Wpisy z tagiem: korupcja w piłce nożnej

wtorek, 19 maja 2015

afera, korupcja, piłka nożna, liga włoska

Dzisiaj minęło 30 lat od zakończenia niezwykłego sezonu we włoskiej Serie A – mistrzostwo zdobyli wówczas piłkarze prowincjonalnego Hellas Verona. Dzisiaj aresztowano też w Italii 50 osób z 30 klubów trzeciej i czwartej ligi podejrzanych o ustawianie meczów na masową skalę. Obu historii nic nie łączy, ale...

Verona wywołała sensację, bo w najwyższej klasie rozgrywkowej na Półwyspie Apenińskim władzę absolutną trzymają bogate północne metropolie – odkąd rywalizują zawodowcy, kluby z Turynu i Mediolanu wzięły 66 z 83 tytułów mistrzowskich. Verona wywołała sensację, bo nigdy wcześniej ani później nie stanęła choćby na podium, zazwyczaj żyjąc na krawędzi, między pierwszą a drugą ligą. Wywołała sensację, bo ścigała się z potentatami zatrudniającymi wszystkich najwybitniejszych graczy świata – już w pierwszej kolejce pokonała Napoli z Maradoną (debiutował, kupiony za rekordowe 13,5 miliarda lirów!), w całym sezonie zdystansowała też Juventus z Platinim i Bońkiem, dla innych przeciwników grali Zico, Sócrates, Falcao, Rummenigge etc. Elita elit.

Ponieważ o arcybogatej Serie A marzyli wówczas wszyscy – jak koszykarze o NBA, a hokeiści o NHL – również Verona mogła sobie pozwolić na znakomitych obcokrajowców. Wzięła zatem niemieckiego pomocnika ze stali Hansa-Petera Briegela (na inaugurację wyłączył z gry Maradonę i sam strzelił gola!) oraz duńskiego supersnajpera Prebena Elkjaera Larsena. I trener Osvaldo Bagnoli – utrzymał posadę dziewięć lat, kolejny wyczyn w krainie porywczych prezesów – wyreżyserował sezon, w którym niespodziewani mistrzowie niemal nie oddawali pozycji lidera.

Dwaj klasowi obcokrajowcy byli, rodzimych gwiazd nie było. Polscy kibice mogą pamiętać co najwyżej Pietro Fannę, który w barwach Interu strzelił Legii Warszawa gola wyrzucającego ją z Pucharu UEFA. Po zdumiewającym rozstrzygnięciu świętowała cała Italia, znużona hegemonią turyńsko-mediolańską i zniesmaczona łapówkarską aferą Totonero. Po jej wybuchu skazane zostały 33 osoby uwikłane w syndykat sportowej zbrodni, które korumpowały piłkarzy dla ustawiania meczów; Milan i Lazio relegowano do Serie B; dwa lata dyskwalifikacji odcierpiał Paolo Rossi, król strzelców mundialu w 1982 roku. Wstrząśnięci Włosi postanowili wtedy ratować wizerunek futbolu – do metod jeszcze wrócimy – i bajkowa opowieść werońska spadła im z nieba.

Lata mijają, a calcio to wciąż melanż wspaniałego sportu – nawet w kryzysie Juventus i Napoli umieją awansować do (pół)finałów europejskich pucharów – oraz kryminału. Po zawierusze związanej z Totonero Włosi wygrali mundial w 1982 r., a po wybuchu Calciopoli wygrali mundial w 2006 r. Czyżby ich futbol, nawet na szczytach, był jakoś szczególnie zepsuty? Bardziej prawdopodobne, że odzwierciedla chorobę całego społeczeństwa, której skalę oddają wyniki sondażu sprzed kilku lat – 89 proc. ankietowanych przez Transparency International oświadczyło, że wszystkie włoskie partie polityczne są skorumpowane.

Wokół boisk skandale i skandaliki wybuchają notorycznie, więc kibice zobojętnieli, a prasa często pisze o nich na marginesie. Dziś internetowe serwisy też daleko pod czołówkami informowały o nocnym nalocie na uczestników niskoligowych rozgrywek, przeprowadzonym przez wydział do spraw przestępczości zorganizowanej w ramach operacji „Brudna piłka”. Śledczy aresztowali 50 osób w 21 prowincjach (od piłkarzy i trenerów po księgowych i magazynierów), a kolejnych 70 zabrali na przesłuchanie, ich akta obejmują 59 „podejrzanych” meczów bieżącego sezonu. Fałszować miały je dwie organizacje, które odkryto dzięki podsłuchanym rozmowom Pietro Iannazzo, jednej z czołowych postaci kalabryjskiej mafii ‘ndrangheta, dziś najpotężniejszej w kraju. A ich działalność obejmuje ponoć także ligi zagraniczne.

Szczegóły dopiero poznamy, wiemy natomiast, na czym polegała niedawna afera Calciopoli – klubowi dygnitarze, ze szczególnym uwzględnieniem przedstawicieli Juventusu i Milanu, wpływali na obsadę sędziowską swoich meczów. Precyzyjniej: wskazywali konkretne nazwiska tzw. „designatori”, czyli działaczom przydzielającym arbitrów.

To przypomina o jeszcze jednym powodzie, który tamten niezapomniany, zwycięski dla Verony sezon 1984/85 czyni unikalnym. Otóż Włosi postanowili wówczas zrezygnować z wyznaczania sędziów. Ich nazwiska przed każdą kolejką losowali.

Dlatego weroński sukces fetowano jako triumf przejrzystości i nadzieję na lepszą przyszłość piłki nożnej. Niestety, po tamtym sezonie wrócono do starego systemu. I sędziów wyznacza się do dziś. Co oczywiście nie musi mieć żadnego związku z tym, że od tamtej pory niesłychanego wyczynu Verony nie powtórzyła żadna mała drużyna – Sampdoria to był jednak klub z nazwiskami i hojnym właścicielem, szalał też w europejskich pucharach – która nie wykosztowała się na konstelację gwiazd.

środa, 18 grudnia 2013

korupcja w piłce nożnej, Gennaro Gattuso

Mistrz świata i były piłkarz Milanu Gennaro Gattuso przesłuchany w aferze korupcyjnej. Według prokuratury wyniki nadal fałszuje się na masową skalę. Skruszony gangster opowiada, jak mafia karze za nieposłuszeństwo piłkarzy Napoli. Czyli we włoskiej piłce bez zmian.

Gattuso oraz innego byłego gracza Milanu Cristiano Brocchiego – przeszukano także ich domy – objęło dochodzenie w sprawie zorganizowanej szajki ustawiającej mecze ligowe. Operacja „Last Bet” trwa już trzy lata, prowadzi ją Roberto Di Martino, prokurator z Cremony, w jej trakcie aresztowano ponad 50 osób, w tym wielu znanych zawodników. Wczoraj dołączyli do grona aresztowanych czterej mężczyźni, którzy mieli pośredniczyć między piłkarzami a hazardzistami.

Jeden z nich, Francisco Bazzani, kontaktował się SMS-owo z Gattuso przed podejrzanym meczem Chievo – Milan, rozegranym w lutym 2011 r. Od tego przypadkowego odkrycia rozpoczął się nowy wątek śledztwa. Wiązał się z zeznaniami osadzonego w fińskim więzieniu Perumala Wilsona Raja – jeden z przywódców singapurskiego kartelu na globalną skalę fałszującego wyniki powiedział, że włoskim łącznikiem jego bałkańskich współpracowników jest tajemniczy „brat” Gattuso. Cudzysłów bierze się stąd, że Gattuso nie ma brata. Teraz prokuratura podejrzewa, że może chodzić o jego przyjaciela, również współpracującego z Bazzanim.

Telefonicznych kontaktów piłkarza z aresztowanym było więcej. Poprzedzały mecze z Lazio (tam przeniósł się z Milanu Brocchi), Juventusem, Bari. Wszystkie z wiosny 2011 r. Jak informuje agencja ANSA, dwukrotnemu zwycięzcy Ligi Mistrzów grozi zarzut udziału w zmowie korupcyjnej. – Jestem wściekły, czuję się obrażony – komentował Gattuso, ostatnio bez powodzenia próbujący sił jako trener (szybko zwalniany ze szwajcarskiego Sionu i drugoligowego włoskiego Palermo, wczoraj miał wysłuchać wykładu Rafy Beniteza w ramach kursu UEFA). – To absurdalna historia, nie mam pojęcia, czego ode mnie chcą. Nie wiem, co to znaczy ustawić mecz, nie wiedziałbym nawet, od czego zacząć. Ale wszystko wyjaśnię, nie chcę żadnych plam na karierze. W życiu nie obstawiłem zakładu. Ani jednego.

Kiedy w 2006 roku Włosi zdobywali mistrzostwa świata, w tle rozwijała się afera Calciopoli, zwieńczona m.in. degradacją do drugiej ligi Juventusu i odjęciem ligowych punktów Milanowi. Zapytałem wówczas Gattuso, jak znosi granie z takim ciężarem na plecach. – Niestety, o takich sprawach nie da się zapomnieć – usłyszałem. – Nie myślcie, że my, piłkarze, chcielibyśmy wszystko schować, przemilczeć i żyć dalej. Ja czułem się źle, kiedy te okropne fakty wyszły na jaw. Naprawdę bardzo, bardzo źle. Przecież to straszne, że uczciwie, ciężko trenujesz cały tydzień, poświęcasz się, a później okazuje się, iż wszystko zostało ustalone, gdzieś zapisane, więc wynik nie zależy od ciebie. A przynajmniej nie całkiem od ciebie – mówił włoski pomocnik, słynący z waleczności.

Teraz prokurator Di Martino mówi o 30 meczach Serie A poprzedzonych intensywnymi kontaktami między aresztowanymi pośrednikami, piłkarzami i działaczami grających ze sobą klubów. Twierdzi, że pomimo kolejnych skandali, śledztw, procesów i wyroków skazujących, proceder seryjnego oszukiwania kibiców nie ustał. Sędzia Guido Salvini, który wystawiał nakazy aresztowania, pisze o detalach – meczu Bologna – Lazio zakończonym wynikiem 3:1 być może dlatego, że miały paść pożądane przez hazardzistów więcej niż trzy gole, czy rzucie karnym obronionym przez bramkarza Udinese być może dlatego, że Mauro Zarate strzelił lekko i prosto w jego rękawice z premedytacją. Z tego samego dokumentu wynika, że wspomniany singapurski kartel planował wpływać także na przebieg przyszłorocznego mundialu w Brazylii – co wyszło na jaw na marginesie sprawy, tym wątkiem Włosi się nie zajmują. Zajmują się za to coraz świeższymi poszlakami, na czarnej liście meczów badanych przez prokuraturę znalazły się nawet tegoroczne – Palermo z Interem oraz Palermo z Bologną.

Kibice z Italii przywykli już, że sportowe gazety notorycznie przypominają kroniki kryminalne, a niesława okrywa największe nazwiska. Za łapówkarstwo skazani zostali Giuseppe Signori, trzykrotny król strzelców Serie A, oraz Cristiano Doni, uczestnik mistrzostw świata w 2002 roku. Karę dyskwalifikacji odbywa właśnie kapitan Lazio Stefano Mauri. Policja przeprowadzała naloty na ośrodek kadry w Coverciano, po skonfiskowaniu laptopa oraz telefonu Domenico Criscito – potem oczyszczonego z podejrzeń – ten podstawowy wówczas lewy obrońca reprezentacji nie pojechał na Euro 2012 (trener bał się, że nie wytrzyma presji). Wstrząs wywołał także cień podejrzenia, który padł na Gianluigiego Buffona – śledczy odkryli, że przekazał 14 czeków na łączną sumę 1,5 mln euro parmeńskiemu bukmacherowi, bramkarz wyjaśniał, że płacił za 20 zegarków Roleksa.

Zanim śledczy najechali wczoraj o świcie kilkanaście domów (tyle było przeszukań), dowiedzieliśmy się, że za napadami na piłkarzy Napoli i ich rodziny w minionych latach stoi kamorra. Zdarzały się regularnie – defensywny pomocnik Valon Behrami oddał rok temu zegarek, gdy poczuł na skroni lufę, wcześniej w podobnych okoliczności obrabowane zostały żony Edinsona Cavaniego i Marka Hamsika (była w zaawansowanej ciąży) oraz partnerka Ezequiela Lavezziego (oskarżyła publicznie całe miasto, zapowiedziała, że oboje się wyprowadzą, po sezonie Argentyńczyk odszedł do Paris Saint Germain). Teraz skruszony członek jednego z mafijnych klanów zeznał, iż zastraszono piłkarzy – na rozmaite sposoby, np. niszcząc samochody – którzy odmawiali uczestnictwa w imprezach kibiców powiązanych z przestępcami.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Czy nawet tam mecze ustawiają wysłannicy globalnej mafii, która obławia się na zakładach bukmacherskich? Czy piłce nożnej grozi totalna utrata wiarygodności na miarę klęski kolarstwa?

Mroczne prognozy rozbrzmiały przed tygodniem, kiedy Rob Wainwright, dyrektor Europejskiego Urzędu Policji, opowiedział o 680 ustawionych meczach, 425 zaangażowanych w proceder osobach oraz sterującym nim azjatyckim syndykacie. Dochodzenie obejmowało okres trzech lat i rozgrywki w 30 państwach. Sfałszowane mogły zostać wyniki dwóch meczów Champions League, czyli najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych, oraz niezidentyfikowanej liczby spotkań w eliminacjach do mundialu i mistrzostw Europy, czyli najbardziej prestiżowych rozgrywek drużyn narodowych. Wszystko dla zysków z zakładów bukmacherskich.

Szef Europolu nie podał szczegółów, rozdzielił tylko „podejrzane” mecze na rozegrane na naszym (380 przypadków) i innych kontynentach (300). Podkreślał za to bezprecedensowe rozmiary ujawnionego szwindlu. - To największe w historii śledztwo w sprawie ustawiania meczów. Odkryliśmy problem podważający sens piłki nożnej na kontynencie.

Wainwrighta cytowały wszystkie media, stąd wzięły się skojarzenia z serialem skandali dopingowych w kolarstwie. Serialem z udziałem gigantów tego sportu zwieńczonym zdemaskowaniem Lance'a Armstronga - siedmiokrotny triumfator Tour de France szprycował siebie i partnerów z drużyny przez wiele lat, opornych zmuszając do posłuszeństwa szantażem i budując perfekcyjny system zabezpieczający przed wpadkami.

Po rewelacjach Europolu komentator Associated Press pisał, że zbliżyliśmy się do dnia, w którym piłka nożna, jak kolarstwo, będzie na wpół martwa.

W czwartek te same rewelacje prostował - częściowo wręcz dementował - Friedhelm Althans, najwyższy stopniem policjant i rzecznik międzynarodowej grupy prowadzącej całą operację, która polegała głównie na przeglądzie przypadków korupcji już zbadanych. W rozmowie z serwisem SportingIntelligence przyznał, że konferencja Europolu mogła „dezorientować”. I że jej „główny przekaz nie był jasny”.

- 380 meczów rozegranych w Europie to stare sprawy, o których wszyscy wiedzieli wcześniej. Z nimi poradziły już sobie służby z Niemiec, Węgier, Finlandii, ze Słowenii i z Austrii. Nowe są tylko podejrzenia dotyczące 300 spotkań z Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, których wykrycie było skutkiem ubocznym analizowania dawnych historii - powiedział Althans. Niemieckiego policjanta nikt już nie cytował, opinia publiczna pozostała z owym „niejasnym przekazem”, czyli wrażeniem, jakoby wybuchła zupełnie nowa afera o kolosalnym zasięgu, która

rozsadzi futbol na najwyższym poziomie.

Raban wywołał nade wszystko tajemniczy „mecz Ligi Mistrzów, rozegrany w minionych czterech latach na stadionie w Anglii”. Prędko wyszło na jaw, że chodzi o wieczór 16 września 2009 r., podczas którego Liverpool podejmował Debrecen.
To również dawno rozwiązana sprawa, swego czasu dość głośna. Singapurczycy mieli rzekomo przekupić Vukašina Poleksicia, by puścił więcej niż dwa gole. Ale gospodarze wygrali ostatecznie 1:0, a czarnogórski bramkarz gości błysnął kilkoma świetnymi paradami. - Wygrywałem nawet w sytuacjach sam na sam, więc jak można mi zarzucić, że oszukiwałem? To był najważniejszy moment mojej kariery, grałem na stadionie mojego ukochanego Liverpoolu! - opowiadał Poleksić.

Gdyby tamten mecz rzeczywiście ustawiono, byłoby to bardzo niestandardowe fałszerstwo. Oszuści, którzy chcą się wzbogacić na typowaniu, szukają zdarzeń nieoczywistych - porażek faworyta, odrabiania dużych strat, zatrzęsienia goli lub rzutów karnych etc. A w Liverpoolu triumfował faworyt. To scenariusz na niski kurs.

UEFA, owszem, zdyskwalifikowała Poleksicia, jednak tylko za to, że nie zgłosił, iż był nakłaniany do oszustwa. I to dopiero miesiąc później, kiedy Debrecen podejmował Fiorentinę. - Zadzwonili do mnie tydzień przed meczem. Powiedziałem, że nigdy nie robiłem i nie zrobię takich rzeczy, ale już tym, że się ze mną skontaktowali, bardzo utrudnili mi grę. Byłem przerażony, że jeśli popełnię jakikolwiek błąd, zostanę oskarżony - wspomina bramkarz, który pod odbyciu kary wrócił do futbolu, na wrześniowym meczu z Polską siedział wśród rezerwowych Czarnogóry. Z tamtego zarzutu o wzięcie łapówki został oczyszczony, choć gdyby się kierować klasyczną logiką przekrętu z bukmacherką w tle, wynik spotkania Debrecenu z Fiorentiną - 3:4 - wyglądałby już bardziej „podejrzanie” niż minimalne zwycięstwo Liverpoolu.

Te wszystkie detale są niezbędne, by pojąć różnicę między procederem uprawianym przez azjatyckie mafie a korupcją toczącą np. polski futbol, która pochłonęła na razie 650 osób - skazanych bądź objętych prokuratorskimi zarzutami.

Bohaterowie naszej afery oszukiwali zazwyczaj w interesie konkretnej drużyny - bijącej się o mistrzostwo kraju, kwalifikację do europejskich pucharów, obronę przed ligową degradacją lub awans - ewentualnie sprzedawali mecze dla siebie bez stawki, a dla rywali arcyważne.

Gangsterzy, którzy obstawiają wyniki u bukmacherów, nikomu z premedytacją nie pomagają ani nie szkodzą (w sensie sportowym). Dbają wyłącznie o własne zyski. A dla wysokości zysków ranga meczu nie ma śladowego znaczenia. Na przewidzeniu zdarzeń w prowincjonalnych turniejach zarabia się tak samo jak na turniejach prestiżowych.

Oszuści szukają zatem łupów raczej na niższym poziomie. Tam, gdzie nawet najbardziej ordynarny „błąd” sędziego przejdzie niezauważony. I tam, gdzie kiepsko opłacanych piłkarzy może skusić skromne kilkaset lub kilka tysięcy euro łapówki.

Z tej perspektywy próba skorumpowania akurat bramkarza Debrecena wygląda logicznie. Jeśli już uderzać do Ligi Mistrzów, to do drużyny najsłabszej, wpuszczonej do elity incydentalnie, oferującej roczne pensje na poziomie tygodniówek pobieranych przez gwiazdy klubów angielskich, hiszpańskich czy niemieckich.

Jednak najsławniejsze i

najbardziej wymyślne szwindle,

które wyszły na jaw, dotyczyły meczów, o których w normalnych okolicznościach nigdy byśmy nie usłyszeli. Jak historia z ligi fińskiej, gdzie w 2005 roku drużyna AC Vantaan Allianssi przegrała mecz 0:8 - zagrało w nim aż dziewięciu niedawno sprowadzonych debiutantów, wystawił ich niedawno sprowadzony belgijski trener, niedawno klub kupił chiński biznesmen Ye Zheyun, a klienci azjatyckich bukmacherów akurat na to spotkanie postawili miliony...

Ye Zheyun nawiedził też wiele nękanych klubów kłopotami finansowymi. Zjawił się m.in. w Lierse, prowadzonym przez niejakiego Paula Puta. I ten ostatni wkrótce dwukrotnie posłał w ligowy bój rezerwy. A potem jako jedyny - co wywołało burzliwe protesty, afera rozlała się na mnóstwo podejrzanych meczów - został ukarany.

Po odbyciu trzyletniej dyskwalifikacji Belg również, jak czarnogórski bramkarz Debrecenu, wrócił do wyczynowego futbolu. Zdawało się, że zszargana reputacja zsyła go na peryferie poważnego sportu, ale właśnie przeżywa najwspanialsze chwile w karierze - jako selekcjoner poprowadził reprezentację Burkina Faso do sensacyjnego finału Pucharu Narodu Afryki. I w wywiadach pozuje na ofiarę. Obwołuje siebie Lance'em Armstrongiem futbolu, ponieważ czuje się tylko częścią patologicznego systemu.

- Cała liga belgijska była wówczas chora, inni też oszukiwali. A do mnie przyszła mafia. Grozili bronią, grozili mojemu dziecku. Poza tym „ustawianie meczów” to zbyt wielkie słowa, nasza drużyna i tak znajdowała się w fatalnej kondycji. Nie było nadziei, nie było pieniędzy. Nie było niczego - mówi Put. I niewykluczone, że mówi prawdę. Żołnierze syndykatów - one mają odpowiadać za miażdżącą część przekrętów - współpracę inicjują z marchewką w ręku, by z czasem wyciągnąć kij. Szantażują, biją, zastraszają. A ich szefowie mogą mieć ochronę na szczytach singapurskiej władzy.

Przeciętne belgijskie kluby były celami bardzo dobrymi, ale nie idealnymi. Mecze

najdoskonalej skrojone do ustawienia

spełniają jeszcze jedno kryterium - nie toczą się o żadną stawkę. Kiedy oszuści planują machlojkę o bardziej skomplikowanej inżynierii, angażującej niekiedy wszystkie zainteresowane strony. Korumpują i sędziego, i obu rywali. Szczególnej staranności wymaga np. „numer pięciogwiazdkowy”, czyli wynik 5:0.

Dlatego najwygodniej wykręcić go w sparingach - rozgrywanych przez drużyny klubowe i mających status nieoficjalnych, ale też rozgrywanych przez reprezentacje narodowe i mających status oficjalnych, nadzoruje je FIFA, ich wyniki wpływają na światowy ranking.

Tych pierwszych nikt nie archiwizuje, często stanowią błahą cząstkę międzysezonowych zgrupowań. Mogą się odbywać daleko od krajów, z których pochodzą obaj przeciwnicy, i daleko od kamer. Nic tam nie zdziwi, trenerzy w takich towarzyskich wprawkach wypróbowują rozmaite warianty taktyczne, piłkarze dopiero wytrenowują formę, postawy sędziów nie recenzują delegaci UEFA czy FIFA. Zdarzyło się, że jeden z ustawionych w Niemczech meczów prowadził bułgarski arbiter, który podał się za rodaka o innym nazwisku - nikomu oczywiście nie przyszło do głowy, by sprawdzać jego tożsamość.

Towarzyskie sprawdziany drużyn narodowych to inna historia. Dyrektor Europejskiego Urzędu Policji wywołał wrażenie słowami: „Liga Mistrzów”, tymczasem wstrząsająco brzmi przede wszystkim relacja niemieckiego śledczego Althansa, według którego aż 90 proc. z zawartych w raporcie 300 meczów rozegranych w latach 2009-11 w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej - w przeciwieństwie do europejskich dotąd niezbadanych, za „podejrzane” uznał je dopiero Europol - stanowią sparingi reprezentacji. Reprezentacji aż 50 krajów. Co przypomina, że w telefonie Wilsona Raja Perumala - najsławniejszego z hersztów singapurskiej szajki, schwytanego i skazanego w Finlandii przed dwoma laty, znaleziono kontakty do

wielu wysoko postawionych działaczy

ze wszystkich kontynentów. I że ci działacze rozmawiali z nim również po ujawnieniu, że ustawia mecze.

W dossier Perumala, który zaaranżował osławiony mecz towarzyski Bahrajnu z fałszywą reprezentacją Togo, znajdziemy m.in. sparingi Republiki Południowej Afryki sprzed organizowanego przez nią w 2010 r. mundialu. W grudniu FIFA ogłosiła, że odkryła "przekonujące dowody" na ustawienie jednego lub więcej z nich. 27 maja na stadionie w Johannesburgu, na którym niebawem odbył się finał mistrzostw świata, piłkarze RPA pokonali Kolumbię 2:1 - wszystkie gole padły z rzutów karnych. 31 maja „Bafana Bafana” rozbili natomiast Gwatemalę 5:0 - sędzia też podyktował trzy „jedenastki”, wszystkie za dotknięcie piłki ręką (dwa były bezdyskusyjnie niesłuszne).

Towarzyskich gierek o niepokojącym przebiegu wydarzeń jest mnóstwo, oszustów nęcą zwłaszcza te umawiane poza terminami FIFA, w których selekcjonerzy testują piłkarzy trzeciorzędnych - Polacy mierzyli się ostatnio w takich okolicznościach z Rumunią (pokonali ją w hiszpańskiej Maladze 4:1) i Macedonią (również 4:1, w tureckim Kundu). Wspomniane 300 wykrytych przez Europol meczów z lat 2009-11 brzmi wstrząsająco dlatego, że wszystkich międzynarodowych rozgrywa się na świecie ponad tysiąc rocznie. Czyżby oszuści obstawiali co czwarty? Nie wiemy, bo nie wiemy, czy rezultaty śledztwa nie obejmują również spotkań juniorskich.

Skuteczną prewencję obejmującą wszystkie poziomy rywalizacji trudno sobie wyobrazić - nie skontrolujemy setek tysięcy stadionów, a przeciwnicy dysponują nieograniczonym arsenałem pomysłów, w latach 90. przekupywali nawet elektryków, by w trakcie meczów ligi angielskiej przy pożądanym wyniku gasły jupitery. Gasły nieodwołalnie - tylko poważna awaria dawała pewność, że gra nie zostanie wznowiona.

Odkąd bukmacherzy przyjmują zakłady na najdrobniejsze boiskowe epizody, ustawienie meczu niekoniecznie musi zresztą radykalnie wpłynąć na wynik. Można już typować, kto pierwszy wybije piłkę z autu, kto pierwszy wykona określoną liczbę rzutów rożnych, ile sędzia pokaże żółtych kartek. A ostateczne ustalenia poczynić tuż przed gwizdkiem - w internecie obstawia się w czasie rzeczywistym. Dlatego amerykańska liga MLS chce zakazać używania telefonów w szatni na godzinę przed meczem, dlatego międzynarodowe instytucje - władze piłkarskie oraz policyjne - pracują nad rozbudowanym

systemem wczesnego ostrzegania,

który miałby polegać na intensywnym śledzeniu przepływu inwestowanych w hazard pieniędzy. Pieniędzy zagrażających również innym sportom - najbardziej zatrute mają być krykiet i tenis, a coraz gwałtowniej podtruwane sumo, karate, ping-pong i badminton. Cały interes według szacunków FIFA przynosi od 5 do 15 mld dol. rocznie.

Niebezpieczeństwo rośnie. Chris Eaton - australijski detektyw, który po wstąpieniu do Interpolu stworzył międzykontynentalny zespół ścigający zorganizowaną przestępczość wokółfutbolową - uważa, że zwalczać należy przede wszystkim nielegalne firmy bukmacherskie osadzone w stolicy Filipin. Teza, jakoby piłka nożna zbliżała się do totalnej utraty wiarygodności na miarę nafaszerowanego dopingiem na przemysłową skalę kolarstwa, pozostaje jednak nieuprawniona. O ile na szprycowaniu się przyłapano niemal wszystkich superbohaterów Tour de France czy Giro d'Italia minionych kilkunastu lat, o tyle nie mamy drobnych choćby poszlak do podejrzeń, że w Lidze Mistrzów ustawia się wyniki finałów, półfinałów czy kluczowych meczów rundy grupowej.

Rozgrywki krajowe bywają wypaczane niemal w całości, na domiar złego niemal wszędzie władze futbolowe opieszale fałszerstwa karzą. Jak w Turcji, gdzie ustawiano najwięcej (79) meczów ujętych w raporcie Europolu, a w więzieniu skończył nawet właściciel potężnego Fenerbahce Stambuł Yziz Yildirim, ale federacja uniewinniła wszystkie 16 zamieszanych w aferę drużyn, uznając, że nie istnieją dowody, by próby fałszerstw rzeczywiście rozstrzygnęły o wynikach. Tam kibicowi trudno ufać w czystość zawodów, jak entuzjaście kolarstwa trudno oprzeć się przeświadczeniu, że w peletonie szprycuje się każdy. Real Madryt z Manchesterem United porywalizują jednak w środę uczciwie. Najwięksi piłkarze grają serio. Przynajmniej na razie.

środa, 06 lutego 2013

Jak obłowić się u bukmachera na ustawionym meczu, nie korumpując ani piłkarzy, ani trenerów, ani sędziów, ani nikogo ze środowiska piłkarskiego? Dogadać się z elektrykiem.

Właśnie znów dużo czytam o przekrętach, bo przymierzam się do większego tekstu, do którego sprowokowała mnie wczorajsza konferencja Europolu (i śledztwo dopingowe w Hiszpanii). Nawiasem mówiąc, w przedstawionym raporcie Urzędu Policji więcej dymu niż ognia - czym jest 380 „podejrzanych” meczów na kontynencie wobec 500 opisanych w aktach polskiej prokuratury, która rozpracowuje aferę łapówkarską w naszym futbolu? Jakie wrażenie robi 425 osób zamieszanych w globalny proceder wobec 650 osób, którym postawiono zarzuty u nas? Wobec 250 już prawomocnie skazanych osób? A przecież w wielu innych krajach wybuchały nie mniejsze afery...

W każdym razie wczytuję się w niuanse technologii globalnego szwindlu, znów wszędzie plącze się przywoływany już przeze mnie Singapurczyk Wilson Raj Perumal, znów natykam się na jego rodaka Tan Seet Enga (alias Aka Dan Tana), aż dotarłem do malezyjskiego biznesmena Eswaramoorthy’ego Pillaya. Do Pillaya, któremu tenże Perumal w połowie lat 90. zasugerował, jak wykorzystać to, że azjatyccy bukmacherów wypłacają pieniądze za trafnie wytypowany w trakcie gry wynik, nawet jeśli mecz nie został rozegrany do końca (warunek - musiała się rozpocząć druga połowa). Pomysł był genialnie banalny: niech zapadnie ciemność.

Co wcale nie jest proste do osiągnięcia - nie wystarczy wszak wyłączyć światła, potrzeba jeszcze pewności, że nie zostanie włączone. Słowem, niezbędna jest gruba awaria.

W ten sposób do grona ustawiających mecze weszli stadionowi elektrycy. Ideę w czyn oszuści wcielili w listopadzie 1997 roku. W listopadzie ciemność spowiła mecz West Hamu z Crystal Palace. W 65 minucie. Jupitery udało się ponownie włączyć tylko na moment, sędzia musiał odesłać piłkarzy do szatni. Był remis 2:2 i bukmacherzy wypłacili pieniądze za taki wynik, choć w powtórce gospodarze wygrali 4:1.

Operację Azjaci powtórzyli półtora miesiąca później, kiedy Arsenal grał z Wimbledonem, znów z powodzeniem. Nie udało się dopiero na meczu Charlton - Liverpool. Wpadli, bo na policję zadzwonił opłacony ochroniarz, który miał wpuścić ich na stadion.

Wyobraźnię, trzeba im oddać, gangsterzy mają. A sposobów na sfałszowanie przebiegu meczu istnieje tyle, że pomnożone przez tysiące rozgrywek na wszystkich kontynentach i ciasność świata ery internetu nie pozostawiają złudzeń. Walka z ustawianiem wyników z bukmacherką w tle przypomina walkę z handlem narkotykami - prowadzić ją trzeba, ale pochłania nieograniczone koszty, a przynosi bardzo ograniczone efekty.

sobota, 07 lipca 2012

Piotr Dziurowicz, który w pamiętnym wywiadzie dla „Gazety” ujawnił skalę korupcji toczącej polską piłkę, zeznał, że ustawiał mecz wraz z Michałem Probierzem - wówczas graczem Górnika Zabrze, obecnie trenerem Wisły Kraków.

Probierz opublikował zagmatwane oświadczenie: W związku z pojawiającymi się informacjami prasowymi dotyczącymi jakoby moich działań korupcyjnych informuję, że powyższe działania nigdy nie miały miejsca. Ze względu na charakter informacji, to jest jest rzekome zeznanie pana Dziurowicza podczas jego przesłuchania, co za tym idzie brak dostępu do materiałów śledztwa, nie potrafię się na tym etapie odnieść do wiarygodności i rzetelności tych informacji. Waga zarzutów nie pozwala pozostawić mi tej sprawy bez nadania jej dalszego biegu, o ile dostępne będą jakiekolwiek środki ochrony prawnej. Dalsze decyzję podejmę po konsultacji z prawnikiem.

Wiem, że na futbolowe łapówkarstwo już zobojętnieliśmy - nie dało się inaczej w czasach liczonych w setkach aresztowanych, podejrzanych, oskarżonych lub skazanych, nie dało się inaczej, gdy nawet na Euro 2012 reprezentował Polskę zawodnik obłożony sądowym wyrokiem za korupcję w sporcie. Ale absolutne minimum przyzwoitości wymaga, by trener Wisły Kraków nie kręcił - zastanawiając się, jak przypuszczam, co wie prokuratura - lecz wydał deklarację znacznie prostszą, a zamykającą temat. Mogłaby brzmieć: „Nigdy nie kupiłem, nie sprzedałem ani nie uczestniczyłem w ustawianiu meczu”. Do tego chyba nie potrzeba dostępu do materiałów śledztwa?

Nawiasem mówiąc, gdybym był w tych ponurych czasach ligowym prezesem, żądałbym takiej deklaracji od każdego zatrudnianego szkoleniowca. Deklaracji i zobowiązania się do wypłacenia klubowi odszkodowania - wysokość do ustalenia - jeśli wyjdzie na jaw, że trener skłamał.

piątek, 20 stycznia 2012

Hector Cuper, korupcja, Primera Division

Tyle miał wziąć od camorry trener Hector Cuper za ustawienie dwóch meczów ligi hiszpańskiej i dwóch ligi argentyńskiej.

W zeszłym roku, kiedy prowadził Racing Santander, przybysze z Włoch przekazało mu ponoć ukrytą w skarpetach i slipach gotówkę. On zrewanżował się kartką z wynikami meczów. Rzecz jasna meczów mających się dopiero odbyć...  Jeden skończył się jednak rezultatem innym niż zaplanowany, co wywołało kłótnię między gangsterami. Awanturowali się przez telefon podsłuchiwany przez włoską brygadę antymafijną.

Pisałem już obszernie o oplatającym całą planetę przemyśle nielegalnych zakładów bukmacherskich i mnóstwie fałszowanych przez bandytów meczów na wszystkich kontynentach (tutaj przeczytacie o technologii przekrętu). W tropieniu międzynarodowej szajki największe zasługi mają śledczy z Włoch, którzy tym razem dopadli naprawdę dużą osobistość. Jeśli zarzuty się potwierdzą, Cuper będzie najznaczniejszym bohaterem korupcyjnej afery, która rozlała się już na kilkanaście krajów i prawdopodobnie nadal się będzie rozlewać. Z Valencią argentyński trener dwa razy z rzędu dotarł do finału Ligi Mistrzów, Mallorkę zaprowadził do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, z Interem Mediolan zdobył wicemistrzostwo Serie A, a z Champions League odpadł dopiero w półfinale, po dwóch derbowych remisach. Znane firmy, ładny dorobek. Na początku stulecia uchodził Argentyńczyk za czołowego fachowca w Europie.

Cuper został przesłuchany. Tłumaczył, że przyjął pieniądze dla swojej teściowej, która miała za nie wyremontować dom, a nie łapówkę. Śledczych nie przekonał.

środa, 11 stycznia 2012

Mafia piłkarska

Na początku była egzotyczna anegdota, która obiegła wszystkie serwisy sportowe świata. Jesienią 2010 roku piłkarze Bahrajnu ogłosili, że w sparingu wcale nie wygrali 3:0 z Togo, lecz zgrają niezidentyfikowanych osobników, którzy się pod reprezentację Togo podszyli.

Gospodarze nabrali podejrzeń, bo łatwo wygrali 3:0. - Oni nie mieli sił biegać 90 minut. Straciliśmy tylko czas. Wystawiłem silny skład przeciwko drużynie, w której prawdopodobnie nie grali nawet zawodowcy - wściekał się trener Bahrajnu Josef Hickersberger.

Afrykańscy działacze wyjaśniali, że nie wysyłali do Bahrajnu drużyny i nie znają zawodników, którzy w meczu wystąpili. Arabscy działacze pokazali listę z nazwiskami 20 piłkarzy, podpisaną przez szefa federacji Togo. Tuż przed meczem sędziowie dostali jednak dokumenty innych graczy, prawdopodobnie niepochodzących nawet z Togo.

Obie strony wszczęły śledztwo, żadna niczego nie wykryła. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że sparing zorganizował Wilson Raj Perumal, obywatel Singapuru, jeden z domniemanych hersztów futbolowej mafii, fałszującej mecze w Azji, Europie, Afryce i Ameryce Południowej. Fałszującej, by zarabiać na internetowych zakładach bukmacherskich.

Wszyscy wykiwali wszystkich

Aresztowany minionego lata Perumal opowiedział, jak to było z piłkarzami, którzy udawali Togo. Najpierw zwyczajnie opłacił ich, żeby przegrali. Sytuacja się skomplikowała, kiedy o planie dowiedzieli się konkurenci, również żyjący z przestępstw hazardowych. Zaczęli stawiać dużo pieniędzy na wysokie zwycięstwo Bahrajnu, dlatego Perumal przekupił dodatkowo sędziego. Nadal chciał porażki Togo, ale niskiej - bo taką postanowił typować. Arbiter spisał się perfekcyjnie. Anulował aż pięć (!) goli, za każdym razem z powodu rzekomego spalonego.

W łapówki dla piłkarzy oraz sędziego - pochodzącego z Nigru, według podejrzeń FIFA od lat specjalizującego się w fałszowaniu międzynarodowych sparingów - Singapurczyk zainwestował od 10 do 50 tys. dolarów, wziął też na siebie koszty przelotu i zakwaterowania drużyny. Zarobił od 0,5 do 2 mln. Precyzyjne dane są trudne lub wręcz niemożliwe do ustalenia, bowiem firmy bukmacherskie rozmnożyły się do tysięcy, a przepływających przez nie pieniędzy nie sposób całkiem kontrolować. Zwłaszcza na nieprzeniknionym rynku azjatyckim.

Nawet Perumal jednak nie miał pojęcia, że ktoś podszywa się pod kadrę Togo. Tamten mecz okazał się gigantyczną blagą, w której wszyscy wykiwali wszystkich. Gospodarze nie wiedzieli, że rywale symulują grę. Goście nie wiedzieli, że choć mają symulować, to arbiter przypilnuje, by nie ponieśli porażki zbyt bolesnej.

Perumal zaczął zeznawać w lipcu, gdy został skazany na dwa lata więzienia w Finlandii. Działał tam na masową skalę - udowodniono mu udział w ustawieniu siedmiu z 24 sfingowanych meczów pierwszoligowego, położonego przy kole podbiegunowym RoPS Rovaniemi w latach 2008-2011. W proceder zaangażował zagranicznych graczy zespołu - siedmiu z Zambii oraz dwóch z Gruzji, których korumpował kwotami od 15 do 56 tys. dol. Opłacał też zawodników Oulu, Mariehamn oraz Tampere United - karnie relegowanego z ligi, bo łapówki brali także członkowie klubowego zarządu. Słowem, Singapurczyk fałszował niemal całe sezony rozgrywek.

Wpadł jak Al Capone, przez przypadek. W Finlandii nie był ścigany, ale posługiwał się fałszywym paszportem. Doniósł nań „biznesowy” konkurent.

I wybuchła afera, która rozwijała się niespiesznie miesiącami, lecz dziś FIFA nazywa ją przełomem w walce z syndykatami sportowej zbrodni. Centra dowodzenia mają zazwyczaj w Azji, działają globalnie.

47-letni Perumal, przedstawiciel tamilskiej mniejszości w Singapurze, przestępcą był od 1983 roku - skazywanym kilkunastokrotnie za napaści, włamania, fałszerstwa. Pierwszy wyrok za ustawienie meczu odsiedział w połowie lat 90. W 2000 r. znów został wtrącony do więzienia, tym razem za pobicie piłkarza - chciał mu uniemożliwić grę w najbliższym meczu i obniżyć szanse jego drużyny na zwycięstwo.

Z kraju uciekł w 2010 roku, ścigany za zaatakowanie policjanta. Wylądował w Londynie, w pobliżu legendarnego stadionu Wembley wynajął kawalerkę, za którą zapłacił za sześć miesięcy z góry. Przedstawił się jako Rajamohan Chelliach, choć częściej posługiwał się pseudonimem Kelong King. Stamtąd tkał siatkę współpracowników, która operowała na kilku kontynentach. Z pokoju hotelowego w Helsinkach dzwonił do dyrektorów federacji piłkarskich z pięciu państw, pracowników firm bukmacherskich i gangsterów. W telefonie komórkowym miał kontakty do byłych i obecnych zawodników reprezentacji narodowych, sędziów oraz 57 anonimowych właścicieli brytyjskich aparatów prepaidowych, wykupił też usługę umożliwiającą wykonywanie połączeń z numerami ukrytymi w zdalnej skrzynce, których nie widać na billingach.

Gdzieniegdzie obejmował nad drużynami władzę wręcz totalną. Raport futbolowych władz Zimbabwe zarzuca mu, że korumpował tamtejszych działaczy, trenerów, dziennikarzy oraz piłkarzy. Ci ostatni przyznali tylko, że przyjęli po 500-1500 dol. za poddanie sparingów z Tajlandią (0:3) i Syrią (0:6), ale komisja dyscyplinarna twierdzi, że w latach 2007-2009 ustawili aż 15 meczów międzypaństwowych.

Podtruwał kolegów, bo obiecał gangsterom, że przegrają

Zanim Singapurczyk został skazany w lipcu przez fiński sąd, w czerwcu łapówkarski skandal wstrząsnął Włochami.

Kilka miesięcy wcześniej piłkarze trzecioligowego Cremonese, którzy rozgrywali mecz z Paganese, źle się poczuli. Kiedy jeden z nich wpadł z samochodem do rowu, klub zarządził badania. W ich moczu wykrył środek uspokajający. Jak się później okazało, do wody, którą popijali w trakcie meczu, ktoś dosypał używanego przy zaburzeniach snu lormetazepamu. Chciał wpłynąć na przebieg gry. - To paranoja, historia jak z Kafki. Nie umiem ocenić, jak było to groźne dla graczy, bo nie wiem, ile substancji przyjęli, ale jestem zszokowany - komentował Enrico Castellacci, lekarz reprezentacji Włoch.

Nie przypuszczał jeszcze, że piłkarzy podtruwał kolega z drużyny, bramkarz Marco Paoloni, który obiecał gangsterom, że mecz przegrają. Nikt nie wiedział też wówczas, że i tą operacją zawiadował nasz znajomy Perumal.

Włoskie śledztwo rozlało się na kilkanaście miast, prokuratura ustaliła, że wyniki ustawia duża grupa byłych i wciąż aktywnych piłkarzy, działaczy oraz pracowników firm bukmacherskich. W czerwcu aresztowała 16, a w grudniu osiem osób, rozesłała też międzynarodowe listy gończe za ośmioma gangsterami z Singapuru oraz Bałkanów. Tym razem ofiary miały już często sławne nazwiska. Najpierw o litość prosił (także przed kamerami) Giuseppe Signori, wicemistrz świata z 1994 r. i trzykrotny król strzelców włoskiej ligi, potem przed karabinierami bezskutecznie uciekał Cristiano Doni, uczestnik mundialu w 2002 r.

Policja obwołała zatrzymanych zorganizowaną grupą przestępczą i stosowała wobec nich metody typowe dla walki z mafią. Obserwowała dniami i nocami, podsłuchiwała, kajdanki zakładała o brzasku, osadziła w areszcie nawet bez prawa do kontaktu z adwokatem. Aż zmiękli i zaczęli sypać. Często szlochając, błagając śledczych, by pozwolili im spędzić święta z rodzinami.

Dentysta i kioskarz też korumpują

Dopiero wtedy operacja „Last Bet” („Ostatni zakład”) aferę międzynarodową przeobraziła w globalną. Perumal ujawnił, że jest gangsterskim kierownikiem średniego szczebla, a szajką zarządza z Singapuru jego rodak Dan Tan Seet Eng (znany dotąd europejskiej policji jako Eng Eng, Dan lub Ah Blur). Że agenci bossa manipulowali wynikami nie tylko w Skandynawii i Italii, ale także w Chorwacji, Macedonii, Niemczech, Słowenii, Turcji oraz na Węgrzech. Że w Finlandii kupili nawet klub, by wyniki jego gier objąć pełną kontrolą. Że próbowali też przejąć prowincjonalną drużynę włoską (na razie nie wiadomo, czy im się udało). Podał nawet włoski cennik - w najwyższej lidze ustawienie meczu kosztuje 400 tys., w drugiej lidze - do 200 tys., w trzeciej - 50 tys. euro.

O swoich wyczynach w Bahrajnie czy Zimbabwe opowiadał Perumal już w listach do singapurskiego dziennika „The New Paper”, bo w więzieniu postanowił zostać medialną gwiazdą. Czuje, że przed nim jeszcze całe życie - fińskie prawo karze za korupcję w sporcie łagodnie, a ponieważ skazani po raz pierwszy mogą ubiegać się o zwolnienie warunkowe po odbyciu połowy wyroku, na wolność wyjdzie prawdopodobnie wiosną.

Zeznaje z zapałem, mechanizmy działania mafii zna doskonale. Na samym spodzie są siatki lokalnych najemników, którzy w przeddzień meczu zamieszkują w hotelu z drużyną gości, by podejść do piłkarzy, zaproponować finansową pomoc lub opłacenie podróżnych wydatków (wszystko w gotówce), namówić na oszustwo. Niekoniecznie należą do środowiska, włoska policja zamknęła m.in. dentystę, doradcę podatkowego i kioskarza. Najłatwiej korumpować w niższych ligach - przeciętnemu kopaczowi, który zarabia byle jak, a marzy o luksusowym, pełnym pięknych kobiet życiu prowadzonym przez futbolowych celebrytów. Zresztą nawet jeśli nie marzy, trudno mu się oprzeć ofercie wielokrotnie przekraczającej jego pensję, zwłaszcza że oczekuje się od niego, iż podda mecz pozbawiony wielkiej, mistrzowskiej stawki, oglądany przez garstkę widzów. W swoim sumieniu popełnia niewielkie wykroczenie dla lepszej przyszłości rodziny.

Takie są początki. Gdy już wejdzie w półświatek, wycofać się trudno. Gangsterzy zastraszają, szantażują, biją. Również znane postaci, bo gwiazdorzy boisk stają się podatni na wpływy, jeśli sami uzależnią się - co nierzadkie - od hazardu. A czasem zwyczajnie ulegają z chciwości, głupoty, poczucia bezkarności. Wspomniany Cristiano Doni zarobił przez całą karierę kilkanaście mln euro, ale z procederu nie wycofał się nawet wtedy, gdy zaczął być wzywany na przesłuchania, został zdyskwalifikowany przez władze sportowe, wiedział, że znalazł się w kręgu podejrzanych.

Ile goli padnie między 70. a 75. minutą

Międzykontynentalne imperium tak się rozrosło, że planuje długofalowo - na turnieje juniorskie przyjeżdżają nie tylko łowcy talentów, ale i łowcy młodych głów, w których w przyszłości mają się rodzić pomysły na ustawianie meczów. Przestępcy zapoznają się z rodzicami, obiecują, że zadbają o rozwój dziecka, swoją wiarygodność wzmacniają towarzystwem byłego piłkarza ze znanym nazwiskiem, który potem stanie się dla upolowanego mentorem.

A kiedy bandyci ustalą już, jak ma przebiegać mecz, obstawiają mnóstwo niedużych zakładów - po 1-3 tys. dol. Oczywiście przez pośredników. Firmy brokerskie inwestują pieniądze zarówno u bukmacherów legalnych, jak i nielegalnych. I wcale nie prognozują wyników meczów.

- To przypomina handel akcjami przy dostępie do niejawnych informacji o spółce - tłumaczy Chris Eaton, dyrektor bezpieczeństwa FIFA, wcześniej przez 12 lat oficer Interpolu. - W Finlandii oszuści zazwyczaj typowali, ile goli padnie między 70. a 75. minutą. Oczywiście padało ich mnóstwo. Popularne było też obstawianie rzutów karnych podyktowanych w końcówce meczu, jeśli udało się przekupić sędziego. Wcześniej zaprzyjaźnieni bukmacherzy sztucznie zawyżali kursy na zamówione zakłady, by zwiększyć zyski. Dlatego wraz z policją staramy się monitorować zachowania klientów firm hazardowych i interweniować, kiedy uznamy je za nietypowe. Odkrycie, że mecz został ustawiony, ma niewielką wartość. Chcemy temu zapobiegać, nie dopuścić, by na przekręcie ktoś zarobił.

- W sprawie Perumala też nie cieszy mnie przede wszystkim wyrok - dodaje dyrektor FIFA. - Najcenniejsze, że zdołaliśmy nadać procederowi kontekst międzynarodowy, zrozumieć, dlaczego jest trudny do wykrycia, i zaalarmować wielu ludzi, którzy inaczej nie zrozumieliby, że ustawianiem meczów zajmują się prawdziwe kryminalne syndykaty. Okradają nie tylko kibiców, ale także zwykłych klientów agencji bukmacherskich, którzy bawią się w internecie w przewidywanie wyników, wierząc w czystość rywalizacji.

Na zwalczanie futbolowych mafii FIFA zobowiązała się niedawno przekazać Interpolowi 20 mln euro w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Eaton planuje zainstalowanie w Azji, Ameryce Płd. i Afryce współpracowników próbujących objąć zjawisko w skali kontynentów. Wszyscy będą odbierali telefon zaufania, pod którym każdy będzie mógł zgłosić podejrzenie, że gdzieś toczą się nieuczciwe rozgrywki. To wciąż lekarstwo podawane w ilościach homeopatycznych, skoro „Foreign Policy” szacuje roczne obroty całego - legalnego i nielegalnego - azjatyckiego przemysłu hazardowego na 450 mld dol.

Domniemanego zwierzchnika Perumala - zidentyfikowanego przezeń na zdjęciu szefa singapurskiego gangu Dan Tan Seet Enga - od miesięcy nie umie dopaść ani policja, ani FIFA. Wiadomo, że to globtroter, który latał po Europie wyłącznie z bagażem podręcznym - zawierającym prawdopodobnie gotówkę - i w każdym mieście zatrzymywał się zazwyczaj na kilka godzin. Wiadomo, ile płacił za pobyt w mediolańskich hotelach Sheraton i Crowne Plaza, z kim się tam spotykał, na jakie mecze usiłował wpłynąć. Nie wiadomo, gdzie przebywa. Singapurskie media spekulują, że w Chinach - stamtąd pochodzi jego żona.

Śledztwo w 50 krajach

Od kilkunastu miesięcy futbolowe afery korupcyjne wybuchają tydzień w tydzień. Ich wątki plączą się, rozbiegają po kontynentach, co rusz wypuszczają nowe odnogi. Z niemal każdego wykrytego incydentu wyrasta następny.

Kiedy wyszło na jaw sfingowanie sparingu Bahrajn - Togo, FIFA przyjrzała się prowadzonemu przez tego samego sędziego meczowi w nigeryjskiej Abudży. Gospodarze wygrali z Argentyną 4:1, ale przy stanie 4:0 arbiter zachowywał się, jakby za wszelką cenę nie chciał skończyć gry. Wreszcie w ósmej (!) minucie doliczonego czasu podarował gościom rzut karny - za rzekome uderzenie piłki ręką, choć na telewizyjnych powtórkach widać, iż ta dotknęła goleni Nigeryjczyka. A chwilę wcześniej azjatyckie rynki bukmacherskie zostały zasypane typami na bramkę zdobytą przez Argentyńczyków... Nawiasem mówiąc, tych samych Argentyńczyków - w większości reprezentantów swojego kraju mocno rezerwowych - którzy po kilku dniach przylecieli do Warszawy, by na stadionie Legii przegrać sparing z Polską.

Towarzyskie mecze międzypaństwowe stały się wśród oszustów bardzo modne - ich ranga mocno spadła, wynik mało kogo interesuje, nawet rażące błędy arbitrów nie wywołują rabanu. Kiedy rozgrywa się je na neutralnym boisku, na trybuny niemal nie przychodzą kibice. Wtedy bez żadnego ryzyka można zorganizować widowiska według zaplanowanego scenariusza - jak rozegrane w tureckiej Antalyi pojedynki Łotwy z Boliwią (2:1) oraz Bułgarią z Estonią (2:2), w którym wszystkie gole padły z rzutów karnych. Działacze FIFA są przekonani o przestępstwie (typerzy obłowili się na przewidzeniu liczby zdobytych bramek), ale dowodów nie zdobyli.

Gdybyśmy nawet chcieli pominąć pomniejsze skandaliki i podążać wyłącznie śladem skandali gigantycznych, musielibyśmy podróżować po mapie całej planety. Tylko w minionym roku Turcy wykryli masowe ustawianie meczów swoich najpotężniejszych klubów, przez co Fenerbahce Stambuł zostało wykluczone z międzynarodowych rozgrywek, a jego właściciel Aziz Yildirim, jeden z najbogatszych w kraju biznesmenów, siedzi w areszcie i czeka na proces, w którym prokurator zażąda zamknięcia go na 132 lata. Grecy oskarżyli o nielegalny hazard, oszustwa, wymuszenia i pranie brudnych pieniędzy 68 piłkarzy, sędziów i działaczy, ale zawierucha może zmieść nawet 800 osób. Niemcy skazali siedmiu członków kierowanego przez Chorwatów gangu, który miał zmanipulować setki wyników w ligach różnych państw, w tym spotkań Ligi Mistrzów. Włosi osądzili lub osądzą tylu ludzi, że kiedy trafili na piłkarza, który odmówił przyjęcia 200 tys. euro łapówki (podwoiłaby jego roczne pobory), został on wynagrodzony powołaniem do reprezentacji kraju - w meczu nie wystąpi, bo jest zbyt miernym graczem, lecz będzie ćwiczył z kadrowiczami na zgrupowaniu. - To podziękowanie. Pokazał odwagę i nadzwyczajną wewnętrzną siłę. Takie gesty w niższych ligach nie zdarzają się często - tłumaczył wzruszony selekcjoner Cesare Prandelli.

Afery wybuchały też w zeszłym roku na Węgrzech, w Izraelu, Salwadorze, Korei Płd., Chinach, Malezji. Dochodzenia w sprawie ustawionych meczów oraz podejrzanej aktywności bukmacherów lub ich klientów FIFA prowadzi obecnie w 50 krajach.

Szwindel powszechnie akceptowany

Rekordy ustanawiają Azjaci. Po masowych aresztowaniach i dożywotnich banicjach rząd Korei Południowej grozi zamknięciem ligi, a działacze wprowadzają wykrywacze kłamstw (używane już w Singapurze) oraz podwajają graczom pensje, by zniechęcić ich do przyjmowania łapówek. To u nich mundial zakończył się jednym z największych skandali w historii - w 2002 roku gospodarze przy wydatnej pomocy sędziów sensacyjnie przetrwali do półfinału. W ćwierćfinale ekwadorski sędzia Byron Moreno podyktował dla nich rzut karny, wyrzucił z boiska rywala, anulował gola dla Włochów. Rok później został zdyskwalifikowany we własnym kraju, dziś siedzi w więzieniu w Nowym Jorku za przemyt heroiny. On, wyselekcjonowany do najbardziej prestiżowej imprezy jako fachowiec o wybitnych kompetencjach zawodowych i etycznych.

Koreańscy oficjele wściekle z korupcją walczą, w Chinach niemal się jej nie ukrywa, w skrajnych przypadkach członkowie środowiska piłkarskiego się z nią afiszują. Jeśli najludniejszy kraj świata, który znokautował resztę globu w klasyfikacji medalowej na ostatnich igrzyskach, nie potrafi sklecić choćby przyzwoitej reprezentacji futbolowej, to właśnie wskutek krańcowej degeneracji tamtejszej kultury sportowej, która uczyniła szwindel zjawiskiem na swoich stadionach nie patologicznie marginalnym, lecz powszechnie akceptowanym - zupełnie jak przez wiele lat w Polsce.

Listopadowy „The Economist” opisuje szokujący mecz drugoligowego Qingdao Hailifeng, którego obrońca podejrzanie mocno kopnął piłkę w kierunku własnej bramki, a bramkarz ledwie ją złapał, ratując drużynę przed stratą gola. Gospodarze prowadzili 3:0 i czuli się całkowicie bezpiecznie, ale po dziwacznym incydencie ich drugi trener wpadł w furię. I wrzasnął do swojego bramkarza, by uciekał z pola karnego. Ten posłuchał, a wtedy kolejny gracz Qingdao spróbował oddać strzał samobójczy. Też spudłował, choć wiedział, iż właściciel klubu obstawił u bukmacherów, że padną cztery gole. Wspomniany asystent trenera lamentował potem w państwowej telewizji: „Szef ostro mnie skarcił, krzycząc, że jak zwykle wszystko spartaczyłem i nie umiem nawet porządnie ustawić meczu”.

Chińska liga cierpi na inny znany nam z czasów PRL syndrom - stanowi część komunistycznego systemu, więc kluby mają wśród dygnitarzy patronów. Nie wspierać swojej drużyny wręcz nie wypada. Co dla światowego futbolu nie miałoby znaczenia, gdyby nie wszechobecny tam obyczaj korupcyjny nie mieszał się z obsesyjnym zamiłowaniem do hazardu. Azjaci obstawiają nawet wyniki europejskich meczów dziecięcych, pochodzący z Holandii publicysta „Financial Times” donosi, że w języku niderlandzkim powstało już nowe słowo - „belchinezen” - opisujące zachowanie Chińczyków, którzy z zestawem słuchawki - mikrofon przychodzą na najnudniejsze mecze niższych holenderskich lig, by relacjonować rodakom w Pekinie, kiedy pada strzał, wykonuje się rzut rożny, sędzia odgwizduje spalonego.

Odsetek fałszowanych meczów w Europie dynamicznie rośnie. Ci sami ludzie, którzy szmuglują sterydy i zachęcają wyczynowców, by się szprycowali, wchodzą w nielegalny hazard. To idealny sposób na pranie brudnych pieniędzy, a manipulowanie wynikami daje gangsterom dodatkowe zyski i dodatkową satysfakcję z udanego przekrętu. Na zeszłorocznym unijnym seminarium w Budapeszcie na każdym kroku słyszałem, że inspirowane przez bukmacherkę łapówkarstwo stało się największym zagrożeniem dla piłki nożnej. David Howman, dyrektor Światowej Agencji Antydopingowej, jeszcze rozszerza problem, twierdząc, iż kryminalne podziemie kontroluje już znaczącą część całego współczesnego sportu.

A Hugh Robertson, brytyjski minister odpowiedzialny za tegoroczne igrzyska w Londynie, ostrzega, że największym zagrożeniem dla nich jest dziś już nie doping, lecz manipulowanie wynikami. W 2008 roku w Pekinie oferty korupcyjne dostali olimpijczycy - zawodnicy oraz sędziowie - reprezentujący tenis, futbol i piłkę ręczną. Teraz dalekowschodnie syndykaty zamierzają zainwestować w imprezę miliardy dolarów.

wtorek, 27 grudnia 2011

Gubbio, Simone Farina

Lata znaczone skandalami i skandalikami, a także uświadomienie sobie głębokiego kryzysu calcio, wywołały we włoskiej piłce wzmożenie moralne. Czasem przejawiające się lekkim biciem w piersi, czasem cięższym samobiczowaniem, najczęściej gestami mającymi przynieść odnowę.

Selekcjoner Cesare Prandelli nie powołuje piłkarzy, którzy zachowywali się niesportowo - na boisku lub poza nim. Dyskwalifikację klubową automatycznie przenosi na reprezentację kraju. Reprezentację, która trenowała niedawno na obiekcie skonfiskowanym ‘ndranghecie (kalabryjskiej mafii), by symbolicznie zaprotestować przeciw zorganizowanej przestępczości. Rewolucyjną decyzję podjęła nawet publiczna telewizja RAI - zrezygnowała z drobiazgowego analizowania każdej decyzji sędziowskiej mogącej uchodzić za kontrowersyjną, co zazwyczaj przeradzało się w awantury wyzwalające u fanów najniższe instynkty. Stacja chce opowiadać o futbolu z punktu widzenia taktyki i techniki, by wznieść na wyższy poziom podupadłą we Włoszech kulturę sportową.

Najaktywniejszy jest jednak wspomniany trener Prandelli, pragnący przywrócić kadrze narodowej dumę. Teraz mocno przejął się opisywaną już przeze mnie aferą korupcyjną, która z lokalnej, wyrosłej na murawach niskoligowych, przepoczwarzyła się w globalną. Śledczy odkryli, że obławiający się na zakładach bukmacherskch międzynarodowy gang z szefostwem w Singapurze ustawiał mecze nie tylko we Włoszech, ale i wielu innych krajach europejskich, azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich. Z mrocznej ciżby antybohaterów wychynął jednak pojedynczy bohater pozytywny. Simone Farina, piłkarz Gubbio, odmówił przyjęcia 200 tys. euro łapówki za sfałszowanie listopadowego meczu Coppa Italia z Ceseną. (Nawiasem wspominając, pędźcie wszyscy do Gubbio, to jedno z tych oszałamiających, zabudowanych starożytnie i średniowiecznie włoskich miasteczek, do których nie podróżujesz w przestrzeni, lecz w czasie).

Gdyby Farina szmal przyjął, podwoiłby swoją roczną pensję. Ale wolał złożyć doniesienie na policji. I podarował kibicom najnowszą wariację opowieści wigilijnej w wersji futbolowej.

Rodacy się wzruszyli, w końcu nie tylko we Włoszech łatwiej korumpuje się tych, którzy zarabiają mniej. I nie tylko we Włoszech wyłamanie się z systemu bywa niebezpieczne.

Selekcjoner postanowił wynagrodzić 29-letniego obrońcę powołaniem do reprezentacji kraju. Farina nie wystąpi co prawda w lutowym sparingu z USA - jest zbyt miernym graczem - lecz będzie ćwiczył na poprzedzającym go zgrupowaniu z kadrowiczami. A może także na zgrupowaniu przed Euro 2012. „To podziękowanie. Pokazał odwagę i nadzwyczajną wewnętrzną siłę. Takie gesty w niższych ligach nie zdarzają się często” - tłumaczył swoją decyzję Prandelli.

Oddał uczucia Włochów, którzy czczą czyn piłkarza jako heroiczny. A zarazem się autodenuncjują. Skoro zwyczajnie przyzwoitą reakcję, czyli odmowę popełnienia sportowej zbrodni, fetują jako absolutnie wyjątkową i zasługującą na oddawanie specjalnych honorów, to znaczy, że nie mają złudzeń - każdy inny gracz Serie B łapówkę akceptuje. Cnotę zachowują tylko ci, którym niemoralnej propozycji nie złożono.

Włosi upadli naprawdę nisko, wyświęcając piłkarza tylko za to, że nie został kryminalistą? My, Polacy, powinniśmy się chyba z wydawaniem surowych werdyktów wstrzymać. Przecież jako reprezentanta akceptujemy kraju łapówkarza, który do winy się przyznał, a selekcjoner Smuda broni go wytykaniem innych łapówkarzy, którzy nadal w lidze grają.

środa, 21 grudnia 2011

Dirty football money. Korupcja w piłce nożnej

Na jej trop wpadli włoscy prokuratorzy. Aresztowali 17 osób podejrzanych m.in. o ustawianie meczów Serie A. Nie tylko Włochów, bo mafijne macki obejmują Europę, Azję, Amerykę Południową i Afrykę.

Kiedy w środę o świcie Cristiano Doni otworzył drzwi karabinierom, wpadł w popłoch i zaczął uciekać. Złapali go na parkingu. O godz. 5.30 siedział już w radiowozie. Został aresztowany, na razie nie wolno mu kontaktować się nawet z adwokatem.

Były kapitan Atalanty i reprezentant Włoch na mundialu w 2002 r. od razu wiedział, co go czeka, bo antybohaterem afery korupcyjnej został już latem. Ten ulubieniec trybun, lider drużyny mający doskonałe relacje z najbardziej zagorzałymi fanami, wywołał szok. Postępowanie prokuratorskie, które dotyczy 18 spotkań (głównie drugo- i trzecioligowych), potrwa lata, ale Doniego zdyskwalifikowano już latem - na trzy i pół roku. Pięcioletnim zakazem działalności w futbolu władze sportowe ukarały też Giuseppe Signoriego, wicemistrza świata z 1994 r. i trzykrotnego króla strzelców Serie A.

Tamten skandal zaczął się od opisywanego już przeze mnie dziwacznego zdarzenia podczas meczu trzeciej ligi w ubiegłym sezonie. Kilku piłkarzy Cremonese, którzy grali z Paganese, źle się poczuło. Kiedy jeden z nich spowodował wypadek samochodowy, klub zarządził badania. W moczu wykrył środek uspokajający. Jak się później okazało, do wody, którą popijali przed meczem i w jego trakcie, ktoś dosypał używany przy zaburzeniach snu lormetazepam. Chciał wpłynąć na przebieg gry. - To paranoja, historia jak z Kafki. Nie umiem ocenić, jak było to groźne dla graczy, bo nie wiem, ile substancji przyjęli, ale jestem zszokowany - komentował Enrico Castellacci, lekarz reprezentacji Włoch.

Śledztwo rozlało się na kilkanaście miast. Policja ustaliła bowiem, że wyniki ustawia duża grupa byłych i wciąż aktywnych piłkarzy, działaczy oraz pracowników firm bukmacherskich. Przez prokuratorów nazywana wprost - organizacją przestępczą. Cel wręczanych łapówek: zakłady sportowe. Stawki: od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro na mecz. Wpłacane na konta internetowych firm azjatyckich, trudniejszych do kontrolowania. Na zwalczanie tego procederu FIFA zobowiązała się niedawno przekazać Interpolowi 20 mln euro w najbliższych dziesięciu latach. Najznaczniejsze osobistości środowiska uważają go za największe zagrożenie dla współczesnej piłki nożnej.

Teraz afera przede wszystkim włoska przeobraziła się w aferę globalną. Środowe aresztowania to dalszy ciąg operacji „Last bet” („Ostatni zakład”) prowadzonej przez prokuraturę z Cremone, z którą współpracuje Interpol. W centrum skandalu znów jest Atalanta, ale podejrzane są także mecze Serie A: Napoli - Sampdoria, Brescia - Bari i Brescia - Lecce. Zatrzymani zostali m.in. były obrońca Interu Mediolan Luigi Sartor, kilku graczy mniej znanych, lecz wciąż aktywnych, a także obcokrajowcy niebędący już piłkarzami. Wśród nich Eng Tan Seet, który międzynarodową mafią zarządza z ojczystego Singapuru, jego dwa rodacy oraz przedstawiciele grupy nazywanej przez śledczych „słowiańską”.

Mechanizmy ich działania ujawnił w zeznaniach Wilson Ray Perumal, aresztowany w Finlandii, w przeszłości skazywany już za piłkarskie łapówkarstwo w Niemczech. Według Singapurczyka szajka miała ustawiać mecze w Europie (Chorwacja, Finlandia, Macedonia, Niemcy, Słowenia, Turcja, Węgry), Azji, Ameryce Południowej i Afryce. Zysk z każdego przekrętu wahał się między 500 tys. a 1,5 mln euro. Pieniądze płynęły przez firmy bukmacherskie z Dalekiego Wschodu. W Finlandii mafiosi kupili nawet klub, by manipulować wynikami jego spotkań. Ponoć próbowali też przejąć drużynę Serie B, ale na razie nie wiadomo, czy im się udało.

Generalnie tworzyli siatki lokalnych najemników, którzy w przeddzień meczu zamieszkiwali w hotelu z drużyną gości, by podejść do piłkarzy, skusić ich łapówką, namówić na oszustwo. Według Perumala mafia próbowała ustawić nawet listopadowy mecz eliminacji mundialu między Argentyną i Boliwią.

niedziela, 27 listopada 2011

Grzegorz Lato, afera w PZPN

Jest afera korupcyjna czy nie? Futbolowi działacze sporo się natrudzili, by nauczyć nas, że wypada ich podejrzewać wyłącznie o najgorsze.

Minister sportu Joanna Mucha już wie, w co wdepnęła. Aż chce się zacytować Andrzeja Leppera, który po wtargnięciu do Sejmu obiecywał, że Wersalu nie będzie. Słowa dotrzymał. Podobnie jak prezes PZPN Grzegorz Lato, który reprezentuje zbliżony poziom rygoryzmu moralnego i kultury osobistej. Po mianowaniu Leo Beenhakkera selekcjonerem reprezentacji Polski rzucił do dziennikarzy: „Macie, czego chcieliście. A teraz my będziemy was jeb...”.

Rządzący polskim futbolem zostali już zdemaskowani tyle razy, że podczas piątkowego zjazdu nie dowiedzieliśmy niczego nowego. Szeregowy działacz potajemnie nagrywa działacza najważniejszego (Latę); inny działacz oskarża najważniejszego o korupcję; zdaje się, że ma powody, bo nagrania zawierają negocjacje biznesowe i słowa prezesa o tajemniczych „stawkach” wahających się od 5 do 10 proc. Zostaje zawiadomiona prokuratura i CBA, ale szef PZPN łatwo uzyskuje absolutorium. Wreszcie człowiek mający być źródłem oskarżeń o łapówkarstwo ze wszystkiego się wycofuje. Czy po 100 skazanych i blisko 600 zatrzymanych w futbolowej aferze korupcyjnej ten skandalik może wywoływać jeszcze wrażenie?

Dowodów na popełnienie przestępstwa pewnie nie będzie, skazani jesteśmy my - na domysły. A w przypadku środowiska piłkarskiego właściwie każdy domysł jest uprawniony.

By pojąć dlaczego, wystarczy rzut oka na postaci dla tego światka kluczowe.

Szefem wszystkich szefów jest Lato - jego etyczną niezłomność obnażyła pełna oburzenia tyrada o „ściganiu arbitrów, którzy wzięli kilogram kiełbasy albo pół litra wódki”. To też nieustraszony macho, chętnie tłumaczący, że „cudzej żony bić nie wolno, ale swoją już tak”.

Przed dwoma laty prezes oddał telewizyjne i marketingowe prawa firmie Sportfive. Kontrakt będzie obowiązywał do 2020 roku (!), podpisano go w kontrowersyjnych okolicznościach - bez przejrzystego przetargu i analiz finansowo-prawnych, przy sprzeciwie części zarządu. Polskim przedstawicielstwem Sportfive kieruje inna kluczowa w środowisku osobistość, prawdopodobnie bardziej wpływowa niż Lato - to Andrzej Placzyński, znany też jako porucznik SB nadzorujący ojca Konrada Hejmę.

Szarą eminencją jest też Janusz Hańderek. Nieformalnie steruje sprawami sędziowskimi, formalnie pełni funkcję szefa kontrolującej związek komisji rewizyjnej. Zasłużył się już w stanie wojennym, na zlecenie SB pisząc paszkwile wymierzone w krakowskich opozycjonistów i - wedle wspomnień ludzi „Solidarności” - uczestnicząc w przesłuchaniach.

Oficjalnie środowisku arbitrów przewodzi Janusz Eksztajn. Niedawno opisaliśmy w „Gazecie” przypadek dwóch jego podwładnych, którzy nie musieli zdawać obowiązkowych testów sprawnościowych, ponieważ ich zwierzchnik wolał polecić, by kłamali, że je zdali. A kiedy jeden z nich, Rafał Rostkowski, zgłosił sprawę prokuraturze, został za karę skreślony z listy arbitrów międzynarodowych. On - jeden z naszych nielicznych fachowców cenionych za granicą. Co gorsza, Eksztajn groził arbitrom, że każdy, kto wystąpi przeciw niemu lub środowisku z interwencją w organach ścigania, również zostanie przykładnie ukarany dyscyplinarnie. Groził publicznie podczas sędziowskich kursów!

Czołowi działacze mają talent do wywoływania afer wybitny. Jak sprzedają bilety na mecze kadry, to najdroższe w Europie. Jak ubierają piłkarzy na Euro 2012, to wycinają im z koszulki orła. Jak selekcjoner Franciszek Smuda przechwala się twardym charakterem, to tłumaczy, że „nie jest miękkim ch... robiony”. Jak sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina zechce polecieć z Wrocławia do Warszawy, to z samolotu wyprowadza go straż graniczna. Zdaniem współpasażerów kompletnie pijanego.

Tamten incydent znamy z opowieści, ze złotych ust dyrektora Euro 2012 możemy spijać sami. W internecie furorę robi filmik, na którym Adam Olkowicz pytany przez kibiców, jak spisuje się trener kadry, odpowiada: „Na razie ch...”.

Niemal niezauważone przeszło, że wraz z Gromosławem Czempińskim pod zarzutem korupcji przy prywatyzacjach zatrzymano m.in. Michała Tomczaka, który jako szef wydziału dyscypliny PZPN degradował kluby umoczone w łapówkarstwo. Nikt tak głośno jak on nie apelował o radykalną odnowę moralną środowiska.

Archiwum
Tagi