Wpisy z tagiem: Fabio Capello

czwartek, 20 lutego 2014

Dżentelmen José Mourinho wymyśla koledze po fachu od notorycznych przegrywaczy, inżynier Manuel Pellegrini oskarża sędziego o niewłaściwe pochodzenie (Szwecja, oni tam nie mają pojęcia o futbolu), profesor Arsène Wenger czuje się okradziony, choć arbiter meczu z Bayernem postępował wedle od lat znanych przepisów. A wszystko na dystansie kilku dni. Sądzicie, że przegięli, przynajmniej niektórzy z wymienionych? To posłuchajcie młodego włoskiego trenera Antonio Conte, który poczuł, że musi zareagować, kiedy o jego Juventusie wypowiedział się doświadczony – i wybitny – trener Fabio Capello, obecnie selekcjoner reprezentacji Rosji, który prowadził turyńczyków przed laty.

Temu ostatniemu najpierw – nagabywała go rosyjska telewizja – nie podobało się, że Conte nazajutrz po remisie w Weronie odwołał dzień wolny i zarządził nadprogramowy trening. „Ja bym piłkarzy nie ukarał. Wolę analizować i wspólnie z nimi szukać rozwiązań”. A potem w rozległym wywiadzie dla „La Gazzetta dello Sport” Capello odpowiedział na pytanie, dlaczego panującemu w kraju Juventusowi nie wychodzi w Lidze Mistrzów: „To oczywiste: liga włoska nie jest wystarczająco konkurencyjna, brakuje w niej ciężkich prób. Popatrzcie na tabelę. Minionego lata Roma, Napoli i Fiorentina, czyli drużyny ścigające lidera, wyeksportowali Lamelę, Cavaniego i Joveticia, swoich najlepszych graczy”.

Minął weekend, Contre ruszył do kontrnatarcia tuż po zwycięstwie nad Chievo: „Kiedy przemawiają guru, powinniśmy milczeć, klęknąć i rzec „tak, panie” – ironizował. „Śmieszy mnie, gdy poucza ktoś, kto nie zna sytuacji. Słyszałem wiele głupot o decyzji, którą podjąłem, a Capello lubi wtykać nos w nie swoje sprawy. Kim on jest, by mówić, że popełniłem błąd? Juventusu z jego czasów nie pamiętam z powodu stylu gry, ale z powodu odebranych mu tytułów mistrzowskich [pokłosie afery Calciopoli]. Nie wiem, czy mi zazdrości i mnie to nie interesuje. Myślę o innych trenerach, którzy tworzyli historię Juve, wspominam drużyny Trapattoniego i Lippiego, który zwyciężały, grając dobrze”. Conte mówił długo i powtarzał tyradę w różnych telewizjach, więc zdążył się zreflektować i skorygować opinię o bardzo drażliwej sprawie: „Tamto odebranie tytułów było nonsensem, ponieważ drużyna zasłużyła na nie na boisku. Ale grała źle i dwa razy z rzędu odpadała z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale, stać ją było na więcej. A teraz według Capello, skoro jego tu nie ma, rywalizujemy w turnieju amatorskim. Może nie dają mu spokoju statystyki, które przemawiają na moją korzyść?”

Powtórzmy: Capello jest postacią niemal monumentalną, w futbolu klubowym wygrywał wszędzie, gdzie rządził, także w obu epizodach z Realem Madryt, a Juventusem rządził w czasach, gdy rządy na szczytach Serie A były szczytem trenerskiego prestiżu. Conte to przy nim ledwie w miarę zdolny doktorant. Podskakujący do noblisty, który nic już nie musi. Inna sprawa, że ich pracę trudno porównywać, jeden zastał w szatni plejadę znakomitości tuż po ich występie w finale Champions League, drugi zastał ruinę po najczarniejszym okresie w historii klubu.

Cytuję obszernie, ponieważ młodszego z cytowanych poniosło jak rzadko kogo wśród czołowych trenerów. Przywoływani na początku złotouści menedżerowie Chelsea, Manchesteru City i Arsenalu działali w afekcie – w trakcie wyniszczającej wojny na szczytach Premier League (Mourinho) albo tuż po rozrywających emocjonalnie klęskach w Lidze Mistrzów, jeszcze rozedrgani po ostatnim gwizdku (Pellegrini, Wenger). To są okoliczności łagodzące. Capello też po prostu odpowiadał na pytania, a w kwestii Ligi Mistrzów na dobrą sprawę Juventusu bronił, sensacyjną klęskę w Stambule tłumacząc przyczynami zewnętrznymi, niezależnymi od turyńskich piłkarzy. Tymczasem Conte – zaznaczmy, że obaj panowie nie przepadają za sobą od lat miał czas wszystko zaplanować, werbalny atak przypuścił kilka dni po słowach włoskiego selekcjonera Rosji. I jego słowa zabolały nie tylko wrogów, ale również przyjaciół, czy wręcz rodzinę – utraty tytułów mistrzowskich do dziś nie zaakceptowali ani fani, ani nawet szefowie klubu, prezes Andrea Agnelli otwarcie kary nie uznaje, turyńczycy chcieli nawet przyszyć na koszulki trzecią gwiazdkę (każda symbolizuje dziesięć ligowych triumfów), w końcu w proteście usunęli dwie „legalne”. Turyńczycy mają alternatywną historię Serie A, a ich obecny trener jest jej częścią, wypowiedział słowa, których nie powinien nawet pomyśleć – to żarliwy juventino, związany z drużyną także przez kilkanaście lat kariery boiskowej, nikomu by nie przyszło do głowy kwestionować jego lojalności.

I frunie od zwycięstwa do zwycięstwa. Nie tyle pewnie zmierza ku trzeciemu z rzędu tytułowi, ile ku rozmaitym rekordom, jego piłkarze trzymają w lidze władzą absolutną. Idylla.

Czyżby zatem z premedytacją wynajdywał wrogów, by piłkarzy pobudzić? On, znany z rozwieszania w tym celu w szatni krytycznych wobec nich artykułów, popadający w niepokój, ilekroć drużyna zwycięża zbyt łatwo, grozi jej bowiem demoralizujący stan zbytniego odprężenia? A może prawda leży pośrodku, może Conte chciał napaść utytułowanego poprzednika, ale w trakcie akcji stracił kontrolę nad sobą i wypsnęło mu się więcej niż zamierzał? Ostatecznie jemu – a także Mourinho, Pellegriniemu, Wengerowi i w ogóle wszystkim trenerom świata – napięcie rozładowywać trudniej niż piłkarzom, choć odpowiedzialność czują często większą, a już na pewno łatwiej ich wylać z roboty. Piłkarze agresję kanalizują na boisku, walcząc czysto lub brutalnie, złość przelewają w determinację, do szatni schodzą niekiedy półżywi, ewentualnie przedwcześnie, spoliczkowani czerwoną kartką. Trenerowi pozostaje co najwyżej efektownie pożołądkować się przy linii bocznej (na szczęście starszy, to i rozsadzającego bebechy testosteronu mniej). I dać popis na konferencji prasowej. Tam i on staje się wojownikiem.

Choć oczywiście zachodzi tam zrelaksowany lub wręcz rozanielony, np. tuż po odmładzającej wygranej, którą poprzedził postarzający stres, niekiedy długotrwały. Wówczas bywa finezyjny, okazuje życzliwość, ujmuje klasą. Dobrze musiało być Wengerowi w niedzielę, tuż po wyeliminowaniu Liverpoolu z Pucharu Anglii. Podpytywany przez żądnych werbalnego mięsa dziennikarzy o złośliwe uwagi Mourinho, zamknął wątek lapidarnym „Wstyd mi za niego”.

czwartek, 09 lutego 2012

Harry Redknapp, Harry Houdini, Euro 2012

Kiedy Anglia odpadła z mistrzostw świata w 2006 roku, zachowałem się nieostrożnie i w sali prasowej usiadłem obok angielskiego dziennikarza - a to był gigantyczny hangar, miałem wybór. Następnie popełniłem błąd jeszcze poważniejszy, bo zapytałem, kto zostanie następnym selekcjonerem. Zapytany spojrzał z obłędem w oczach i zaczął wrzeszczeć, że teraz przyjdzie Steve McClaren - toż to wybór oczywisty, wprost naturalny - a jak już przyjdzie, to przyrządzi reprezentację najnudniejszą w historii, z góry skazaną na klęskę, przynoszącą wstyd i w ogóle hańba jej na wieki.

Jak przepowiedział, tak się stało. Tamtejsza federacja oddała kadrę rzeczonemu McClarenowi, choć ten do skromniutkiego CV mógł wpisać jedynie posadę w przeciętnym Middlesborough. I niewydarzony trener nie umiał nawet awansować na Euro 2008.

Pod innymi szefami też nie działo się normalnie. Glenn Hoddle został wylany, bo przekonywał, że niepełnosprawni cierpią za grzechy popełnione w poprzednich wcieleniach. Sven-Goran Eriksson - pomimo absolutnego braku sukcesów od lat naciągający na gruby szmal naiwnych prezesów we wszystkich stronach świata - nie dość, że się nie nadawał, to jeszcze brukowce nasyłały nań fałszywego szejka, wyciągały z papli zbyt śmiałe zwierzenia, po czym komentarzowo wdeptywały w ziemię.

Wreszcie przyszedł Fabio Capello. Boss charyzmatyczny, imponująco kompetentny, z karierą wysadzaną trofeami. Niestety, ledwie dukał po angielsku, a do zarządzania dostał zasoby ludzkie notorycznie wymagające pogłębionego komentarza - czołowy napastnik Rooney gził się z leciwymi prostytutkami, czołowy obrońca Terry kładł łapy na kobiecie kolegi z szatni, czołowy pomocnik Gerrard spędzał noc w celi, do której policja zaciągała go prosto z knajpy. To się musiało skończyć chryją na 14 fajerek.

I chryją się skończyło. Kiedy Capello apelował, by z oceną oskarżanego o rasizm Terry’emu wstrzymać się do wyroku sądu, brzmiał mało wiarygodnie, bo on sam wyroki ignoruje - eksprezesa Juventusu uważa za niewinnego, choć antybohater afery korupcyjnej Luciano Moggi został już skazany. Ale było jasne, że nigdy nie zgodzi się, by podejmowano decyzje za niego. Działacze ogłaszający, że Terry nie może zachować kapitańskiej opaski, podważyli autorytet trenera nieugiętego, bezkompromisowego, żądającego pełnej autonomii. Trenera, któremu zdarzało się nawet dobierać garderobę dla żon piłkarzy, by nie rozpraszały ich np. rozległymi dekoltami. (Nawiasem mówiąc, z naszej perspektywy to niesłychane: Anglicy źle się czuli z niebezpieczeństwem, że aktualny kapitan ich kadry zostanie ogłoszony rasistą. Z perspektywy naszej, czyli perspektywy reprezentacji tolerującej piłkarza, który przyznał się do zrzutki na łapówkę).

Paradoks polega na tym, że teraz wyspiarze odzyskają nadzieję. Do niedawna na każdy turniej jechali po pewne złoto, ostatnio nieco otrzeźwieli - skoro na poprzednie mistrzostwa Europy ich drużyna w ogóle się nie zakwalifikowała, a na poprzednim mundialu nie umie pokonać nawet Algierii, to nawet duma ojców futbolu musiała ustąpić zdrowemu rozsądkowi. Zwłaszcza że i do Capella stracili serca. Ale jutro na ratunek nadciągnie Harry Redknapp zwany Houdinim - swój chłop tak swojski, że wręcz najswojszszy, głęboko rozumiejący duszę angielskiego kopacza z krwi i kości jej królewskiej mości, dla lepszej komunikacji z szatnią pozujący na skończonego troglodytę, w lidze angielskiej radzący sobie tym ładniej, im uparciej manifestuje pogardę dla fetyszu nowoczesnego futbolu, czyli taktyki. Uwierzą w niego piłkarze, dziennikarze, kibice. Każdy dostaje takiego Smudę, na jakiego zasłużył.

Mają Anglicy najbogatszą federację w Europie, mieli najhojniej opłacanych selekcjonerów w Erikssonie i Capellu, mają najpotężniejszą finansowo i marketingowo ligę. Czują się mocni, czują się uwielbiani, od 1966 roku czują się mistrzami świata. Teraz też pewnie nie zauważą, że wraz z wziętym z Tottenhamu Redknappem ich wytarmoszonej skandalami reprezentacji nie zasili ani wyobraźnia rozgrywającego Modricia, ani pęd lewoskrzydłowej torpedy Bale’a. Stary wyspiarski fachura spróbuje raczej zwerbować niewiele młodszego Scholesa, który karierę już skończył, ale zlitował się nad kłopotami Manchesteru i postanowił jeszcze trochę po boisku podreptać.

Tam przydałby się oryginalny Houdini, choć gwarancji sukcesu by nie dał. W zalanej wodą stalowo-szklanej skrzyni, w której uwalniał się z kajdan, było chyba przytulniej.

sobota, 19 listopada 2011

Silvio Berlusconi

Największy sukces Silvio Berlusconi - wykopany z funkcji premiera Włoch, rozważający powrót do prezesury w mediolańskim klubie - odniósł nie w polityce ani biznesie, lecz w sporcie. Był wizjonerem, który wymyślił nowoczesny futbol.

Choć w 1986 roku kierował całym imperium przedsiębiorstw, w przejętym Milanie osobiście nadzorował najdrobniejsze detale. Odcięty od świata ośrodek treningowy Milanello to jego autorski projekt - decydował o wystroju wnętrz, urządzał salę bilardową, dobierał kwiaty do ogrodów, nie zapomniał o nawilżaczach powietrza w pokojach piłkarzy. Zajmował się wszystkim, by gwiazdy boiska nie musiały zajmować się niczym. Im - oraz ich żonom - 24 godziny na dobę usługuje grupa „asystentów”, którzy rezerwują restauracyjne stoliki, oddają do pralni garderobę, robią za szoferów, załatwiają zakupy. Spełnią każdą zachciankę, byle gracze Milanu skupili się wyłącznie na futbolu.

Skupili się i zwyciężali. Berlusconi zastał AC Milan w otchłannym kryzysie, a zostawił - gdy jako premier formalnie ustępował z funkcji prezesa - w oszałamiającym luksusie. Odkąd go kupił, piłkarze pięciokrotnie zdobywali najcenniejszy tytuł - Puchar Europy. Częściej niż Barcelona, Real Madryt, Manchester United. Częściej niż jakakolwiek drużyna.

Wygrali też gablotę innych trofeów, czyniąc Berlusconiego najskuteczniejszym menedżerem klubu piłkarskiego na planecie. A klub z San Siro w dniu właścicielskiej zmiany nie rządził nawet w Mediolanie. Królował tam sąsiedni Inter.

Milan zstępuje z nieba

Wszyscy natychmiast poczuli, że nadchodzi nowa era. 80 tys. fanów wyczekujących prezentacji drużyny usłyszało dźwięki wagnerowskiej „Walkirii”, a zaraz potem zobaczyło nadlatujące wojskowe helikoptery. Jak w „Czasie apokalipsy”, tylko bez bombardowania napalmem. Ze śmigłowców wysiedli piłkarze, trenerzy, na końcu Berlusconi. Medialny magnat powtarzał, że futbol jak telewizja jest sztuką uwodzenia - kibiców, dziennikarzy, sponsorów. I biznesem o globalnym potencjale rażenia.

Fanom zaoferował porywający show za niespotykane w piłce pieniądze. Bił transferowe rekordy świata - na Ruuda Gullita wydał odpowiednik dzisiejszych 12 mln euro, na Jean-Pierre'a Papina 15 mln, na Gianluigiego Lentiniego 19 mln. Watykańskich komentatorów prowokował rozrzutnością do ostrej krytyki na łamach L'Osservatore Romano", konkurencję zdusił tak przytłaczającą finansową przewagą, że następców znalazł dopiero w Romanie Abramowiczu i naftowych bonzach znad Zatoki Perskiej, inwestujących w kluby od niedawna. A zarazem wpadał na pomysły nieoczywiste, brawurowe. Orkiestrę wirtuozów oddał w ręce Arrigo Sacchiego - byłego sprzedawcę butów, nie mającego za sobą kariery zawodniczej, wśród trenerów niemal żółtodzioba, który odwdzięczył się stworzeniem drużyny typowanej na najwspanialszą w dziejach futbolu. W 1990 r. obroniła Puchar Europy, co od tamtej pory nie udało się nikomu. Zachwycała futbolem ocenianym jako perfekcyjny - opartym na pełnej synchronizacji ruchów drużyny i agresywnym pressingu, niezniszczalnym w defensywie, maksymalnie wykorzystującym wirtuozerię atakujących.

Kariera na szczycie Sacchiego, obwoływanego największym trenerskim rewolucjonistą od czasów Rinusa Michelsa, trwała krótko, jego następca Fabio Capello należy do ścisłej światowej czołówki po dziś dzień. On też wiele zawdzięcza Berlusconiemu, który przed powierzeniem mu drużyny seniorów latami wysyłał go na menedżerskie szkolenia (komunikacja interpersonalna, zarządzanie ludźmi, team-building, kontrolowanie stresu, ocena ryzyka, negocjacje, księgowość etc), aż mianował generalnym zarządcą skupiającej drużyny siatkarską, hokejową, rugby i baseballową grupy Polisportiva Mediolanum”. Capello zajmował się tam o wszystkim, od akceptowania budżetów i umów sponsorskich po marketing i politykę personalną. W futbol wszedł z wszechstronnym doświadczeniem biznesowym i minimalnym trenerskim, by po trzech lat znokautować w finale Barcelonę (4:0) i wygrać Ligę Mistrzów.

Z dziennikarzami Milan się zaprzyjaźnił. Inne kluby widziały w nich wrogów, on gwarantował im regularny kontakt z piłkarzami, których równocześnie szkolił na wytrawnych specjalistów od PR. Mieli szczerzyć zęby od ucha do ucha; mówić chętnie, lecz niekontrowersyjnie; zadbać, by konflikty pozostawały sekretem szatni, wzruszać familijną atmosferą w Milanello. Do mediolańskich barmanów Berlusconi apelował, by nigdy nie podali jego piłkarzom alkoholu. Opowiadał, że wyciągnięcie z długów klubu było „aktem miłości”, i wspominał, jak w dzieciństwie ojciec przemycał go bez biletu na stadion. Uwodził. Uwodził najprostszymi metodami, jak w swoich telewizjach, zatłoczonych cycatymi, na wpół albo całkiem roznegliżowanymi kobietami, i faszerujących widza najprymitywniejszą rozrywką.

Sponsorów przyciągnął wszechstronną ofensywą biznesową. Po sprzedaniu bezprecedensowej liczby sezonowych karnetów 60-tysięczną bazę danych osobowych wykorzystał do celów marketingowych. Sklep z klubowymi pamiątkami - nikt jeszcze wtedy nie zarabiał na nich fortuny - wcisnął między wystawne butiki Armaniego i Versace. Zatrudnił psychologa, który urządził pracownikom pranie mózgów - rewolucjonizował ich myślenie o zarabianiu na piłce, zarażał korporacyjną mentalnością. Najzdolniejszych przećwiczył na stażach we wszystkich możliwych częściach swoich firm, by poszerzyć ich horyzonty. Wysyłał graczy na promocyjne eskapady po Azji - dziś podbijają tak nowe rynki wszystkie potęgi, wtedy był prekursorem. Stworzył pierwszą globalną markę w futbolu. - Milan to drużyna, ale i produkt na sprzedaż - wyjaśniał. Genialne pokolenia graczy dostawały efektowne metki - Puchary Europy zdobywali Immortali (Nieśmiertelni), Invincibili (Niepokonani) i Meravigliosi (Cudowni).

Berlusconi wprowadził futbol w nowoczesność. Chciał obalać wszelkie granice, walczył z limitami na zatrudnianie obcokrajowców. Skutecznie. Zwerbował słynny holenderski tercet: van Basten, Gullit, Rijkaard, potem Milan zdobył mistrzostwo Włoch z legią cudzoziemską powiększoną o Francuza Papina, Chorwata Bobana i Czarnogórca Savicevicia, aż kluby, wcześniej tylko ozdabiane pojedynczymi zagranicznymi gwiazdami, przeobraziły się w kosmopolityczne mozaiki, w których z importu pochodzą czasem wszystkie elementy. Przed Unią Europejską granice zniosła Liga Mistrzów.

Za jej utworzeniem - te ekskluzywne, agresywne marketingowo rozgrywki zastąpiły poczciwy, przyjmujący nawet prowincjuszy Puchar Europy - też intensywnie lobbował Berlusconi. Triumfów międzynarodowych pożądał tak bardzo, że czasem otwarcie deklarował pogardliwy stosunek do ligi włoskiej. Protestującym fanom tłumaczył, że Milan jest uniwersalny jak papież, należy do całego świata. I do dziś Berlusconi nie ustaje w wysiłkach, by komercjalizację i elitaryzację futbolu wystrzelić na jeszcze wyższy poziom - zorganizować ponadnarodową Superligę, zapraszać do niej stałe grono najbogatszych. To on zainicjował spotkania piłkarskich krezusów, które przerodziły się w skupiającą finansową elitę elit G-14, dziś coraz śmielej rzucającą wyzwanie UEFA i mającą większy wpływ na ewolucję rozgrywek pucharowych niż zwykłemu kibicowi się zdaje.

Jako pierwszy uznał też, że znakomitość można posadzić w rezerwie. Żądał dwóch klasowych graczy na każdą pozycję, by trener dysponował dwoma odrębnymi, równie mocnymi jedenastkami - jedną wysyłaną do walki w europejskich pucharach, drugą rzucaną do boju w Serie A. Znów - dziś szeroka kadra to w czołowych klubach norma, wtedy Berlusconi zdumiewał jako wyznaczający trendy innowator.

Tajemniczy bunkier

W 2002 r. otworzył laboratorium MilanLab, które przesunęło emerytalny wiek piłkarza daleko poza trzydziestkę. Pierwszy trening sezonu poprzedza wnikliwa kontrola u dentysty, kinezjologa (bada ruch mięśni), podologa (stopy), testy na alergię, elastyczność stawów kolanowych. Potem co dwa tygodnie: test na odporność psychiczną, błędnika, ruchu gałki ocznej (czas reakcji, wyczucie przestrzeni, rozpoznawanie kolorów), reakcja mięśnia na stymulację nerwową. I co cztery tygodnie: testy na zwinność, skoczność, mięśnie brzucha, podnoszenie ciężarów, podciąganie na drążku, 12- oraz 30-metrowy sprint.

Dokładniej bada się chyba tylko kosmonautów. MilanLab prześwietla każde włókno mięśniowe i ścięgno, psychikę, analizuje przebyte urazy, informuje, co jeść i jak ćwiczyć, by redukować ryzyko kontuzji i spadku formy. Piłkarze noszą elektroniczne klucze zawierające całą prawdę o ich organizmach. Na siłowni wkładają je do urządzeń, po zajęciach do komputera. Mięsień rozbłyskujący na ekranie na zielono informuje, że jego właściciel spełnił wszystkie wytyczne. Potem klucz trafia do podziemnego bunkra - z czytnikiem linii papilarnych w drzwiach, które otwierają się przed ledwie kilkoma osobami. Davidowi Beckhamowi wystarczyło spędzić tam kilka miesięcy, by publicznie zachwycać się, że ilość tkanki tłuszczowej w organizmie zmniejszył - on, przez całą karierę uczciwie harujący, stuprocentowy zawodowiec - z 13,7 do 8,5 procent. A inni importowani przez Milan cudzoziemcy zwierzali się, że nigdzie indziej nie zetknęli się z poziomem opieki medycznej sięgającej precyzyjnych zaleceń, ile plasterków szynki mają sobie nałożyć na śniadaniową kanapkę.

MilanLab powstał, kiedy klub wydał 20 mln euro na Fernando Redondo, a ten na pierwszych zajęciach zerwał więzadła w kolanie. Nie grał dwa sezony. Dobrze nie grał już nigdy. Dziś komputer alarmuje trenera, kiedy wzrasta ryzyko kontuzji. I Milan podbił Ligę Mistrzów najstarszą drużyną w historii. Jajogłowi z laboratorium traktują ludzkie ciało jak bolid, który wymaga nieustannego tuningu, by z dnia na dzień i miesiąca na miesiąc poprawiał osiągi. „To idealna kombinacja technologii, IT, cybernetyki i psychologii” - chwali się Milan na swojej stronie internetowej.

Najmniej piłkarze lubią właśnie sesje z psychologiem badającym poziom motywacji, samokontroli, agresji. - Wiem, kiedy kłamią. Mogą zapanować nad wyrazem twarzy, ale nie biomechaniką - mówi lekarz Bruno Demichelis. Wie o graczach więcej niż oni sami. Np. kiedy wysłać ich do tajemniczego „pokoju umysłu”, w którym odzyskują mentalną świeżość. Wnętrze wypełnia ponoć głównie szkło i ekrany, na których wyświetlane są rozluźniające obrazy - mieści osiem osób naraz, piłkarze zachodzą tam na 20-minutowe sesje po każdym treningu.

Tam w trakcie intensywnych kampanii wyborczych relaksuje się też 75-letni Berlusconi. Milanello odwiedza regularnie. Albo żeby się odmładzać albo w dniach kryzysu drużyny wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedyś usadził ją na kanapach w sali kominkowej (sam rozwalił się w białym fotelu), po czym rozkazał największemu gwiazdorowi - tyjącemu miłośnikowi nocnych klubów - wgramolić się na stół i powtarzać stamtąd podawane przez premiera słowa przysięgi. Ronaldinho ślubował kolegom, że „przez cały sezon będzie zachowywał się jak profesjonalista”.

122 mld na czarno

W życie drużyny Berlusconi ingeruje notorycznie. W sprawach taktyki uchodzi za naiwnego dyletanta, ale dzwoni w przerwie meczu do trenera, by doradzić zmiany. Ewentualnie publicznie ogłasza, ilu napastników jako pracodawca życzy sobie na boisku. Co rusz przypomina, kto jest w klubie alfą i omegą. - Pokazali mi gazety: czytam o trenerach Sacchim, Zaccheronim, Ancelottim i ani słowa o Milanie Berlusconiego. A to ja ustalam taktykę, zasady, kupuję piłkarzy - żachnął się po triumfie w Lidze Mistrzów. Kiedy wybitny fachowiec Ancelotti nie wykonywał poleceń taktycznych i osadził w rezerwie ulubieńca premiera - Ronaldinho, stracił posadę.

Gdy Berlusconi uprawia autoreklamę, ignoruje fakty i jest tym samym oskarżanym o łamanie prawa bufonem, którego zna świat polityki. - Powinni nazwać stadion moim imieniem. Wygrałem z Milanem więcej tytułów niż Santiago Bernabeu z Realem Madryt, a on dedykowany mu obiekt ma - mówił, choć to nieprawda. Kłamał też po założeniu partii Forza Italia, przedstawiając się w reklamach jako człowiek, który wyciągnął drużynę z Serie B do Serie A (najwyższa liga). A Gianfrancesco Turano w książce „Tutto il calcio miliardo per miliardo” twierdzi, że w pionierskich latach 80. płacił importowanym bożyszczom kibiców na czarno. Poza włoskim systemem podatkowym miało trafić do nich 122 mld lirów.

Milan był wreszcie jednym z klubów ukaranych w korupcyjnej aferze wszech czasów „Calciopoli”, a kibice musieli znosić szczegóły brudnych zakulisowych realiów, gdy w stenogramach z podsłuchów czytali, jak działacz Leonardo Meoni za pewną - nieuściśloną - usługę oferuje arbitrowi darmowy przeszczep włosów. Na szczęście wykonany nie w MilanLabie, lecz klinice szwajcarskiej.

Prezesi drużyn z południa Włoch już wcześniej żyli w przeświadczeniu, że prezesi z północy spiskują i wykorzystują swoje biznesowo-polityczne wpływy, by nie dzielić się sportową chwałą z biedniejszymi konkurentami, ale Berlusconiemu szefowanie partii niekiedy przeszkadza. Latem musiał zrezygnować z pozyskania Marka Hamsika, bo na wieść o możliwym transferze w zakochanym w słowackim rozgrywającym Neapolu wybuchły niemal zamieszki - tuż przed wyborami samorządowymi, na których wyniki mogły wpłynąć.

Berlusconi działa dla dobra klubu na jeszcze wyższym, międzynarodowym poziomie. Kiedy rosyjscy oligarchowie chcieli kupić AS Romę, przestraszył się, że ich bogactwo zagrozi dominacji klubów z Mediolanu i Turynu (od dziesięciu lat mistrzostwa kraju nie zdobył nikt z innego miasta). Dlatego poprosił wpływowego przyjaciela, by jego rodacy nie naruszali delikatnej układu sił we włoskim futbolu. Władimir Putin się zgodził.

AC Milan logo

*Wpis jest znacznie poszerzoną wersją artykułu do Magazynu Świątecznego w „Gazecie Wyborczej”.

Archiwum
Tagi