Wpisy z tagiem: dziennikarstwo

czwartek, 09 sierpnia 2012

Londyn 2012

Żałowałem, że nie lecę do Londynu i opuszczam przeżywanie na własnej korespondenckiej skórze pierwszej od 2000 roku imprezy ze świętej trójcy: igrzyska, futbolowy mundial, futbolowe Euro. Żałowałem tym bardziej, że zanosiło się na podium siatkarzy, a jak latami oglądasz z bliska ich sukcesy i sukcesiki na różnych mistrzostwach, to słodko-gorzko smakuje patrzenie przez ekran telewizora na medal najcenniejszy, olimpijski.

Aż nastał moment, w którym kolegom skazanym na codzienne opisywanie niepowodzeń współczuję. Pamiętam swój stan ducha z pekińskiego, upiornie upalnego lata 2008, gdy blogowałem, że boję się wyjść z hotelowego pokoju, by nie wdepnąć w kolejną polską klęskę. Z daleka znosi się to jednak łatwiej.

Wiem, nasi trochę medali wzięli, ale też widzę, że generalnie spisywanie relacji z Londynu sprowadza się do wstukiwania w klawiaturę opowieści o porażkach w pierwszych rundach, pierwszych wyścigach i pierwszych walkach, ewentualnie zawiedzionych nadziejach na triumfy - lub przynajmniej ładne występy - siatkarzy, Radwańskiej, Dołęgi. Dołująco spory mamy odsetek ostatnich lub prawie ostatnich miejsc, a jeśli klęska zaczyna przybierać rozmiary wszechogarniające, to reporterska robota, uwierzcie, traci olimpijski blask, zaczyna przytłaczać, zniechęca do podniesienia się o świcie z wyra. Bywa tak: zasypiasz z myślą, że nazajutrz musisz wlec się godzinami na arenę X, by śledzić trwający minutę lub dwie występ sportowca X, podejrzewasz, że mimo szans medalowych zajmie piąte miejsce i się na koniec rozpłacze, ale pozostaje oczywiste, że jechać musisz. Jako turysta mógłbyś cieszyć się igrzyskami wielorako, biegnąc tam, gdzie dzieje się to, co cię pociąga. Jako wysłannik nadwiślańskiej gazety podążasz za nadwiślańskimi sportowcami.

Wszechogarniający żałobny nastrój się udziela, fantastyczny zawód dziennikarza od opisywania fikołków zmienia się na chwilę w fuchę jak w zakładzie pogrzebowym. Potrzebną, niezbędną nawet, ale niezbyt inspirującą.

Przypomniało mi się, że trwają prace nad programami, które wyręczą ludzi w pisaniu artykułów. Zaawansowane ponoć są nawet. Przypomniało mi się, bo gdybym miał władzę z okolic science fiction - cofnięcia czasu, przyspieszenia postępów nauki - zaeksperymentowałbym z wysłaniem na igrzyska w Londynie robotów. A niech odbębnią misję relacjonowania dla Polaków występów Polaków. One, maszyny pozbawione uczuć, niezdolne do zabarwiania tekstów emocjami. Nie używałyby pojęć „wspaniały”, „sensacja”, „rozczarowanie”, „dramat”, „szczęśliwy”, „koszmarny” i podobnych, nie pompowałyby balonu (z forum wiecie, co myślę o tym głupawym, beztreściowym frazesie) ani nie siałyby defetyzmu, przesyłałyby za to beznamiętne, martwe komunikaty o faktach.

Zyskaliby wszyscy. Sportowcy nie czytaliby krytycznych opinii. Dziennikarze nie walczyliby w Londynie z depresją. Czytelnicy nie irytowaliby się mylnymi ich zdaniem ocenami korespondentów. Im dłużej myślę, tym bardziej dostrzegam - ja, wielbiciel suchej, pozbawionej zdań złożonych prozy Isaaca Asimova - w robotach ocalenie.

wtorek, 29 maja 2012

BBC, Panorama, Euro 2012

Gdybym chciał nakręcić paszkwil demaskujący rasizm rzekomo wszechogarniający brytyjski futbol, zacząłbym pewnie od Johna Terry'ego. Były kapitan reprezentacji Anglii po występie na Euro 2012 stanie przed sądem, bo jesienią miał zwyzywać od czarnuchów kolegę z boiska.

Mógłbym też przywołać kazus liverpoolskiego napastnika Luisa Suareza, który wiosną naubliżał innemu ciemnoskóremu graczowi i został zdyskwalifikowany na osiem meczów.

Mógłbym nagrać rozśpiewanych zwolenników londyńskiego Arsenalu, którzy wysyłają rywali z Tottenhamu do Auschwitz.

Mógłbym wreszcie poepatować, koniecznie ze złowrogą ścieżką dźwiękową w tle, danymi o kilkudziesięciu aresztowanych od sezonu 2008/09 wyspiarskich fanach, którzy rasistowskimi rykami zapaskudzali mecze ligowe. Znalazłoby się incydentów na cały propagandowy serial.

BBC zastosowała taką metodę, ale udaje, że wyprodukowała dokument i nadała go w paśmie informacyjnym. Teza subtelna jak cep: nasze stadiony i ulice kipią od wulgarnej, agresywnej nietolerancji, dlatego na Euro 2012 lepiej nie przyjeżdżać. Wypowiada ją zaproszony przed kamerę piłkarz Sol Campbell. Nigdy w Polsce nie grał, więc formułuje ją, oglądając podsunięte mu obrazki. [Jednak raz grał, 15 lat temu. Mój błąd bezlitośnie wykryty na forum - RS]

Obrazki są, niestety, prawdziwe. Powinniśmy się wstydzić straszących z trybun i płotów haseł sławiących „White Power” i „White Legion”, transparentów obiecujących „Śmierć garbatym nosom”, obrzydliwego antysemickiego klimatu wokół derbów Łodzi i Krakowa.

Zarazem jednak wiemy, że nawet na stadionach tępi antysemici i rasiści stanowią u nas zdecydowaną mniejszość - choć hałaśliwą, której niekiedy większość obawia się przeciwstawić. Reporter BBC zdaje sobie z tego sprawę, bo odwiedził również Polonię Warszawa. Jej izraelski piłkarz Aviram Baruchyan powiedział mu, że nie był obrażany, a były rzecznik klubu Jakub Krupa wspomina w portalu NaTemat.pl, że angielscy goście uczestniczyli w przemarszu kibiców - całkiem pokojowym - i uznali to za fantastyczne doświadczenie.

Wypowiedzi Baruchyana i Krupy zostały nagrane, ale w ostatecznej wersji filmu zostały pominięte. Nie pasowały do tezy. BBC montowało materiał skrupulatnie, dobierając wyłącznie kadry, na których polskie ulice i stadiony płoną nienawiścią. I wzbraniając się przed zbadaniem, jakie są trendy - czy aby się u nas nie poprawia. Nie zacytowali Brytyjczycy nawet polskiej policji, którą też prosili o informacje. Też nie pasowały do tezy.

W Gazecie przez lata wściekaliśmy się na znieczulicę - zwłaszcza szefów piłkarskich klubów - przez które kibolstwo zagłusza kibiców, czyli prawdziwych entuzjastów sportu. Piętnowaliśmy rozmaite akty przemocy i nietolerancji, choć często czuliśmy się osamotnieni. Wsparcia nam brakowało, za to z chuliganami solidaryzowali się politycy.

Materiału BBC bronić jednak nie sposób. Ta telewizja nie po raz pierwszy wątki poboczne wyniosła do rangi wątku głównego. Bliźniaczy materiał przygotowała po przyznaniu nam organizacji mistrzostw, a w 2006 r. z identyczną histerią ostrzegała, że mundial w Niemczech najadą hordy brutalnych polskich jaskiniowców, którzy przyłożą maczugą każdemu, kto będzie się posługiwał innym narzeczem.

Rzezi nie było, tak jak podczas Euro nie powinniśmy się spodziewać poważniejszych problemów z przemocą fizyczną i słowną. Międzynarodowe siły policyjne od lat sprawnie współpracują z UEFA, na każdym dużym turnieju w XXI wieku panuje spokój. Owszem, kibolskich zadym w minionym sezonie na naszym kontynencie niebezpiecznie przybyło, również w krajach słynących ze skutecznego cywilizowania trybun (aż się prosi, by socjologowie zbadali, czy i jak to zjawisko można powiązać z rosnącą w siłę skrajną prawicą). Ale futbol klubowy, pełen prymitywnych plemiennych odruchów, ma niewiele wspólnego z futbolem reprezentacyjnym, uwodzącym zazwyczaj patriotyzmem pozytywnym.

Brytyjskie media lubią postraszyć czytelników, że najbliższą wielką imprezę sportową zorganizują barbarzyńcy. Ostatnio mają powody czynić to z pasją większą niż zwykle, bo cierpią, odkąd rywalizację o mundial w 2018 r. Anglia przegrała w głosowaniu ze wszystkimi konkurentami - Rosją, Belgią i Holandią, Portugalią i Hiszpanią.

Sugerowanie, że Polska nie zasłużyła na Euro, brzmi jednak o tyle kuriozalnie, że w finale pokonaliśmy Włochy. To tam po meczach giną policjanci i kibice, a ulice stają w ogniu, my na ich tle mamy z przemocą wokółstadionową co najwyżej problemik. Swój dokument horror BBC mogłoby nakręcić w każdym kraju. Jeśli jednak miałby stanowić dowód na niezdolność oskarżanego kraju do przyjęcia piłkarzy, to godny zorganizować mistrzostwa Europy nie jest nikt. Oczywiście poza Anglią.

Archiwum
Tagi