikiem drużyny albo masażystką, ale zapytałem, jaką pełni funkcję. „Środkowego obrońcy” - usłyszałem. W tych okolicznościach zetknął się z przedstawicielem specyficznej dla kultury polinezyjskiej trzeciej płci - biologicznym mężczyzną czującym się kobietą. Na Samoa nazywa się ich Fa’afafine, co znaczy „być kobietą” (występują także w innych państwach Oceanii). - To tutaj powszechnie akceptowane, że na co dzień ubierasz się jak dziewczyna, randkujesz z chłopakami, a sport też uprawiasz z mężczyznami - opowiadał Amerykanin, który wkrótce zaczął powoływać na mecze pierwszego w dziejach piłki nożnej transgenderowego gracza.

*****

Doświadczenie Rongena jest tym bardziej niezwykłe, że zawodowy futbol odmienności nie toleruje, a homoseksualizm to jego największe tabu. Właściwie nigdzie nie zdarza się, by gracz przed zakończeniem kariery przyznał się do pociągu do własnej płci; najsławniejsi trenerzy i zawodnicy otwarcie mówią, że geja w drużynie nie zaakceptowaliby w żadnych okolicznościach, bo niezależnie od ich prywatnych poglądów mają pewność, że rozsadziłby szatnię; angielska federacja zabroniła ujawnić się nawet sędziemu, który poprosił o zgodę na wyjście z ukrycia, bo miał dość życia w kłamstwie. To sport buchający testosteronem, w którym miarą męskości bywa gotowość do regularnych seansów seksu grupowego na wspólnych pomeczowych wypadach albo - przypadek gwiazdorów Manchesteru United - „przyjęciach bożonarodzeniowych” poprzedzanych organizowaną w szatni zrzutką na zaproszenie setki kobiet do towarzystwa. Kiedy szefa FIFA zapytano jesienią, co mają począć geje w trakcie mundialu w Katarze (odbędzie się w 2022 roku), w którym homoseksualizm jest karalny, Sepp Blatter rzucił: „Niech się powstrzymają od jakiejkolwiek aktywności seksualnej”.

Reprezentujący Samoa Amerykańskie Johnny „Jayiah” Saelua, na którego koledzy z drużyny wołają po prostu „siostra”, między swoimi nie uchodzi jednak za homoseksualistę. I nie grozi mu ostracyzm w żadnej formie.

- Żeby być Fa’afafine, musisz urodzić się Samoańczykiem, być zbudowanym jak facet, czuć się kobietą, mieć pociąg do mężczyzn i być dumną ze swojej tożsamości - mówi Alex Su, szefowa organizacji zrzeszającej 1,5 tys. przedstawicieli trzeciej płci. - W naszej społeczności pełnimy ważną funkcję. Musimy opiekować się rodzicami i starszymi, bo tradycyjnie nie zakładamy rodzin, w przeciwieństwie do naszych braci i sióstr. Znają nas z tego, że można na nas polegać.

Powszechna akceptacja dla Fa’afafine wyrosła z tradycji wychowywania niektórych chłopców jak dziewczyny. Nie dlatego, że ci lgnęli do własnej płci, byli zniewieściali albo lubili ubierać się po kobiecemu - po prostu przychodzili na świat w rodzinach bez córek lub ze sporą przewagą synów nad córkami. Matki potrzebowały pomocy w domu, więc uczyły chłopców zajęć uważanych za dziewczęce. I ubierały w dziewczęce stroje.

Dziś młodzieniec sam decyduje, czy czuje się Fa’afafine i chce być wychowywany na Fa’afafine. Rodzice ani go do tego nie zachęcają, ani nie zniechęcają. Wiedzą, że jeśli wybierze trzecią drogę, będzie specjalnie doceniany jako człowiek łączący męską siłę fizyczną z umiejętnościami, których wymaga się od kobiet.

*****

W 23-letniej Saelui, która „chce inspirować wszystkich ludzi czujących się odmieńcami”, nieprzeciętny jak na standardy samoańskie talent dostrzegł amerykański trener. Wyjął ją z rezerwy, wpuścił na boisko, by wkrótce obwołać... najlepszym obrońcą reprezentacji.

On w nowym miejscu pracy musiał się zająć wszystkim. Zanim wszedł do samolotu, usłyszał, że mają ledwie dwie piłki, więc wyrzucił część ubrań i wyładował walizkę nienapompowanymi wyrobami Nike. Na Samoa o godz. 4.30 każdego ranka uruchamiał jedną z zaledwie kilku półciężarówek na wyspie, zabierał ośmiu śpiących na podłodze - w jednym dużym pokoju, bez materaców - piłkarzy i zawoził na nadbrzeże, skąd wypływali na połów tuńczyka. Tak zarabiają na życie, w piłkę grają dla frajdy. Dopiero Rongen zamienił ich w półprofesjonalistów. Zaordynował im prawdziwe zajęcia taktyczne, sesje medytacyjne i jogę; skrócił treningi nawet o połowę, lecz uczynił je intensywniejszymi i wydajniejszymi; nauczył odpoczywać (wcześniej ćwiczyli codziennie); wyperswadował odruchowy defetyzm, który kazał im sądzić, że jeśli nie stracili dwucyfrowej liczby goli, to osiągnęli świetny wynik.

Najtrudniej było mu dotrzeć właśnie do głów kadrowiczów. Selekcjoner opowiadał, że musiał z nich wypędzić demony rozbudzone przez notoryczne przegrywanie. Zabrał ich na czterogodzinną wspinaczkę na najwyżej położony punkt na wyspie, by zdobyli coś, co wydawało im się nieosiągalne. Pojechał z piłkarzami do zatoki, w której ich przodkowie pokonali armię Tonga, by zainspirować ich do meczu z reprezentacją sąsiedniego archipelagu. Tłumaczył, że przeciwników należy szanować, ale na boisku wydaje się im wojnę.

Uciekał się Rongen do metod wybitnie niekonwencjonalnych, bo po wylądowaniu na wyspie natychmiast zdiagnozował, że nigdy wcześniej nie zetknął się z futbolem na tak niskim poziomie. Sam też się jednak uczył - ponieważ Samoańczycy śpiewają przed każdym posiłkiem, wykuł na pamięć słowa w nieznanym języku, by przyłączać się do chóru i „pełniej wejść w lokalną kulturę”. Żonę umieścił w hotelu, ale sam spał z podwładnymi na gołej ziemi. Tubylcy urzekli go życzliwością, odpornym na znój codzienności nastrojem, żarliwą religijnością i pasją do katorżniczej pracy. Jako ateista zwierzał się, że zawdzięcza im duchowe przeżycia, jakich nie doświadczył nigdy.

*****

Minęły trzy tygodnie i piłkarze reprezentacji, która jeszcze w 2010 roku uległa drużynie z Vanuatu 0:15, wywołali trzęsienie muraw. W preeliminacjach do mistrzostw świata pokonali 2:1 Tonga, odnosząc bezprecedensowe, historyczne zwycięstwo (bohaterką meczu została agresywnie i twardo grająca Saelua, która w ostatnich sekundach wybiła piłkę frunącą do pustej bramki). Potem zremisowali jeszcze z Wyspami Cooka, by dopiero w ostatniej kolejce ulec 0:1 Samoa - gospodarzom turnieju - i zaprzepaścić szansę na awans do właściwych mundialowych eliminacji. Bramkę stracili w 90. minucie, wcześniej sami trafili w słupek...

Podwładni Rongena uwiedli kibiców z całego regionu. Przed decydującym starciem z Samoa internetową witrynę federacji Oceanii rozgrzało 380 tys. kliknięć, 19-krotnie więcej niż w dotychczasowym rekordowym dniu. Z tamtej okrutnej chłosty australijskiej w podstawowej jedenastce przetrwał tylko bramkarz Nicky Salapu. - Byłem znany jako facet, który puścił 31 goli, przynosiłem wstyd rodzinie. Dopiero teraz zostałem wyleczony i oczyszczony. W środku są jeszcze blizny, ale uciekłem od przeszłości. Czuję się jak mistrz - mówił po meczu z Tonga. Trenerowi dziękował za to, że syn wreszcie zobaczy w nim zwycięzcę. Kiedy dziękował, szlochał.

Po klęsce sprzed dziesięciu laty Salapu do tego stopnia nie umiał poradzić sobie ze wstydem, że z rozpaczy zaczął pić. Uratował go prezent od dziewczyny - playstation. Bramkarz odpalił symulator piłki nożnej, przejął drużynę Samoa (opcja przejęcia Samoa Amerykańskiego nie była dostępna) i grał z Australią dopóty, dopóki nie rozgromił jej dwucyfrowo.

Teraz wreszcie wygrał w realu. W najnowszym, grudniowym rankingu FIFA Samoa Amerykańskie wykonało piękny skok. Z ostatniego, 206. miejsca awansowało na 186.

Archiwum
Tagi