Wpisy z tagiem: Finansowe Fair Play

środa, 16 stycznia 2013

By cała rzeczywistość stała się Manchesterem, nie potrzebujesz już bezkresnej fantazji, wystarczą pieniądze. W sklepach kupisz nie tylko kubki, koszulki czy czapeczki z klubowym logo, ale też stołową zastawę, zegarki i zegary, plecaki, pościel czy ubrania, którymi odziejesz się od stóp do głów. Wszystko zlane krwistą czerwienią albo ozdobione twarzami idoli, zakochani mogą spać pod kołdrą z Ryanem Giggsem.

Nawet upijać mogą się fani z ulubionym klubem - chilijskie Casillero del Diablo to oficjalne wino „Czerwonych Diabłów”, tajlandzka Singha to oficjalne piwo, a Smirnoff to oficjalny trunek z gatunku cięższych mózgotrzepów. Jeśli użyjesz maszynki Wilkinson Sword, będziesz się ciął oficjalną golarką MU. Chwycisz za kierownicę chevroleta, to pojedziesz oficjalnym samochodem. Wybierzesz jednoślad Hondy, to wskoczysz na oficjalny motocykl. Klub podpisał też kontrakty z turystycznym Thomasem Cookiem oraz dziesiątkami firm telekomunikacyjnych wywodzących się przede wszystkim z krajów azjatyckich i afrykańskich. Wszyscy, jak głosi biznesowa nowomowa, „oficjalni partnerzy” pożyczają od klubu logo, wszyscy słono płacą. I nie żałują. Kiedy wspomniany Wilkinson Sword umieścił na jednej ze swoich maszynek diabelski znaczek, w dwa tygodnie sprzedał w Japonii 1,6 mln sztuk.

We wtorek Manchester znów poszerzył zasięg oddziaływania. Na Oficjalnego Partnera wśród Napojów Bezalkoholowych w Chinach wziął firmę Wahaha, od przeszło dekady największego w swoim kraju producenta płynów, po spożyciu których wolno prowadzić samochód - mlecznych, owocowych, energetycznych i jogurtopodobnych, nawet butelkowanych wód i herbat. Być może znaczenie dla zarządców klubu miało również to, że właściciel rozległego wodopoju - niejaki Zong Qinghou - stażem na czele przedsiębiorstwa dorównuje trenerowi Aleksowi Fergusonowi, szefującemu w MU od przeszło ćwierćwiecza - ma pod sobą również sześć kanałów telewizyjnych, pięć stacji radiowych i cztery gazety.

Kiedy dowiedziałem się o kolejnym doniosłym kroku ku zbliżeniu Zachodu ze Wschodem, zaraz wpadła mi w oko informacja, że lider ligi angielskiej związał się jeszcze z China Construction Bank, a ten już za chwilę, już za moment, tylko dla komfortu drogich klientów albo kibiców, kto by spamiętał wszystkie między nimi różnice, wypuści kartę kredytową z logo Manchesteru.

Ilekroć czytam o kolejnych etapach ekspansji, dzięki której największe futbolowe molochy - wybaczcie wulgaryzm - dywersyfikują i zwielokratniają dochody, tylekroć buntuję się przeciw planom UEFA, by zakazywać nowobogackim przyjmowania prezentów, jak ten dla Paris Saint Germain od promotorów turystyki z Kataru mających dawać klubowi 150 mln euro.

Zakazywanie odbywa się pod szyldem Finansowego Fair Play mamiącym nas rzekomo etycznym wymiarem projektu. A przecież wspomniane molochy w typie MU, Barcelony czy Realu Madryt - właściwie wielobranżowe, nie futbolowe - tak się marketingowo rozpędziły, że będą panować na rynku już zawsze, jeśli konkurenci nie nadrobią dystansu poprzez gigantyczne inwestycje bogaczy, którzy mają kaprys roztrwonić trochę majątku na piłkę. Czy to dla nadymania ego, czy to z autentycznej pasji.

FFP ma ponoć chronić również od bankructwa. Nie uchroni, bo dotyczy tylko uczestników występujących w europejskich pucharach. Kiedy leżące na dnie ligi angielskiej Queens Park Rangers obciąża ponad zdrowy rozsądek i tak już rozdęty budżet płacowy, UEFA nie protestuje. A gdyby drużyna QPR spadła z Premier League i zniechęciła właściciela do jej finansowania, UEFA nawet by upadku klubu nie zauważyła.

poniedziałek, 06 lutego 2012

komercjalizacja futbolu, fundusze inwestycyjne

Co pewien czas rzucam tutaj tezę, że komercjalizacja piłki nożnej wbrew pozorom dopiero się zaczyna. W dzisiejszej „Gazecie Sport.pl” opisałem jej nowy objaw - mnożenie się funduszy inwestycyjnych, które kupują „udziały” w piłkarzach, by w przyszłości zarobić na transferze. Przypomina to trochę grę na giełdzie. I jest niebezpieczne dla integralności futbolu. Felieton znajdziecie tutaj.

Zbieg okoliczności sprawił, że akurat ofiarą procederu pada nasz Sławomir Peszko, o czym napisał Paweł Rzekanowski.

czwartek, 11 sierpnia 2011

I oto nastały czasy, gdy Roman Abramowicz wydaje się gołodupcem, właścicielem zachodnioeuropejskiego klubu piłkarskiego wcale nie egzotycznym, możemy już chyba wręcz nazwać go swojskim. Spoczciwiał, bo teraz rozpanoszyło się u nas - na razie na rynku transferowym - jaśniepaństwo o majątku zmierzającym ku nieskończoności, które nawet w kolekcjonowaniu imion, nazwisk i tytułów nie zna umiaru, więc nasze proste europejskie mózgi nie są w stanie spamiętać, gdzie urzęduje Nasser Ghanim Al Khelaifi, gdzie Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan, a gdzie Abdullah bin Nasser bin Abdullah Al Ahmed Al Thani, nie mamy też i długo mieć nie będziemy pewności, ilu wśród nich jest szejków, ilu emirów, a ilu królewiczów. Przeczuwamy tylko, że obcy raczej nie planują prędko wrócić na swoje planety, skoro nikt na kontynencie nie wydaje więcej na wyposażenie wnętrz niż przejęte przez nich firmy.

Paris Saint Germain zaciągnął tego lata do swojej szatni piłkarzy za 86 mln euro, Manchester City - piłkarzy za 62,5 mln, Malaga - piłkarzy za 58 mln. Objęci arabskim protektoratem nuworysze przebili w wydatkach wszystkich potentatów, podpisując kontrakty z gwiazdami skazywanymi na grę właśnie u aktualnych potentatów - Javierem Pastore, Sergio Aguero oraz Santim Cazorlą, znanym m.in. z odrzucenia swego czasu zalotów samego Realu Madryt. Ich szefowie zgodnie twierdzą, że zamierzają przypuścić atak na sam szczyt, czyli po zaszczyty w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że będą gwizdać sobie na hucznie anonsowane przez UEFA Finansowe Fair Play - zezwalające chcącemu grać w europejskich pucharach klubowi inwestować tyle, ile sam zarabia (na biletach, reklamach, prawach telewizyjnych, gadżetach etc), a nie tyle, ile podaruje rozrzutny właściciel. By spełnić te warunki, PSG, City i Malaga musiałyby z anielską cierpliwością wzmacniać swoje marki i rosnąć marketingowo, budować drużyny powoli, stopniowo zwiększać przychody i dopiero w odleglejszej przyszłości rozsypywać dziesiątki milionów na transferowe hity. Czyli czekać do świętego nigdy, zapewne co najmniej dekadę z okładem. Niemożliwe, takiego poniżenia nie zniósłby prawdopodobnie żaden utuczony na ropie biznesmen, który postanawia zabawić się piłką nożną.

A gdyby popadł w obłęd i zechciał poniżenia znosić, nie miałby szans, Barcelona z Manchesterem United i kilkoma innymi globalnymi korporacjami panowałyby na boiskach aż do zgaśnięcia Słońca, ewentualnie jeszcze dłużej - do końca istnienia futbolu. Kto chce wtargnąć dziś do czołówki na stałe, musi wymodlić zniebazstąpienie mesjasza gotowego płacić milion za każdego gola. Jak wspomniany Abramowicz, który w Chelsea sflaczałego bankruta niemal z dnia na dzień nadmuchał do supermocarstwa - regularnie uczestniczącego w półfinale Ligi Mistrzów, zdolnego przyciągać najwybitniejszych graczy, wymienianego w wąskiej elicie elit, choć nadal niewystarczająco silnego, by zdobyć Puchar Europy.

Jego następcy ze wschodu poczekają dłużej. W Manchesterze City, przejętym przez bliskowschodnich bonzów trzy lata temu, nadal króluje bałagan - styl gry nie przekonuje i wydaje się pozbawiony głównego wątku albo wręcz scenariusza, trener Roberto Mancini się miota, ofensywę destabilizują nadmiar transferów i zachowanie nadpobudliwych awanturników Balotellego oraz Teveza. Przejęta przed rokiem Malaga rywalizuje w lidze opanowanej przez gigantów - Barcelonę oraz Real - których w przewidywalnej przyszłości doścignąć się nie da. Wreszcie Paris Saint Germain wpadł w arabskie ręce dopiero przed chwilą i kadrową rewolucję ledwie rozpoczął.

Żaden z wymienionych klubów nigdy nie zajrzał nawet do finału najważniejszych europejskich rozgrywek, obecni właściciele dalekosiężnie myślą wręcz o finałowym triumfie. Chcą obalić oligopol czołowych futbolowych korporacji, których szefowie poczuli się poważnie zagrożeni.

I poprosili o ratunek Michela Platiniego. Szef FIFA przyznał ostatnio, że Finansowe Fair Play powstało m.in. wskutek apeli Romana Abramowicza (właściciel Chelsea), Silvio Berlusconiego (Milan) i Massimo Morattiego (Inter), zmęczonych przyspieszającym bez ustanku wyścigiem transferowych zbrojeń. Najpierw sami wyścig z zapałem napędzali, a kiedy stracili ochotę na dalsze inwestycje lub/i przestraszyli się potężniejszej, egzotycznej konkurencji, usiłują nakazać hamować wszystkim. Najnowsze trendy źle wróżą zwłaszcza stale ubożejącym Włochom - Milan od kilku lat kupuje głównie po cenach okazyjnych, Inter jest chyba gotowy na wyprzedaż najcenniejszych sreber, skoro nie wyklucza wyeksportowania obu najjaśniejszych gwiazd, Samuela Eto’o i Wesleya Sneijdera. Co groziłoby sportową katastrofą.

Choć Finansowe Fair Play, jeśli zadziała, może ocalić wiele rządzonych nieodpowiedzialnie, żyjących na kredyt klubów, to jest w tej historii jeszcze jeden interesujący paradoks - pozujący na adwokata futbolowej biedoty Michel Platini ratuje obrzydliwie bogatych, którzy poczuli się bezbronni, bo do rezydencji w sąsiedztwie wprowadzili się jeszcze obrzydliwiej bogaci.

Archiwum
Tagi